Historia

Czerń

gabriel grula 4 3 lata temu 4 267 odsłon Czas czytania: ~7 minut

Okolica jest przepiękna.

Wszelkie możliwe odcienie żywej zieleni mieszają się ze sobą w najrozmaitszych konfiguracjach, tworząc obraz mający zostać zapamiętanym przez każdą żywą istotę zdolną na niego spojrzeć, zastanowić się nad niepowtarzalnym pięknem, a na koniec zachować go w najpilniej skrywanym zakamarku swej pamięci.

Sierpniowy wietrzyk dający ukojenie, delikatnie potrząsa wszystkimi napotkanymi na swej drodze liśćmi i krzewami, jak również co cieńszymi konarami niewielkich drzew. Kilka ociężale czołgających się po błękicie nieboskłonu chmur, nawet nie próbuje zbliżyć się do świecącego pełnią swego blasku słońca. Śpiew ptaków, jak i odgłosy dziesiątek zmierzających do obranego celu owadów, mieszają się w różnych nasileniach i tonach.

Uwielbiam ciszę. Uważam ją za najlepszą kojącą nerwy muzykę. Nie jest mi dane często się nią cieszyć, dlatego każdą wolną chwilę wykorzystuję na tak uwielbianą obserwację i słuchanie.

Zajmuję najlepsze z możliwych miejsc, z którego rozciąga się przed moimi oczami ten fantastyczny widok. Mógłbym tak cieszyć się tym nic nie kosztującym przedstawieniem godzinami.

Wszystko jednak kiedyś musi się skończyć. Tak jest niestety i tym razem.

Najpierw zauważam biegnącą co sił w nogach dziewczynę. Jej włosy powiewają niczym długi, rdzawy welon na wietrze. Jest młoda, cudna. Uroda kpi sobie z malującego się na tej twarzy przerażenia, paniki, strachu. W pięknie idealnie skomponowanych ze sobą rysów kości policzkowych, nosa, ust, podbródka, łabędziej szyi, dusi całą bijącą z oczu młodej piękności trwogę.

Drobne ubrane jedynie w starą sięgają kolan spódnicę ciało wykorzystuje w stu procentach drzemiącą w mięśniach siłę. Wszystko po to by uciec. Uciec jak najdalej, zostając przy tym niezauważoną.

Tuż za dziewczyną, zza jednego z pagórków wybiega trzech mężczyzn. Jeden z nich wygląda na dużo starszego od pozostałych. Choć ledwo nadąża za swymi młodszymi kompanami, w wyraźny sposób nimi przewodzi. Wszyscy trzej mają bardzo niewyraźny, zmącony alkoholem wyraz twarzy. Dodają sobie sił wykrzykiwanymi groźbami:

–I tak nie uciekniesz suko!

–Dopadniemy cię! Nie ukryjesz się przed nami!

–Będziesz biedna jak cię dorwę!

Ich oddechy są nieregularne, płytkie. Dziewczyna przebiega obok jednego z dziko rosnących bzów. Cienkie gałązki kilkukrotnie smagają jej twarz. Nie zwróciwszy na to uwagi, biegnie dalej.

Z trudem łapiąc oddech, bardziej siłą woli, ścigana kieruje się w stronę najbliżej znajdującej się zabudowy. Budynek, który jest celem biegu zalicza się do opuszczonych pustostanów. Nawet gdyby udało jej się tam dobiec, zapewne nikogo by nie zastała. Stara dwupiętrowa, niszczejąca chałupa, kryje w swym wnętrzu kilka doskonałych kryjówek. Nie jest jej jednak dane skorzystać z którejkolwiek z nich.

Pierwszy dopada ją wysoki, ubrany w poszarpaną, brudną białą koszulę i równie zniszczone szare spodnie blondyn. Rzuca się na nią niczym lew polujący na antylopę. Obydwoje przewracają się na ziemię.

Dziewczyna walczy. Szarpiąc się, próbuje ostatkiem sił uwolnić ciało z uścisku przeciwnika.

Po chwili dobiega do nich dwóch pozostałych mężczyzn. Najstarszy chwyta uciekinierkę za włosy, wymierzając jej następnie uderzenie. Ta upada, skrywając twarz w dłoniach.

Blondyn, wraz ze stojącym tuż obok niego brunetem, patrzą na skuloną dziewczynę z delikatnie zarysowującymi się w kącikach ust uśmiechami. Teraz dopiero dostrzegam twarze obydwu przyglądających się bezczynnie poczynaniom swego starszego kolegi chłopców.

Tak, są to chłopcy, mający tyle samo lat, a niewykluczone, że i mniej niż bita w tej chwili dziewczyna. Ten wymierzający razy ofierze pała chęcią zadania bólu, cierpienia. W jego wyrazie twarzy nie ma jednak niczego demonicznego, przerażającego. Ta twarz jest jak najbardziej ludzka. Chyba nie ma na świecie niczego bardziej strasznego, niż wyrażająca obojętność na cierpienie drugiego człowieka bądź istoty, ludzka twarz. Wykrzykuje przy tym mnóstwo bluźnierstw i obelg względem bezradnej, zawodzącej piękności.

Przy szóstym, a może nawet siódmym z kolei uderzeniu, dziewczyna umilkła. Jej bezwładne, wykrzywione w dziwnej, nienaturalnej pozie ciało, jest niczym bezużyteczna, rzucona w kąt przez znudzone zabawą dziecko lalka.

– No, w końcu! – krzyczy mężczyzna. – Na co się kurwa gapicie gamonie? Rozbierzcie ją i wypierdalać! – sepleni.

Ci posłusznie zaczynają zrywać z leżącej ubranie. Kiedy jest już naga, spoglądają na swego mentora.

– Czekacie na oklaski?! – słyszą pytanie.

Jeden z nich zauważa mnie. Mimo wszystko uznaje moją obecność za na tyle mało znaczącą, by nie zadać sobie trudu podniesienia kamienia i ciśnięcia go z całej siły w moją stronę.

Zamiast jakiejkolwiek reakcji, obaj zgodnie odwracają się odchodząc w stronę lasu.

Mężczyzna spogląda na leżące ciało, rozpina rozporek, spuszczając sobie do kolan spodnie.

Kładzie się na dziewczynę, chwilę później wchodząc w nią. Każdemu ruchowi bioder towarzyszy jęk rozkoszy. Oprawca jest niczym dzikie, pozbawione logiki, kierujące się wyłącznie instynktami zwyrodniałe zwierzę. Zwierzę o ludzkim wyrazie twarzy, obdarzone przy tym jak najbardziej ludzkim rozumem.

Trudno powiedzieć jak długo odurzony alkoholem mężczyzna odzierałby z resztek godności nieświadomą niczego ofiarę gdyby nie dwukrotny, zagłuszający wszelkie inne dźwięki odgłos wystrzału.

Niczym rażony piorunem podrywa się, nerwowo rozglądając na wszystkie strony.

Ostatecznie przykuca, powoli krok po kroku skradając się w stronę dziko rosnącego bzu. Kryjąc się za jego konarem, ostrożnie wygląda, spoglądając w stronę, w którą kilka minut temu udali się jego dwaj towarzysze.

Kieruję wzrok na leżącą dziewczynę. Otwiera oczy. Przez dłuższą chwilę zbolałym wzrokiem wpatruje się w niebo. Po policzkach, kropla za kroplą, zaczynają spływać jej łzy.

Powoli dźwiga ciało do pozycji siedzącej. Oblizuje językiem zakrwawione usta, następnie wyciera przedramieniem kapiącą z nosa krew. Prawą ręką dotyka swego krocza. Zobaczywszy na dłoni krew, wzdryga się. Po raz kolejny spogląda w niebo. Jej płacz jest cichy, a cały żal skierowany jakby ku wnętrzu filigranowego ciała.

Znów daje się słyszeć śpiew ptaków. Nad głową przelatują jej dwa motyle. Owady całkowicie pochłonięte swoim towarzystwem, tracą wcześniej obrany cel podróży, zatracając się w powietrznej odmianie tańca. Siedząca na jednym z polnych kwiatów pszczoła podrywa się do lotu.

Wszystko jest tak jak wcześniej. Tylko ona, nie mogąc pogodzić się z tym co ją spotkało, cicho łka i opada na roślinny dywan zupełnie nie zwracając uwagi na nic poza przelewająca się w sercu czarą goryczy, okraszoną niemocą, bezradnością, chęcią pozbycia się zbrukanej przed chwilą cielesności.

Oddałaby w tej chwili życie, by móc cofnąć czas. Mogłaby nawet umrzeć, byleby tylko nie doświadczyć tego, co teraz będzie ją piętnowało i powracało w najgorszych nocnych koszmarach do końca życia, niczym mroczne widmo.

Wiem, akurat ja dokładnie wiem co myśli, co ją trapi. Z czym będzie musiała stoczyć piekielnie ciężką bitwę, a niewykluczone, że wojnę. Wojnę, w której każda z wygranych bitew nie będzie gwarantowała końca zmagań.

Jej niemożliwy do wyrażenia ból, zagłuszony zostaje kolejnym ze strzałów. Ciężko oddychając najpierw kuca, następnie zakłada na siebie to, co zostało z jej białej spódnicy.

Słysząc zbliżający się szelest trawy, dziewczyna o rdzawym odcieniu włosów kryje się za najbliżej rosnącą kępa krzaków. Chwyciwszy w rękę nieduży kamień, zastyga w bezruchu.

Wśród kołyszącej się trawy zamajaczyła zataczająca się sylwetka. Dziewczyna w skupieniu obserwuje miejsce swojego upokorzenia. To właśnie w nim po raz pierwszy upada postać, którą, jak się okazuje, jest ranny mężczyzna. Nie sposób nie rozpoznać w nim tego, który dopuścił się na niej gwałtu.

Ranny krwawi. Czerwone krople dokładnie znaczą drogę, jaką przebył. Pojękując, udaje mu się zebrać dość sił, by wstać. Odniesiona rana należy jednak do poważnych. Niegdyś biała koszula straszy rozszarpaną na wysokości brzucha krwawą plamą.

Słysząc kroki, odwraca się. Jego blada, wystraszona twarz jest jakże inna od tej jaką miał jeszcze piętnaście minut temu. Niepewnym, zbolałym wzrokiem spogląda w oczy swej do niedawnej ofiary. Nie wytrzymuje długo jej spojrzenia. Już sekundę później, opuściwszy głowę w dół, patrzy na zbliżające się do niego stąpające po zielonej trawie bose stopy dziewczyny. Podchodzi do niego niemalże na wyciągnięcie ręki.

Uśmiecha się. Odpowiada jej równie miłym, pełnym nadziei na darowanie win i przeżycie uśmiechem. Dziewczyna o rdzawym kolorze włosów opuszkami lewej dłoni czule muska znienawidzoną twarz.

Z jej oczu bije troska, współczucie. Nie mogąc się powstrzymać, ranny zaczyna płakać. Jest to tak charakterystyczny dla dzieci szczery, pełen żalu za wszystkie popełnione błędy i przewinienia rodzaj płaczu.

– Przepraszam – szepcze drżącymi wargami. – Tak bardzo tego żałuję...

Opuszek palca wskazującego dziewczęcia dociera w końcu do jego ust. Mężczyzna rozchyla je nieznacznie, spodziewając się… sam nie wie czego ma się spodziewać po kimś, komu kilkanaście minut temu wyrządził tak wielka krzywdę. Niepewnie podnosi wzrok, spoglądając równie nieśmiałym wzrokiem w jej oczy. Przez chwilę trwają tak w świdrującym swoje oblicza spojrzeniu.

Trzymany w prawym ręku kamień, roztrzaskuje skroń wpatrzonego w nią błagalnie mężczyzny. Pada bezwładnie, spoczywając na trawie . Niemalże natychmiast jego ciało pochwycone zostaje w agonalne wstrząsy.

– Nie tak szybko, skurwielu – szepcze dziewczyna. – Nie tak szybko.

Z całej siły kopie kilkukrotnie leżącego w brzuch, celując dokładnie w miejsce postrzału.

Ciało cały czas wije się, a z ust zaczyna wydobywać się biała piana. Trzykrotne uderzenie kamienia kończy ziemski żywot gwałciciela. Nim to jednak następuje, krwistoczerwony kolor oblewa kilkanaście rosnących w pobliżu roślin, nadając im jakże inne barwy. Czerwień miesza się z zielenią traw w najrozmaitszych nasyceniach i odcieniach. W tę grę kolorów angażują się także żółty mlecz, biała stokrotka, fiołek. Mimo wszystko szkarłat krwi nie komponuje się z zielenią łąki w takim stopniu, w jakim życie komponuje się ze swym nieodłącznym towarzyszem — cierpieniem.

Siedząc obok zmasakrowanego ciała, młoda kobieta kieruje zbolały błękit swych oczu w moją stronę. Uśmiecha się, po czym opada plecami na trawę.

Słyszę kolejny strzał. Ten dochodzi jednak z bliska. Nie widząc strzelającego, nie chcąc tym samym ryzykować śmierci, rozpościeram czarne jak smoła skrzydła.

Dzięki czterokrotnemu zatrzepotaniu nimi, podrywam się do lotu. W ślad za mną wzbija się w powietrze jeszcze kilku siedzących na pobliskich drzewach skrzydlatych braci.

Ludziom wydaje się, że my nic nie rozumiemy. Tymczasem rozumiemy i to więcej niż mogło by im się wydawać.

Koniec.

Serdeczne podziękowania dla Ani Arlet.

Jeżeli podoba Ci się moja twórczość, polub fanpejdż:

https://web.facebook.com/KsiazkaCzasZ/?ref=aymt_homepage_panel

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Dziękuję za wszystkie komentarze :)
Odpowiedz
No panie kruku :) gratulacje pomysłu i powodzenia.
Odpowiedz
Świetne ! ^^
Odpowiedz
Jak zawsze, świetna opowieść :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje