Oświetlić drogę

Dodane przez: kuro, 21.02.2016, 00:00
Panopticum
Reklama:

Kiedy tu przyjechałem, życie miasteczka wydawało się całkowicie oderwane od rzeczywistości. Jakby czas płynął wolniej. Może dlatego, że ludzie nie posiadają wielu urządzeń elektronicznych, a wieczorami urządzają spotkania i robią masę innych „nienowomiejskich rzeczy”. Jak dla mnie, czyli kogoś, kto całe życie spędził w ogromnym mieście, gdzie niebo przecinały czubki wieżowców, a noce rozświetlane były przez blask ulicznych latarni, wiejskie środowisko okazało się miłą odskocznią, choć wciąż nie wyobrażam sobie spędzenia tu całego życia.

Byłem zmuszony porzucić monotonną codzienność ze względu na babcię. Odkąd dziadek odszedł, nie radziła sobie sama. Cała rodzina kompletnie ją olała, więc aktualnie jestem jedyną osobą, na której pomoc może liczyć. Moją głowę zaprząta tylko myśl, w jaki sposób poradzę sobie ze studiami i opieką nad babcią, gdy rok szkolny się zacznie.

Zatrzaskuję drewniane okiennice. Wraz z odcięciem blasku zachodzącego słońca, wnętrze domu zostaje pożarte przez gęsty mrok.

- Zaraz powinni przyjść. – rozlega się drżący głos staruszki.

W ciemności błyska iskierka, która po chwili ewoluuje w płomień. Świst czajnika oznajmia mi, że czas przygotować herbatę. Podchodząc do kuchenki, zdejmuję kota ze stołu i odstawiam go na podłogę. Ten głupi sierściuch nigdy się nie nauczy... Dziś jest nasza kolej na „organizowanie atrakcji” więc za kilka minut, okoliczni sąsiedzi usiądą wokół kominka i zacznie się bardzo długi wieczór rozmów, śmiechów i historii. Nie przeszkadza mi to, że właśnie w taki sposób czas jest tu zabijany, wręcz przeciwnie, jednak nie potrafię zrozumieć, czemu, do cholery, nie możemy wyjść na przykład do sadu i tam urządzić ognisko. Wtedy byłoby wygodniej. Ludzie przestaliby gnieździć się w małej chałupce, każdy znalazłby dla siebie miejsce. Ostatnio przestawiłem mój pomysł babci. Odmówiła. Co prawda nie pozwoliłem jej odczuć mojego rozczarowania, które było wręcz ogromne, ale ta kobieta potrafi czytać z oczu i na pocieszenie powiedziała tylko, że tradycja jest czymś, czego nie można zmieniać i jeśli nie chcę, nie muszę przebywać w tym towarzystwie.

Nalewam wrzątek do dzbanów, wdychając przyjemną woń ziół. Jeśli chodzi o „tradycję” tego miejsca, muszę przyznać, że jest dość dziwna i uciążliwa. To coś na kształt paranoi przed wychodzeniem na zewnątrz o zmierzchu. Wszystkie domostwa zostają szczelnie pozamykane, jeszcze zanim słońce zbliży się do horyzontu, a przed zniknięciem ostatniego promyka, okolica kompletnie pustoszeje. Tak więc, jeśli ktoś zdecyduje się spędzić wieczór w towarzystwie sąsiadów, wraca do domu dopiero rano. Stare wiejskie przesądy mają swój urok, ale naprawdę, akurat ten zabobon jest przesadą. Kilka tygodni temu, próbowałem dowiedzieć się, jakie jest jego źródło, jednak to, co usłyszałem, nie zaspokoiło mojej ciekawości. Stary kowal plótł coś o duchach, jedna z kobiet powołała się na Boga, nie odpowiadając na moje pytanie, jeszcze inni twierdzili, że w czasie wojny, zaraz po zachodzie, oddziały nieprzyjaciela patrolowały okolicę, dlatego z przyzwyczajenia wszyscy zostają w domu. Liczyłem na to, że moja babcia się wypowie. Ponieważ jest jedną z najstarszych osób we wsi, powinna pamiętać początek tego szaleństwa, ale niestety słuchała wszystkiego w milczeniu z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Kaszel staruszki zagłusza głośny trzask drzwi.

- Witajcie.

- Jak się miewasz babciu. Przynieśliśmy ciasto.

- Elwira przyjdzie?

- Tak. Musi zabrać jeszcze kilka rzeczy.

- Dzień dobry! – kobiecy głos wypełnia przedsionek.

- Raczej dobry wieczór.

Po chwili wnętrze zapełnia się ludźmi. Dzbany zostają przeniesione do dużego pokoju, zanim wlewam do nich całą wodę. Dzieci tańczą pod moimi nogami i przeżywam chwilową dezorientację, gdy zostaję pochwycony przez trzy pary dziewczęcych rąk.

- Hej, Feeeeliks!

Usiłuję wydostać się z pułapki, ale nieruchomieję, kiedy wszystkie ocierają się o mnie. Na moja twarz wpływa rumieniec zażenowania. Do cholery, to tylko licealistki. Są młode i głupie, a ich fascynacja mną jest spowodowania tylko i wyłącznie faktem, że jestem starszy.

- Opowiesz nam dziś coś o wielkim mieście?

- A może masz jakieś ciekawe zdjęcia?

- Wszystkie zdjęcia już widziałyście. – mówię, przewracając oczami.

- Na pewno jeszcze coś masz!

Wtulają się w moją bluzę. Mam wrażenie, że zaraz ją ze mnie zerwą.

Minuty przemijają niezwykle szybko, kiedy wysłuchuje się kolejnych fascynujących ciekawostek o zwierzętach domowych, poglądach politycznych mieszkańców i wojnie... Mam ochotę zacząć walić głową o ścianę, by tylko zabić tę narastającą nudę. Mrok okrył już okolicę grubą czernią, a psy, jak zwykle o tej porze, zaczęły wyć. Zawodzenie rozsadza moją głowę, której ból dziś wyjątkowo mi dokucza.

Podnoszę wzrok. Babcia zdaje się nieco przysypiać. Czarny kocur rozłożył się na jej kolanach i co chwilę zaciska pazury na materiale swetra. Moje trzy adoratorki chichoczą, spoglądając zalotnie na moje znudzone oblicze. Eliza jest w trakcie zaplatania warkocza Marii, a Anna kołysze się to w prawo, to w lewo. Popadam w zamyślenie. Usiłuję wyobrazić sobie brak bólu głowy, ale uczucie jest zbyt mocne. Nie potrafię go ignorować.

Nagle ciche pukanie zwraca moją uwagę. Patrzę na drzwi. Przez chwilę mam wrażenie, że się przesłyszałem. W domu panuje hałas, więc może mój mózg stworzy ten dźwięk? Z pewnością... przecież każdy w miasteczku się zna. Ludzie sobie ufają i nie ma nawet potrzeby zamykania domu na noc, więc pukanie do drzwi wydaje się tu czymś nienaturalnym. Poza tym jest wieczór. Słońce schowało się za horyzontem, więc nikt nie śmiałby wyjść na zewnątrz.

Przeciągam dłonią po włosach i nagle znów to słyszę. Nieruchomieję. Pukanie. Ktoś puka. Może to turysta, który zabłądził? Przez miasteczko przebiega droga, łącząca dwa duże miasta, więc prawdopodobieństwo, że ktoś szuka tu schronienia, jest duże.

Wstaję, kompletnie nie zastanawiając się nad tym, co robię i podchodzę do drzwi. Kieruję dłoń w stronę klamki. Już mam zamiar je otworzyć. Pukanie nieprzerwanie wybrzmiewa wśród hałasu ujadających psów.

- Feliks.

Zapada nagła cisza. Odwracam się powoli w stronę głosu babci. Zauważam, że oczy wszystkich zgromadzonych zostały we mnie wbite.

- Wróć na miejsce.

- Ale ktoś puka... – nie wiem, czemu się jąkam.

- Skoro puka, to znaczy, że nie nasz. – odzywa się stary kowal. – Siadaj chłopcze.

- A jeśli potrzebuje pomocy? – zniżam ton, chcąc zachować się właściwie wobec kogoś, kto stoi na zewnątrz. Nie wykluczone, że słyszy, co mówimy.

- Niech idzie gdzie indziej. Dużo jest ludzi wokół. – mówi jedna z kobiet, na co inne jej przytakują.

- Babciu... wiedzą, że tu jesteśmy. Należałoby przynajmniej sprawdzić.

- Niech wiedzą, że jest nas dużo! Im nas więcej, tym jesteśmy silniejsi! – krzyczy ktoś.

- Wróć na miejsce. – jedno uderzenie dłonią w blat stolika babci, zmusza mnie do posłuszeństwa.

Siadam na kanapie, wzdychając z irytacją. Głupie przesądy. Głupia wioska. Głupcy. Jak można być tak niewychowanym?

- Feliks, piszesz coś ciekawego? – Anna zarzuca ręce na moją szyję.

- Nie, nie piszę.

- Masz zły humor? – pyta Maria z autentycznym zmartwieniem w głosie.

- Nie. – odpowiadam.

- Może w coś zagramy? – talia kart Elizy ląduje na moich kolanach.

Próbuję nie popadać w głębsze stadium rozdrażnienia, dlatego zgadzam się na partię „kuku”. Ciągle słyszę pukanie. Ciche, nieśmiałe. Teraz wybrzmiewa za moimi plecami, tam, gdzie znajdują się drewniane okiennice.

***

Dźwigam drewnianą skrzynkę z pomidorami i stawiam ją na stole. Ocieram czoło z potu. Kiedy tylko wzeszło słońce, wybiegłem na dwór w poszukiwaniu śladów kogoś, kto wczoraj pukał do drzwi domku. Ku mojemu zdziwieniu nie znalazłem nic. Ani śladów opon. Ani odcisków butów. Krążyłem w pobliżu okiennic. Tam ziemia była wyjątkowo mokra, więc spodziewałem się znaleźć cokolwiek, jednak nic tam nie było. Popadam w paranoję. Paranoiczny klimat miasteczka zaczyna mnie pochłaniać.

Dzień upłynął niewiarygodnie szybko. Zostały mi tylko dwie godziny na skończenie wszystkich obowiązków, a jest ich wiele. Burek, wiekowy pies babci, szarpie się na łańcuchu, szczekając w moją stronę. Przypominam sobie, że miałem go nakarmić. To małe bydle zawsze jest piekielnie głodne. Schylam się, chcąc wsypać mu do miski żarcie. Pies skacze na mnie, majtając ogonem. Zachowuje się tak, jakby nigdy nie jadł. Przecież wczoraj, gdy zaniosłem mu jedzenie, nie rzucił się na nie od razu. Tamta porcja powinna mu wystarczyć. Kundel zaczyna jeść łapczywie, a ja przez chwilę go obserwuję i wtedy zauważam na brzegu miski malutkie dziurki. Przeciągam po nich palcem. Wyglądają, jakby ktoś przedziurawił plastik igłami. To nie są ślady po zębach psa. Pewnie jakieś zwierze wyjadło Burkowi karmę w nocy, dlatego teraz jest taki głodny.

Klepię bok zwierzęcia i wstaję.

- Zaraz idziemy do Stefaniaków. – słyszę głos staruszki.

- Taa.

- Wiem, że to nie jest dla ciebie...

Śmieję się.

- Nie przyjechałem tu, żeby odpoczywać, babciu. Muszę cię pilnować i nie zostanę w domu, kiedy ty będziesz u sąsiadów.

- Jeśli chcesz się pouczyć, poproszę Stefaniakową, żeby udostępniła ci pokój. Nie musisz siedzieć ze starymi prykami, ale nie ukrywam, że wolałabym mieć cię na oku.

- Oboje pilnujemy siebie nawzajem.

Na twarz babci wpływa uśmiech.

- W końcu jesteśmy rodziną. – mówi.

***

Dom Elizy jest pięćdziesiąt razy większy, od naszej chatki, więc kiedy już znudziło mi się wysłuchiwanie problemów miejscowej ludności, postanowiłem skorzystać z wcześniejszej propozycji. Eliza, oczywiście z chęcią użyczyła mi swojego pokoju, sprawiając wrażenie bardziej zadowolonej, niż powinna być, z faktu, że jesteśmy sami w jednym pomieszczeniu. Na szczęście dziś jej koleżanki postanowiły zostać ze swoimi rodzinami. Chociaż... nie do końca mogę uznać to za zaletę dnia.

Otwieram podręcznik do ekonomii. Czuję się niekomfortowo, kiedy dziewczyna ciągle mnie obserwuje. Wzdycham. Zapewnienie spokojnego miejsca do nauki jest bardzo miłym gestem z jej strony, ale, do cholery, czemu się gapi?

Odchrząkuje, mając nadzieję, że się domyśli i przestanie.

- Coś nie tak? – pyta słodkim głosem.

- Nie. Tylko... tylko trochę zaschło mi w gardle. – kłamię.

Eliza momentalnie się ożywia. Zeskakuje z łóżka, proponując przyniesienie mi szklanki wody, na co oczywiście przytakuję. Przynajmniej minuta bez tej dziewczyny to plus pięćdziesiąt do regeneracji zdrowia psychicznego.

Wraz z zatrzaśnięciem drzwi, zostaję sam. Popadam w zachwyt nad ciszą. Rozkoszuję się milczeniem, opierając głowę o ścianę. Jak dobrze, że sobie poszła. Słucham dźwięków, dobiegających z parteru domostwa, gdy nagle do moich uszu dolatuje ciche pukanie. Otwieram dotąd zamknięte oczy.

Pukanie w okiennice rozlega się teraz nieco głośniej.

Dreszcze przebiegają po moich plecach, jednak postanawiam wstać i tym razem sprawdzić, co jest na zewnątrz. Pewnie gałęzie drzewa uderzają o okiennice albo jakiś ptak przysiadł na parapecie. Jednak ten dźwięk... wydaje się taki sam jak poprzedniej nocy. No ale przecież, po co ktoś miałby wspinać się na piętro i stukać?

Kieruję drżącą dłoń na zasuwę okna. Czuję drgania przy każdym kolejnym uderzeniu z zewnątrz. Przełykam gorzką ślinę i decyduję się na pociągnięcie metalowego zatrzasku. Cichy szczęk żelaza rozbrzmiewa echem w mojej głowie, a pukanie znika. Drewniane zabezpieczenie okna jest teraz całkowicie niestabilne. Wystarczy, że je popchnę i wyjrzę... Cisza napawa mnie obawami. Oddycham własnym strachem. Przez chwile wszelkie dźwięki znikają, a ja boję się, że ogłuchłem, ale wtedy też słyszę dwa stuknięcia w okiennice.

Zaciskam zęby z całych sił, przeklinając w głowie rodzącą się histerię. Tam nic nie ma. Nic. To tylko wiatr, więc przestań srać ze strachu, Feliks. Do cholery tam przecież...

Otwieram okno, a wiatr wpada do pokoju, zamrażając moją twarz. Noc jest gęsta. Tak gęsta, że jedyne co widzę to czerń, w której co chwile pobłyskują światła sąsiednich domów. Nabieram gwałtownie powietrza, analizując w głowie wszystkie fakty. Czy wiatr naprawdę jest w stanie wiać w taki sposób? Czy księżyc nie powinien rozświetlać okolicy? Potrzebuję chwili, by zrozumieć, że nie patrzę w rzeczywistości na to, co znajduje się za oknem. Dokładnie dwa centymetry dzieli moją twarz od milionów szpilkowatych zębów, które rozchylają się powoli. Odór zgnilizny i rozkładu uderza moje nozdrza, ale jestem zbyt przerażony, by zrobić cokolwiek. Jestem odrętwiały od strachu. Słyszę szaleńcze bicie serca. Wymiotuję niedowierzaniem. Moje oczy nie pojmują tego, co widzą. Popękana skóra, której kawałki opadają na podłogę, białe oczy ze zwężonymi źrenicami i rząd szpiczastych kłów, gotowych rozszarpać mnie na kawałki. Ten obraz wydaje mi się tak nieprawdopodobny. Irracjonalny. Co to...

Stworzenie nachyla się w moją stronę. Czuję bijący od tego głód. To mnie zabije. Pożre. Pożre. Pożre. Cichy ryk, który wydaje, przyprawia mnie o zawał.

W tej samej chwili, w której żegnam się ze swoim życiem, rozlega się pisk. Ktoś woła mnie po imieniu. A ja chciałbym odkrzyknąć, ale jestem zbyt zajęty umieraniem. Głos nie ustaje krzyczeć. Jest jak lament. Rozpaczliwy i zdesperowany. Ten dźwięk zmusza mnie do podniesienia powiek. Spodziewam się zobaczyć krew, pożerającą mnie bestię i przerażoną minę Elizy, ale nic z tych rzeczy nie ma miejsca. Wszystko zniknęło. Potwor... rozpłynął się w powietrzu.

Podbiegam do okna, chcąc jak najszybciej je zamknąć. Nie myślę nad tym, co robię. Obecnie skupiam uwagę tylko na przekonaniu siebie, że mi odbiło. Mam zwidy. Halucynacje. Halucynacje zmysłowe.

Halucynacje... a krzyk nie ustaje.

Mam dokładnie sekundę na pochwycenie skrzydeł okiennic i zamknięcie ich. Jednak przed zrobieniem tego, zerkam jeszcze na zewnątrz. Jestem przekonany, że właśnie stamtąd dochodzi krzyk. Moje imię. Moje imię. W oknie sąsiedniego budynku zauważam Marię. Patrzy prosto w moją stronę. Przestaje krzyczeć, kiedy zauważa, że nic mi nie jest. Uśmiecha się.

Zatrzaskuję okiennice i opadam na kolana. Czuję, jak mój żołądek wywraca się na drugą stronę. Zwymiotuję. Próbuję się uspokoić. Próbuję wmówić sobie, że to o nieprawda. Próbuję ignorować fakt, że w stronę jej okna zmierza całe stado tych kreatur.

Chciałbym ją uratować, chciałbym cofnąć czas i nie otworzyć tych pieprzonych... Zmuszam mięśnie do dźwignięcia ciała, ale zanim robię choćby krok w przód, świat wypełnia się przeraźliwym wrzaskiem cierpienia. I wtedy już wiem, że nie zdołam jej uratować.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/12762-Oswietlic-droge-Zakonczenie

Panopticum
Źródło: Opowiadanie własne
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!