Historia

Wytchnienie - Zima VIII

Mroczny Wilk 3 3 lata temu 3 382 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Szliśmy tak przez jakieś dziesięć minut. Miałem złe przeczucia co do tej całej misji. Najpierw helikopter, potem zejście na dół, a do tego jeszcze padnięcie całej elektroniki. Zazwyczaj kiedy wszystko wali się na samym początku, to później nie jest lepiej, a tylko gorzej. Nie wiedzieliśmy, na co trafimy, gdy wyjdziemy na górę. Było wiele możliwości, a mniejszość tych dobrych wydawała się zbyt mało prawdopodobna.

W końcu doszliśmy do kolejnego włazu. Oparłem się o ścianę i spojrzałem na wyjście.

– To jak, kto idzie pierwszy? – spytałem.

– Robimy jak zawsze – odpowiedział towarzysz i schował wolną rękę za plecy. – Trzy!

Zacisnąłem ułożoną płasko dłoń na jego pięści.

– No, to powodzenia. – Uśmiechnąłem się przekornie.

Marek wspiął się po metalowej drabinie i zaczął powoli unosić płytę. Po chwili odłożył ją ostrożnym ruchem na ulicę. Wyszedł i rozejrzał się wokół.

– Czysto! – zawołał.

– Wreszcie jakieś szczęście – stwierdziłem, gdy ponownie zapieczętowaliśmy kanały, aby i tam nie dostali się zamarznięci. – Teraz tylko znajdziemy jakieś spokojne miejsce na przespanie nocy i będzie świetnie.

– Co powiesz na tę knajpę? – zaproponował, wskazując dłonią budynek, znajdujący się zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas.

– Normalnie nie wierzę. – Zaśmiałem się. – To jakaś rekompensata z góry za ten wypadek?

Nałożyliśmy tłumiki akustyczne na lufy karabinów. Wcześniej w tym całym chaosie nie mieliśmy na to czasu, a i tak na nic by nam się wtedy nie zdały. Podeszliśmy do drzwi „Czarciego Dołka” i otworzyliśmy je szybkim ruchem. Marek wrzucił do środka kolejną racę. Zamarznięci klienci i członkowie personelu od razu się ożywili. Rzucili się w naszym kierunku, ale zaraz wszyscy leżeli martwi na drewnianej podłodze. Byliśmy zbyt obolali i zmęczeni, by oszczędzać jakoś bardzo skrupulatnie amunicję.

Zabarykadowaliśmy wszystkie okna i drzwi stołami oraz innymi meblami, znajdującymi się akurat pod ręką. Wyciągnęliśmy z baru dwa kufle, które napełniliśmy piwem z beczki. Przekopaliśmy się przez wszystkie pomieszczenia w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia. Udało nam się dorwać do chipsów, chleba i suszonego mięsa, wszystko inne było surowe albo zamarznięte. Tyle nam wystarczyło.

– Za stare czasy! – Unieśliśmy kufle, a w budynku rozbrzmiało brzęknięcie szkła.

***

Minęło sporo czasu, ale w końcu mogliśmy spokojnie wyjść. Kiedy kończyliśmy jeść makrelę z puszki, usłyszeliśmy mruczenie zbliżającego się samochodu. Ominął sklep, wyciągając tym sposobem zamarzniętych ze środka. Kilkanaście sekund później rozległo się łupnięcie, towarzyszące uderzeniu pojazdu w jakiś większy obiekt. Nie trzeba było długo czekać na wrzaski zarażonych.

– O to mi właśnie chodziło, kiedy mówiłem o jeżdżeniu w obecnych warunkach – skomentował Marcin. – Chodź, bierzemy te ubrania i spadamy.

Stanęłam pomiędzy wieszakami i szybko zaczęłam rozglądać się za tym, co by mi pasowało. Zabrałam kupkę ubrań do przymierzalni. Po jakimś kwadransie wyszłam stamtąd w białych spodniach, turkusowej czapce oraz sięgającym kolan, kremowym płaszczu, pod którym miałam jeszcze koszulkę i sweter.

Marcin czekał już na mnie przy wyjściu, opierając się o framugę i spoglądając na zaśnieżoną ulicę. Nałożył czarny płaszcz. W takim eleganckim stylu wyglądał naprawdę przystojnie. Stałam tak przez parę sekund, kontemplując jego wygląd. Otrząsnęłam się dopiero, gdy na mnie spojrzał.

– Gotowa?

– Tak, w tym raczej nie zamarznę.

– No to świetnie. Wpadniemy jeszcze na chwilę do obuwniczego parę kroków stąd.

– Przyda się, w tych balerinkach palce by mi poodmarzały – stwierdziłam, czując, że i w tym momencie mam zmarznięte stopy. Stłuczona szyba sprawiała, że w pomieszczeniu było tak samo zimno jak na dworze.

– Pozwól, że wyjdę pierwszy. Jeżeli jakiś zamarznięty postanowił się zaczaić, to rzuci się na mnie, nie na ciebie.

Marcin zarzucił torbę na ramię, a prawą dłonią złapał leżącą na parapecie maczetę. Otworzył drzwi, zszedł na chodnik i zaczął się rozglądać.

– Dobra, możemy iść.

Stanęłam na schodach i od razu spojrzałam w prawo, gdzie powinno znajdować się rozbite auto. Świeże ślady wskazywały, że kierowca zdążył jeszcze skręcić w jedną z uliczek. Współczułam mu, ale miałam też nadzieję, że coś takiego przytrafiło się zwyrodnialcowi, który chciał mnie wykorzystać.

Sklep był parę budynków dalej na lewo. Tym razem obeszło się bez niespodzianek, wewnątrz nie trafiliśmy na nikogo. Poszło dosyć szybko. Już na wejściu spodobały mi się płaskie kozaki w kolorze khaki. Wystarczyło znaleźć odpowiedni numer i mogliśmy iść dalej.

Ostrożnie przesuwaliśmy się przez kolejne dzielnice. Nagle zauważyliśmy oddalony o parę kilometrów helikopter.

– O, wojsko leci w kierunku centrum. Ciekawe… Zakładam, że zostali wysłani po jakichś urzędasów.

– A co jeśli… – Przerwałam.

Patrzyłam w osłupieniu, jak maszyna zaczyna wirować i niebezpiecznie zbliżać się do jednego z biurowców. Moment później przebiła się przez tafle szkła i wpadła do środka.

Marcin syknął przeciągle.

– No to by było na tyle w tym temacie.

Pomarańczowe słońce odbijało się w szybach odległego budynku. Zastanawiało mnie, co mogło spowodować wypadek. Miałam nadzieję, że jeśli ktoś to przeżył, to zdążył ukryć się przed zarażonymi. Zostanie dopadniętym we wraku maszyny zdecydowanie nie brzmiało przyjemnie.

– Musimy się ruszyć, niedługo zrobi się ciemno. Lepiej nie chodzić po zmroku.

– Masz jakiś plan, gdzie będziemy nocować?

– Po prostu rozglądaj się za jakimiś domami jednorodzinnymi. W ostateczności możemy szukać schronienia w jakimś bloku, ale tego wolałbym uniknąć. Zbyt dużo ludzi, zbyt dużo możliwych zarażonych.

Jeszcze zanim słońce całkiem skryło się za horyzontem, trafiliśmy na odpowiedni budynek. Był ogrodzony płotem z czarnych, metalowych przęseł.

– Musimy przeskoczyć – stwierdził Marcin, gdy bramka nie otworzyła się przez naciśnięcie klamki ani pchanie jej. Mróz podniósł chodnik, skutecznie ją blokując.

– Zastanawiałeś się, co zrobimy jeśli ktoś jest w środku?

– Będzie musiał nas ugościć. Widzisz jakieś inne wyjście?

– Może nie chcieć nas wpuścić…

– Wtedy zastosuję przekonujące argumenty – powiedział, dotykając dłonią pistoletu. – Chodź, podsadzę cię.

Chwilę później staliśmy po drugiej stronie.

– Idź metr za mną – nakazał mi. – Nie mamy pewności, co napotkamy w środku. Potrzebna mi pełna swoboda. Nie chcę cię przez przypadek uderzyć.

Weszliśmy po śliskich schodkach. Drzwi były otwarte. Chłopak wyciągnął maczetę i wszedł pierwszy do środka. Przeglądał wszystkie pomieszczenia, wyglądając niebezpieczeństw. Nagle rozległo się skrzypienie. Marcin zatrzymał się przed drzwiami do ostatniego pokoju i uniósł dłoń.

– Zaczekaj tutaj – wyszeptał.

Szybkim ruchem otworzył drzwi i wpadł do środka. Pusto. Coś znowu zaskrzypiało. Marcin obrócił się w stronę dużej szafy. Włożył maczetę do pochwy i wyciągnął pistolet.

– Podejdź pod bok szafy – powiedział. – Otworzysz ją na „trzy”.

Podeszłam i złapałam za uchwyt.

– Raz… Dwa… Trzy!

Rozwarłam drzwi, jednak nie usłyszałam strzału. Towarzysz odetchnął z ulgą i schował broń. Uśmiechnął się lekko.

– Lubisz dzieci? – spytał, unosząc brwi.

– Dzieci? – Zmrużyłam oczy, nie ukrywając zdziwienia. Podeszłam do niego.

W szafie siedziała mała dziewczynka. Może ośmioletnia.

– Wydaje mi się, że będziemy mieli kolejnego członka ekipy. – Przyklęknął przed meblem. – Jak ci na imię, maleńka?

– Zuzia – odpowiedziała drżącym głosikiem.

– Ja jestem Marcin. A więc Zuziu, skąd się wzięłaś w tej szafie? Gdzie twoi rodzice?

– Tatuś z mamusią poszli na chwilę do cioci, kiedy po drodze nie chodzili jeszcze ci dziwni, biali ludzie. Miała do mnie zaraz przyjść babcia. Tatuś zadzwonił i powiedział, żebym nie wychodziła z domu. Ktoś krzyczał, głośno, i tatuś się rozłączył. Jak usłyszałam, że ktoś chodzi po domu, to myślałam, że to te potwory.

Marcin spojrzał na mnie porozumiewawczo.

– Twój tatuś, Robert, poprosił nas, żebyśmy cię zabrali ze sobą w bezpieczne miejsce. Kiedy będzie mógł, przyjedzie tam po ciebie razem z mamusią.

– Skąd pan zna tatusia? – Spojrzała się na niego podejrzliwie.

– Twój tatuś ze mną pracuje, Zuziu. No to jak pójdziesz z nami?

– Skoro tatuś tak prosił... Ale nie jest już za późno?

– Jest, dlatego idziemy dopiero jutro rano. Ta pani obok mnie to Monika. Pójdziesz z nią i pokażesz jej kuchnię? Zrobicie kolację, a ja jeszcze trochę rozejrzę się po domu.

– Oczywiście! – Uśmiechnęła się szeroko i złapała mnie za rękę. – Zrobimy naleśniki?

– Co tylko zechcesz, Zuziu – odpowiedziałam jej z uśmiechem.

– Sprawdzę, czy wszystko jest pozamykane i rozejrzę się za świeczkami – Marcin szepnął mi do ucha. – Nie ma światła. Porozmawiaj z nią. Zadbaj, żeby się nie bała. To sporo ułatwi. Później o tym porozmawiamy.

Położyłam płaszcz na fotelu i poszłam za dziewczynką.

Do kuchenki była podłączona butla z gazem. Wreszcie mogliśmy zjeść coś na ciepło. W dodatku szafki były pełne różnych produktów. Wreszcie poczułam, że możemy spokojnie odpocząć.

– Jesteś dziewczyną Marcina? – spytała, patrząc się na mnie wielkimi, zielonymi oczami.

– Nie, tylko się kolegujemy – odparłam lekko zmieszana.

– Szkoooda. Ładnie razem byście wyglądali. Patrzy na ciebie takim fajowym wzrokiem. Podobasz mu się.

– Naprawdę tak myślisz?

– Jasne! Musisz tylko dać mu znak. Mamusia opowiadała mi, że tak zawsze jest z facetami. Wstydzą się po prostu.

– Ile masz w ogóle lat, Zuziu?

– Prawie siedem. Już nawet chodzę do szkoły. Tam jest fajnie, dużo innych dzieci do zabawy i miłe panie nauczycielki.

– Wygadana jesteś, jak na swój wiek.

– Wszyscy mi to mówią! Lubię rozmawiać. Podobno to przez to, że późno zaczęłam mówić i tak mi się to nazbierało.

Zrobiłyśmy razem te upragnione naleśniki. Do tego jeszcze masę z białego sera, śmietany i startej czekolady. Okazało się, że na szczęście z kranu wypływa czysta woda. Marcin porozstawiał wszędzie małe świeczki zapachowe. Gdy zjedliśmy kolację, zajął się umieszczonym w kotłowni piecem. Jakąś godzinę później w domu było już naprawdę ciepło. Zdjęłam sweter i pomogłam małej się umyć.

Po myciu położyliśmy się na wielkim łożu, na którym spali zawsze rodzice Zuzi. Mała na środku, my po bokach. Mieliśmy poczekać, aż zaśnie i porozmyślać wspólnie nad tą nagłą zmianą sytuacji.

– Chyba już śpi – stwierdził Marcin.

Wyszliśmy do kuchni, gdzie stanęliśmy naprzeciwko siebie.

– Skąd wiedziałeś, jak nazywa się jej ojciec? – zdałam dręczące mnie pytanie. – Naprawdę go znasz?

– W salonie zauważyłem zdjęcie młodej pary. A skoro były podane imiona… Musiałem to wykorzystać. Nie możemy jej tak po prostu powiedzieć, że już prawdopodobnie nigdy nie zobaczy swoich rodziców. No, przynajmniej żywych.

– Rozumiem, ale co zrobimy potem? Kiedy już dotrzemy do tego „bezpiecznego miejsca” i jej rodzice nie przyjadą

.

– Nad tym zdążymy jeszcze pomyśleć. Teraz mamy inne problemy. Rano muszę nauczyć cię posługiwać się bronią. Oczywiście bez strzałów, bo ściągniemy na siebie wszystkich zarażonych z okolicy. Nie widzę innej opcji. Będziemy potrzebowali większej ochrony, skoro ona idzie z nami.

– A co, jeśli oni jednak przeżyli i gdy tutaj wrócą, nie znajdą swojej córeczki?

– Napiszę im wiadomość. Dużymi literami, na ścianie. Tak, by nie mogli jej przeoczyć. Zostawię im jakiś kontakt, miejsce, gdzie mogą nas znaleźć, jeżeli to wszystko się skończy. Idź już spać. Ja jeszcze trochę pomyślę i położę się w salonie.

Nie zastanawiając się nad tym, co robię, położyłam dłoń na jego umięśnionym ramieniu. Poczułam przyjemny dreszcz, który rozszedł się po całym moim ciele. Jakaś tajemnicza siła przyciągała mnie ku niemu. Patrzył na mnie ciepłym wzrokiem, czekając na moje dalsze poczynania. Musiałam powstrzymać się, by nie zarzucić mu rąk na szyję. Pomimo tego, że starałam się myśleć racjonalnie, coś przełamało moją wolę. Przyłożyłam dłonie do pleców chłopaka i przytuliłam głowę do jego piersi. Silne ręce objęły mnie czułym ruchem.

– Dziękuję za to, że jesteś – wyszeptałam.

Trwaliśmy tak przez parę minut, może godzin. Dla mnie czas się zatrzymał. Było mi zbyt dobrze, bym mogła myśleć o czymkolwiek. W końcu jednak musiałam opuścić jego objęcia. Dopiero wtedy dotarło do mnie, do czego właśnie doszło.

– Ja… przepraszam. Nie powinnam. – Zaczęłam się jąkać. – Strasznie się tego wszystkiego boję. Potrzebuję odrobiny ciepła innej osoby. Gdybyś mógł spędzić przynajmniej tę noc obok…

Kiwnął przytakująco głową. Jego twarz wyrażała zrozumienie.

Byłam mu wdzięczna, że nic nie mówił, nie zadawał pytań. Po prostu spełnił moją prośbę. Mając świadomość, że jest tuż obok, zasnęłam spokojnie, nie obawiając się aż tak bardzo o to, co przyniesie jutro.

Część dziewiąta:

http://straszne-historie.pl/story/13080-Zamiec-Zima-IX

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień, jeżeli opowiadanie się podobało. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania. ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Najlepsza seria jaką do tej pory przeczytałam. Czekam na resztę zniecierpliwieniem ☺
Odpowiedz
Coraz lepsze, nie moge doczekać się kolejnych opowiadań z tej serii.
Odpowiedz
No Wilczysko... Dobre, bardzo dobre :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Czas czytania: ~2 minuty Wyświetlenia: 3 909

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje