Historia

Ukrycie - Zima VII

Mroczny Wilk 3 5 lat temu 4 163 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Dźwięk tłuczonego szkła ranił dotkliwie mój słuch. Wpadliśmy z impetem do środka budynku, niszcząc wszystkie przedmioty, które stały na naszej drodze. Śmigłowiec zatrzymał się dopiero, gdy uderzył w kolumnę po drugiej stronie pomieszczenia. Tym samym zrobił z pilota krwawą miazgę.

Najszybciej jak to możliwe, rozpięliśmy pasy i opuściliśmy wnętrze maszyny. Odbezpieczyliśmy karabiny szturmowe i zaczęliśmy rozglądać się po nieznanym pomieszczeniu, w którym mogliśmy zostać łatwo zaskoczeni przez przeciwników. Po kilku sekundach usłyszeliśmy przeraźliwe wrzaski i odgłosy kroków zamarzniętych, biegnących do nas na górę po schodach. Ledwo co uratowałem się przed spadającym na mnie mężczyzną. Gdy był niecałe pół metra od mojej twarzy, uderzyłem go kolbą w potylicę. Posmakował wystrzeloną przez Marka serię, zanim zdążył nawet rozbić się o pokrytą białymi płytkami podłogę.

Zarażeni byli coraz bliżej. Nie mogliśmy pozwolić sobie na tak wielkie ryzyko, jak walka z nimi wszystkimi. Rzuciliśmy się biegiem ku błyszczącym w świetle zachodzącego słońca drzwiom windy. Złapaliśmy za ich krawędzie i ciągnąc z całych sił, roztwieraliśmy je powoli przy akompaniamencie zgrzytów. Słyszeliśmy coraz lepiej zbliżających się zamarzniętych, a adrenalina jeszcze bardziej przyspieszała nasze działanie. Pojedyncze jednostki były już na naszym piętrze. Wreszcie, udało się! Szpara była na tyle duża, byśmy mogli przez nią wejść do szybu i chwycić umieszczoną po drugiej stronie metalową drabinę. Puściłem Marka przodem. Wciskając się do środka, odbezpieczyłem granat, który ze złością rzuciłem ku rosnącej fali przeciwników.

Szybko zaczęliśmy schodzić na dół. Wybuch, który miał zaraz nastąpić, mógł dać nam góra pół minuty spokoju. Zamarznięci nie byli na tyle inteligentni, by zacząć nas gonić po drabinie, ale stanowiliby wystarczająco duże zagrożenie, wpadając do szybu i uderzając w nas.

Na samym dole znajdowała się zerwana winda. Do środka dostaliśmy się przez klapę w dachu. Widocznie nie spadła ze zbyt wysoka, ponieważ jej wnętrze nie było mocno uszkodzone. Drugi raz zabraliśmy się za roztwieranie tych cholernych drzwi. Tym razem stawiały mniejszy opór. Jednak pomimo tego przesuwaliśmy je powoli, nie chcąc ściągać na siebie wrogów, którzy nie wbiegli na górę. Nagle nad nami rozległ się łomot.

– Szybciej – syknął towarzysz – musimy się ruszyć, zanim przyciągną tutaj tym dudnieniem kolejnych.

Wyskoczyliśmy ze środka i niemalże od razu rozpoczęliśmy eksterminację. Kule śmigały w powietrzu, przebijając warstwy szronu i skostniałe ciała. Zarażeni padali na podłogę, miotając się we wszystkie strony i wydając wściekłe wrzaski. Rzucali się ku nam niczym wygłodniałe wilki. W ich przekrwionych oczach gościł szał. Nie byli już ludźmi, a pozbawionymi skrupułów drapieżnikami. Musiałem zacząć o nich myśleć w ten sposób. Nie mogłem pozwalać sobie na słabość.

Chwyciłem za leżące pośród porozwalanych mebli krzesło i rzuciłem nim w najbliższą szybę, która rozleciała się na dziesiątki kawałków. Wyskoczyłem na zewnątrz i odbezpieczyłem kolejny granat.

– Gińcie, skurwysyny! – krzyknąłem, wrzucając go do środka.

Od razu zaczęliśmy szukać wzrokiem miejsca, w którym moglibyśmy się ukryć, ale nic nie wydawało się wystarczająco bezpieczne. Wokół znajdowały się same sklepy i inne tego typu budynki. Rozbicie „Sokoła” ściągnęło na nas łańcuszek nieszczęść.

Raptem moją uwagę zwróciła umieszczona na środku ulicy, okrągła płyta. Nie pozostało nam nic innego poza zejściem do kanałów. Nie mieliśmy przy sobie niczego choćby podobnego do łomu, więc musieliśmy podważyć właz nożami.

Gdy zaczynaliśmy schodzić na dół, wokół nas zdążył utworzyć się pierścień z pokrytych szronem postaci. Zasunęliśmy płytę w ostatniej chwili. Ze zgrzytem wsunęła się na swoje miejsce, a nas ogarnęła nieprzenikniona ciemność. Zsunęliśmy się po stalowej drabinie i wylądowaliśmy na betonowym podłożu. Złapałem za latarkę przy karabinie z zamiarem rozwiania otaczającego nas mroku, jednak po wciśnięciu przycisku nie stało się dosłownie nic. Taki sam problem był z latarką przyczepioną do hełmu.

– Kurwa mać! – warknąłem zirytowany. – Marek, spróbuj zapalić swoją latarkę.

– Nie działa – odpowiedział po chwili. – Ani jedna, ani druga.

Wyciągnąłem z kieszeni kamizelki telefon. Ekran nie zaświecił się nawet po dłuższym przytrzymaniu przycisku.

– „Zawsze będzie można się gdzieś zabarykadować i wezwać pomoc”, co nie? – powiedziałem sarkastycznie. – No cóż, to pierwsze mamy załatwione, ale z tym drugim może być mały problem. Widocznie nie tylko helikopter zwariował, a wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z elektroniką.

– I co, teraz będziesz obwiniał za to mnie?

– Nie, tylko ci uświadamiam, że się myliłeś. Jaki masz teraz plan?

Nagle oślepiło mnie czerwone światło. Marek trzymał w dłoni racę i uśmiechał się szeroko.

– Najpierw szukamy bezpiecznego wyjścia. Później kontynuujemy misję i nie dajemy się zabić. – Poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu.

Ruszyliśmy przez nieskończone korytarze, ciągle słysząc echo uderzeń w metalowy właz.

***

– A więc, o czym chcesz rozmawiać? – spytała, patrząc mi prosto w oczy.

– Wciąż zastanawia mnie, jak dokładnie wylądowałaś w tej piwnicy. Nie zauważyłaś, jak ten typ coś ci dosypuje?

– Najpewniej zrobił to wtedy, gdy poszłam do łazienki.

– I nikt nie zwrócił na to uwagi?

– Widocznie nie. Akurat tym razem poszłam na imprezę sama. Jedna koleżanka ze stancji pojechała na weekend do domu, a druga po prostu wolała zostać i wylegiwać się przed telewizorem. Ciekawe, czy jeszcze żyje… Ale jeszcze bardziej interesujące jest to, skąd ty się tam wziąłeś! Akurat trafiłeś przypadkiem do piwnicy, w której zostałam zamknięta?

– Nie, ja tylko śledzę cię od paru miesięcy – zażartowałem. – Chciałem uciec z miasta, jak tylko zauważyłem, co się kroi. Gdy ujrzałem, że wokół mojego garażu krąży duża grupa zarażonych, wolałem nie ryzykować i pobiegłem do kolegi, mieszkającego parę przecznic dalej. Jak tylko dotarłem do jego bloku, znalazła się kolejna zbieranina, która zaczęła mnie gonić. Gdybym tylko nie zapomniał komórki, to w tym momencie czekałby na mnie przy drzwiach. No ale wyszło, jak wyszło. Ta piwnica była najbliższym miejscem, w którym mogłem się skryć.

– A co z rodziną? Masz kogoś w mieście?

– Tylko wujka, tego od bunkra. A co z tobą? Mieszka tutaj ktoś dla ciebie bliski?

– Nie, na szczęście nie. W obecnej sytuacji mogę obawiać się tylko o życie znajomych.

– Więc ściągnęły cię tu tylko studia?

– Tak wyszło. W moich okolicach nie było upragnionego kierunku.

– A cóż to za kierunek?

– Anglistyka. Miałam zamiar w przyszłości wyjechać gdzieś za granicę. Może do Wielkiej Brytanii… O tym będę myślała później, jeżeli w ogóle to przeżyjemy. Skąd masz tę całą broń?

– Wyrobiłem sobie pozwolenie i najzwyczajniej w świecie kupiłem. Na bezpieczeństwo akurat nie było mi szkoda pieniędzy. Jak widać, opłaciło się. Bez broni palnej przetrwanie tutaj byłoby o wiele trudniejsze.

– Ale żeby aż tak się zbroić? Przecież na co dzień nie ma takich wielkich zagrożeń. Skąd się to u ciebie wzięło?

– Wszystko zapoczątkował dziadek, robiący za opiekuna, gdy rodzice mieli natłok pracy. Opowiadał mi o wojnie i wszystkich towarzyszących jej okropieństwach. Jako dzieciak nasiąknąłem tym jak gąbka. Lęk przed konfliktami zbrojnymi, terroryzmem i tym podobnymi kwestiami rósł razem ze mną. Bałem się zasypiać, mając wrażenie, że następnego dnia już nie otworzę oczu, bo jakiś obcy żołnierz wpadnie do domu i mnie zastrzeli. Rodzice nawet nie mieli pojęcia, gdzie ten strach miał swoje źródło. Dziadek nigdy nie zdradzał im tematu naszych rozmów.

– To straszne – jęknęła zatrwożona.

– Może i tak, ale to głównie dzięki temu zacząłem nad sobą pracować. Chciałem przetrwać, jeżeli nadeszłaby wojna. Gdyby nie to, teraz byłbym już prawdopodobnie martwy.

– I ja pewnie też. Nawet ci jeszcze nie podziękowałam za pomoc.

– Podziękujesz, kiedy zaraza się skończy, a my będziemy bezpieczni. Pasuje ci to?

– Może być. – Uśmiechnęła się lekko. – Mam nadzieję, że tak kiedyś będzie.

Podniosłem się i podszedłem do drzwi. Miałem wrażenie, że minęło wystarczająco dużo czasu, by zarażeni sobie poszli. Przekręciłem klucz i powoli nacisnąłem klamkę. Wtedy usłyszałem dźwięki drapania i warczenie dobiegające z drugiej strony. Szybko zamknąłem nas z powrotem i wróciłem na swoje miejsce.

– Chyba jeszcze trochę tutaj posiedzimy – stwierdziłem. Przyciągnąłem do siebie torbę. – Jesteś głodna?

Część ósma:

http://straszne-historie.pl/story/12954-Wytchnienie-Zima-VIII

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień, jeżeli opowiadanie się podobało. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania. ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Skąd on wie o jej studiach?
Odpowiedz
Ja zakładam, że to kwestia domysłu bohatera. Czasami przecież każdemu zdarza się coś wydedukować bez pytania, tym bardziej mogąc określić mniej więcej czyjś wiek, a tutaj dochodzą jeszcze jakieś piątkowe imprezy w klubach. Pewnie równie dobrze mogłaby odpowiedzieć, że nie, bo nie studiuje, tylko robi coś innego, ale skoro tak autor to sobie ułożył...
Odpowiedz
Jak zwykle git ^^ byle do następnych części ^^
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje