Historia

Zetknięcie - Zima IV

Mroczny Wilk 2 3 lata temu 3 822 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Obudziłam się z okropnym bólem głowy. Chciałam pomasować ją dłonią, kiedy poczułam, że mam związane ręce. Ogarnęła mnie panika. W pochłaniającej wszystko ciemności nie dało się zauważyć dosłownie nic.

– Gdzie ja do diabła jestem…? – mruknęłam. – Jest tu ktoś?!

W odpowiedzi otrzymałam jedynie echo. Po zimnie i wyczuwalnej wilgoci zakładałam, że znajduję się w jakiejś piwnicy.

Próbowałam przypomnieć sobie, co działo się wcześniej. Wróciłam z zajęć, poszłam do „Komety”, jakiś typ zamówił mi drinka, wyszłam do łazienki… Film urywał się w momencie, kiedy zaczęłam z nim pić… Ten skurwiel dosypał mi czegoś do drinka! Jak mogłam być taka głupia…

Nie czułam, by do czegoś doszło. Pewnie dlatego tutaj się znalazłam. Zostawił mnie na później; może poszedł po kogoś jeszcze. Nieistotne, musiałam jakoś uciec.

Na całe szczęście więzy nie były zbyt dokładne. Po paru minutach kręcenia dłońmi, udało mi się je uwolnić. Z odwiązaniem nóg nie było już większych problemów. Wystarczyło wymacać, w jaki sposób są one związane. Zastanawiałam się, gdzie jest moja torebka. Z nią miałabym niemalże gwarantowaną ucieczkę. Jednak wątpiłam, by porywacz ją tutaj zostawił. Raczej nikt nie byłby na tyle głupi.

Zaczęłam powoli przesuwać się w mroku, uważnie stawiając każdy krok i macając dłońmi pustą przestrzeń. Nagle trafiłam na jakąś drewnianą szafę. Powoli przejechałam ręką po jednej z półek. Pokrywał ją jedynie kurz. Szarpnęłam nią kilka razy. Na całe szczęście nie była przytwierdzona na stałe. Postanowiłam zaczaić się na tego całego skurwiałego Grześka, którego imię właśnie mi się przypomniało. Zakładałam, że niedługo wróci. Musiałam tylko znaleźć miejsce, gdzie zaczynały się schody.

Wzięłam deskę i zaczęłam przesuwać się wzdłuż ścian. Po chwili dotarłam do celu. Oparłam się o ścianę. Wystarczyło tylko czekać.

Po niecałej godzinie usłyszałam trzask. Gwałciciel wszedł do środka. Chwyciłam półkę w ręce i przygotowałam się do uderzenia. Chwilę później wszystko zalało oślepiające światło. Jak się okazało, szaf, wiszących półek i tym podobnych było więcej. Część zapełniały słoiki z przeróżnymi przetworami. Krzesło, do którego byłam przywiązana, stało niecały metr od ściany.

Mężczyzna zaczął powoli schodzić na dół. Kroki stawały się coraz głośniejsze z każdą sekundą. Zamachnęłam się z całej siły, gdy tylko zauważyłam, że głowa wychyla się zza ściany. Napastnik zrobił unik w ostatnim momencie.

– Że co…? – wydukał.

Gdy spojrzał na mnie zdezorientowanym wzrokiem, zauważyłam, że nie jest to ten, z którym siedziałam w klubie. Ale równie dobrze mógł być jego wspólnikiem. Tak czy owak, musiałam uciekać.

Wykorzystałam chwilę i zaczęłam wbiegać po schodach. Mężczyzna zrzucił z ramienia torbę i ruszył za mną ułamek sekundy później. Chęć wyrwania się z tej całej chorej sytuacji dodawała mi sił. Dojrzałam zaszczepkę – jedyny element, który blokował masywne drzwi od wewnątrz. Podnosząc ją, wiedziałam, że nici z ucieczki. Już czułam jego płynny oddech na karku. Chwycił mnie za talię i przyciągnął do siebie. Nagle z otwierających się powoli drzwi wsunął się zaszroniony, śmierdzący tanim winem pijaczyna z poranioną twarzą. Jego usta otworzyły się, ukazując zęby, które pokrywały lodowe stożki ociekające krwią. Wrzasnęłam z przerażenia.

Nagle w kierunku nosa alkoholika pomknęła pięść. Cofnęło go na tyle, że mężczyzna pociągnął szybko za zaszczepkę, którą natychmiast założył.

Nacisk na mój brzuch lekko zelżał.

– Jeśli obiecasz, że nie zwariujesz i nie zaczniesz uciekać, puszczę cię – powiedział tak spokojnym głosem, jakby nic się przed chwilą nie stało. – Rozumiemy się?

– Tak – odpowiedziałam, trzęsąc się ze strachu. Puścił.

Parzył na mnie jasnymi oczami, nad którymi sterczały rozczochrane blond włosy. Zaciśnięta szczęka uwydatniała ostre rysy twarzy. Sprawiał wrażenie osoby twardej i nieuległej.

– Skąd ty się tutaj w ogóle wzięłaś? Raczej nie wylądowałaś tutaj z własnej woli, skoro chciałaś mnie walnąć tą deską.

– Racja… Jeden koleś nasypał mi czegoś do drinka. No cóż, obudziłam się dopiero tutaj. Byłam pewna, że zostawił mnie na później.

– Jeżeli tak, to już nie wróci.

– Jak to? Skąd masz taką pewność?

– Bo mamy jakąś pieprzoną apokalipsę!

– Że… co? – spytałam niepewnie. – O czym ty mówisz?

– Może mi powiesz, że tamten gość, co chciał się

wpakować do środka, wyglądał na normalnego? Nie wiem, co to za zaraza, ale wystarczy zostać zranionym przez jednego z takich jak on i dołączasz do wesołej rodzinki mutantów. Nic dziwnego, że o niczym nie wiesz. Przez te drzwi mało co byś usłyszała, nawet gdyby jeden z nich stanął krok przed nimi i zaczął wrzeszczeć.

Uwierzyłam mu, przecież widziałam tego pijaka.

– O mój Boże… – Złapałam się dłońmi za głowę. Jak coś takiego może być możliwe? Po przebudzeniu myślałam, że może wydarzyć się jeszcze coś strasznego, ale nie aż tak. Zaczęłam obawiać się o wszystkie bliskie mi osoby mieszkające w okolicy. Jeżeli jest naprawdę tak, jak powiedział, to epidemia niedługo może objąć całe miasto, jeśli jeszcze tak się nie stało…

– Tutaj to i Bóg nie pomoże. Trzeba po prostu jakoś przetrwać. W końcu ktoś będzie musiał się zająć tym całym bałaganem. Zakładam, że niedługo ruszy się wojsko. A tak w ogóle, w tym całym zamieszaniu nawet się nie przedstawiłem. Marcin jestem.

– Monika.

– Miło mi, chociaż wolałbym cię poznać w jakiejś bardziej dogodnej chwili. Pozwól, że na kawę zaproszę cię innym razem. Teraz trzeba ogarnąć trochę tę piwnicę, iść spać i nabrać sił na to wszystko, co dopiero może się wydarzyć.

Zaczęliśmy przeszukiwać pomieszczenie, składając w jedno miejsce wszystko, co przynajmniej wygląda na przydatne. Marcin przyznał, że ma ze sobą trochę zapasów, ale skoro tutaj są różne przetwory, to trzeba oszczędzać. Kiedy sprawdzałam, czy papryka z jednego ze słoików do czegoś jeszcze się nadaje, wygrzebał skądś materac, który położył obok ściany.

Zjedliśmy, wymieniając tylko kilka zdań. Nie miałam ochoty na rozmowy. Strach ściskał mnie od środka. Marcin najpewniej zauważył to i o nic nie wypytywał. Na wszystko był jeszcze czas; byliśmy raczej na siebie skazani.

– Śpij na materacu – poprosił – mnie wystarczy jakaś drewniana płyta.

Miałam coś powiedzieć, zaprzeczyć, ale wziął latarkę i wbiegł po schodach do włącznika. Ponownie zapanowała ciemność.

Po paru minutach moje czarne przemyślenia na temat przyszłości przerwał jego ciepły głos.

– Dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedziałam. Czułam, że jest on dla mnie jedyną szansą na przeżycie.

***

Kiedy kończyliśmy zabezpieczać teren, księżyc rozpoczął wędrówkę po niebie. Całe miast zostało zabezpieczone tak, aby nikt z zamarzniętych się nie wydostał. Wzdłuż drutu obejmującego całą niebezpieczną przestrzeń były porozmieszczane uzbrojone po zęby jednostki.

Wjechaliśmy do środka, co parę minut oddając strzały do pojedynczych przeciwników.

Znaliśmy już plan. Od samego rana mieliśmy rozpocząć przeszukiwania wszystkich budynków, przesuwając ciągle linię bezpieczeństwa. „Strzelać bez rozkazu do zamarzniętych; ocalałych odprowadzać do ciężarówek!” – tak brzmiał rozkaz. Tym sposobem mieliśmy oczyszczać miasto. Czekanie na wynalezienie jakiegoś antidotum tylko zwiększyłoby liczbę ofiar.

Rozstawiliśmy namioty jeszcze przed większym zagęszczeniem budynków, aby nie dać się zaskoczyć atakiem bez przestrzeni do obrony.

Dostałem pierwszą wartę wraz z kilkoma innymi żołnierzami. Krążyliśmy wokół, nasłuchując i wyglądając przez noktowizory przeciwników czających się w mroku.

Dopiero po niecałej godzinie ujrzałem jednego, biegnącego w naszym kierunku samym środkiem ulicy. Wycelowałem prosto w głowę i oddałem dwa strzały. Pęd sprawił, że nieruchome ciało, prześlizgnąwszy się po skutej lodem nawierzchni, zatrzymało się dopiero parę metrów ode mnie. Podszedłem bliżej. Zarażonym był może piętnastoletni chłopak. Trwoga znowu łapała mnie w swe szerokie ramiona. Przecież on miał przed sobą jeszcze wiele lat życia. Jak wiele jeszcze nie doświadczył...

Najbardziej bolało mnie to, że ci ludzie byli niewinni. Musieli zginąć przez to, że podczas wybuchu epidemii nie siedzieli bezpiecznie w swoich domach.

Wiedziałem, że jeśli zostanie wynaleziony jakiś lek, który to wszystko zakończy, każda ofiara jeszcze bardziej utkwi mi w pamięci. Jednak wolałem, by stało się to jak najwcześniej.

Nagle poczułem, jak ktoś dotyka mojego ramienia. Odwróciłem się gwałtownie.

– Też mi się to nie podoba – powiedział Marek, przyjaciel, z którym pracowałem prawie od samego początku. – Ale nic na to nie poradzimy.

– Wiem. Niestety.

Kolejne godziny mijały spokojnie. Skończyłem swoją zmianę i poszedłem do namiotu. Leżąc już na łóżku polowym, pomyślałem o żonie i córce, które zostały kilkadziesiąt kilometrów stąd. Miałem nadzieję, że szybko opanujemy ten chaos i będę mógł wrócić do nich w jednym kawałku.

Część piąta:

http://straszne-historie.pl/story/12676-Plan-Zima-V

Zapraszam wszystkich do komentowania, lajkowania i do polubienia mojej strony na facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Nie zajmuje to wiele czasu, ale cieszy i zachęca mnie do dalszego działania. ;)

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

No teraz to już jestem pewien
Odpowiedz
Nareszcie, mam nadzieję, że kolejne części pojawią się niebawem :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje