Historia

Spacerujący po wspomnieniach

pariah777 6 8 lat temu 4 565 odsłon Czas czytania: ~14 minut

– Jego zdolności zależą tylko i wyłącznie od pańskiej wyobraźni – zapewnił mężczyzna kryjący się po zaciemnionej stronie stołu.

– Więc skoro ona jest w świetnej kondycji, to rozumiem, że powinienem być usatysfakcjonowany tym... pokazem, sztuczką? Jak na to mówicie? Nieważne. Chcę jedynie podkreślić, że mam prawo do otrzymania zwrotu pieniędzy w przypadku...

– W przypadku niezadowolenia, oczywiście, ma pan takie prawo, chodź radzę się tym nie martwić. Jeszcze żaden z klientów się na nie nie powołał.

– Wspaniale. Możemy zaczynać?

– Pewnie. Proszę za mną.

Cichy zgrzyt klucza w zamku wyrwał Adama z transu i wprawił chłopca w stan czujności. Odłożył on powoli swoją lekturę, po czym wstał, przybierając wyuczoną pozę. Oczy wbite w podłogę, plecy przygarbione, jak przystało na tresowane w strachu zwierzę.

– W razie czego proszę wołać mnie po imieniu, inaczej nie zareaguję – pouczył głos zza drzwi, które się następnie zamknęły, pozostawiając młodzieńca samego z przybyłym niedawno nieznajomym.

– Cześć – przywitał się tamten. – Słyszałem, że to nie jest twój pierwszy raz, więc nie spinaj się tak ani nie bądź taki płochliwy, na jakiego wyglądasz.

– Tak jest – odparł machinalnie Adam i uniósł wzrok.

Naprzeciwko niego stał niebieskooki blondyn z niechlujnie zarzuconą na ramię marynarką, w wymiętej koszuli i przetartych jeansach.

– Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego czuję się jak w jakimś tanim burdelu? – zapytał.

– Klimat, proszę pana – wycedził Adam. – O niego chodzi.

– Jasna cholera, co ty taki jakiś niedzisiejszy? Nie umiesz normalnie mówić, bez mamrotania pod nosem?

– Zazwyczaj wcale się nie odzywam...

– Cudownie! – woła nieznajomy. – Może jeszcze dodasz, że zabrali cię rodzicom albo wyjechałeś, skuszony nierealnymi ofertami pracy, i ostatecznie wylądowałeś tutaj?

Chłopak się zawahał. Nikt wcześniej go nie pytał o to, więc nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Nie potrafił nawet stwierdzić, jak wyjawienie swojej przyszłości nieznajomemu może zostać odebrane przez opiekunów, którzy z jednej strony nakazywali mu całkowitą uległość wobec gości, z drugiej zaś mogliby się rozgniewać na wieść o wycieku niektórych informacji. Podjął decyzję – będzie milczał i liczył na to, że klientowi nie będzie się chciało powtarzać tego pytania.

– Chryste... – westchnął nieznajomy, po czym opadł na drewniane krzesełko usytuowane tuż przy wejściu. – Ciężki z ciebie przypadek.

Adam zajął miejsce na leżącym na podłodze starym materacu. Czekał na instrukcje, jak to zawsze bywało do tej pory. Instrukcje – nie pytania. Wręcz marzył o czymś w stylu „No dalej, zaczynajmy”.

– Dużo mi mówiono o twoim darze i muszę przyznać, że inaczej go sobie wyobrażałem.

– Jeszcze nawet go nie widziałeś... – burknął Adam.

– No tak, tak. Chodziło mi raczej o tę otoczkę wokół niego. Kiedy człowiek słyszy cholernie wysoką cenę, to liczy na coś więcej niż... no właśnie... – odrzekł skonsternowany przybysz, trącając nogą zdechłe pająki, których truchła skumulowały się w kącie.

– Nic mi nie wiadomo, ile za mnie dostają pieniędzy – wytłumaczył się typowo urzędniczym tonem chłopak, co w jego ustach zabrzmiało dość komicznie.

– Ja mam im dać sto kawałków.

– Nie pytałem! – wzdrygnął się Adam, przeczuwając, że ta wiedza nie bez powodu wcześniej pozostawała poza jego zasięgiem i że może nawet może okazać się niebezpieczna.

Tamten tylko wzruszył ramionami, a następnie, po chwili namysłu, wyciągnął do chłopaka dłoń, mówiąc:

– Jestem Aron.

Cała ta sytuacja wprawiła młodzieńca w zakłopotanie. Nie był przyzwyczajony do uścisków dłoni ani rozmów. Nikt też go nie ostrzegał, że powinien się do tego przygotować.

– Dobra, kapuję, chcesz już zaczynać i mieć to już za sobą.

Adam przytaknął.

– Rozumiem, pewnie, że rozumiem, ale ty też musisz mnie zrozumieć. Moim drugim celem tej wizyty jest dowiedzenie się czegoś o tobie, a ty mi nie ułatwiasz sprawy.

– Nie kupiłeś informacji, kupiłeś... – zaczął niepewnie Adam.

– Nie pouczaj mnie, gówniarzu, wiem, za co zapłaciłem! – wybuchnął nagle Aron. – Mógłbym cię nawet teraz zatłuc i wyjść stąd, ot tak, bo kto by mógł mi coś zrobić?

Na to chłopak nie potrafił odpowiedzieć. Miał ochotę się skulić w kłębek i płakać, albo chociaż wrócić do swojej lektury, „Uczty” Platona.

– Mam cię w swoim posiadaniu przez jedną noc – kontynuował lodowatym tonem mężczyzna. – Spokojnie wystarczy mi czasu, by cię złamać. Chcesz tego? Czy może wolisz po dobroci?

Adam rozpaczliwie pomknął wzrokiem po suficie w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów kamer, dyktafonów, czegokolwiek, co mogłoby wzmocnić jego poczucie bezpieczeństwa. Przecież skoro jest taki cenny, to muszą go jakoś pilnować, nadzorować i dbać o to, żeby nie stała mu się krzywda. Z niewiadomych powodów tak jednak nie było. Nikt nie czekał, by w razie czego przyjść mu na pomoc.

– Wiedz, że będziesz trupem, jeśli wyjdę stąd, nie wiedząc wszystkiego o tobie. Takie dostałem wytyczne, tego ode mnie wymagają. Współpracuj, dobrze ci radzę.

– Kto ci dał te wytyczne? – zapytał wystraszony chłopak.

– Szef.

– Czyli?

– Nie licz, że ci powiem.

– Nie licz na współpracę.

Arona wyraźnie uderzyła ta zmiana podejścia dzieciaka, która niewątpliwie komplikowała mu plany. Zdziwił się też tym, że młokos nie jest kompletną ofiarą losu i potrafi się postawić.

– Przysyła mnie rząd – oświadczył nagle. – Ta nieoficjalna część rządu, co ją zaciekawiłeś. Głośno o tobie w niektórych kręgach, więc i my się dowiedzieliśmy. Teraz masz dwa wyjścia: uciec stąd i trafić pod naszą opiekę albo gnić tutaj. Możesz wybrać to drugie, ale wiedz, że wtedy przyjdzie tutaj po prostu cały oddział i cię stąd wywlecze albo rozwali na miejscu. Tak działamy, przykro mi. Lub po prostu zrobię to ja.

– Jak uciekniemy? – W oczach chłopaka błysnęła nadzieja. – Dokąd? I co dalej miałoby być?

– Nie tak szybko... – Aron uśmiechnął się, czując, że trafił w czuły punkt dzieciaka i ma go w garści. – Wpierw muszę sprawdzić, czy to, co o tobie mówią, to prawda. I jeszcze zbadać twoją historię, takie tam formalności.

Wolał nie dodawać, że od tych formalności zależy to, czy cała operacja będzie miała w ogóle miejsce.

– Nie ufam ci... – rzucił tchórzliwie Adam, co zabrzmiało niczym dysonans w uszach jego rozmówcy.

– A masz coś do stracenia?

Nic. Chłopak wiedział, że nic.

– Właśnie, więc rób, co mówię i się módl, żeby mi się to spodobało.

– Mam lepszy pomysł, jeśli chcesz wiedzieć wszystko i po prostu sprawdzić moje możliwości...

Aron uniósł pytająco brwi.

– Połóż się, zobaczysz.

Mężczyzna, nie kryjąc obrzydzenia malującego się na jego twarzy, ułożył się na materacu i spróbował się odprężyć. Potem zamknął oczy, oddając swój umysł we władanie chłopakowi, który zajął miejsce na podłodze obok niego.

– Co się będzie działo? – zapytał Aron.

– Spokojnie, zaraz się przekonasz...

– Jeśli będziesz próbował jakichś sztuczek, to wiedz, że ci rozwalę łeb o tę ścianę – zagroził.

Adam, zamiast odpowiadać, przystąpił do działania.

Jest ciemno. Zimno, wilgotno, panuje kompletna cisza. Pomimo największej chęci odezwania się, Aronowi się to nie udaje. Ma opuchnięte gardło nie dające wydobyć z siebie głosu. Poza tym jego ręce są skrępowane, tak samo nogi. Ogarnia go wściekłość na myśl, że to wszystko jest sprawką chłopaka. Czyżby został oszukany? Pewien fakt odwodzi go jednak od tej teorii – choć wydaje mu się to kompletnie nierealne, to jednak ma wrażenie, że coś się zmieniło. Ułożenie jego zębów, ciężar ciała, siła, jaką dysponuje. Jakby nie był sobą. Skoro nie sobą, to w takim razie kim? – nachodzi go pytanie. Szybko znajduje na nie jedyną możliwą odpowiedź. Dzieciakiem.

W mroku błyska nagle płomień, wkłuwający swe światło w nieprzyzwyczajone do jasności oczy. Aron je odruchowo mruży, starając się jednocześnie dostrzec, kto to taki postanowił złożyć mu wizytę.

– Nie bój się, niczego się nie bój... – szepcze głos. – Przecież wiesz, że nie zrobimy ci krzywdy...

Świeca w dłoni nieznajomego gaśnie, słychać cichy zgrzyt metalu o beton, po czym świadomość mężczyzny tonie w bólu, skurczach i dreszczach, tak samo jak jego oblane lodowatą wodą ciało. Resztki energii wykorzystuje, by bezradnie dygotać, wydając przy tym długi, żałosny jęk. Ma wrażenie, że trwa to wieczność, nim jego umysł odzyskuje umiejętność zlepienia choć jednej myśli z kotłujących się w głowie Arona przekleństw.

– Ty kurwo... – syczy, choć nikt, łącznie z nim, nie jest w stanie tego usłyszeć.

Ma ochotę znów zmusić się do wysiłku i tym razem posłać w ciemność dłuższą i wyraźniejszą wiązankę, ale wie, że byłoby to bezcelowe, gdyż ten, kto na moment pojawił się w tym miejscu, już dawno odszedł. Nie pozostaje mu więc nic innego niż czekanie na jakiekolwiek wybawienie. Ale czy takie nadejdzie? Czy może to do niego należy zadanie uratowanie samego siebie? Pytanie tylko, jak.

Wreszcie wybucha gniewem. Gniewem tak potężnym, że strząsa mu z rąk więzy i wypycha ciało do pozycji stojącej. Wpierw się zatacza, wpada na jakąś ścianę, klnie, próbuje namacać w ciemności cokolwiek, ale ostatecznie nieruchomieje, słysząc cichy szloch dobiegający zza jego pleców, z miejsca, gdzie przed chwilą leżał. Powoli odwraca się i robi parę kroków w tamtą stronę, po czym przyklęka.

– Kim jesteś? – pyta, czując jednocześnie ulgę, że pyta własnym głosem wydobywającym się z własnego, dorosłego ciała.

Czeka moment na odpowiedź, aż wreszcie daje za wygraną, wiedząc, że jeśli tamten jest w takim stanie, w jakim on sam był przed chwilą, to nie ma co liczyć na cokolwiek więcej niż jęk. Nie jest nawet pewien, czy biedak słyszał pytanie. Zamiast tego zajmuje się więc szukaniem wyjścia z tego lochu.

Natrafia na schody, po których nieudolnie pełznie, potykając się o nierówności. Zwieńczone są one drzwiami, na całe szczęście – niezakluczonymi. Naciska na klamkę i wyślizguje się na zewnątrz, w morze jasności, gdzie przez moment błądzi niczym we mgle, aż wreszcie dochodzą do niego odległe ludzkie głosy. Przystaje, chcąc uchwycić dokładny kierunek, z którego dochodzą, a następnie rusza labiryntem białych i surowych korytarzy w tamtą stronę.

Kiedy ma wrażenie, że rozmawiający będą tuż za następnym zakrętem, zatrzymuje się i zaczyna nasłuchiwać, starając się pochwycić każde ich słowo.

– Ile jeszcze on zamierza się trzymać?

– Tyle, ile mu na to pozwolimy. Nie widzicie, że dajemy mu taryfę ulgową?

– O czym ty pieprzysz?

– Specjalnie obchodzimy się z nim łagodniej, bojąc się, że zdechnie, jak poprzedni.

– Zdaje ci się.

– Nie, nie, nie. Po prostu boimy się, że możemy stracić kolejnego i że wszystko będziemy musieli zaczynać od początku. Nie widzicie tego? Zmiękliśmy, bojąc się o kolejną porażkę, oszukujemy samych siebie!

– Robimy wciąż to samo, według planu, więc nie wiem, o co ci chodzi.

– Pierwszego zatłukliśmy prawie na śmierć jeszcze tego samego wieczora, co się tu pojawił, a tego?

– Po prostu poprawiliśmy nasz błąd. Działaliśmy na początku zbyt agresywnie.

– Kurwa, o to tu chodzi! Mamy ich doprowadzać na granicę śmierci, aż znajdziemy kogoś, kto będzie w stanie się na niej utrzymać.

– Ale musimy to robić z głową.

– Jakbyś nie zauważył, to my nic tutaj nie robimy z głową! Wierzymy w jakąś pseudonaukową teorię szaleńców, którą nawet dziecko by skutecznie podważyło.

– Chcesz tłuc ich jeszcze bardziej, a nawet nie wierzysz w cel swoich czynów?

– Za to mi płacą, a ja robotę wykonuję dobrze. Nie mięknę jak wy. Weźcie się w garść.

Zapada cisza. Aron, ciekaw całej sytuacji, zagląda w głąb pomieszczenia, w którym toczy się chwilowo przerwana dyskusja. Od razu nieruchomieje, widząc trzech mężczyzna siedzących przy stole, wgapiających się w puste kieliszki, rozstrzygających dylemat, czy polewać jeszcze raz. Po ułamku sekundy spostrzega jednak coś jeszcze gorszego – za nimi, opierając się o ścianę, stoi ktoś, kogo obecność w tym miejscu byłaby czymś, czego Aron nigdy by się nie spodziewał. Ten właśnie mężczyzna wpatruje się wprost w przerażone i zaskoczone oczy niezapowiedzianego gościa, choć czyni to całkowicie obojętnie. Trwa to jeszcze przez moment, aż wreszcie Aron dochodzi do wniosku, że tamten wcale go nie widzi, tylko akurat patrzy się w tę stronę, pogrążony w myślach. Z wyraźną ulgą, będąc pewnym co do swojej niewykrywalności, wślizguje się do pomieszczenia, nie czyniąc przy tym żadnego zamieszania. Przygląda się trójce przy stole, ale nie rozpoznawszy żadnego z nich, rusza ku swojemu znajomemu przy ścianie.

– Witam pana, panie Marecki – pozdrawia swego przełożonego Aron. – Co pan tu robi?

Oczywiście nie doczekuje się odpowiedzi. A raczej nie takiej, jakiej by oczekiwał, bo Marecki jednak się odzywa:

– Muszę się wyszczać – obwieszcza.

Odrywa się od ściany i rusza w gąszcz korytarzy, szukając kibla. Aronowi nawet przez głowę nie przechodzi, by ruszyć za szefem, lecz dzieje się coś nieoczekiwanego. Mężczyzna, wychodząc z pokoju, rzuca szybkie spojrzenie przez ramię wymierzone wprost w swojego podwładnego, jakby wydając rozkaz, by ten jednak mu towarzyszył podczas podróży. Arona oblewają pot i dreszcze, ale rusza za nim, w duchu próbując rozstrzygnąć, czy jest widzialny, czy też może to był przypadek. Ostatecznie odpowiedzi na oba te pytania są przeczące.

Marecki się nie odzywa. Zmienia się to dopiero wtedy, kiedy zamyka się w toalecie i ma pewność, że żaden z pozostałej trójki nie będzie go słyszał.

– Wiem, że tu jesteś – odzywa się. – Sam cię tu przysłałem, prawda? Nie odpowiadaj, i tak nie usłyszę.

Aron kompletnie nieruchomieje, nie wiedząc, co robić.

– Twoja obecność jest potwierdzeniem tego, że cały eksperyment się udał. Dlatego też daję ci nowy rozkaz: porzuć swoją obecną misję i zamelduj się z powrotem u mnie. Kiedy wrócisz, powtórz mi kod „1372”, tak na wszelki wypadek, żeby nie było, że zmyślasz i żebym miał pewność. A teraz, Aron, spadaj stąd, chcę się serio wyszczać.

Nawet nie potrzebował jakiegoś specjalnego wyjścia z tego transu, wystarczyła sama sugestia Mareckiego, by wszystko się zmieszało, rozmazało, a na koniec rozpadło. Obudził się na materacu, a nad nim stał przejęty Adam.

– Wszystko w porządku? – zapytał dzieciak. – Jak było?

Aron usiadł, po czym zaczął masować sobie skronie, jakby próbował włączyć w swojej głowie funkcję myślenia.

– Nie rozumiem... – wycedził wreszcie.

Chłopak, słysząc to, zląkł się, a w jego oczach pojawił się lęk.

– Coś nie tak? Chciałeś wiedzieć, jak to wszystko wyglądało, jak zostałem wychowany, jak do tego doszło, że potrafię takie rzeczy, to pokazałem ci jedyną rzecz, którą pamiętam...

Aron podniósł wzrok ku niemu i od razu przekonał się, że to był błąd. Zaczął współczuć, a w jego pracy nie ma miejsca na takie uczucia. Pamiętał rozkaz, który odnalazł w tym jakże dziwnym transie, ale z drugiej strony nie potrafił też w niego uwierzyć. Być może to był tylko twór jego własnego umysłu, nic związanego z rzeczywistością ani z przeszłością.

– Powiedziałeś, że mnie stąd zabierzesz... – wymamrotał Adam.

Aron się wzdrygnął na myśl o tym, że będzie musiał rozczarować tego biedaka. Którakolwiek z opcji była prawdziwa – czy ta głosząca, że to był jedynie sen, czy ta, w której Marecki naprawdę wydał mu rozkaz – obie zakładały, że będzie musiał porzucić chłopca tutaj. Przybywając, miał za zadanie odzyskać dzieciaka, jeśli to będzie możliwe, i jeśli jego dar okaże się prawdziwy, a teraz, jeśli jego dar był faktycznie prawdziwy, to zadanie to uległo zmianie.

– Nie ja. Być może ktoś inny – odparł krótko i chłodno, po czym wstał, odwrócił się na pięcie i po prostu wyszedł.

Udał się wprost do biura, które, mimo nocy, nadal funkcjonowało. Przeczuwał, że tam właśnie będzie czekał na niego Marecki. Jednocześnie wiele rozmyślał. O tym, po co rząd angażował się w taki projekt? To było akurat głupie pytanie. Odpowiedź była jasna – każdy wywiad by zabił za człowieka, będącym jednym wielkim rejestratorem wszystkiego co się wokół dzieje i mogącym też pobierać podobne odczyty z innych ludzi, niebędących takimi rejestratorami. Cała sztuczka polegała na tym, że obiekt zyskiwał możliwość wprowadzenia się w trans i wkroczenia w przeszłość, którą zakodował jego umysł. Ponoć wykorzystywał do tego swój mózg do maksimum, przez co potrafił w tym właśnie transie słyszeć słowa, które zostały wypowiedziane setki metrów dalej, widzieć to, czego nie widział, poruszać się po świecie, jakiego nie widział, choć wiedział, jak wyglądał. To wszystko przyprawiało Arona o zawrót głowy.

Miał wiele wątpliwości co do tej całej sprawy. W jaki sposób dzieciak mógł go wysłać we własną przeszłość? Telepatia? Jakieś połączenie między ich świadomościami? I nawet jeśli to była przeszłość chłopaka, to przecież nie miał on szans znać słów wypowiedzianych przez Mareckiego w toalecie, skoro leżał wtedy w piwnicy. Takich nieścisłości nie dało się wyjaśnić naukowo, dlatego też przestał o tym myśleć i po prostu trzymał się swojej roli w tej całej sprawie. Zastanawiał się tylko, jak doszło do tego, że dzieciak stał się zabawką służącą do zarabiania grubej forsy przez jakichś gangsterów.

– Wejdź – zawołał Marecki.

Aron ostrożnie przekroczył próg jego gabinetu, po czym usiadł na fotelu naprzeciwko biurka, mówiąc tylko.

– Jeden, trzy, siedem, dwa.

Zapadła cisza. Starszy mężczyzna zamarł, wpatrując się w okno, jakby nie spodziewał się takiego rezultatu operacji i nie był na niego przygotowany.

– Przyjąłem, możesz odejść – rzekł wreszcie.

– Chłopak przechodzi na naszą własność – rzekł Marecki.

– Już ci mówiłem. Albo go zostawisz w spokoju i się wycofasz z tego całego biznesu, albo cały świat się dowie o twoich powiązaniach z mafią – odparł mu mężczyzna kryjący się po zaciemnionej stronie stołu.

– Mam pozwolenie od rządu i prezydenta, by zrobić tu rzeź. Ten cały kurwidołek jest otoczony, wystarczy jedna chwila i nie będzie miał kto wyjawiać światu czegokolwiek.

– Czyżby? Pozostanie pewna osoba, która będzie znała twoje zbrodnie i nie będzie jej obchodziło, jaką wartość stanowią one dla świata. Pociągnięcie za spust, mierząc we mnie, cię od tego nie uratuje.

– Gówno prawda – syknął Marecki, wyrywając zza pasa pistolet.

Rozległy się strzały, w pomieszczeniu zrobiło się tłoczno.

– Wszyscy cali? – zapytał Marecki, przyglądając się trzem zabitym.

– Jeśli chodzi o naszych, to tak – odrzekł któryś z jego podwładnych.

– Dobrze, bardzo dobrze. Teraz tylko sprawdzić, co z dzieciaczkiem.

Wyprowadzili Adama. Wtrącili do celi jeszcze ciemniejszej i straszniejszej niż te, w których był poprzednio. Przyprowadzali ludzi. Różnych – przeciwników politycznych, podejrzanych, niechcianych, każdego, kogo tylko góra chciała się pozbyć. On odkrywał każdy zakątek ich przeszłości, wygrzebywał ich sekrety, a oni się go bali. Po prostu wtrącali ich naprzeciw niego, a on po chwili wiedział o nich wszystko. Stał się bronią doskonałą.

Aż pewnego dnia zniknął. Nikt nie wiedział, jak tego dokonał, choć mówiono, że to dzięki jego darowi. Najpotężniejszy człowiek świata, mogący przewrócić państwo do góry nogami, był na wolności. Minęły lata, a nikt nadal go nie znalazł. Prócz mnie, choć ja go nie szukałem.

Opowiedział mi o tym wszystkim w barze, w jedynym miejscu, w którym dwóch samotnych ludzi nagle zaczyna łączyć jakaś więź, przysiadają się do siebie i rozpoczynają rozmowę. Opowiedział mi o tym wszystkim i prosił, bym nie zapomniał jego historii. Chciał, żeby pamiętał o nim ktoś, kto nie chciałby go zabić albo zniewolić za to, kim jest. Potem zniknął, a ja zostałem sam, kompletnie pijany, nie wiedzący, czy to wszystko mi się przewidziało. Na wszelki wypadek postanowiłem to jednak spisać.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

A w razie gdyby ktoś zechciał pospacerować po moim nowym profilu autorskim, to tędy: Szymon Sentkowski
Odpowiedz
Świetnie poprowadzony koniec, wogóle całą historia, ale koniec najlepszy.
Odpowiedz
Dobrze się czyta, 8/10 ☺ tylko 1 mnie razi: Imię "Aron" pisze się Aaron ☺
Odpowiedz
W Biblii zapewne tak, aczkolwiek nie jest to reguła :v http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1172:aron&catid=76:opinie-o-imionach&Itemid=58
Odpowiedz
Do pewnego momentu świetnie, jednak na zakończeniu się zawiodłem ;s
Odpowiedz
Całkiem całkiem :D
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje