Historia

Coś jest z nim nie tak

kier 16 3 lata temu 13 334 odsłon Czas czytania: ~9 minut

- Ciągle tu przychodzi – oznajmił Shane, patrząc z ukosa na mężczyznę, który właśnie wszedł do kawiarni. Jolie uniosła wzrok, wyglądając spod kaptura szarej bluzy.

- Ciągle z inną kobietą – ciągnął. Dziewczyna przewróciła oczami, zajęta układaniem pod stolikiem kostki Rubika. Nie bardzo interesowały ją spostrzeżenia przyjaciela.

- Co on z nimi robi... - gadał dalej chłopak, wpatrując się uważnie w wysokiego, eleganckiego mężczyznę o jasnych włosach, oraz towarzyszącą mu zjawiskową brunetkę. Tych dwoje zajęło miejsca w przytulnym kącie kawiarni, przy ścianie wyklejonej fotografiami ze starych gazet, a teraz, popijając kawę, uśmiechali się do siebie nawzajem. Scena niczym z komedii romantycznej.

- Nie lubię komedii romantycznych - oznajmiła Jolie. Jakaś kobieta odwróciła się od swojej szarlotki i popatrzyła na nią ze zdumieniem, więc dziewczyna natychmiast przestała wpatrywać się w tamtą parę.

- Tak, wiem – zaśmiał się Shane, jak gdyby wiedział, o czym myślała. - Ale to mógłby być materiał na horror, nie na komedię.

Jolie uniosła brwi.

- No, wiesz – rzekł nonszalanckim tonem – Facet przychodzi do konkretnej kawiarni, wciąż z inną kobietą. Ludzie sądzą, że to po prostu taki typ Don Juana, a tu się okazuje, że to rasowy psychopata. I na przykład te laski morduje, zjada, gwałci i morduje, czy co oni tam mają w zwyczaju.

Prychnęła pogardliwie.

- No, Jolie, nie prychaj – odparł, rozbawiony. Dziewczyna nie patrzyła na niego, tylko cicho klikała kostką Rubika. - Słaba fabuła? No to niech kolekcjonuje flaki, takiego czegoś jeszcze nie było. „O, takiej nerki jeszcze nie mam”, „A to serce powieszę nad kominkiem”. A pod spodem opis: Annie White, 20 marca, siekierą.

Westchnęła, dobrze jednak wiedząc, że jak Shane zacznie jakiś temat, to nie zdoła go namówić, żeby przestał gadać, nie ważne, jak bardzo ona będzie przestraszona, znudzona, obrzydzona czy urażona. Poza tym jednak, był dobrym przyjacielem, Jolie spędzała z nim większość swojego czasu, więc wolała go nie drażnić.

- Poza tym, kto normalny tak często zmienia kobiety? - dodał. Dziewczyna nie spuszczał wzroku z kostki.

- To wcale nie jest aż takie dziwne. - Mruknęła.

- Co nie jest aż takie dziwne? - usłyszała nagle nad sobą i drgnęła nerwowo, ujrzawszy... hipotetycznego psychopatę we własnej osobie, wracającego właśnie z kawą do stolika.

- Nie, nic – mruknęła, zła na przyjaciela. Ciekawe, ile facet słyszał z tej idiotycznej rozmowy. Mężczyzna popatrzył na nią jakoś dziwnie, jakby się zastanawiał, co z nią zrobić – i nic dziwnego., w końcu zapewne dotarła do niego część uwag Shane'a, który nigdy specjalnie się nie przejmował, kto go słucha.

A teraz uśmiechał się tak czarująco, że nie umiała się na niego gniewać. Świnia.

Mężczyzna odszedł jednak wreszcie, jakby lekko zdumiony.

- Shane – skarciła go, a pan Don Juan zerknął w ich kierunku.

- On jest jakiś dziwny – uparł się chłopak. - Skończyłaś kawę? Jeśli tak, chodźmy stąd.

- Ty nie chcesz się napić? Jeszcze nigdy nie próbowałeś ich kawy. - Zapytała, lecz coraz więcej ludzi zaczęło odwracać się w ich stronę – zapewne niedoszły psychopata rzucił jakieś uwagi na ich temat na tak zwany, forum. Zaczynała czuć się zaszczuta, niczym w koszmarnym śnie, kiedy wszyscy są przeciwko tobie – po części za to nie lubiła tłocznych miejsc i ogólnie ludzi.

Shane zacisnął wargi z rozdrażnieniem, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.

- Chodźmy już – mruknął niechętnie.

Następnego dnia po szkole Shane nie zamierzał jednak odpuścić wizyty w ich ulubionej kawiarni, choć Jolie była raczej temu przeciwna. Toteż, idąc ulicą w tamtą stronę, sprzeczali się dość gwałtownie.

- Nie możesz odpuszczać sobie robienia tego, na co masz ochotę, bo wcześniej ktoś tam się na ciebie dziwnie spojrzał! - irytował się Shane.

Jolie jak zazwyczaj milczała, skryta pod szarym kapturem, chociaż dzień był wyjątkowo ciepły; wielu ludzi na ulicy spoglądało na nią dziwnie, jedząc lody, albo polewając się szlauchem w ogrodach domków jednorodzinnych.

- Wiesz przecież, że u ciebie nie możemy spokojnie porozmawiać. Twoi rodzice mnie nie akceptują. - gorączkował się, a Jolie mimowolnie wybuchnęła śmiechem, tak teatralnie to zabrzmiało.

- A co, chcesz się ze mną żenić? - zażartowała i Shane mimo wszystko też się uśmiechnął. Wielkimi krokami zbliżali się do małej restauracji o filuternej nazwie „kokietka” i znajomego szyldu z napisem „szarlotka z lodami – specjalność zakładu – tylko 9.99!”.

- Jakbyś była trochę mniej aspołeczna i wycofana, to może – odparł żartobliwie. - Ty nudziarzu.

Zaśmiała się.

- Znowuuu...- jęknęła. - „Aspołeczna i wycofana”, ty to potrafisz wszystko dramatycznie opisać.

- To co z tą kawiarnią? - zapytał błagalnie.

- Och, no dobra – uległa. Ostatnio jakoś coraz bardziej mu ulegała.

Niestety, gdy znaleźli się w środku, tajemniczy mężczyzna jak zwykle tam był. Oczywiście, z inną kobietą.

- A tamta poprzednia to niby co, zepsuła się? - oznajmił triumfalnie Shane, siadając przy stoliku.

- Idę zamówić kawę – odparła z lekkim rozdrażnieniem Jolie, nie chcąc o tym rozmyślać. - Tobie też wziąć...?

- Nie, nie – odrzekł chłopak, zamyślony, wpatrując się w tamtą dwójkę.

Kiedy dziewczyna wróciła z aromatycznym cappuccino w dłoni, wyglądał na bardzo zdecydowanego.

- Musimy za nim pójść – oznajmił jej. Jolie zakrztusiła się, zdumiona.

- Oszalałeś?

- Myślę, że coś jest z nim nie tak. - odpowiedział. Przez chwilę świdrowali się spojrzeniami.

- Ale to szalone. - oznajmiła wreszcie. - Ryzykowne, lekkomyślne, a przede wszystkim – zapewne niepotrzebne.

Wzdrygnęła się lekko. Jak zwykle, podczas rozmowy z przyjacielem miejscach publicznych, czuła się nieprzyjemnie obserwowana. „Może naprawdę jestem aspołeczna?” - przyszło jej do głowy.

- Muszę wiedzieć, dokąd pójdzie z tą kobietą. Idziesz ze mną, czy nie? - zapytał surowo.

- Przesadzasz.

- Idziesz?

- Mam nadzieję, że wiesz, jakie to idiotyczne.

- Idziesz czy nie?

- No, tak – odparła z rezygnacją.

Nie musieli długo czekać, ponieważ obserwowana przez nich dwójka ludzi już niebawem wstała, po czym, żartując i gawędząc, ruszyła do wyjścia. Shane i Jolie po chwili pospieszyli za nimi.

Trzymając się w dość sporej odległości, skierowali swe kroki w ślad za tamtymi. Jolie czuła ucisk w żołądku i nerwowo zerkała na zegarek.

- Moi rodzice mogą być źli – zauważyła.

- Dają ci kary za szpiegostwo?

- Nie, za spóźnianie do domu.

Mężczyzna i jego towarzyszka, drobna, krągła blondynka, wsiedli w autobus, którym Jolie nigdy wcześniej nie jechała.

- Jesteś pewien...? - zapytała Shane'a nieśmiało, lecz ten po prostu ruszył biegiem w kierunku pojazdu. Chcąc nie chcąc, zrobiła to samo.

Wysiedli na przystanku dość odległym od kawiarni, szkoły, domu i znajomych autobusów. Jolie coraz mniej się podobał cały ten pomysł, lecz zaszli na tyle daleko, że głupio byłoby się cofnąć. Mężczyzna i kobieta nie wyglądali ani odrobinę podejrzanie – wygłupiali się i rozmawiali, niczym dwójka przyjaciół, tyle, że jakby nieco sobą zainteresowanych. Nie wyglądało jednak na to, by miało dojść do gwałtu czy innej zbrodni.

- No i co? - zapytała Shane'a, ten jednak milczał.

Śledzeni skierowali swe kroki w kierunku dość dużego, ładnego domu z ogrodem. Jolie poczuła coś na kształt ulgi.

- Dobra, chyba wracamy – powiedziała. Ku jej zdumieniu i rozdrażnieniu, Shane pokręcił głową.

- Poczekaj chwilę. Postoimy tu i za moment zapukamy. - oznajmił.

- Czyś ty oszalał?! - wykrzyknęła. Jej przyjaciel zdecydowanie nie zachowywał się normalnie. - A nawet jeśli on ją tam morduje, to co z tym zrobisz? Powiesz mu, że to nieładnie? Że ma natychmiast odłożyć ten ostry przedmiot, bo zadzwonisz do rodziców? No chyba nie! Proszę cię, wracajmy.

Przechodząca nieopodal kobieta rzuciła krzyczącej dziewczynie zdziwione spojrzenie, i Jolie ściszyła nieco głos.

- No wracajmy – dodała błagalnie. Shane jednak był nieugięty.

- Jesteś popierdolony – poinformowała go uprzejmie i usiadła obok niego na ławce. „No dobra, chyba nie stanie się nic złego poza stratą czasu” - pomyślała.

Kiedy upłynął około kwadrans, chłopak wstał.

- Idziemy – obwieścił i ruszył w stronę urokliwego, zadbanego domu. Jolie ponuro powlokła się za nim, mając nadzieję na jak najszybszy powrót do domu.

Chłopak zapukał delikatnie do drzwi. Czekali.

- Nikt nie otwiera – zauważył wreszcie.

- Idziemy? - zapytała dziewczyna z nadzieją.

- Owszem – odparł, ku jej uldze, która po chwili przerodziła się w przerażenie, kiedy Shane nacisnął na klamkę.

- Co ty wyprawiasz?! - wysyczała, spięta. Przed nimi rozciągał się wysprzątany korytarz, na wieszaku wisiały dwie kurtki. Właściciel najwyraźniej był dość pedantyczny.

- Z jakiś przyczyn nie otwiera – szepnął i ku jej rozpaczy wśliznął się do środka.

- To jest włamanie!- wyszeptała, sparaliżowana perspektywą możliwych konsekwencji. Zacisnęła mocno spocone dłonie na rękawach bluzy. W domu panowała dziwna, nieprzyjemna cisza, choć niewykluczone, że „hipotetyczny psychopata” z partnerką znajdowali się na drugim piętrze.

- Jak tu jest czysto... - mruknął nieprzejęty Shane. - I cicho. Jak w muzeum.

- Przestań... - szepnęła.

- Idealne miejsce do składowania ciał. Nikt niczego nie podejrzewa. - dodał.

- Ćśśśś – syknęła błagalnie.

- To byłby idealny horror. - za nic nie chciał się zamknąć. - Chciałabyś grać w horrorze, Jolie...?

Ruszył do kuchni, a ona musiała pójść za nim.

- Po co to robimy? - zapytała cicho.

- Bo wydaje mi się to podejrzane. Masz. - Shane podał jej czysty, ostry kuchenny nóż.

- No co ty, po co mi to? - jęknęła, biorąc go jednak w dłoń.

- Bo tu może być niebezpiecznie i...

Urwał. Na schodach rozległy się kroki. Oboje stanęli w bezruchu, sparaliżowani, unieruchomieni strachem, mając nadzieję, że ten ktoś nie idzie do kuchni...

Przeliczyli się. W drzwiach stanął śledzony przez nich mężczyzna we własnej osobie. Co ciekawsze, rękaw koszuli uwalony miał krwią.

Stanęli tak, bez ruchu, gapiąc się na siebie. Jolie – z ogromnym kuchennym nożem w garści.

I wtedy wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Mężczyzna postąpił krok w ich kierunku, Shane wykrzyknął „broń...!”, a Jolie z całej siły wystrzeliła dłonią z nożem. Z nieapetycznym, mięsistym dźwiękiem ostrze zanurzyło się w ciele gospodarza, który zdołał wydobyć z siebie jedynie głuche stęknięcie. Krew trysnęła na szarą bluzę Jolie, która wrzasnęła spazmatycznie.

- Nie! - pisnęła. - Nie, proszę pana... Proszę żyć...

Nie wypuszczał noża z garści, przyglądając się ciału u swoich stóp.

- Przecież człowiek tak szybko nie umiera, jakim cudem tak fatalnie wbiłam... - mamrotała, oszołomiona. - Hej, proszę żyć! No proszę!

- Uspokój się – warknął Shane. - To jakiś świr, okej? No bo niby co z tą laską?

W tym momencie usłyszeli kroki na schodach.

Jolie popatrzyła na niego z osłupieniem, po czym, w przypływie intuicji, ręką wolną od noża odsunęła szarpnięciem rękaw trupa. Widniało tam spore skaleczenie.

- To jego krew – szepnęła.

- Co ty tu ro...- usłyszeli nagle. W drzwiach stanęła oszołomiona, pobladła blondynka.

- Nie, moment! - wykrzyknęła Jolie. - To nie tak! - nie wypuszczała noża z dłoni, wykrzykując ten oklepany frazes. Po policzkach spływały jej łzy.

Kobieta pisnęła i popędziła z powrotem na górę, Jolie natomiast opadła na kolana, tuż obok ciała mężczyzny, zbyt zszokowana, by cokolwiek robić.

- Wstawaj, ona wezwie policję! - syknął Shane. Dziewczyna nie reagowała.

- Wstawaj, hej.

- Jolie.

- Wstawaj.

Nadal nie ruszała się z miejsca.

- Shane'a nigdy nie było. - oznajmiła spokojnie Vanessa Bank, psychiatra. Siedząca przed nią blada dziewczynka w szarej bluzie – nowej - obrzuciła ją wrogim spojrzeniem.

- Był. - odparła. - Namówił mnie do tego wszystkiego.

- Już o tym rozmawiałyśmy. - odparła łagodnie kobieta. - Zatem, gdzie jest teraz?

- Nie wiem. - odparła. - Zniknął. Ale tęsknię za nim.

- Nie wątpię, że cię do tego namówił. - powiedziała Vanessa. - Ale on nie istniał.

Jolie rozpaczliwie nakryła twarz dłońmi. Ta kobieta uparcie jej to tłumaczyła, wszyscy jej to tłumaczyli – nikomu dotąd za bardzo nie opowiadała o Shanie, bo i po co? Teraz zaś każdy próbował jej wcisnąć, że wcale nie był jej przyjacielem, nigdy. Że ludzie dziwnie patrzyli, gdy z nim rozmawiała...może i tak. Mimo to, nie zamierzała im uwierzyć. Ale oni również nie zamierzali wierzyć nieletniej morderczyni.

Tylko kto miał rację...?

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

super i świetnie napisane
Odpowiedz
http://blakier.blogspot.com/ Zapraszam na bloga :D
Odpowiedz
Bezsensu byl jeden moment...ale tak to spoko
Odpowiedz
Super, podoba mi się styl pisania, przyjemnie się czyta :)
Odpowiedz
Dobre!
Odpowiedz
Bardzo dobre.tylko czas z moze sie z tym rownac
Odpowiedz
Dobre,.podobało mi się :-) :-) :-)
Odpowiedz
To oczywiste, że Jolie nie miała racji :) miała wyimaginowanego przyjaciela, który kazał jej robić różne rzeczy, w tym zabicie człowieka. Mimo przekonywań ludzi, jak i psychiatry, że ten Shane nie istnieje, ona wciąż uparcie nie chciała im wierzyć, ponieważ ona wiedziała, że jest, widziała go na własne oczy... Ale tylko ona ;) to nie jest normalne. Jolie najwyraźniej była chora psychicznie, więc nie rozumiem tutaj stawianego wyboru, kto miał rację, ona, czy normalni ludzie :p
Odpowiedz
Ale mógł on być zjawą, którą tylko ona widziała, a istniała na prawdę i nie była wytworem jej wyobraźni, tylko po prostu inni jej nie widzieli ;)
Odpowiedz
Przewidywalne, ale przyjemnie sie czyta
Odpowiedz
Nie ma co się spierać, jedyne co przewidziałam to to, ze ten chłopak nie istniał. Łatwo było to rozgryźć juz za pierwszym razem, kiedy to tylko na nią ludzie dziwnie patrzyli. Mnie tez wkurzało kiedy ktoś zawsze pisał ze historia jest przewidywalna, kiedy nie była, jednak do tego nie było potrzeba wielkiej spostrzegawczości.
Odpowiedz
Kurde co?! Napisane jest "coraz więcej ludzi zaczęło się odwracać w ich stronę"... Po tym zdaniu stwierdziłaś "hmm, illuminati i w ogóle on nie istnieje"..? Ta laska była zwykle cicha i jak się wydarła to ludzie dziwnie patrzyli. Czy po tym fakcie stwierdziłaś "tak! Jak ktoś na ogół spokojny krzyczy to jego przyjaciel musi nie istnieć!"? Ale JEDYNE co przewidziałaś to główny motyw ujawniany dopiero na końcu... Naprawdę, drugi Sherlock!
Odpowiedz
W sumie jeszcze jedno. Nie wiadomo czy on istnieje czy nie! Czy istniał. Nie możesz mówić że to przewidziałaś bo to nie jest wyjaśnione - tylko kto miał racje?
Odpowiedz
Szósty zmysł...
Odpowiedz
Bardziej "nieproszeni goście"
Odpowiedz
Najbardziej "Fight Club"
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje