Historia

Wiedźma

dark_feather 6 8 lat temu 8 733 odsłon Czas czytania: ~3 minuty

Od kilku miesięcy cieszyłem się nowym GPSem. Musiałem przyznać, że praktycznie już po tygodniu zacząłem mu całkowicie ufać i przez cały ten czas ani razu nie zwiódł mnie na manowce, pomimo tego iż jeżdżę dużo w różne ciekawe miejsca. Dlatego, gdy po owym miesiącu rodzina z drugiego końca Polski poprosiła bym wpadł w odwiedziny całkowicie zdałem się na jego trasę. Zdziwiłem się trochę, gdy po około sześciu godzinach zaczął mnie kierować z autostrady na wiejskie drogi, a później na całkowicie opustoszałą dróżkę biegnącą pośród lasu. Było już dobrze po pierwszej, kiedy pojawiła się lekka mgła. Zmęczony długą drogą prawie przysypiałem , gdy nagle, ledwo co ujrzałem samochód blokujący moją drogę. Gwałtownie zahamowałem. „Dupek” pomyślałem. „Kto do kurwy nędzy zatrzymuje czarny samochód w środku lasu bez świateł?”.

Wysiadłem z auta i podszedłem do blokującego drogę pojazdu. W środku nie było nikogo. Miałem tego powoli dość. Wiedziałem, że kierowcy coś mogło się stać, ale miałem to gdzieś. Chciałem jak najszybciej wydostać się z tego lasu. Szybkim krokiem wróciłem do swojego samochodu i nerwowo przekręciłem kluczyki. Kurwa. Nie chciał zapalić. Wysiadłem i wziąłem latarkę z bagażnika. Podniosłem maskę, niestety nie byłem w stanie ustalić przyczyny awarii. Rozdrażniony wyjąłem komórkę. Brak zasięgu. Kurwa, oczywiście.

- Jebany środek nocy, w jebanym ciemnym lesie i oczywiście pierdolona awaria! – wykrzyczałem już z pełną frustracją. I wtedy w odpowiedzi usłyszałem skrzekliwy,a jednak chrapliwy dźwięk który prawdopodobnie można by uznać za chichot, gdyby nie jego nieludzka, a wręcz zwierzęca, ptasia barwa...

Zacząłem biec. Tak, jestem trzydziestoletnim, dobrze zbudowanym facetem, a jednak zacząłem biec na oślep w środek lasu. Po około półgodzinnej ucieczce osłabły oparłem się o jakieś drzewo. Las był na tyle gęsty, że nie widać było nieba. Usiadłem na ziemi i ciężko dysząc wciągałem nozdrzami dziwnie zimne powietrze. Miałem dość. Cały czas czułem na sobie wzrok, prawdopodobnie wilków, które żyły w tej okolicy. Parę razy zdawało mi się, że nawet widzę ich błyszczące ślepia. W dodatku wokół panowała przeraźliwa cisza. Gdy tylko zebrałem dość siły zacząłem iść dalej przed siebie. Z jednej strony było to głupie, ale z drugiej naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty spotkać się z tym co wydało tamten dźwięk. Przynajmniej wciąż ściskałem w ręku latarkę, aczkolwiek jej słaby promień ledwo dawał mi pociechę. Po chwili marszu dotarłem do czegoś co można było nazwać chatą, gdyby nie to, że wchodziła w skałę.

Drewniana struktura może i miała coś co wyglądało jak przedsionek, ale wysokie, wąskie, otwarte drzwi i brak okien, oraz dziki, niemal naprędce sklecony dach sprawiał, że budowla w niczym nie przypominała stworzonych ludzką ręką. Instynkt kazał mi odejść, a jednak, coś magicznie pchało mnie do środka. Czułem, że na dworze robi się coraz zimniej, w dodatku miałem nadzieję, że znajdę tam coś do jedzenia. Mrugnąłem kilka razy i wszedłem do środka. Gdy tylko przestąpiłem próg, wiatr z trzaskiem zamknął za mną drzwi. Latarką oświetlałem wnętrze przedsionka. Był całkowicie pusty i prowadził do następnego pomieszczenia które było wdrążone w skale.

Latarka siadła nim byłem w stanie cokolwiek zobaczyć. Ruszyłem dalej wyciągając kilka zapałek które miałem w kieszeni. Nim jednak je zapaliłem poczułem dziwny odór. Gdy tylko iskry rozgrzały siarkę ujrzałem coś, co przeraziłoby każdego. Wielkie gliniane naczynie z którego wystawała ludzka ręka… Z krzykiem rzuciłem się do drzwi wyjściowych, ale gdy tylko je otworzyłem stado ptaków rzuciło się na mnie wściekle dziobiąc. Ich ataki były na tyle agresywne, że wciągu kilku sekund zacząłem krwawić w kilku miejscach.

Zatrzasnąłem drzwi i opierałem się na nie blokując tornado pierzastych stworów. Ptaszyska wydawały coraz głośniejsze i wścieklejsze odgłosy. I wtedy usłyszałem dźwięk mojej komórki. „Uratowany!” Pomyślałem, wierząc, że wrócił zasięg.

Jednak, na wyświetlaczu dalej nie było sygnału, pojawił się jednak pusty sms. Po sekundzie drugi. I trzeci. Mimo, że wciąż nie było zasięgu. W końcu pojawił się siódmy, ostatni sms o treści: „Rozgość się, zaraz będę”. Drżącymi dłońmi sprawdziłem numer nadawcy. 000-000-000.Chciałem wierzyć, że to jakiś sen, ale boleśnie trzęsące się od naporu ptaków drzwi i piekące rany nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Nagle atak ustał. Upadłem z uczuciem ulgi na ziemię, ale nie trwało ono długo. Drzwi z lekkim skrzypnięciem otworzyły się ukazując postać podobną do starej kobiety.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Moim zdaniem ta creepypasta, o ile moża ją tak nazwać, jest bardzo niedopracowana. Jest bez sensu, nie ma zakończenia. Po za tym gościu słyszy jakieś dziwne odgłosy z lasu, a potem wbiega do niego! Nonsens!
Odpowiedz
niedopracowane trochę.
Odpowiedz
i....tak bez konca ?a bylo tak ciekawie.....
Odpowiedz
Wiedźmokruk haker! :s
Odpowiedz
Może być, ale czuje lekki niedosyt.
Odpowiedz
A to nie o to właśnie chodzi w takich opowiadaniach? ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje