Nauczycielka

Dodane przez: mag litwor, 11.02.2016, 20:58
Panopticum
Reklama:
Nienawidził ludzi, jednocześnie cholernie za nimi tęskniąc. Uczucia przypominające huraganowy wiatr przewalały się przez jego głowę. Nie mógł nad nimi zapanować, ponieważ, by to zrobić, musiałby odizolować połowę swej natury; zamknąć bestie w klatce, w której rosłaby i chłonęła mrok. Jej kły stawałyby się coraz dłuższe, a słuch czujniejszy... i w końcu wydostałaby się na wolność. O tak. Rozpieprzyłaby wszystko na swej drodze.
Negatywne emocje wynikały z faktu, iż dopiero zaczął szkołę średnią i totalnie nie mógł odnaleźć się w nowym środowisku. Nowe było wszystko. Wszystko też było większe: korytarze, klasy, a nawet ludzie. Wzrok nauczycielek przypominał oko latarni morskiej, które snopem światła przedziera się przez gęstą mgłę. Dziewczyny, zbyt piękne i nieosiągalne nawet w sennych marzeniach, również wydawały się tylko kształtami poruszającymi się na nieskończenie długich nogach. Gdzieś bardzo wysoko, niemal w chmurach.
Jedynym oparciem wydawał się kumpel. Marek poznał go jeszcze w gimnazjum. Wysoki, umięśniony nastolatek, któremu bez dowodu w każdym sklepie sprzedawali piwo, ponieważ nosił gęstą, czarną brodę i posępny wyraz twarzy. W istocie Adrian tylko zewnętrznie sprawiał wrażenie mordercy. Wewnętrznie nie miał nic wspólnego z porywczością, czy szaleństwem. Może dlatego tak dobrze się uzupełniali – ogień i woda.
- Zaraz matematyka. Kochana, pieprzona matematyka.
- No i co z tego?
- Dobrze wiesz.
- Nie, nie mam pojęcia – stwierdził Marek i uśmiechnął się szyderczo.
- Łatwo ci żartować, skoro masz dobre oceny i bez problemu zaliczysz półrocze.
- Ty też zaliczysz.
- Mhm, widzisz jak Masłowska na mnie patrzy. Stara jędza mam mnie na czarnej liście.
- Ona ma na czarnej liście nawet własne dzieci...
- Cicho! – syknął Adrian – idzie.
Dziwnie było patrzeć, jak wielki nastolatek zaczyna się trząść pod wzrokiem mierzącej najwyżej metr sześćdziesiąt chudziny w okularach. Marek nie potrafił zrozumieć, co całą klasę tak przerażało w tym obliczu nędzy i rozpaczy. Bo co? - zastanawiał się. - Wstawi jedynkę do dziennika? Krzyknie odrobinę za głośno? Postraszy wezwaniem rodziców?
- Pieprzyć to! - stwierdził odrobinę za głośno. Nienawidził ludzi za to, że potrafili doprowadzić go do tego stanu. Własne myśli kąsały go niczym stado żmij.
Wchodzący do klasy uczniowie, obejrzeli się za siebie. Stojąca obok nich Masłowska powoli zaczęła obracać głowę w jego stronę, niemal było słychać trzask naciąganych ścięgien szyi. Mimo lat źrenice koloru nieba nie straciły swej intensywności. Grube szkła okularów zdawały się tylko to potęgować.
- Coś powiedział, Marku?
W pierwszej chwili chciał przeprosić i zapomnieć o całej sprawie. Nie miał siły na walkę, która i tak skończyłaby się kolejną wizytą w gabinecie dyrektorki.
- Sam nie wiem.
- Wydaje mi się, że wiesz.
- Może.
- Zdecyduj się, bo tracimy czas.
- Nie możemy zrobić raz tak, że pani zapomni i ja zapomnę, i będzie chociaż raz spokojnie?
Masłowska uśmiechnęła się jedną stroną ust. Przypominała lisa, który znalazł drogę do kurnika.
- Wiesz, że nie tak to działa.
- Wiem, ale czasem łudzę się, że ludzie są naprawdę inni; że tylko udają podłych skurwysynów.
- Nauczycielka powoli zamknęła drzwi do klasy. Wyglądała jak matka, wychodząca z pokoju śpiącego dziecka. Nawet najmniejszy gest nie pokazywał tego, czy faktycznie słyszała ostatnie zdanie, wypowiedziane z ust Marka. Lata praktyki – wpadło mu do głowy i mimowolnie się uśmiechnął.
- Nie może tego pani potraktować jako wygłup nowego i dać mi jeszcze jedną szansę? Pewnie nic to nie da, ale zawsze można się dłużej oszukiwać. Ludzie oszukują się latami, więc dlaczego my nie możemy tego zrobić teraz?
- Przymknij się, Marku. - Masłowska ruszyła szybkim krokiem w stronę schodów. Pod pachą niosła dziennik. - Porozmawiamy w pokoju nauczycielskim. Rusz się.
Nic nowego pod słońcem – pomyślał, pokonując wytarte stopnie. - Uczeń z niewyparzoną gębą i nauczycielka, która mieszka z dziesięcioma kotami, a jedynego penisa widziała, gdy suka sąsiadów miała cieczkę i zlatywały się do niej kundle z okolicy. Ciekawe ile osób na całym świecie jest teraz w mojej sytuacji? Ile ma gorzej? Ile umiera, nigdy nie doświadczywszy odrobiny dobra od drugiego człowieka?
- Cholera jasna – stwierdził, wchodząc na korytarz prowadzący do pokoju nauczycielskiego. Przetarł dłonią twarz, by odgonić czarne myśli. Nic tu po was, doszedł do wniosku. Czeka mnie kolejna bitwa.
- Usiądź przy stole – stwierdziła Masłowska. - Zaraz do ciebie podejdę.
W niskim pomieszczeniu znajdował się automat z napojami, zlew, w którym piętrzyła się sterta kubków i stół. W sumie były to trzy stoły dosunięte do siebie. Mniej więcej na środku siedział facet w średnim wieku, sącząc kawę. Marek od razu poznał swojego nauczyciela od wuefu. Zawsze śmieszyli go ci faceci, udający twardzieli, a paradujący w dresach aż do emerytury.
- Dzień dobry, panie Myszkowski.
Facet uśmiechnął się rozbrajająco i przywołał Marka gestem ręki.
- Siadaj młody, zanim stara gestapówa cię do komory wyślę.
Obaj zaśmiali się szczerze. Atmosfera lekko się rozluźniła.
- Za co wpadłeś tym razem?
- Brzydko się wyrażałem.
- Chyba nie opowiadałeś o zatwardzeniu na lekcji matematyki? - Myszkowski łyknął kawy.
- Bawi to pana?
- Może trochę, choć twoja nauczycielka matematyki to raczej przykre zjawisko. Jak zacząłem tu pracować, wtedy było śmieszne. - Puścił oko do Marka i odchylił się na krześle. - Może też powinienem zabrać cię na rozmowę, żebyś zaczął ćwiczyć jak reszta? Grzejesz ławę od początku roku.
- Nie zamierzam być sportowcem. Nie kręci mnie męski pot, którym śmierdzi w szatni i słaby ze mnie gracz.
- Uważasz, że jesteś za dobry, żeby biegać za piłką?
- Nie, skąd ten pomysł. Lubię grać i po lekcjach sporo czasu spędzam na boisku, ale skakanie dla ocen jak małpka na kiju, wybaczy pan, to nie dla mnie.
- Nie dla ciebie, powiadasz... - Myszkowski zamyślił się na chwilę. - Może i tak, może faktycznie tak jest. Jednak gdybyś zmienił zdanie i chciał zdać półrocze, będę czekał.
- Dzięki – rzekł Marek, do wstającego wuefisty. - Jest pan w porządku.
- Trzymaj się, Marku.
Przez następne kilka minut siedział w kompletnej ciszy. No, prawie kompletnej, ponieważ delikatnie zaburzał ją zegar w kształcie kota, który odliczał kolejne sekundy, wisząc na ścianie w plamie rzucanej przez promienie słońca.

*

Usłyszał za sobą, otwierające się drzwi. Domyślał się, iż Masłowska wróciła z łazienki i teraz przedstawi mu plan zemsty. Będzie pisał kartkówkę na każdej lekcji aż do końca roku? Nie, to podziałałoby na całą klasę, ponieważ nikt nie radził sobie z materiałem. Dla Marka jednak liczby nie skrywały tajemnic. Taki dar od stwórcy... Więc może zagrozi, że wezwie rodziców i przekona dyrektorkę, by wpisała naganę, która zostanie w aktach już na zawsze?
Kogo to obchodzi? Matka siedziała w Niemczech. Pracowała w jakiejś fabryce, zarabiając spore pieniądze i obrabiając przy okazji jakiegoś turka, którego poznała kilka lat temu. Ojca faktycznie mogli wezwać, ponieważ znajdował się niedaleko. Musieliby tylko wysłać po niego Chrystusa, by rozkopał grób, w którym leżał od dwa tysiące pierwszego roku i go wskrzesił. Choć nie wiem, czy mesjasz byłby do tego skory, biorąc pod uwagę fakt, iż zgon nastąpił przez samobójstwo.
- Wymyśliła pani coś ciekawego? Na prawdę nie możemy tego załatwić spokojnie?
- Odwróć się.
- Proszę, ja naprawdę nie powiedziałem tego specjalnie!
- Choć raz, smarku, posłuchaj kogoś mądrzejszego od siebie i odwróć się!
Wtedy Marek pierwszy raz usłyszał emocje, drżące w głosie Masłowskiej. To na tyle go zdumiało, iż faktycznie się odwrócił.
Kobieta stała w progu mając na sobie płaszcz. Poły zwisały swobodnie, a spod nich wystawało nagie ciało, po którym ledwie można było rozpoznać, iż należy do kobiety. Piersi przypominające dwa puste worki, blady brzuch, a nawet uda, znaczyły blizny. Jedne były większe, a inne mniejsze. Skóra je pokrywająca przypominała brzuch martwej ryby; była niezwykle blada, napięta i w pewien sposób nienaturalna.
- Te wszystkie rany powstały przez lata udręki w tej szkole. Udręki spowodowanej uczeniem was; nie ludzi, nawet nie zwierząt, ponieważ nawet one posiadają więcej empatii, lecz prawdziwych bestii. Wasi rodzice byli głupcami, to jedyne wyjaśnienie, dlaczego płodzili głupców.
Markowi wyrwał się z z gardła śmiech. Był nim szczerze zdumiony. Nie wiedział, skąd się wziął, skoro w środku czuł jedynie żal dla biednej, zwariowanej kobiety.
- Szkoda mi pani.
Jego słowa miały być wypełnione otuchą, jednak dźwięczała w nich jedynie pogarda. Masłowska wyszczerzyła pożółkłe zęby i doskoczyła do stołu. W jej dłoni pojawił się nóż. Nie był duży, może służył jej do krojenia wędlin na kanapki podczas przerwy. Jego ostrze okazało się odpowiednio ostre, by przebić ramię Marka i utkwić w nim aż po trzonek. Z jego gardła natychmiast wydobył się krzyk, który stłumiła, zasłaniająca mu usta ręka.
- Już dość się dzisiaj nagadałeś. Ani drgnij, bo zacznę przekręcać nóż i poczujesz taki ból, jakiego nigdy w życiu nie poznałeś. Kiwnij głową, jeżeli dobrze się zrozumieliśmy.
Nim zdążył kiwnąć głową, Masłowska zarzuciła mu na szyję pętlę. Następnie zacisnęła ją. Mocno. Ledwo mógł oddychać.
- Słyszałam, że twój ojciec odszedł w ten sposób, więc pewnie poczujesz się w tej sytuacji całkiem dobrze. - Zbliżyła usta do jego ucha niczym kochanka, pragnąca wyznać partnerowi najskrytsze pragnienia. - Teraz nie będziesz mógł krzyczeć, a do przerwy będzie po wszystkim.
Wtedy lina zacisnęła się jeszcze mocniej, aż do oczu napłynęły mu zły. Cały świat zaczął się oddalać. To było upiorne i interesujące zarazem. Takiego narkotyku jeszcze nie próbowałem – pomyślał Marek i z całej siły szarpnął się do tyłu. Nie przemyślał swojego ruchu. Nie było chwili do stracenia.
Tymczasem rozległo się pukanie do drzwi.

*
Krzesło łupnęło o podłogę. Masłowska odsunęła się, wypuszczając linę z dłoni. Szaleństwo nie znikało z jej twarzy. Wręcz wylewało się z jej oczu. Drżącymi rękami zapięła płaszcz i surowym głosem zapytała:
- Kto tam? Prowadzę bardzo ważną rozmowę z uczniem!
Marek wciągał łapczywie powietrze. Puchło mu gardło. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż jeżeli się nie odezwie, to przepadnie szansa, by ujść z życiem. Nawet przez sekundę nie łudził się, że Masłowska puści go wolno. Zbyt dobrze widać było malujące się na jej twarzy emocje. Zbyt dobrze słońce oświetlało jej zrosty na ranach, które sama sobie zadała w szale.
- Przepraszam, że przeszkadzam – odezwał się głos. Należał do Beaty Mleczko; nauczycielki angielskiego. - Jednak naprawdę muszę wejść. Zajmie mi to chwilę. Chodzi o listę uczniów zapisanych na wycieczkę do Pragi.
- Szlag by cię trafił – wyszeptała Masłowska. Widząc, iż Marek nabiera powietrza, by krzyknąć, nadepnęła na nóż, wystający z jego ramienia i rzekła: - Tylko słowo, a wbije ci go w oko po samą rączkę, smarku.
Kolejny raz rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem ledwie słyszalne i trwające najdłużej kilka sekund.
- Udostępni mi pani na chwilę pokój nauczycielski?
Marek znał odpowiedź, więc gdy usłyszał słowa padające z ust Masłowskiej, o mało nie zsikał się ze zdumienia.
- Proszę chwilę poczekać, zaraz otworzę.
Masłowska bez trudu podźwignęła krzesło z podłogi. Kazała usiąść na nim Markowi. Następie przyłożyła rękę do jego ust i bez żadnego ostrzeżenia wyszarpnęła nóż z ramienia. Pociemniało mu w oczach. Świat oddalił się kolejny raz. Coraz ciężej było mu utrzymać stan trzeźwego myślenia. Czuł krew spływającą po plecach i klatce piersiowej.
- Tylko piśnij, a zbiję ciebie i tę sukę. Wiesz, że to zrobię, więc bądź grzeczny i odegraj swoją rolę przekonująco. Kiwnij głową na znak zgody.
Chciał kiwnąć, jednak głowę miał za ciężką. To był zbyt wielki wysiłek. Całe ramie mu zdrętwiało.
- Marek, kiwnij teraz, albo kończymy tę grę.
Kiwnął, a przynajmniej tak mu się wydawało. Tymczasem Masłowska zawiązała płaszcz, złapała za czerwony sok, który rozlała na podłodze, ukrywając plamy krwi i narzuciła mu kurtkę na ramiona. Nie wiedział, do kogo należała; może zostawił ją Myszkowski? Pieprzony Myszkowski - pomyślał, wpatrując się w blat stołu. Skupiał się na tym, by siedzieć prosto. Kosztowało go to bardzo dużo wysiłku. - Pewnie teraz lata z piłką do kosza po boisku, udając białego murzyna, gdy ja szykuję się do odlotu z tego świata. Nienawidzę ludzi, nienawidzę ich zakłamania i podłości. Nawet matki zagryzają czasem swoje dzieci. Chory, chory świat...
Drzwi za jego plecami otworzyły się. Do pomieszczenia weszła Mleczko i od razu skomentowała bałagan:
- O Boże, co tu się stało?
- Nic, czemu nie moglibyśmy zaradzić – stwierdziła Masłowska. Była pewna siebie i patrzyła swej rozmówczyni prosto w oczy. Symbol prawdziwego szkolnego autorytetu. Stały za nią lata oddania i wzorowej pracy w szkole. Czy to tłumaczyło ślepotę? - Marka trochę poniosło, wpadł w szał, narozrabiał, ale wydaje mi się, iż powoli dochodzimy do konsensusu. Prawda, Marku?
Wiedział, że wzrok obu nauczycielek spoczął na nim. Czuł to podświadomie. Bardzo chciał coś powiedzieć, zrobić wszystko, by uratować Mleczko przed rozpłataniem brzucha. Było to jednak zbyt wiele. Z jego gardła wydobył się tylko charkot.
- Popłakał się i wcale nie jest mi go żal – stwierdziła Masłowska, przeplatając między palcami sznurek, którym dusiła go kilka chwil temu. - Pora dorosnąć! To nie gimnazjum, kochany, w tej szkole szanujemy się nawzajem!
- Marek się rozpłakał? To do niego zupełnie nie podobne – stwierdziła Mleczko. W jej głosie nie było słychać nagany. Może powodował to fakt, iż sprawa nie dotyczyła prawdziwego chuligana, lecz zwykłego ucznia. - Jednak... jeżeli pani do niego dotarła i to, rozumie pani, to pomoże, to bardzo dobrze. Bardzo.
Po tych słowach kobieta wyciągnęła z szafki plik kartek i ruszyła do drzwi. Marek zmusił się, by spojrzeć jej w oczy. Miał nadzieję, iż może to jakoś pomóc; zasygnalizować zagrożenie. Do ostatniej chwili był pewny, że wszystko skończy się jak w filmach. Wpadnie policja, Masłowska skończy w wariatkowie, a on przestanie uważać świat i zamieszkujących go ludzi za kupę gówna... może się nawet zakocha w pięknej, cycatej pani?
Zamiast tego odezwała się rzeczywistość w postaci dźwięku zatrzaskiwanych drzwi.
Znowu zostali sami, a ona znowu na niego spoglądała. Delikatnymi ruchami rozchyliła poły płaszcza. Kojarzyła się Markowi z kobietą po raz pierwszy pokazującą swe ciało mężczyźnie; tak zmysłowe były jej ruchy. Na światło dnia kolejny raz wymaszerowały koszmarne blizny. Masłowska Wampir uśmiechnęła się i ruszyła w jego kierunku.
- Teraz się zabawimy...
Nagle drzwi otworzyły się, a do pokoju wparowała Mleczko.
- Zapomniałam o zawiadomieniach dla rodziców. Jestem dzisiaj totalnie roztrze... - Jej głos zawiesił się, gdy ujrzała upiora w ciele kobiety. Cofnęła się o krok. - Boże, co to ma być!?
Masłowska wyszarpnęła nóż z kieszeni i w kilku krokach dotarła do koleżanki z pracy. Wbiła jej nóż w brzuch. Wyciągnęła go i zadała kolejny cios. I kolejny. Okulary spadły jej z nosa, a kosmyki włosów zasłoniły twarz. Markowi wydawało się, że nigdy nie przestanie. Drżał na całym ciele. Bał się, że zwymiotuje i straci resztki kontroli nad własnym ciałem.
- Przestań! - krzyknął. - Przestań natychmiast!
Poderwał się i przewrócił stół. W głowie kręciło mu się coraz bardziej. Całą lewą stronę koszuli miał przesiąkniętą krwią. Wiedział, że za chwilę będzie następny. Masłowska nie miała już nic do stracenia, teraz chodziło jej tylko o zwiększenie liczby ofiar.
- Ty stara suko!
Mleczko padła na podłogę lekko podrygując nogami. Jej usta poruszały się, jakby chciały coś powiedzieć. Jeszcze tego popołudnia policja zapuka do drzwi jej domu i oświadczy mężowi, trzymającemu na rękach ich trzymiesięczną córeczkę, iż mamusia już nigdy nie wróci. Zamiast tego czeka ją wygodne miejsce trzy metry pod ziemią w kompletnej ciemności.
Morderczyni wytarła nóż o bluzkę zmarłej kobiety i ruszyła powoli w stronę Marka. Szczerzyła przy tym zęby. Zgrzytała nimi, jakby zażyła zbyt dużą porcję metamfetaminy. W szale musiała przygryźć sobie język, ponieważ z ust ciekła jej krew. Skapywała po brodzie wprost na dziesiątki blizn; pomiędzy workowate piersi.
- Marzyłam o tej chwili, od kiedy zaczęłam uczyć w szkole. I wiesz co? Gdy zobaczyłam cię pierwszy raz, gdy otworzyłeś tą swoją niewyparzoną gębę, wiedziałam, że będziesz ostatnim śmieciem, z jakim przyjdzie mi się męczyć... A teraz nie utrudniaj. Oboje wiemy, jak to się skończy, Marku.
W czasie, gdy Masłowska wygłaszała swoją tyradę, Marek sięgnął za siebie i złapał jedyną rzecz, jaką miał pod ręką. Następnie zaczął głęboko oddychać i zbierać siły do najważniejszej walki w życiu.
Nie było ostrzeżenia. Masłowska skoczyła do przodu, tnąc nożem z niewiarygodną szybkością. Nie interesowało ją, gdzie zatrzyma się ostrze, najważniejsze, by zasmakowało krwi.
Cofnąwszy się krok w tył, Marek stracił równowagę. Wtedy wyciągnął zza siebie rękę i sypną całą zawartość solniczki, prosto w oczy atakującej. Nie spodziewała się tego. Myślała, że jest na wygranej pozycji. Syknęła z bólu i nie przestając atakować, starała się otrzeć twarz wolną ręką.
- Ty smarku! Ty mały śmieciu! Jak możesz! Jak, jak po tych wszystkich udręki śmiesz stawiać opór!

Nie było, na co czekać. Nie mógł liczyć na to, że dostanie drugą szansę na atak. Więc zrobił krok do przodu i uderzył nauczycielkę prosto w nos. Włożył w cios wszystkie siły. Usłyszał jak coś chrupnęło. Poczuł napływającą falę nadziei, połączoną z falą gniewu.
- Co ona ci zrobiła? - krzyknął i uderzył kolejny raz. - Co ci zrobiła, że musiałaś ją zabić? Czy na tym świecie żyje ktoś prawdziwy?
Kolejny cios trafił w cel. Marek miał ochotę się śmiać; rechotać na całe gardło. Cały żal i zagubienie, które nosił w sobie, odkąd wszedł w dorosłość, wyparowywały z niego właśnie w tej chwili. W końcu miał przed sobą coś materialnego – uchwytnego, co mógł złapać i bić. To sprawiało mu niewysłowioną ulgę.
- Pytam! Co ona Ci zrobiła!?
Zamachnął się raz jeszcze i trafił Masłowską w grdykę. Widział, jak jej oczy powiększają się, a sekundę później zachodzą mgłą. Stara padła na podłogę i zaczęła turlać się po niej z lewa na prawo. Bębniła piętami w panele, a jej oczy szukały czegoś na suficie. Może widziała tam demony, które nosiła w sercu przez większość życia i wiedziała, że prędzej, czy później przyjdzie się jej z nimi spotkać?
Marek był z siebie dumny i naładowany adrenaliną, dlatego dopiero po chwili spostrzegł, iż z brzucha wystaje mu ostrze noża.
- O... cholera... – rzekł i osunął się na podłogę obok nauczycielki.

*

Cała sprawa skończyła jako pożywka, dla rządnych sensacji reporterów. Trąbiono o niej we wszystkich mediach jeszcze miesiąc. Marek nie miał spokoju nawet w szpitalu, gdzie dochodził do siebie o operacji. Największym oparciem, osobą która zawsze siedziała przy jego łóżku, gdy wybudzał się z głębokiego, lecz pełnego koszmarów snu, okazał się Adrian.
To jego wielkie serce podtrzymywało Marka na duchu, że jeszcze kiedyś, może nawet już nie długo, wszystko będzie w porządku. A przy okazji jego silne ręce z łatwością wypychały pragnących wywiadu z „ocalałym” dziennikarzy.
- Wiesz, jak wielkie miałeś szczęście? - zapytał Adrian, zamykając książkę, która trzymał na kolanach. - Gdyby nóż wszedł dwa centymetry wyżej, nie rozmawialibyśmy.
- Tak? - Marek westchnął. - Więc szkoda, że tak się nie stało.
- Przestań.
- Łatwo ci mówić. Nie ty zostałeś sensacją połowy europy. Pieprzonym, krwawym, celebrytą. Powinienem napisać książkę i zarobić na ludzkiej głupocie.
- Więc zrób tak! - Wybuchnął nagle Adrian. - Do Jasnej cholery, zrób cokolwiek, byle tylko nie stracić sensu! Sens jest najważniejszy, a ty coraz bardziej wypychasz go ze swojej głowy... ze swojego serca.
- Może nigdy go tam nie było?
- Znam cię nie od dziś. Więc dobrze wiem, że był.
Resztę wieczoru spędzili milcząc. Nie było nic więcej do dodania.

*

Miesiąc później nadszedł dzień, na który Marek czekał z niecierpliwością. W końcu wypisywano go ze szpitala. W prasie nie podano dokładnego dnia, więc pod szpitalem nie kręcili się reporterzy. Może zaczęła się kolejna wojna, może matka zabiła swoje kilkumiesięczne dziecko, może w tłumie pojawił się kolejny zamachowiec-samobójca... może uchodźcy kolejny raz zrobili coś interesującego? Nie ważne. Ważne, że lała się krew i wszystko biegło do przodu. Marek był o tym przekonany. To dlatego postanowił spakować się i wyjechać z kraju. Stopem. Jak najdalej od wszystkiego i wszystkich. Nawet za cenę niedawno odzyskanego życia.
Zarzuciwszy torbę na plecy, ruszył do drzwi. Gdy je otworzył, spostrzegł dwóch mundurowych. Spoglądali na niego niczym na ciekawy eksponat. Na ich twarzach nie malowało się kompletnie żadne uczucie.
- Witam panów policjantów.
- Dzień dobry, nazywam się Gorzki. Musi pan pojechać z nami.
- Nie rozumiem. Przecież dzisiaj wychodzę. Powiedziałem wszystko, co wiem i mieliście mnie więcej nie niepokoić.
- Tak, ale...
- Żadne, kurwa, ale! - Marek zacisnął dłonie. Rana w ramieniu zaczęła go swędzieć, jakby dalej znajdowały się tam szwy.
- Proszę się uspokoić. Wykonujemy tylko swoje obowiązki.
Nie było to łatwe. Piętro niżej znajdowały drzwi, a zaraz za nimi czekała wolność. Tylko tych dwóch stało na przeszkodzie.
- Nieważne jaka to sprawa, wszystko może poczekać. Nawet, jeżeli chodzi o pieprzoną asteroidę, mającą rozwalić pieprzony świat.
Minął ich i ruszył korytarzem. Już miał schodzić po schodach, gdy usłyszał za sobą głos:
- Ona uciekła ze szpitala, panie Marku. Masłowska uciekła.

Koniec
Koniec Panopticum
Źródło: ...
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!