Historia

Nie wierz nigdy kobiecie

piotr tomilicz 4 3 lata temu 7 310 odsłon Czas czytania: ~8 minut

"Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy” - Albert Einstein

„Wyobraźnia zabiła człowieka” - autor nieznany

Jak co dzień, Kaśka siedziała w autobusie. Jak co dzień, był to inny autobus i inna część miasta. Jej plan był dopięty na ostatni guzik, a dekolt do ostatniego rozpięty – w końcu to tylko kolejny raz. Czerwona sukienka odkrywająca kolana i podkreślająca wydatny biust tak, że trudno było go przegapić… i przegapiać wiele razy. Sandały i gołe nogi. Rozpuszczone włosy koloru kasztanów i okulary przeciwsłoneczne. Oraz miejsce tyłem do kierunku jazdy, jak najbliżej kierowcy i przejścia.

To wszystko gwarantowało możliwość dyskretnego rozglądania się po prawie wszystkich twarzach, a w razie „namierzenia celu” dawało łatwość zwrócenia na siebie uwagi.

Robiła to już chyba z tysiąc razy. Mniej więcej tyle. Zaczęła jakieś 3 lata temu. Na początku bywało nawet 2 razy dziennie, a potem pojawiały się czasami przerwy – wychodzi jakieś tysiąc akcji. Miała teraz 27 lat i wciąż wyglądała jak sucz. A że chętni frajerzy z przyjemnością dla siebie tak ją traktowali, to przez pierwszych kilka minut wszyscy byli zadowoleni.

Ale najważniejsze, że była z tego kasa. Konkretna kasa! Poprzedni miesiąc był jednym z lepszych; wyciągnęła prawie piętnaście tysięcy.

Interes nie mógł umrzeć, dopóki w Warszawie byli faceci gotowi na skok w bok po godzinach pracy w biurze. Żyć, nie umierać.

Wczoraj na przykład wyhaczyła właściciela jakiejś firmy. Wyglądał na dzianego. Jeszcze dziś uśmiechała się na wspomnienie o tym, jak tłumaczył, dlaczego siedzi w autobusie, a nie w samochodzie. Miała to gdzieś, naprawdę. Ale on nie – tłumaczył się tak długo, że w końcu zatkała mu usta własnym językiem.

Facet miał klasę, fajnie pachniał. Za to głupi był, jak inni. Wystarczyło zdjąć okulary i włączyć numer 2, czyli spojrzenie wyrachowanej suki (wiecie: uporczywe wpatrywanie się, kamienna twarz, od czasu do czasu spojrzenie na rozporek). Kilka razy zakręciła kosmyk włosów przy uchu, raz przełożyła skrzyżowane nogi. Na 5 sekund przed postojem na przystanku wstała, bardzo szybkim krokiem podeszła do niego, nachylając się powiedziała rozkazująco „chodź” i złapała go za rękę. Wysiedli.

Według tego, co pamięta, to chwycenie za rękę działało w 99 przypadkach na 100.

Potem również według planu: ona ciągnie go za rękę, on się rzekomo opiera, rozgląda się, czy przypadkiem nie mija kogoś znajomego, potem zaczyna zadawać debilne pytania w stylu „przepraszam, czy mogę jakoś pani pomóc?”. Faceci na chwilę zamykają się, gdy za najbliższym rogiem ostrożnie, ale stanowczo popycha ich na ścianę domu, przykleja się całym ciałem do nich, ociera udami, piersiami i namiętnie całuje (jakby chciała zjeść ich wargi). Po chwili ciągnie ich dalej, opór maleje, chuć rośnie. Tu jest chwila na wyjaśnienie, że oni nie z tych, co tak robią, że na ogół jeżdżą Audicą, Lexusem czy nawet jachtem (tak, tacy też się zdarzali!) albo pada trochę obleśnych przechwałek o tym, co będą jej robić. Wszystko to już słyszała. Nikt nie powiedział niczego oryginalnego od dwóch lat.

Kluczową częścią planu zawsze było to, aby do chaty było najwyżej 3 minuty drogi. Najlepiej, jeśli było to dosłownie kilkadziesiąt kroków. Celowała w stare, jak najbardziej opuszczone kamienice, ale takie, które nie zabiją smrodem. Ze względów logistycznych ważne było to, aby mieszkanie znajdowało się na 1. piętrze, a z parteru dało się przejść budynek na wylot.

Kamienice były różne; na ogół taki typ faceta by się tam nie zapuścił, więc trzeba było znów wczepić się w jego usta zaraz za drzwiami do budynku. To było drugie odwrócenie uwagi. Trzecie było na schodach: ona szła pierwsza, potem były jej czerwone majtki prawie niewidoczne między pośladkami, a na końcu twarz faceta. Czwarte i ostatnie kuszenie było na progu do mieszkania. Ponieważ drzwi były zawsze otwarte, a wnętrze mogło straszyć, to zaczynała całować już na progu i kończyła po dokładnym zamknięciu drzwi, a wrażenia potęgowała dłonią rozpinającą spodnie.

Reszta planu była równie niezawodna i powtarzalna: drzwi tak naprawdę zamykał Sławas, jej młodszy brat o posturze karkowca i sercu gołębia. Nie byłby zdolny do świadomego skrzywdzenia muchy, ale dużo mięśni i tatuaży, a mało szyi mówiło raczej co innego.

Sławas za każdym razem czekał w mieszkaniu. Zamykał drzwi na klucz, a klucz miał od prawdopodobnie legalnego właściciela speluny – wszystko załatwiała Kaśka, jej uśmiech i bonus w postaci litrowej „Finlandii”. Chata wynajęta na około 3 godziny. Im głośniej zamykał drzwi, tym lepiej – dzięki temu spragniona seksu ofiara prawie natychmiast stawała przerażona. Zbyt przerażona, aby zrobić coś rozsądnego. Krótki dialog z użyciem słów na „k”, na „ch” i na „wpierdol”, zamachanie plastikowym sprężynowcem (to był od początku warunek Sławasa), a potem Kaśka zmieniała rolę z uwodzicielki na kieszonkowca. Interesowały ją głównie portfel i zegarki, czasami tylko zabierała komórkę i podawała bratu, aby zrobił im fotkę, gdy delikwent za bardzo się rzucał. Sugestia, że zdjęcie zaraz może trafić do „Serduszka”, „Słoneczka” czy „Skarbeczka”, zawsze działała.

Po opróżnieniu kieszeni Sławas i Kaśka wychodzili, a kolesia zamykali. Nóż sprawiał, że mijały sekundy zanim napaleniec był w stanie trzeźwo myśleć, klucz w drzwiach zatrzymywał w mieszkaniu na co najmniej pół minuty, pierwsze piętro demotywowało do skoku, a możliwość ucieczki przez drzwi od podwórka sprawiała, że pościg był w zasadzie beznadziejny.

Plan działał, jak nowiutki Zenith zdjęty z czyjegoś nadgarstka tydzień temu.

Dzisiejszy frajer wyglądał jak zwykle: dobrze ubrany, wewnętrzna kieszeń marynarki wypchana, wzrok sugerujący nieprzystępność. Za wiele razy patrzył na jej cycki, aby takie pierdoły mogły ją zmylić.

Wędka zarzucona, haczyk połknięty.

Uśmiechnęła się tylko zalotnie, nawet szczerze, na myśl o tym, że dziś chłopaczek ma farta. Dziś Sławas ma urodziny i przygotowała dla niego coś specjalnego. „Do następnego razu, frajerze” - pomyślała i wysiadła na najbliższym przystanku. Sama.

A Sławas czekał w śmierdzącej ruderze na pierwszym piętrze i bawił się scyzorykiem Victorinox, który dostał dziś rano od swojej dziewczyny. Widziała już kilka razy u niego zabawkowy nożyk i choć nigdy jej nie powiedział, po co mu taki szajs, to kupiła mu w końcu ostrze dla prawdziwego faceta. Nie był tak poręczny, jak sprężynowiec, ale to w końcu prezent – dziś zrobi wyjątek.

W domu tak cuchnęło, że zrobił sobie chustę na nos z koszulki. Znalazł jakieś lusterko i stwierdził, że wygląda dziś jak prawdziwy gangsta, jak wojownik stadionów.

Odgłosy kroków na schodach były znakiem, że trzeba schować się za drewnianymi drzwiami oddzielającymi to, co na wejściu, czyli połączenie kuchni, salonu i sypialni z wiadrem do sikania, z tym, co za progiem, czyli… kuchnią, salonem i sypialną w jednym. Różnicę stanowił brak wiadra.

Nawet jeśli pęknięcia w drzwiach będą niewystarczające do obserwacji, to potrzebuje jakieś 5 sekund od wejścia Kaśki, by wyskoczyć z nożykiem.

Drzwi otwarte – drzwi zamknięte. Żadnego stękania i mruczenia. Nierówne kroki i jakby szuranie. Sławas czeka i zastanawia się, bo dziś jest inaczej. I nagle łup! Widzi przez szpary głowę Kaśki – walnęła właśnie o drewnianą podłogę, poznał ją po włosach. Po chwili głowa zaczyna podrygiwać rytmicznie w górę i w dół (właściwie w lewo i prawo). I prawie w tej samej chwili jakaś dłoń obraca jej głowę – otwarte, nieruchome oczy wpatrują się w sufit.

- Dziwka nie żyje, chciała mnie oskubać – powiedział ktoś z drugiej strony drzwi.

Sławas nie zastanawiał się, po prostu robił.

- Ty chuju! - wrzasnął. Facet leżał między nogami Kaśki i chyba gapił się na jej cycki, które teraz falowały z resztą ciała. Sławas miał do niego jakiś metr – najpierw dźgnął go w kark kilka razy, a potem odrzucił jak zabawkę na przeciwległą ścianę. Dobiegł do niego i jeszcze dwa razy wbił ostrze w klatkę piersiową – ciało już się nie broniło.

I za moment usłyszał, jak Kaśka się śmieje.

- Dałeś się nabrać! Ha-ha-ha! Wszystkiego najlepszego, Sławas! - wykrzyczała podnosząc się z ziemi i prawie zataczając się ze śmiechu.

Napotkała zrozpaczone spojrzenie Sławasa, a po chwili dużo krwi na białej koszulce swojego kolegi, Marasa.

- Sławas, coś ty narobił, debilu!?

Podbiegła, żeby…, chyba żeby ratować Marasa, ale tylko pośliznęła się i przejechała trochę na jego krwi. Nawet dla takiego laika, jak ona, chłopak wyglądał jak trup.

- Kurwa, Sławas, co ty zrobiłeś!?

- Myślałem…, ja myślałem, że on cię… - nie umiał dokończyć.

- Noż kurwa! - wrzasnęła i pobiegła do wyjścia. Złapała za klamkę, drzwi dziwnie lekko puściły, ktoś z drugiej strony otwierał je w tym samym czasie.

Nie zdążyła rozpoznać twarzy menela, od którego wynajęła tę norę na 3 godziny – oni przecież wyglądają tak samo. Niski ludzki śmieć w tej chwili wbił jej w brzuch wielki i błyszczący jak ze sklepu nóż kuchenny. I z lubieżnym uśmiechem, napierając na trzonek, wepchnął zdziwioną i piszczącą na wdechu dziewczynę do mieszkania.

Sławas wciąż siedział na trupie Marasa – to był wspólny kolega Kaśki i jego, taki, który to ma łeb pełen różnych chorych pomysłów. Odwrócił głowę dopiero wtedy, gdy Kaśka huknęła o podłogę. Wydawało się, że minęła chyba minuta zanim mięśniak oderwał wzrok od ciała siostry i przeniósł go na żebraka. I tylko trochę mniej czasu potrzebował ten drugi, aby ocknąć się ze zdziwienia. Chyba nie spodziewał się nikogo więcej. Zerwał się do ucieczki. Sławas, co dziwne, dopadł go zaraz za progiem. Nie wyhamował przed drewnianą poręczą. A ta tylko trzasnęła i jej szczątki poleciały prawie pięć metrów w dół razem z oboma mordercami. Ten mniejszy poleciał na plecy z ostrzem w skroni, ten drugi uderzył czołem w granitową posadzkę.

Pierwszą osobą, która znalazła dwa ciała, był jakiś ćpun – postanowił schować się na chwilę, aby coś przyjarać. Gdy zobaczył pod nogami zwłoki i sporo krwi, przestraszył się i zwiał. Wcześniej jednak wdepnął jedną stopą w czerwoną kałużę, a później wpadł na maskę samochodu. Nie mógł ani uciec, ani nie zwrócić na siebie uwagi.

Ktoś potem wysilił wyobraźnię, powiązał ucieczkę, zakrwawiony but, trochę narkotyków w kieszeniach przerażonego uciekiniera. Dzięki tym staraniom śledztwo było już tylko udokumentowaniem, potwierdzeniem domysłów. Gwoździem do trumny były dwa rozkładające się ciała dziewczyn leżące w wersalce u menela, który jeszcze niedawno zarządzał nieruchomością i odstąpił ją na chwilę tej ślicznej pani za jedną „Finlandię”. Kozioł ofiarny i zarazem seryjny morderca - trampolina awansu i źródło dodatkowej kasy z przyszłych książek i wywiadów - był gotowy.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Strasznie długie!!!
Odpowiedz
To co?
Odpowiedz
Na końcu troszkę się pogubiłam, ale ogólnie nieźle :)
Odpowiedz
Takie średnie bym powiedział, ale pomysł fajny.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje