Historia

Rozmowa

pariah777 8 8 lat temu 7 656 odsłon Czas czytania: ~12 minut

– Proszę opowiadać, będę pana po prostu słuchał, przyjrzymy się temu wszystkiemu razem.

– Mam podstawy, by twierdzić, że wszystko zaczęło się od mojego pobytu na oddziale w Świeciu. Zamknęli mnie tam, kiedy byłem jeszcze młody i to na wniosek moich własnych rodziców, rozumie pan? Czułem się tak, jakby cały świat obrócił się przeciwko mnie, a wszyscy moi przyjaciele powbijali mi noże w plecy. Ale, wracając do sedna, kiedy tam siedziałem, miewałem koszmary. Znaczy się, sądzę, że to były koszmary, nie wiem do końca. Były rzeczywiste, prawdopodobne, ale jednocześnie w świetle dnia zdawały się kompletnie odrealnione i niemożliwe. Mój wiek dodatkowo nie ułatwiał zidentyfikowania natury tego zjawiska, no przecież dzieci tak mają, miesza im się czasem jawa ze snem. I tu chyba tkwi cały problem, że wciąż nie potrafię rozwiązać tego dylematu, czy to działo się naprawdę, czy tylko w mojej głowie. W dodatku wspomnienie to jest tak odległe, o ponad dwadzieścia lat, więc nie jestem w stanie teraz go przeanalizować i wysnuć odpowiedni wniosek. Sądzi pan, że to może być przyczyną tej choroby? Jeśli tak, to czemu uaktywniła się dopiera teraz, po takim czasie?

– Niech pan opowie o tym, czego był pan świadkiem.

– Dobrze, nie ma problemu, choć ostrzegam, zabrzmi to dość dziwnie. Szczególnie kiedy zakładamy, że to mogło zdarzyć się naprawdę. Ale cóż, w sumie słucha pan takich rzeczy całymi dniami, więc nic już pana nie zdziwi... Zaczynało się w nocy, kiedy gasły światła na oddziale. Albo nie, nie w nocy. Raczej wtedy, kiedy zamykałem oczy. Albo jeszcze później, kiedy już spałem. W każdym razie wszędzie było już ciemno, panowała cisza, taka kompletna, co jest czymś nie do wyobrażenia w psychiatryku. Ludzie zawsze myślą, że panuje tam wieczny hałas, że ktoś wrzeszczy i tak dalej, ale na moim oddziale można by to uznać za mit. Odbiegam chyba za bardzo od tematu, czyż nie? Więc leżałem po prostu na swoim łóżku, czekając na sen, który nie nadchodził zbyt prędko, aż pewnej nocy, właśnie podczas takiego oczekiwania, postanowiłem pójść do toalety za potrzebą. Wyśliznąłem się z pościeli i czmychnąłem do drzwi, po czym na korytarz, gdzie, co dziwne, nie spotkałem nikogo. Nie przejąłem się tym. Ruszyłem dalej, ku toalecie. No i tutaj się to zaczęło...

– Proszę mówić dalej.

– Tak, tak, wiem. Muszę sobie tylko dobrze przypomnieć tę sytuację. Każdy szczegół jest przecież ważny. Chyba zatrzymałem się wtedy przez krzyk. Odległy, dochodzący gdzieś z dołu, jakby spod ziemi. Chciałem go zignorować i kontynuować swoją wędrówkę, jednak coś mi nie pozwalało na to, i nie wiem, czy było to, jak w śnie bywa – niewidzialna siła pchająca człowieka według narzuconego przez podświadomość scenariusza, czy może dziecięca ciekawość, która przecież bywa równie silna. W każdym razie zacząłem szukać drogi w dół, co nie było łatwe, bo nigdy nie schodziłem do piwnic zakładu, nawet nie byłem pewien co do ich istnienia. Ale tamtym razem odnalazłem je. Na końcu korytarza, za toaletami, były takie drzwi, z rodzaju tych wiecznie zamkniętych, gdzie normalny człowiek nie ma po co zaglądać, więc całkowicie ignoruje ich obecność. No ale one tylko wyglądały na zamknięte, bo kiedy pociągnąłem za klamkę, to cicho szczęknęły i wpuściły mnie w głąb trzewi budynku. Zszedłem po schodach oświetlanych przez drobne lampki po bokach, a za ostatnim stopniem czekał na mnie gąszcz korytarzy. Każdy identyczny, różniły się tylko tym, że prowadziły w różne strony. Surowe, betonowe, z rurami upchanymi pod sufitem na przemian z jarzeniówkami. Dziwne miejsce, prawda? Pan jest psychiatrą, proszę mi powiedzieć, czy na oddziałach są właśnie takie piwnice.

– Nic mi o takich nie wiadomo.

– Więc może to był tylko sen? Albo mój oddział był wyjątkowy. Nieważne, już wracam do tematu. Otóż wybrałem ten najbardziej z prawej strony, patrząc od schodów. Zdawało mi się, że to właśnie gdzieś stamtąd dochodzą te wrzaski. Zabawne, że mnie to przyciągnęło, teraz, będąc dorosłym, uciekałbym jak najdalej. Czy to znaczy, że jestem ciotą, czy może wykształciłem sobie wreszcie instynkt samozachowawczy? Płacę panu, by przyznał pan rację tej drugiej teorii, więc nawet nie oczekuję odpowiedzi. Krzyk ten miał jednak w sobie coś... pociągającego? Nie, nie w tym sensie. Przyciągającego, o, to jest lepsze słowo. Słysząc go, czułem, jakbym to ja sam krzyczał. Nic więc dziwnego, że chciałem ruszyć z pomocą.

– Coś się stało? Czemu pan przestał mówić?

– Wszystko w porządku, tylko staram się przypomnieć sobie, co mną wtedy faktycznie kierowało. Powiedziałbym, że naprawdę chciałem uratować samego siebie, ale to brzmi dość nierealnie, więc szukam innego wyjaśnienia. Może pan je znajdzie, bo ja nie mogę, na razie odłóżmy tę kwestię. Ważniejsze jest to, co czekało na mnie na końcu korytarza. Drzwi. Już nie z rodzaju tych nieprzyciągających uwagi, ale tych, których się człowiek boi, bo wie, że widząc je i nie mając jednocześnie powodu, by je widzieć, popełnia jakiś błąd, zbrodnię. Odkrywa tajemnicę, od której powinien trzymać się z daleka. Na dzieci takie schematy działają jednak na opak, przez co czym prędzej rzuciłem się, by przestudiować te drzwi. Zanim pociągnąłem za klamkę, spojrzałem przez dziurkę od klucza. Zapomniałem jeszcze dodać, że gdy przed nie trafiłem, panowała już niezmącona cisza. A jak cisza za drzwiami, to i ciemność – tak było i w tym przypadku. Cokolwiek się tam działo, spóźniłem się. Nie uznałem tego jednak za powód do zmartwień, dzięki temu mogłem uważnie zbadać tajemnicze pomieszczenie. Niewiele więcej myśląc, wszedłem do środka.

– A tam...?

– No, ciemność. Czerń, gęsta, dusząca i tłamsząca. Spanikowany zacząłem macać ścianę w poszukiwaniu włącznika światła, ale co chwila się potykałem. A to o kable, dziwne meble, buczącą aparaturę czy Bóg wie, na co jeszcze wpadałem, zanim wreszcie odniosłem sukces i jarzeniówka rozgromiła mrok. Stanąłem kompletnie osłupiały. Wszędzie roiło się od cudacznych urządzeń, rur, monitorów, przyrządów. W centrum umiejscowiony był fotel ze specjalnymi pasami do unieruchomienia ofiary. Nie usiadłbym na nim za nic w świecie. Nie chciałem się do niego nawet zbliżać, ale coś – ciekawość bądź wszechmocna wola snu – nie pozostawiało mi wyboru. Wydawał on cichy, miarowy pomruk informujący o tym, że jest gotowy do użycia, tylko czeka, aż ktoś mu wyda rozkaz. Ja nie zamierzałem. Chciałem mu się tylko przyjrzeć z jeszcze bliższej odległości.

– Usiadł pan na nim, prawda?

– I tak, i nie. Nie wiem. Światła zgasły, coś mnie popchnęło w przód, a potem... no właśnie, zrobiło się jeszcze dziwniej. Nie mam pojęcia, czy to przez ten fotel, czy przez... Tak, to przez ten fotel musiało być, bo inne wytłumaczenie nie przychodzi mi do głowy. Zaczęło się od tego, że straciłem panowanie nad własnym ciałem. Brzmi to dziwnie, ale to prawda. Mogłem tylko bezradnie czuć, jak zaczynam się spazmatycznie wić i tarzać po podłodze lub nawet w fotelu, ciężko stwierdzić. Byłem jak marionetka, której sznurki wplątały się w obracające się zębatki, przez co miotało nią na wszystkie strony.

– Czy to nie jest aż nazbyt nierzeczywiste?

– Też chciałbym na podstawie tego zakwalifikować to zdarzenie jako zwykły koszmar, ale to byłoby zbyt pochopne. Mogłem przecież zostać czymś naćpany albo odurzony, albo wyolbrzymiam to wspomnienie, co jest prawdopodobne, biorąc pod uwagę upływ czasu. Proszę pana, by pan zważał na te elementy, szczególnie że moja opowieść, ta ciekawsza jej część, się dopiero zaczyna.

– Dobrze, niech pan mówi.

– Potem, po drgawkach, czułem, że spadam. W bezkresną otchłań, w czarną paszczę pustki... No ale to nie była pustka. To było...

– Co takiego?

– Nie, nie, nie... plączą mi się wspomnienia, chyba potrzebuję przerwy.

– Ależ skąd, niech pan kontynuuje.

– Kiedy ja nie pamiętam.

– Nie pamięta pan, czy może nie wie pan, które ze wspomnień jest tym następnym chronologicznie?

– Mam wrażenie, że brakuje mi jakiegoś ogniwa łączącego te dwie... Nie wiem...

– Zaszedł pan daleko, niewiele już zostało.

– Czego niewiele? Gdzie zaszedłem?

– Nieważne. Proszę wybrać losowe wspomnienie i na nim się skupić.

– Więc szedłem z ciotką na zakupy. Umknęło mi, po co. Ani dokąd. Proszę, jak pan sobie życzył, bardziej losowego wybrać nie mogłem.

– Kiedy to było?

– Dziesięć lat temu, albo piętnaście, kiedy już opuściłem zakład.

– Jest pan pewien?

– Tak, na pewno dziesięć lat temu, albo coś koło tego. Wątpię, bym się jakoś znacząco pomylił.

– Nie o to mi chodziło.

– A o co?

– O to, czy pan opuścił zakład.

– To raczej oczywiste, skoro spotkałem się wtedy z ciotką. Mielibyśmy robić zakupy w psychiatryku?

– Sam pan mówił, by niczego nie wykluczać i od razu nie odrzucać żadnej teorii.

– No, tak mówiłem, ale to było co innego.

– Dlaczego?

– Bo wtedy pan chciał odrzucić coś, co miało racjonalne podstawy. A teraz proponuje pan coś bez takich właśnie racjonalnych podstaw. Ta rozmowa ma na celu mi pomóc czy wprowadzić jeszcze większy zamęt?

– Niech się pan sam siebie zapyta.

– To oczywiste, że chcę, by mi pomogła.

– To opuścił pan ten oddział, czy nie?

– Tak! Przecież jestem tutaj, nie na oddziale.

– A skąd pan, wie, że to nie oddział?

– Bo to prywatny gabinet, mogę z niego w każdej chwili wyjść.

– To niech pan spróbuje.

– Zapłaciłem za tę szopkę, żądam pomocy, a co mi da wyjście stąd teraz?

– Odpowiedź na pytanie, czy jest pan na oddziale, czy też nie.

– No przecież nie!

– Skoro pan nie chce wyjść, bo nie może albo nie chce, to niech pan nie odrzuca mojej tezy o tym, że jest pan na oddziale, dobrze?

– A po co panu ta teza?

– Nie mi jest ona potrzebna, ale panu właśnie.

– Ja jej nie potrzebuję, dla mnie jest zbyt nierealna.

– Zatem niech pan wylosuje jeszcze jedno wspomnienie.

– Stałem nad grobem matki... Pamiętam to, wokół wirowały płatki śniegu... Pięć lat temu. Nie wykopali jej przecież grobu na oddziale.

– A co jeśli ona żyje?

– To już jest całkowicie niedorzeczne!

– Jak umarła?

– Nie wiem... Odeszła, chyba nie cierpiała, a przynajmniej mam taką nadzieję.

– Czy gdybym postawił panu grób, to czy znaczyłoby to, że pan nie żyje?

– Nie widzę powiązania.

– Grób to nie to samo co śmierć.

– Jaki jest sens kopania grobu bez czyjejś uprzedniej śmierci?

– By skłamać. By wmówić komuś, że ktoś nie żyje.

– A kto chciałby mi wmówić, że moja matka nie żyje?

– Pan.

– Ja sam?

– Tak.

– Czemu?

– Bo tak powinno być. Dzieci kopią groby rodzicom, nie na odwrót.

– Ale nie gdy tamci żyją.

– Ale pan nie wiedział, że pana matka żyje.

– To niech mi ją pan przyprowadzi, to uwierzę.

– To niech pan wyjdzie z gabinetu.

– Czy to jakiś ponury żart?

– Skądże. Tam czeka pana matka.

– Za drzwiami?

– Tak.

– Co ona tam robi?

– Czeka.

– Na mnie?

– Tak.

– To niech czeka. Nie ufam panu ani trochę, a nie chcę czuć, że wyrzuciłem pieniądze w błoto, więc pozwoli pan, że jednak nie wyjdę. Chciałbym wrócić do problemu, z którym tu przyszedłem.

– Proszę bardzo. Skończył pan na pustce i otchłani.

– Faktycznie... Już mówiłem, że nie pamiętam, co było zaraz potem. Dziwna sprawa, właśnie ona mnie intryguje i spędza sen z powiek. Męczy mój umysł tym, co się działo między moim spotkaniem z fotelem a opuszczeniem oddziału, a czego nie pamiętam. Dlatego właśnie cały czas mój umysł stara się wymyślić jakąś genialną teorię, która by to wszystko złączyła w całość, ale ja jej nie chcę. Przydałaby się, fakt, ale ona jest poza moim zasięgiem, wolę dać spokój, bo ta cała walka, te nieustanne myśli są naprawdę męczące.

– Rozumiem...

– I co pan o tym sądzi?

– Jak wyglądało pana wyjście z oddziału?

– Znów pan wraca do swoich teorii, prawda?

– Prawda, ale proszę odpowiedzieć.

– Nie pamiętam szczegółów, wiem, że kiedy byłem już na zewnątrz, to...

– To się nie liczy. Ważny jest moment wyjścia i tylko on. To jak ze śmiercią pana matki. Grób bez śmierci nie może istnieć.

– A bycie na wolności nie może istnieć bez wyjścia z oddziału, to ma jakiś sens, ale nie wiem, jak pijany musiałbym być, by go przyjąć.

– Nawet jakby pan był pijany, nie wiedziałby pan, jak się upił.

– Bzdura, to brzmi niedorzecznie.

– A jak pan tu przyszedł?

– No a jak się przychodzi do psychiatry?

– Z matką też pan sądził, że wie pan, jak zmarła, ale brakowało konkretów. Tutaj też ich braknie, racja?

– Zmierza pan do czegoś. Łączy pan te wątki, splata je tak, że wszystkie się nawzajem wspierają, dając złudzenie, że głoszony przez pana absurd ma prawo istnieć. Ale to tylko złudzenie oparte na grze słów. Ciekawi mnie jednak, jaki jest ten najważniejszy wniosek, ten, dla którego wysunięte zostały pozostałe. Powie mi pan?

– Siedzi pan na fotelu.

– Co...?

– Pana matka nie zmarła, pan tu nie przyszedł, pan nie wyszedł z oddziału, pan nawet z fotela nie wstał. To jest prawda.

– To jest niemożliwe, a nie prawdziwe.

– Czyżby? Dlaczego?

– Moje wspomnienia wyraźnie świadczą o tym, że byłem również w innych miejscach, a nie pamiętam, bym wszędzie taszczył ze sobą jakiś fotel.

– Fotela tu nie ma, w tym rzecz. Tego miejsca nie ma. To tylko iluzja. Sztuczka fotela.

– Słucham?

– Posłuchaj. Nie minęło wcale dwadzieścia lat. Przynajmniej nie w prawdziwym świecie. To dwadzieścia lat minęło tylko i wyłącznie w twoim umyśle. Twój mózg przeżył je w ciągu paru minut i aż skwierczy z wycieńczenia, zaraz będzie po nim, jeśli nie zleziesz z fotela.

– Co, kurwa...?

– Jesteś dzieckiem, choć dorosłeś za sprawą tych wspomnień i przeżyć. Ale Bóg jedyny wie, jakie to będzie miało dalekosiężne skutki, więc lepiej skończ tę szopkę teraz. Złaź.

– Jak? I skąd te wspomnienia niby? Nie ufam ci.

– Mam teorię...

– Jeszcze jedną?

– …to nie twoje wspomnienia, ale sny, marzenia, koszmary, urojenia tych, z którymi dzielisz oddział... a może nie tylko ich. Może to działa bardziej globalnie. Nie jestem pewien. To jest jak lej, przez który wpadają ci do głowy cudze myśli, a ty je odtwarzasz. Wszystko na to wskazuje, nawet twoje słowa, które wypowiedziałeś na początku.

– Więc co ty tutaj robisz? Jesteś pierwszym, który... zaczął o tym mówić, jeśli tak mogę to nazwać.

– Tego nie wiem. Może jestem myślą kogoś, kto podejrzewa, że taki fotel istnieje. Albo jego konstruktorem. Albo słabością tej maszyny, kijem wetkniętym w jej zębatki, blokującym ją i ratującym ciebie. Inaczej by ci przemieliła mózg.

– Dobra, dobra, mam dość... Chcę spokoju. Jak to wszystko... zakończyć?

– Zejdź z fotela.

– Jak?

– Zginąłeś kiedyś w którymś ze wspomnień?

– W tych, które pamiętam, to nie.

– Więc spróbuj. Nic innego mi do głowy nie przychodzi.

– Mam popełnić samobójstwo?

– Według mnie – tak.

– Ale... Skąd mam mieć pewność, że ta teoria jest prawdziwa?

– Wszystko już powiedziałem. Jeśli teraz w to nie uwierzysz i pozwolisz, by to wspomnienie, myśl, czy cokolwiek to jest, minęło, zapomnisz o tym wszystkim, a kto wie, jak długo jeszcze mózg dziecka będzie w stanie to wytrzymać.

– Okej, dobra. Jak mogę się zabić?

– Nie wiem. Wymyśl coś.

– Ale w tym pokoju nic nie ma!

– Masz ścianę...

– I co z nią?

– Wykorzystaj ją.

– Mam w nią przypieprzyć łbem?

– Chociażby. Ale mocno.

– Nie dam rady się w ten sposób zabić!

– Spróbować nie zaszkodzi.

– Pierdol się!

– No co?

– To boli!

– To znaczy, że jesteś na dobrej drodze. Jeszcze raz.

– Chryste...

– Słyszysz mnie?

– Boli... Kurwa...

– Wstawaj. Przyłóż się. Już prawie.

– Halo? Powiedz coś...

– Dobrze, bardzo dobrze. Jesteś martwy, a miejsce to wciąż istnieje, co dowodzi temu, że z naszej dwójki, to ja siedzę na fotelu. Muszę z niego zejść.

Transkrypt rozmowy

Oddział paranoików, pokój 7

19.06.12, godzina 17

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Gdyby ktoś chciał więcej "rozmów", to zapraszam na mój profil autorski – Szymon Sentkowski ;)
Odpowiedz
O boże dobre. Jeżeli ktoś nie ogarnia to tłumacze. Cała historia w ,ale cała to urojenia dwóch pyebów z oddziału
Odpowiedz
Mega straszne i dziw
Odpowiedz
Mega :D
Odpowiedz
Genialne, do dońca byłem pewny, że jednak zejdzie z tego fotela.
Odpowiedz
Wow. Genialne!
Odpowiedz
Nie chce mi sie czytac
Odpowiedz
9/10
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje