Historia

Nowy Cel - Zima VI

Mroczny Wilk 3 3 lata temu 2 978 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Weszliśmy do namiotu. Kapitan siedział za drewnianym biurkiem zawalonym stertą papierów i patrzył na nas poważnym wzrokiem.

– Spocznijcie – powiedział i wskazał wzrokiem dwa składane krzesła postawione przed biurkiem. – Mam dla was niezwykle ważne zadanie. Wiemy już, gdzie zaraza spowodowała największe szkody. Najprawdopodobniej tam właśnie wybuchła. A co za tym idzie? Trzeba odkryć jej źródło, jeżeli to jeszcze możliwe. Może to ułatwić walkę lub nawet doprowadzić ją do samego końca. Kto wie, może dzięki temu nawet znajdziemy lek na tę dziwaczną chorobę. Ponadto wypada dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi. Wybrałem was dwóch, bo współdziałacie razem od lat i rezultaty waszej pracy są bardzo zadowalające. Rozumiem, że nie macie żadnych zastrzeżeń?

– Tak jest, kapitanie – odpowiedzieliśmy zgodnie.

– A więc zatwierdzone. Otrzymacie sprzęt i wyruszycie niemalże natychmiast. Zostaniecie przetransportowani na miejsce śmigłowcem. Życzę wam powodzenia.

Wyszliśmy na zewnątrz i spojrzeliśmy na siebie znacząco.

– Zapowiada się akcja jak za dawnych lat, co nie, Andrzej?

– Tak, ale sęk w tym, że w Afganistanie nie byliśmy tylko we dwóch.

– To nie robi wielkiej różnicy. Spokojnie sobie poradzimy sami. Wtedy walczyliśmy z o wiele bardziej inteligentnymi przeciwnikami, natomiast zamarznięci nie grzeszą zbyt wielką inteligencją. Trzeba po prostu zachowywać się cicho, żeby nie ściągać na siebie większych grup, więc nawet dobrze, że nie wysyłają z nami żadnego młokosa.

– A co, jak wpakujemy się w jakieś poważne gówno?

– Nie przesadzaj, to jest przecież miasto, a nie jakaś pieprzona pustynia! Zawsze będzie można się gdzieś zabarykadować i wezwać pomoc. Jeśli nam się uda, będziemy bohaterami, myśl o pozytywach!

– Racja, ci ludzie sami się nie uratują – powiedziałem, zmuszając się na lekki uśmiech.

Poszliśmy po przygotowany specjalnie ekwipunek. Zostaliśmy uzbrojeni po same zęby, a nawet nie odczuwaliśmy wzrostu ciężaru w stosunku do poprzedniego wyposażenia. Sprzęt był najwyższej jakości, lekki i jednocześnie bardzo wytrzymały. Kroki stawiane w nowych butach były ledwo słyszalne.

Nabierałem powoli pewności, że nasza misja się powiedzie. Nie mogliśmy zawieść! Od tego zależało życie tysięcy niewinnych.

„Sokół” wylądował na pustym placu nieopodal. Zdziwiłem się, gdy razem z nami do środka weszło jeszcze sześciu żołnierzy.

– O co chodzi? – spytałem zdezorientowany. Kapitan zmienił plan i zabieracie się z nami czy jak?

– Nic z tych rzeczy – odpowiedział jeden. – Wysiadamy wcześniej. Akurat mamy po drodze, więc ktoś stwierdził, że nie ma co latać po kilka razy.

– To gdzie w takim razie lecicie, chłopaki? – odezwał się Marek.

– Do szpitala. Z tego, co wiemy, policja zdążyła zabezpieczyć go na czas, ale tak czy owak trzeba pomóc im w obronie.

– Ano tak. Jeżeli zarażeni dorwą się do takiego zbiorowiska ludzi, to nie będzie zbyt fajnie.

Przez resztę czasu siedzieliśmy w ciszy, spoglądając przez okna i oglądając ogrom zniszczeń. Nad kilkoma stojącymi blisko siebie domami rozrastały się płomienie. Nie było straży, która mogłaby ugasić pożar. Jedyną aktywność w tym umarłym mieście wykazywali zamarznięci, przemykający przez ulice pełne porozbijanych samochodów.

Po kilkunastu minutach wylądowaliśmy na dachu ogromnego, szarego budynku otoczonego radiowozami, żeby tylko wysadzić chłopaków i ruszyć dalej.

Lecieliśmy, obmyślając spokojnie plan działania, kiedy nagle szarpnęło nas do przodu. Gdyby nie pasy, rozbilibyśmy się o ścianę.

– Co się dzieje, do diabła?! – warknął Marek.

Maszyna zaczęła kołysać się we wszystkie strony. Do uszu dolatywały siarczyste przekleństwa pilota, który nie mógł nad nią zapanować oraz głośne pikanie. Zawirowaliśmy kilka razy wokół własnej osi, a po chwili zgasły wszystkie światła i ucichły sygnały awaryjne – cała elektronika padła. Wystarczyło parę sekund, by także silnik zakończył swoją pracę. Z przerażeniem wbiłem się w fotel, patrząc, jak z zawrotną prędkością zbliżamy się ku szybom jednego z potężnych biurowców.

***

Zimne powietrze wpływało orzeźwiająco na moje rozstrojone zmysły. Wydarzenia z ostatnich godzin wydawały się strasznie nierealne. Jeszcze poprzedniego dnia słuchałam nudnych wykładów na temat kultury brytyjskiej, a teraz szłam obok nieznajomego chłopaka, który już raz zdążył uratować mi życie przed jednym z zarażonych chorobą, zamieniającą ludzi w pokryte szronem, zabójcze bestie. Przecież to irracjonalne! O, ile bym dała, by zaraz obudzić się i dostać opieprz od profesora Marczaka za spanie na opowiadanych przez niego wiecznie znudzonym głosem historiach. Jednak nie był to sen, a podła rzeczywistość.

Szliśmy powoli, ciągle rozglądając się za zarażonymi. Przez to ciągłe napięcie zaczynał boleć mnie brzuch. Czułam się bezbronna niczym owieczka, która weszła do lasu pełnego wilków, mogących rzucić się na nią w każdej chwili. Wrażenie to potęgowała bezwzględna cisza, którą przerywały od czasu do czasu odgłosy szybkich kroków, ryki zamarzniętych i krzyki przerażenia dopadniętych przez nich ludzi.

– Zimno mi – powiedziałam, chcąc nawiązać rozmowę, a jednocześnie stwierdzając prawdziwy fakt. Mroźny wiatr przedzierał się przez zbyt cienką warstwę ubrań. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą niczego cieplejszego.

Marcin stanął w miejscu i spojrzał na mnie krytycznie. Ściągnął z ramienia torbę i zdjął kurtkę, którą podał mi bez słowa.

– Nie wygłupiaj się, nie możesz chodzić w samej bluzie!

– Jakoś to przeżyję.

– Pochorujesz się i będzie po wszystkim! Zarażeni tylko czekają na kaszlącego, spacerującego sobie po mieście gościa.

– Nie histeryzuj – jęknął, narzucając kaptur. – I tak planowałem najpierw pójść do jakiegoś sklepu. Jeżeli pamięć mnie nie myli, to parę minut stąd jest jeden, prywatny, żadne centrum handlowe, więc powinno być w miarę bezpiecznie. Potrzebujesz odpowiednich ubrań. W tej sukience i płaszczyku po drodze zamarzłabyś nawet bez pomocy zarażonych, a te buty z pewnością nie zostały zaprojektowane z myślą o bieganiu.

Po przejściu jakichś trzystu metrów byliśmy u celu. Widoczny z daleka szyld z napisem „Apollo” upewniał nas, że dobrze trafiliśmy.

Drzwi były otwarte, więc mogliśmy wkraść się do środka, nie robiąc zbędnego hałasu. Wnętrze było odpowiednio uporządkowane. Można było przemieszczać się między regałami bez wrażenia ścisku, jak to zazwyczaj w takich sklepach bywa. Meble i ściany w letnich kolorach dobrze pasowały do tego miejsca.

– Bierz, co tylko chcesz. Wątpię, by ktoś miał nam teraz rabowanie sklepów za złe – zaśmiał się.

Raptem zza lady podniosła się zamarznięta kobieta, która zapewne była za życia właścicielką sklepu. Roztworzyła szeroko usta, ukazując rzędy lodowych kłów, i warcząc, przeskoczyła drewnianą płytę.

– Cholera, jednak się myliłem – mruknął towarzysz.

Moje serce przyśpieszyło, wybijając dziki rytm. Zaczęłam cofać się do drzwi. Marcin w tym czasie chwycił za metalowy wieszak na ubrania i rzucił nim w zarażoną, która w ostatniej chwili uniknęła uderzenia. Kobieta rzuciła się ku niemu, jednak szybki unik sprawił, że rozbiła się o jeden z regałów. Reszta mebli poleciała jak wielkie domino, robiąc przy tym straszny rumor. Praktycznie od razu usłyszeliśmy krzyki wielu stworów, będących na dworze. Głowę ogłuszonej kobiety przebiła wyciągnięta szybkim ruchem maczeta.

– No to mamy przesrane – skwitował Marcin. – Zaraz będzie ich tutaj pełno.

Zdjął z szyi zamarzniętej smycz z kluczami, której nawet wcześniej nie zauważyłam. Chwycił mnie za rękę i wskazał ostrzem na drzwi obok lady.

– Rusz się, zanim nas zauważą!

Wpadliśmy do małego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi, które chłopak od razu zamknął jednym z kluczy. Chwilę później zamarznięci wpadli do sklepu, tłukąc wielką szybę, przed którą znajdywała się wystawa.

Rozejrzałam się pobieżnie po zapleczu. Na ścianie wisiała mała umywalka z zamocowanym nad nią lustrem, obok stało biurko obłożone papierami, a przy drzwiach wieszak z futrzanym płaszczem. Miejsca było tak mało, że wystarczyliśmy tam tylko my dwoje, by było ciasno. Gdyby był z nami jeszcze ktoś, to wręcz powstałby tłum.

– I co teraz? – spytałam drżącym głosem.

– Czekamy – odpowiedział ciągle opanowany. Imponował mi tym, że potrafił tak długo zachowywać zimną krew, a jednocześnie przerażał tym samym. Większość ludzi ogarnęłaby panika, ale nie jego. – W końcu zauważą, że nie ma tu czego szukać i sobie pójdą. Albo pobiegną za jakimś innym hałasem. I tak mieliśmy szczęście. Gdyby nie to zaplecze, byłoby naprawdę ciężko.

Chłopak ściągnął z wieszaka płaszcz i rozłożył go na podłodze, po czym usiadł na nim po turecku.

– Usiądź, porozmawiamy. Mamy naprawdę dużo czasu.

Część siódma:

http://straszne-historie.pl/story/12788-Ukrycie-Zima-VII

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień, jeżeli opowiadanie się podobało. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania. ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Geniusz! Nie mogę się doczekać kolejnych części!
Odpowiedz
Ciekawa historia. Jedna z najlepszych na stronie :)
Odpowiedz
Zajebiste! Czekam na kolejną część! :):)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje