Historia

Dom pełen dzieci

pariah777 7 8 lat temu 8 736 odsłon Czas czytania: ~25 minut

– Cholera jasna... – wycedziłem, odchylając głowę do tyłu. – Jak bardzo źle ze mną?

– O siebie się martwisz!? Prawie mnie zabiłeś!

Rozwarłem powieki. Czułem, jak pod moją czaszką gromadzi się i pulsuje ból, a po czole ścieka mi strużka ciepła. Siedząca obok mnie Natalia wyglądała na przerażoną, ale, na szczęście, niedraśniętą.

– Wszystko w porządku? – zapytałem dla pewności.

Skinęła głową. Zaczęła grzebać w torebce, aż wreszcie wyrwała z niej swoją komórkę i zamarła, wgapiając się w ekran.

– Co jest? – zaniepokoiłem się.

– Brak zasięgu – wyszeptała, prawie nie poruszając ustami.

Z sykiem wypuściłem powietrze z płuc i przewróciłem oczami. Jeszcze tego brakowało. Wyciągnąłem własny telefon z kieszeni. Ona patrzyła się na to z nadzieją, lecz musiałem ją rozczarować.

– To samo u mnie – rzekłem.

– I co teraz!? – wzdrygnęła się.

Wlepiłem wzrok w widok rozciągający się za oknem pojazdu. Płatki śniegu wirowały wszędzie dookoła, ledwie widoczne na tle wszechobecnej bieli.

– Może spróbujesz nas stąd wyciągnąć? – zasugerowała pretensjonalnie.

– Zaraz... – odburknąłem.

– No na co czekasz?

– Łeb mnie boli! Mogę dojść do siebie?

Zamilkła na moment. Potem przechyliła się w moją stronę i przetarła krew z mojego czoła.

– Czemu ja z tobą w ogóle zgodziłam się jechać... – wymamrotała przy tym.

Minęło pół godziny, a nasza sytuacja nie uległa większej zmianie.

– Nigdzie się stąd nie ruszymy – oświadczyłem po wielu próbach odpalenia silnika. – Przynajmniej nie tym autem.

Skwitowała to wymownym milczeniem. Wciąż zerkała na ekran telefonu, ale tam również nic się nie zmieniało.

– Trzeba coś zrobić, bo tu zamarzniemy – odezwałem się po chwili namysłu.

– Włącz ogrzewanie.

– Nie działa.

Znów zapadła cisza. Wiedziałem, że zadanie przerwania jej spoczywa na moich barkach.

– Po drodze mijaliśmy dom, nie wiem, czy zauważyłaś. Można się tam przejść.

– Po co? Gnijmy tu i czekajmy, aż ktoś nas z tego wyciągnie – odparła.

– Kto? – rzuciłem pytanie.

– Nie wiem, przejezdni, ludzie tędy jeżdżą, prawda?

Miałem ochotę parsknąć śmiechem, ale się powstrzymałem.

– W takiej śnieżycy? Wątpię.

– Kiedyś się przecież ona skończy.

– Ale droga pozostanie zasypana i pewnie nieprzejezdna.

– Chryste! Ja już nie wiem, sam wpadłeś na pomysł wycieczki, rób jak uważasz.

Więc opatuliliśmy się, wypełzliśmy z wozu prosto w śnieżycę i, zamknąwszy auto, ruszyliśmy drogą powrotną.

– Daleko to!? – krzyknęła Natalia.

– Chyba nie!

Dom faktycznie nie był daleko, choć śnieżyca wydłużyła znacząco czas naszego marszu. Gdy stanęliśmy przed drzwiami domku samotnie stojącego pośród białej zawieruchy oraz wystających gdzieniegdzie drzew, byliśmy już całkowicie przemarznięci i modliliśmy się, by ktokolwiek nam otworzył. Zapukałem, choć miałem wrażenie, że przez wyjący wicher nikt tego nie usłyszał.

Myliłem się jednak. Wystarczyło parę sekund, by ktoś przekręcił klucz od wewnątrz i pociągnął za klamkę. Nim zdążyłem się odezwać, starsza kobieta nakazała gestem, by szybko wejść do środka. Uczyniłem, jak chciała, i od razu poczułem ulgę. Gdy zamknęła za nami drzwi miałem wrażenie, że krew w moim ciele na nowo zaczyna płynąć. Zapewne stałem tak przez chwilę, zipiąc oraz wspierając się o ścianę, nie mogąc dobyć z siebie słowa. Z tego stanu zamyślenia wyrwał mnie dopiera głos kobiety.

– Kogóż ja tu widzę – odezwała się ciepłym głosem. – Chodźcie do kuchni, zrobię wam coś gorącego do picia i przyniosę bandaż na tę okropną ranę na czole.

Język miałem jak sopel, więc nawet nie zdołałem staruszce podziękować. Przemaszerowałem tylko za jej wskazaniem do stołu znajdującego się w sąsiednim pomieszczeniu i usadowiłem się na krześle. Natalia zajęła miejsce obok mnie. Była równie zdezorientowana tą nagłą zmianą otoczenia co ja, widziałem to w jej oczach oraz słyszałem w rytmie oddechu. Stopniowo jednak dochodziliśmy do siebie, a gdy wylądował przed nami kubek z parującym napojem byliśmy już zdolni do normalnej rozmowy.

– Nazywam się Ela – oznajmiła pani gospodarz – a wy?

– Szymon – odparłem.

– Natalia.

– Miło mi – westchnęła. – Domniemam, że szukacie schronienia przed zawieją?

– Utknęliśmy w pojeździe kawałek drogi stąd i uznaliśmy, że bezpieczniej byłoby się stamtąd ewakuować, tym bardziej, że siadło ogrzewanie – wytłumaczyłem.

– Wy młodzi... Czy nie wiecie, że w taką pogodę się nie jeździ po lesie? Ale co ja będę was pouczać, skoro sami się już chyba przekonaliście, co nie? – powiedziała, wpatrując się w moje rozcięcie na czole.

– To był jego pomysł... – burknęła Natalia.

– Sama się zgodziłaś. Kto zresztą mógł przewidzieć taką pogodę?

– Już przestańcie, bo mi się tu pozabijacie – rzekła kobieta. – Poczekajcie, poszukam tych plastrów czy bandaży, sama nie wiem, co tu mam. Dawno nie grzebałam w apteczce.

To powiedziawszy, wstała i udała się do innego pokoju, po czym zapadła całkowita cisza, jakby staruszka gdzieś przystanęła albo po prostu poruszała się po domu bezszelestnie.

– Dziwnie się tu czuję – wyznała nagle Natalia.

Obrzuciłem ją badawczym spojrzeniem i zauważyłem, że wygląda na nieco spiętą. W sumie nie mogłem się jej dziwić. Drobny wypadek, zamieć, a teraz pobyt u nieznajomej w środku lasu.

– Chyba nie mamy wyboru – wyszeptałem, przeczuwając, że pani gospodarz może być w pobliżu i wszystko słyszeć.

Nie pocieszyłem jej tymi słowami. Spuściła wzrok na kubek, a raczej jego zawartość, i nieufnie pociągnęła nosem, badając unoszący się zapach. Zmarszczyła brwi, po czym potrząsnęła głową.

– Co to jest? – zapytała.

– A bo ja wiem – odrzekłem i sam zacząłem studiować tajemniczą ciecz we własnym kubku.

Przez katar nie byłem w stanie wyczuć nic, a bazując na zmyśle wzroku mogłem jedynie dojść do wniosku, że z tym ciemnym, gęstym napojem spotykam się pierwszy raz. Nie przypominał on czekolady, herbaty ani kawy.

– Pij pierwszy – zakomenderowała.

Wzruszyłem ramionami i posmakowałem tego czegoś. Znajome ciepło przelało mi się przez gardło, a następnie, gdy tylko spłynęło, rozgorzało w brzuchu.

– Alkohol – zawyrokowałem. – Jakiś dziwny, ale alkohol. Chyba nawet mocny.

Natalia również zbliżyła kubek do warg i upiła odrobinę, po czym skinieniem głowy przyznała mi rację.

Chwilę później do kuchni powróciła staruszka z paczką plastrów oraz nasączonym wodą ręcznikiem. Delikatnie przetarła moją ranę i nakryła ją opatrunkiem.

– Lepiej?

– Tak mi się zdaje – odpowiedziałem jej.

Wtedy mój wzrok powędrował w bok, gdzie przy framudze jarzyło się dwoje błękitnych oczu wstydliwie zaglądających do kuchni spod ciemnej czupryny. Staruszka zauważyła moje zaciekawienie i od razu pospieszyła z wyjaśnieniami.

– To mój syn, Aleksy – rzekła, przysiadłszy się do stołu. – Nie ufa obcym i jest dość płochliwy, dlatego musicie mu wybaczyć, że nie podejdzie się przedstawić.

Chłopiec trwał nieruchomo i tylko taksował oczyma mnie oraz Natalię. Najdziwniejszy był jednak fakt, że nie wyglądał on jakby miał więcej niż dziesięć lat, przez co różnica wieku między nim a staruszką wydawała się być ogromna i niemożliwa. Zerknąłem na siedzącą obok mnie kobietę i z jej skonsternowanego oblicza wyczytałem, że dzieli te same wątpliwości. Coś nie grało.

– On jest młody... – palnęła nagle Natalia.

Staruszka się roześmiała, słysząc to, a dzieciak pierzchnął gdzieś w głąb domu.

– I cóż z tego? – zapytała uśmiechnięta pani domu.

– To dość niespotykane – usprawiedliwiłem nasze zdziwienie.

– Niespotykane jest też, że to jedyny dom w okolicy, a wam się samochód popsuł akurat koło niego – zauważyła staruszka. – Takie rzeczy się zdarzają.

To był zwykły przypadek, pomyślałem, w przeciwieństwie do tego twojego „syna”. Nie chciałem jednak wdawać się w polemikę z kimś, kto daje mi schronienie, więc po prostu zamilkłem. Natalia zdawała się być strasznie zmęczona, więc też odpuściła.

– Jeśli chcecie, mogę wam uszykować posłanie – zaproponowała starowinka. – Bo chyba nie zamierzacie tak czekać godzinami aż śnieżyca ustanie?

– O ile to nie byłby problem, chętnie bym się położyła.

– To dobry pomysł – dorzuciłem.

Dostaliśmy dwuosobowy pokój z jednym łóżkiem. Przez okno widziałem, jak zamieć wciąż trwa w najlepsze. Przez moment stałem tak, rozmyślając o moim zasypanym gdzieś tam samochodzie. Potem zasunąłem zasłony i siadłem na stojącym nieopodal fotelu. Natalia tymczasem rozgaszczała się na posłaniu.

– Zabawne, że wzięła nas za parę – odezwała się.

Zerknąłem na telefon, lecz zasięgu ciągle nie było. Zacząłem mieć już tego wszystkiego dość. Chwyciłem jakiś koc, przykryłem się nim i zamknąłem oczy.

– Chyba ktoś z nas powinien trzymać wartę... – zasugerowała Natalia. – Szczerze powiedziawszy nie czuję się tu bezpiecznie. Mógłbyś? Później cię zmienię.

Co mnie podkusiło, by jechać gdziekolwiek z tą kobietą? – zadałem sobie pytanie. Przytaknąłem jednak i przyjąłem na siebie obowiązek czuwania.

Ze snu wyrwało mnie pragnienie skorzystanie z toalety. Wyśliznąłem się z fotela i po cichu przemknąłem obok śpiącej Natalii. Nie miałem pojęcia, jak to się stało, że przysnąłem, ale liczyłem na to, że nic się przez to nie stało. Wyszedłem na korytarz i rozejrzałem się wokół. Była już noc, za oknami dął wiatr, a dom był zalany mrokiem. Przez moment nasłuchiwałem, lecz nie usłyszawszy niczego nietypowego, zacząłem macać po ścianie, szukając włącznika światła.

Gdy wreszcie go odnalazłem, podłużny korytarz wypełnił się rażącą jasnością. Zakryłem dłonią oczy, klnąc jednocześnie pod nosem i zacząłem wypatrywać jakichkolwiek oznak obecności łazienki. Wszystkie drzwi wyglądały jednak niemalże identycznie. Wtedy też spojrzałem w kierunku kuchni i momentalnie znieruchomiałem. Wytężyłem wzrok. Dojrzałem czającą się tam w mroku ludzką sylwetkę, obróconą plecami do mnie. Mężczyzna, jak się domyślałem, był wyjątkowo dobrze zbudowany. Sprawiał wrażenie istnej góry, która z jakichś powodów stanęła sobie w kuchni. Ostrożnie się do niego zbliżyłem i, nie chcąc go wystraszyć swoją obecnością, odezwałem się.

– Przepraszam najmocniej...

Nawet nie drgnął. Ja też przystanąłem na chwilkę, zbierając odwagę, by postawić jeszcze parę kroków naprzód. Gdy mi się to udało, stałem już tuż za nim.

– Wszystko w porządku? – zapytałem.

Znów nic. Postanowiłem więc zapalić światło w kuchni i uważniej przyjrzeć się tajemniczemu człowiekowi.

Pomimo nagłej jasności on wciąż trwał nieruchomo. Jego oczy zwrócone były prosto w stronę półek, na których stały pojemniki z przyprawami.

– Czy wie pan może, gdzie jest łazienka? – odezwałem się bez większych nadziei.

– Jak wychodziłeś z pokoju, trzeba było skręcić na lewo – odpowiedział mi głos zza moich pleców.

Odwróciłem się na pięcie i ujrzałem staruszkę.

– Mam nadzieję, że pani nie obudziłem – rzekłem.

Ona tylko machnęła ręką, po czym podeszła do czajnika i nastawiła wodę.

– To jest Olek – oznajmiła, jakby od niechcenia. – Czasem tak ma, wtedy nie da się z nim nic zrobić. Najgorzej jest, kiedy stanie w przejściu, bo ciężki jest skurczybyk, a i się zapiera mocno, jeśli ktoś go próbuje przestawić. No ale nie będę ci zabierać czasu takimi opowiastkami, bo przecież spieszysz się do łazienki.

Podziękowałem jej za wyrozumiałość skinieniem głowy, a następnie czmychnąłem we wskazanym kierunku.

Załatwiwszy się, wróciłem do pokoju. Po drodze zauważyłem, że światło w kuchni już się nie pali, a Olek zniknął. Nie uznałem tego jednak za powód do obaw, więc po prostu nakryłem się kocem i czekałem na nie wiadomo co. Od czasu do czasu zerkałem na śpiącą Natalię i jej zazdrościłem, lecz nie miałem serca, by ją budzić i prosić o zmianę warty, tym bardziej że jak do tej pory to za dużo nie czatowałem. Z drugiej jednak strony nie wydawało mi się, by było to konieczne, choć w domu panowała dziwna atmosfera. Do tego wszystkiego ten Olek – kolejny syn tej staruszki? Nie miałem pojęcia, co o tym myśleć.

Wystarczyło parę chwil, bym na nowo zapadł w sen. Coś mnie jednak z niego szybko wybudziło i dość łatwo się przekonałem, czym było to „coś”. W ostatniej chwili powstrzymałem się przed odruchowym krzyknięciem. Serce mi załomotało i pewnie gdybym był starszy, dostałbym zawału. Na szczęście jednak udało mi się przetrwać to zaskoczenie i w miarę trzeźwo zareagować.

Nad łóżkiem stał Olek, który świdrował swoim nieobecnym spojrzeniem śpiącą i nieświadomą niczego Natalię. Wiedziałem, że nie powinienem tego tak zostawić, a na zapasy z taką górą mięsa nie miałem ani siły, ani ochoty. Usiadłem na brzegu łóżka i delikatnie poszturchałem kobietę.

– Obudź się... Tylko spokojnie, wszystko jest w porządku, nie wystrasz się... – próbowałem złagodzić nadchodzący szok.

– Co... – wymamrotała, wiercąc się. – Czego chcesz?

Wreszcie otworzyła oczy i o mało nie podskoczyła. Od razu odpełzła w tył, pod ścianę, nakrywając się kocem. Patrzyła a to na mnie, a to na Olka, nie wiedząc, o co nam obu chodzi.

– Spokojnie, on jest niegroźny – rzekłem. – Nie chciałem po prostu, byś się go wystraszyła, więc...

– Dobra, dobra, rozumiem... – wyszeptała, wgapiając się w mężczyznę stojącego za mną niczym posąg.

Przez moment dochodziła do siebie w ciszy, po czym wyznała:

– Miałam koszmar... Ja nie chcę tu być... Nie możemy stąd iść? Gdziekolwiek. Może znajdziemy zasięg?

– Nie w nocy. A poza tym na zewnątrz wciąż jest nieciekawie, być może rano wyruszymy.

– A która jest godzina? – zapytała.

Obróciłem się, by sięgnąć telefon leżący na stoliku obok, ale znieruchomiałem z wyciągniętą dłonią, kiedy dostrzegłem, że Olek wodzi za mną oczami. Śledził każdy mój ruch. Tak jakby nagle jego umysł powrócił do ciała.

– Chodźmy stąd może – zasugerowałem.

Natalia, starając się nie narobić hałasu, zeszła z łóżka i podeszła do drzwi, gdzie dołączyłem do niej po tym, jak chwyciłem telefon. Mężczyzna odprowadził nas wzrokiem, nie spuszczając go nawet kiedy zamykaliśmy za sobą drzwi.

– Co teraz? – odezwała się Natalia.

Jej oczy wręcz kipiały strachem, choć starała się go okiełznać. Wiedziała, że nie może panikować.

– Nie mam pojęcia. Może poszukamy tej kobiety i powiemy jej, że Olek...

– Co? Dlaczego przerwałeś?

– Spójrz przez okno – wyszeptałem.

Obróciła głowę we wskazaną stronę, po czym, podobnie jak ja, zaniemówiła. Wśród mroku, wirujących płatków śniegu oraz nikłego poblasku księżyca stał Aleksy. Ten sam chłopiec, którego spotkaliśmy w kuchni. Zwrócony był do nas plecami. Sterczał tak przez chwilę, a następnie odwrócił się i ruszył przez zaspy w kierunku drzwi do domu.

– Co tu się dzieje... – wycedziła wystraszona Natalia.

Nie odpowiedziałem, tylko ruszyłem korytarzem. Nie wiem dlaczego, ale chciałem, by moja droga oraz droga Aleksego się zetknęły.

Stało się to zaraz po jego wejściu do budynku. Ledwie wypadł ze śnieżnego piekła, cały przemarznięty, od razu napotkał mnie. Przewierciłem go podejrzliwym spojrzeniem i rzekłem:

– Co tam robiłeś?

Zostałem całkowicie zignorowany. Chłopak po prostu zaczął ściągać szalik, czapkę, buty i kurteczkę, niczego sobie nie robiąc z mojej obecności. Ponowiłem więc pytanie, lecz i to nie przyniosło rezultatów. Dzieciak mnie po prostu wyminął, a następnie ruszył wzdłuż korytarza, nie zwracając uwagi na Natalię. Szedł w kierunku schodów prowadzących na piętro, gdzie mieściły się sypialnie domowników. Zatrzymał się jednak przed pierwszym stopniem, po czym cofnął się o parę kroków, by na końcu znieruchomieć, stając na baczność.

Podszedłem do Natalii i odciągnąłem ją nieco w tył, nie wiedząc czemu. Być może po prostu się o nią bałem. Chyba tego nie zauważyła, dziwne zachowanie chłopca zdawało się pochłaniać całą jej uwagę. Wtedy właśnie usłyszałem kroki dobiegające z góry, lecz sunące powoli ku dołowi. Natalia spojrzała na mnie pytająco. Przytknąłem palec do ust, a następnie gestem zakomenderowałem odwrót ku kuchni. Tam też się skryliśmy tak, by nie było nas widać z korytarza. Nasłuchiwaliśmy.

– Zrobiłeś to, o co cię prosiłam? – zapytała staruszka, poznałem ją po głosie.

– Tak, pani – odparł Aleksy.

Zapadła cisza. Miałem ochotę wyjrzeć zza futryny, lecz to by było zbyt ryzykowne. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałem, co czynić. Tamci milczeli, możliwe, że porozumiewali się na migi, bo ciężko mi sobie wyobrazić ich stojących sobie tak po prostu, w bezruchu. Pewnie kobieta już wiedziała o mojej obecności w kuchni. Uciekać? Sięgnąć po jakąś broń? Zadawałem sobie te pytania, aż wreszcie coś dało mi na nie odpowiedź.

Usłyszałem cichy szloch dobiegający zza pleców. Odwróciłem się, myśląc, że to Natalia, ale się myliłem. Ona też przeczesywała wzrokiem mrok zalegający po kątach w celu odnalezienia źródła płaczu. Wreszcie szturchnęła mnie delikatnie i wskazała palcem na stół, a raczej pod stół. Mebel był jednak usytuowany na tyłach kuchni, gdzie jasność sącząca się z korytarza nie sięgała.

– Masz telefon, poświeć tam – szepnęła.

Przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki wdech i uczyniłem zgodnie z jej prośbą. Snop światła rozgonił cienie, odsłaniając ukrywającą się w nich sylwetkę dziecka. Dziewczynka siedziała z kolanami podkulonymi pod brodę i bujała się w przód i w tył. Natalia zaczęła powoli się zbliżać do niej na czworakach. Nie byłem pewny, czy ją zatrzymać, czy też nie, więc po prostu się nie ruszałem, oświetlając jej drogę telefonem.

– Hej... – odezwała się do dziewczynki. – Jak masz na imię?

Tamta przestała łkać i zerknęła na Natalię. Oczy i policzki lśniły się jej od łez, a lekko rozchylone wargi drgały.

– Uciekajcie – wyszeptała.

Czułem, jak to jedno słowo wpada mi do umysłu i rozlewa się po nim w postaci fali strachu. Nie panikuj, zacząłem powtarzać sobie w myślach. Natalia od razu odpełzła od dziecka i wróciła pod ścianę, ciężko dysząc z przerażenia. Dopiero kiedy nasze bezradne i spanikowane spojrzenia się zetknęły, zrozumiałem, w jak bardzo tragicznej sytuacji jesteśmy. Myśl, myśl, myśl – rozkazywałem mózgowi, lecz on był na to niewrażliwy i zdawało się, że mnie porzucił w najgorszym momencie.

Nagły rozbłysk światła uderzył w moje oczy, przez moment mnie ogłuszając. Szybko jednak doszedłem do siebie i zerknąłem ku postaci stojącej przy wejściu do kuchni.

– Odprowadziłam Olka do jego pokoju – rzekła zatroskana staruszka. – Możecie wracać i iść dalej spać albo chociaż posiedzieć sobie tutaj przy czymś do picia, ale, na Boga, nie kryjcie się tak.

Odetchnąłem z ulgą. Usłyszawszy to, wszystkie moje poprzednie obawy wydały się być nie na miejscu. Spojrzałem na Natalię i ujrzałem, że ona wciąż zerka pod stół, gdzie już nikogo nie było.

– No, wstawajcie, ciepłego mleka może chcecie? – dopytywała się pani gospodarz.

Pokręciłem przecząco głową, podniosłem się, po czym pomogłem wstać swojej towarzyszce.

– Chyba po prostu sobie tutaj posiedzimy – oznajmiłem.

Kobieta zostawiła nas samych, a następnie udała się z powrotem na górę. Natalia tymczasem wciąż słuchała echa głosu dziewczynki pobrzmiewającego w jej głowie. Widziałem to po jej nieobecnym spojrzeniu – myślami była zupełnie gdzie indziej.

– Nie martw się na zapas – rzuciłem. – Wkrótce nadejdzie świt i to wszystko się skończy.

– Chodźmy już teraz – odparła od razu. – Nie chcę czekać, mam dość. Proszę.

Przez moment rozważałem jej słowa. Też chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce, ale co dalej? Autem nie dalibyśmy rady się ruszyć, jedyna nadzieja spoczywała w tym, że udałoby się nam złapać zasięg i sprowadzić pomoc.

– Przeklęta wycieczka – burknęła Natalia.

Uśmiechnąłem się, słysząc to. Przecież dzięki mnie się tam znaleźliśmy, lecz kto by mógł przewidzieć, że sprawy tak się potoczą?

– Przynajmniej będziemy mieli co wspominać.

– Wolałabym o tym zapomnieć – westchnęła.

Wzruszyłem ramionami. Za oknem wciąż nie dało się dopatrzeć żadnych oznak nadchodzącego poranka, co było raczej przygnębiające. Zegar wskazywał dopiero czwartą.

– Może wrócimy do pokoju? – zapytałem.

– Nie – odparła. – Nie chcę.

– To sobie poczekamy...

I faktycznie czekaliśmy. Czasem gawędziliśmy, lecz czyniliśmy to półgłosem z obawy, że ktoś nas może usłyszeć. Po prostu tak czuliśmy się bezpieczniej. Minął kwadrans, potem kilka kwadransów, aż wreszcie nadeszło nieuniknione – usłyszałem chrapanie dobiegające z naprzeciwka. Głowa Natalii osunęła się na stół i spoczęła na splecionych pod nią palcach. Tym razem postanowiłem nie iść w jej ślady oraz nie zasypiać.

Po jakimś czasie usłyszałem tupot bosych stóp. Nieco się zląkłem, lecz gdy postać wkroczyła do kuchni, rozluźniłem się. Była to dziewczynka, ta sama, która wcześniej kryła się pod stołem. Tym razem nie płakała, ale szła prosto w stronę lodówki.

– Nadal tu jesteście? – odezwała się mimochodem.

– A gdzie mielibyśmy być? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Wyjęła butelkę mleka i nalała sobie trochę do kubka, a następnie usiadła naprzeciwko mnie, obok śpiącej Natalii.

– Jeśli nie chcecie odchodzić, to proszę, czy moglibyście zostać? – rzekła nieoczekiwanie błagalnym tonem.

– A kto powiedział, że nie chcemy odchodzić? Po prostu czekamy na odpowiedni moment.

Spochmurniała, słysząc to. Upiła łyk mleka, po czym oblizała wargi.

– Lepiej będzie dla was, jeśli zostaniecie.

Uniosłem pytająco brwi.

– Stąd się raczej nie odjeżdża...

Poczułem, jak na taką wieść krew w żyłach zaczyna mi zamarzać. Nie przywiązywałem jednak jakiejś większej wagi do słów dziewczynki, wiedząc, że może ona być pod niektórymi względami podobna do swojego rodzeństwa. Szczególnie pod tymi psychicznymi.

– Niech zgadnę, nazywasz się Aleksandra? – zmieniłem temat.

Przytaknęła. Patrząc na imiona chłopców, nie było to trudne do wywnioskowania.

– O co chodzi z tym imieniem? – zacząłem drążyć temat.

– Ono nas łączy. Przypomina o naszym pochodzeniu – odparła nieco zakłopotana, jakby nie była pewna, czy może o tym mówić.

– Jakim pochodzeniu? Wasz ojciec miał podobnie na imię? Albo matka?

Pokręciła głową. Nabrałem powietrza w płuca, by zadać kolejne pytanie, lecz nim zdążyłem się odezwać, ona przechyliła się ku mnie i szepnęła mi na ucho:

– Chłopiec miał na imię Aleksander.

– Jaki chłopiec?

– Ćśśś, nie tak głośno – syknęła. – Tutaj się o tym nie mówi.

– Dlaczego? – szepnąłem.

– Bo oni tego nie akceptują. Nie widzą prawdy. Nie chcą jej widzieć. Tylko ja o tym wiem.

– O czym?

– Oni są jedną osobą – rzekła ze śmiertelną powagą. – Wszyscy oprócz babki. Ona była matką chłopca. Ja też jestem tą samą osobą, ale się różnię od innych.

– Nie łapię...

– Chodź za mną, pokażę ci – powiedziała, po czym zeskoczyła z krzesła.

Skradaliśmy się na palcach wpierw wzdłuż korytarza, potem po schodach na górę. Minęliśmy drzwi do sypialni staruszki oraz do paru innych pokoi. Wreszcie przystanęliśmy przed jednymi, które zdawały się być najstarsze ze wszystkich i w pewien sposób nie pasowały do wystroju domu. Aleksandra chwyciła za klamkę, po czym pchnęła ją, a następnie skinieniem głowy rozkazała, bym wchodził. Tak też zrobiłem.

Gdy sięgnęła do włącznika światła, moim oczom ukazał się zagracony i oblepiony kurzem oraz pajęczynami pokój. Śmierdziało tam tak, że dziwiłem się, że cały dom nie jest przesiąknięty tym zgniłym zapachem. Pożółkłe książki leżały wywrócone na podłodze, krzesło nie stało przy ledwie trzymającym się kupy stoliczku, tylko spoczywało obok całkowicie roztrzaskane. Łóżko nie było pościelone, wiły się w nim karaluchy oraz inne chmary robactwa, które na mój widok zaczęły się rozpierzchać po kątach. Aleksandra zamknęła delikatnie drzwi, po czym podeszła do pianina stojącego przy jednej ze ścian.

– Czy mi się to śni? – zapytałem.

Nie odpowiedziała. Zamiast tego uderzyła palcami w klawisze, a ciszę rozcięły dysonanse wydobywające się ze starego instrumentu. Rozejrzałem się odruchowo dookoła, wiedząc, że słyszą to wszyscy domownicy i zaraz się zbudzą. Miałem ochotę złapać dziewczynkę za nadgarstki, byle by przestała.

– Spokojnie. Wszystko jest w porządku – rzekła. – W takim porządku, w jakim jeszcze nigdy nie było.

Cofnąłem się pod same drzwi, przywierając do nich plecami. Nie miałem pojęcia, co robić. To wszystko było zbyt dziwne, samo to zatęchłe miejsce przepełniało mnie trwogą.

Ktoś zapukał. Odskoczyłem od drzwi, prawie wpadając przy tym na pianino i zatoczyłem się pod okno. Za szybą czaił się mrok, spokojnie przyglądający się temu, co się działo.

– Nie pozwolimy cię skrzywdzić – oznajmiła dziewczynka. – Nie bój się.

Byłem zbyt zaskoczony, by odrzec cokolwiek. Wpatrywałem się tylko w drzwi, w które ktoś walił z coraz to większą determinacją.

Wreszcie nie wytrzymały i padły płasko na podłogę z hukiem. Poczułem powiew rześkiego powietrza z korytarza, na moment ratujący mnie od smrodu. Miałem ochotę wybiec z pokoju, ale w przejściu stała starucha trzymająca strzelbę w trzęsących się dłoniach. Wyglądała na równie przerażoną co ja.

– Matko, przepraszam... – odezwała się wciąż grająca dziewczynka.

– Spokojnie, jestem już przy tobie – odpowiedziała kobieta.

Wymierzyła lufę prosto w moją głowę i podeszła parę kroków. Zamurowało mnie. W jej załzawionych oczach widziałem gniew, gotów w każdej chwili eksplodować i nakazać ciału pociągnąć za spust. Od tamtego momentu każde uderzenie mojego serca mogło być tym ostatnim. W międzyczasie palce Aleksandry zaczęły coraz szybciej uderzać w klawisze, przez co dotąd nieskładna melodia zlepiała się wreszcie w jakąś całość.

– Nie rozumiesz, mamo – wyszeptała z żalem. – To nie o niego chodzi.

Nie wiedziałem, czy się z tych słów cieszyć, czy też nie. Otwór lufy wciąż znajdował się na wprost moich oczu, a staruszka chyba ich nie dosłyszała.

Dźwięki przyspieszały, aż wreszcie nadszedł czas na finał. Dziewczynka zamknęła oczy i pozwoliła, by opuszki dały się porwać improwizacji. Improwizacji, do której dołączył huk wystrzału.

To wszystko stało się szybko. Może to była minuta, może dziesięć, może tylko sekunda. Nie wiem. Świat po prostu przestał się kręcić na chwilę, wszystko zamarło – akurat w momencie, kiedy palec kobiety pociągał za spust. Tylko i wyłącznie dzięki temu udało mi się uniknąć chmury śrutu, która przeszyła drewnianą ścianę za mną, sypiąc przy tym drzazgami. Potem leżałem na podłodze całkowicie ogłuszony. Dopiero gdy nieco oprzytomniałem, zobaczyłem, jak staruszka rusza w moją stronę, prawdopodobnie by zatłuc mnie kolbą. Została jednak przez coś powstrzymana.

Wypadli z korytarza i pochwycili ją. Aleksy, Olek oraz paru innych. Wywlekli kobietę na korytarz. Przez moment słyszałem jej krzyki, lecz w końcu i one ucichły, przez co słychać było tylko melodię sączącą się z pianina. Powolną, stopniowo cichnącą. Dźwięki znów układały się w korowód dysonansów.

Dziewczynka spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem, a następnie jej palce znieruchomiały. Do pokoju wrócili synowie staruszki i otoczyli mnie półkolem, jakby chcieli mi odciąć wszystkie drogi ucieczki.

– Nie musisz się bać, tato – rzekła Aleksandra.

„Tato!?” – miałem ochotę wykrzyczeć, ale nie zdołałem. Język ugrzązł mi głęboko w trzewiach i nie miał ochoty opuszczać swojego bezpiecznego schronienia. Zdołałem cokolwiek zrobić dopiero wtedy, kiedy przypomniałem sobie o Natalii, o tym, jak siedzi w kuchni. Momentalnie podźwignąłem się na nogi, przedarłem się przez krąg chłopców oraz młodych mężczyzn, po czym zbiegłem schodami na dół. Nigdzie nie widziałem żadnych śladów pozostałych po staruszce.

Przez moment wpatrywałem się w nią jak śpi, przekonując siebie, że nic się jej nie stało. Chrapała sobie w najlepsze. Aleksandra stanęła obok, a za nią nieufnie zajęli miejsca synowie.

– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytałem. – To jakiś sen czy co?

– Potrzebujemy was – odparła dziewczynka. – Chodź, czas na opowiadanie historii.

Zeszliśmy wszyscy, prócz Natalii, do piwnicy budynku, nie zważając na panujący tam chłód. Ktoś zapalił świecę i ustawił ją na podłodze. Usiedliśmy wokół, tworząc krąg. Tylko Aleksandra wystąpiła naprzód, trzymając w dłoni ramkę ze zdjęciem. Oświetlona nikłym blaskiem płomyka twarz chłopca na fotografii wydawała się wpatrywać prosto we mnie.

– Dawno, dawno temu – zaczęła dziewczynka – żyła tutaj rodzina. Mężczyzna ze swoją żoną oraz z dzieckiem, które nosiło imię Aleksander. Byli szczęśliwi, mogli wreszcie odpocząć od otaczającej ich w mieście chorej cywilizacji. Ale odpoczywali w ten sposób za długo. Czasem tylko wychylali się z domku po potrzebne zapasy. Problemy zaczęły się, kiedy Aleksander postanowił podjąć karierę muzyka. Grał całe dnie, starając się samemu poznać wszystkie tajniki instrumentu. Był jednak za młody nawet na to, by pójść do szkoły, nie mówiąc już nic o studiowaniu teorii muzyki, przez co tylko kaleczył uszy swoich rodziców. Matka to znosiła, widząc w nim przyszłego mistrza, ale ojciec... Ojca to niszczyło. Nie mógł się na niczym skupić, cały czas tylko dudniły mu w głowie kalekie melodie. Słyszał je nawet we śnie, choć pianino wtedy stało nieużywane. Próbował zdusić w sobie gniew skierowany na własne dziecko, lecz ten go stopniowo przerastał. W domu zaczęła panować chora atmosfera.

Odczuwał ją nawet Aleksander, a zwłaszcza on. Wiedział, że coś jest nie tak, ale był za młody, by to wszystko zrozumieć. Jego matka próbowała coś zrobić, pomóc mężowi w zniesieniu tych cierpień albo namówić chłopca, by wstrzymał swoje ćwiczenia. Nie przynosiło to jednak żadnych rezultatów. Aleksander razem z ojcem zaczęli popadać w szaleństwo. Chłopiec czuł się nieakceptowany. Czuł, że za każdym razem, gdy tata mówi mu „dobranoc”, to tak naprawdę zionie nienawiścią. Dlatego to dziecko postanowiło się zmienić. Parę dni było ciche i skryte, potem głośne i rozbawione, a nawet Aleksander posunął się do tego, by przebrać się za dziewczynkę, byle tylko uleczyć chorobę pożerającą jego rodzinę. Skutek nastąpił jednak odwrotny. Ojciec już nie mógł znieść widoku swojego syna.

Cała ta nienawiść osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy Aleksander ćwiczył pewnego wieczora. Mężczyzna chwycił siekierkę i pomknął na górę z zaciśniętymi od gniewu zębami. Wlazł do pokoju syna i przez moment słuchał, jak ten gra nieświadomy czyhającego za plecami niebezpieczeństwa. W tym czasie matka przebywająca w kuchni usłyszała coś. Wydawało jej się, że jej syn gra właśnie najpiękniejszą melodię, jaką kiedykolwiek słyszała. Ruszyła na górę, niesiona dziwacznym przeczuciem, że tak powinna uczynić. Gdy jednak wpadła do pokoju Aleksandra, zobaczyła męża trzymającego uniesioną siekierkę, gotowego, by przerwać dziecku najdoskonalszą improwizację. Niewiele myśląc, sięgnęła strzelbę z korytarza, lecz zanim zdążyła ją odbezpieczyć i pociągnąć za spust, pianino już milczało. Mężczyzna zmarł od razu, prawie bez głowy, ale jego syn męczył się godzinami, krwawiąc z przerąbanej czaszki. Matka była z nim przez ten cały czas i opłakiwała swoje dziecko.

Płakała tak długo, aż pojawiliśmy się my. Postanowiliśmy zaopiekować się tą kobietą, a ona nami. Jesteśmy Aleksandrem, wszystkimi jego osobowościami. I trwamy tak tutaj. Ale teraz... Coś się musiało zmienić. Kiedy przybiliście – zwróciła się do mnie – myślałam, że jesteście jak ci zbłąkani ludzie, którzy tutaj trafiają, a potem już stąd nie odchodzą. Musimy przecież czymś się pożywiać. Wiem już jednak, że wasz cel pobytu tutaj jest inny. Jak już pewnie zobaczyłeś, dzieje się z nami coś niedobrego, z nami wszystkimi tutaj, powoli popadamy w szaleństwo. Sądzę, że znam powód, dlaczego tak się dzieje. Aleksander potrzebuje obojga rodziców, nie tylko matki... Tylko tak możemy wreszcie utworzyć szczęśliwą rodzinę. Dlatego potrzebujemy ciebie oraz tej kobiety... Musicie się nami zaopiekować... Chyba nie macie wyboru...

Zapadła cisza. Wszyscy siedzieli w milczeniu. Powoli wstałem, nie próbując nawet myśleć nad tym, co usłyszałem, i ruszyłem na górę. Wszedłem do kuchni i znów spojrzałem na śpiącą Natalię. Usiadłem naprzeciwko niej. Miejsce obok mnie zajęła Aleksandra. Reszta obserwowała bojaźliwie z korytarza.

– Więc... Będziecie naszymi rodzicami...? – odezwała się dziewczynka.

Uśmiechnąłem się. Czułem, że te wydarzenia mnie przerastają i jedyną moją obroną przeciwko nim jest zabawna obojętność. Zastanawiałem się, jak zareaguje Natalia na wieść, że już nigdy nie wróci do domu.

– Moglibyście nas zostawić samych? – zapytałem się moich dzieci.

Aleksandra kiwnęła głową, po czym wyśliznęła się z kuchni. Reszta też gdzieś się poczłapała.

Poszturchałem Natalię. Po chwili otworzyła oczy. Od razu spojrzała przez okno i ucieszyła się, widząc, że słońce zaczęło już przepędzać nocne ciemności.

– Wyruszamy? – rzuciła pytanie.

– Nie... – odrzekłem. – Chyba się tu na trochę zadomowimy.

Spochmurniała. Zmrużyła oczy, przewiercając mnie lodowatym spojrzeniem, a następnie wycedziła:

– A to dlaczego?

I wtedy zrozumiałem. Uśmiechnąłem się pod nosem, choć we wnętrzu czułem całkowitą pustkę. Wiedziałem, że jestem chodzącym trupem. Że to, że wciąż żyję, jest zasługą kłamstwa, a raczej niedopowiedzenia. Te dzieci uznały mnie oraz Natalię za parę. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy tylko naprawdę nią byli...

– No dlaczego? – zniecierpliwiła się.

– Tylko żartowałem – zmieniłem zdanie. – Wkrótce wyruszamy.

– Nie możecie! – rozległ się wrzask z korytarza.

Do kuchni wbiegła Aleksandra, a następnie wlepiła we mnie swój dziecięcy, przerażony wzrok.

– Nie możecie... – powtórzyła, lecz tym razem ciszej.

Natalia spoglądała na nią całkowicie zbita z tropu. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz ostatecznie to mi przypadła ta powinność.

– Obawiam się, że nastąpiło nieporozumienie – rzekłem, chłodnym, urzędowym tonem, po czym wstałem od stołu i wyszedłem razem z dziewczynką na korytarz, gestem dłoni nakazując Natalii czekać.

– O co chodzi? – zapytała zapłakana dziewczynka. – Myślałam... Czy ty nas oszukałeś...?

Poczułem, jakby to pytanie rozkruszyło mi serce. Z trudem zdołałem się po nim odezwać.

– Nie możemy być waszymi rodzicami, bo po prostu nie jesteśmy parą...

Zamilkła. Reszta dzieciaków stała z tyłu z równie ponurymi minami. Wszyscy wiedzieli, co musi się stać.

– Moglibyśmy nawet pozwolić wam odejść, ale... ale my potrzebujemy opiekuna, kogoś, kto się nami zajmie... – wycedziła Aleksandra.

Skinąłem głową.

– Wiem – odparłem.

Teraz, po tylu latach, zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem. Spoglądam przez okno w nadziei, że pewnego dnia Natalia złamie obietnicę, którą mi złożyła, kiedy opuszczała to miejsce, o którą zresztą ją prosiłem – że nigdy tutaj nie wróci i po prostu o mnie zapomni.

Zastanawiam się, czy ona w ogóle żyje. Może padła z wyczerpania gdzieś w śniegu? Wątpię. Żyje. Na pewno. Szczęśliwie, beze mnie. A ja tkwię tutaj, mając swoje dzieci jako jedyne towarzystwo. Ale nie narzekam. Tylko się po prostu łudzę.

Że wróci. I wtedy coś się zmieni.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Jeśli ona wróci, to nie omieszkam o tym poinformować na moim profilu autorskim, zapraszam! Szymon Sentkowski ;)
Odpowiedz
wciągające,bardzo
Odpowiedz
Nie radze czytać, szkoda czasu. 1/10
Odpowiedz
No, chujowe
Odpowiedz
Ciekawe, teraz na szczęście może składać papiery na 500+, z tyloma osobowościami dzieciaka nie będzie musiał myśleć nawet o pracy ;)
Odpowiedz
Słodka psychodela. Fajne. 9/10.
Odpowiedz
To jest świetne, ale i dziwne...
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje