Historia

Wszystko w porządku, proszę pana?

ilkaa0410 0 5 lat temu 767 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Siedział na metalowym krześle. Ściany pokoju były pokryte nieskazitelną bielą i czuł się tutaj obco. Wszystko było idealnie sterylne, tylko on wyglądem przypominał szary popiół, którego ktoś niechcący zgarnął do sterty papieru. Nie znosił tego miejsca, a jednocześnie wiedział, że musi tutaj zostać. Miał wory pod oczami. W nocy po raz kolejny nie mógł zasnąć, wydawało mu się, że ktoś obok ciągle klnie pod nosem. To smutne, że marzył o ciszy już od paru dobrych lat, a mimo tego los zatykał uszy na jego prośby.

Naprzeciwko usiadła dobrze znana mu kobieta. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji, niczym w pokerze. Była zimna jak lód, jej wzrok przeszywał jego duszę, co do cala. Czuł jednak do niej pewnego rodzaju sympatię. Nie była stara i brzydka, podobała mu się. Odgarnęła do tyłu blond włosy i z kieszeni wyciągnęła długopis. Jej biały fartuch zlewał się z otoczeniem. Zaczęła:

- Jak się pan dziś czuje, panie Jons?

- Jak gówno. Czyli tak, jak zwykle

Z tyłu usłyszał dobrze znany głos staruszki

- Nie wyrażaj się... Ona chce pomóc

- Przepraszam za dobór słów, Madame- powiedział chwilę później.

Lekarka zanotowała coś w zeszycie, po czym dokładnie go przejrzała.

- Nie wygląda dziś pan najlepiej- dodała podejrzliwie.

- Bo ten głupi pan krzyczał w nocy!- zza jego pleców odezwała się rozzłoszczona dziewczynka. Miała skórę, jak śnieg, a jej loki przykrywały chudziutkie ramiona, ubrane w granatowy płaszczyk.

Zerknął na nią kątem oka. Na ramieniu poczuł uścisk silnej dłoni. Wysoki człowiek szczerzył do niego zżółkniałe od tytoniu zęby i szepnął coś niezrozumiale do ucha. Miał czarne, tłuste włosy i śmierdziało mu z ust. Wyglądem przypominał bezdomnego. Na policzku widniała wielka blizna, ciągnąca się do ucha.

- Chyba nie chcesz powiedzieć tego, co ta mała gada, nie? To by nas cholernie udupiło chłopie

- Panie Jons?- niecierpliwiła się blondynka.

Przestraszony odwrócił wzrok od mężczyzny.

- Lepiej powiedz, że jakieś psisko wyło za oknem- podsumował zaniedbany człowiek.

Jons otworzył usta.

- Proszę mi wybaczyć.. to przez jakiegoś psa. Wył całą noc

- Inni nie skarżyli się na zły sen- odpowiedziała spokojnie.

Staruszka wyszła z kąta pokoju. Stanęła obok lekarki w fartuchu, jednak ta nawet na nią nie spojrzała.

- Nie kłam, Harry- zwróciła się do Jonsa- powiedz, że jest gorzej.

- Tak! Tak!- wysoki głos chłopaka, w jasnych włosach, zabrzmiał za plecami Harrego- Ona ma rację, Harry!- krzyknął pogodnie.

- Zamknij się, szmato...- warknął człowiek z blizną.

Jons zaśmiał się.

- Zamknijcie się wszyscy- powiedział.

-Proszę?- lekarka przechyliła głowę w lewo i w prawo, zmrużyła oczy.

- Nie, nic. Ja tylko...

Znów coś zanotowała i sucho ujęła.

- Jons. Jesteś tutaj od dłuższego czasu i nadal nie widzę u ciebie poprawy.

- Właśnie!- krzyknęła mała dziewczynka i tupnęła nogą- To twoja wina! Twoja, twoja!

Wysoki człowiek wyszczerzył ponownie zęby.

- A może ich, hę?

- A może wasza wina?- Jons poprawił się na krześle. Oparł swoje ciężkie ciało i skrzyżował ręce na piersi. Teraz przypominał kopię złośliwego cwaniaczka, który stał obok.

W między czasie chłopak skulił się za krzesłem i zaczął coś majaczyć. Staruszka zmarszczyła brwi.

- Przeproś.- rozkazała twardym głosem.

- Przepraszam- powiedział Jons i ze wstydem spuścił głowę- to czasami mnie przerasta...

Lekarka wzięła głęboki oddech i rozejrzała się po pokoju.

- Masz rację. Schizofrenia to ciężka choroba

Nagle chłopak wstał i podszedł do blondynki. Z furią warknął.

- Nie traktuj mnie, jak wariata! Nie oszalałem!

Harry podążył w jego ślady. Popatrzył z góry na kobietę.

- Nie traktuj mnie, jak wariata... Nie oszalałem!

Wysoki człowiek zaklął pod nosem i szepnął Jonsowi do ucha.

- Zabij ją. Ona nie ma racji...- skrzywił się.

- Ma rację! To ty jej nie masz!- staruszka odwiązała aksamitną chustę, którą miała na ziemi i rzuciła ją na podłogę.- Harry, Powiedz im!

- Harry, Harry... nudzę się. Nudzę, nudzę!- dziecko zaczerwieniło policzki i pociągnęła Jonsa za rękaw.

- Ta rozmowa mnie nudzi..- ujął w końcu, a lekarka po raz kolejny spojrzała w jego przekrwione oczy.

- Usiądź- powiedziała łagodnie- Nie jesteś sobą.

- Ha! Panienka zna nas lepiej, hę?- spytał ją człowiek i parsknął śmiechem.

- Nie, nie znasz mnie..- mimo to Harry usiadł z powrotem na miejscu. Zacisnął zęby.

Chłopak ukląkł obok niego.

- A kiedy nas wypuścicie?- spytał jasnowłosy i polizał swoje wargi.

Jons przełknął ślinę.

- Kiedy wyjdę..?- jego twarz przybrała melancholiczny wyraz.

Dziewczynka usiadła mu na kolanach.

- No właśnie. Kiedy, kiedy? Nudzę się..- powiedziała dziecinnym głosikiem. Spuściła wzrok, Jons również.

- Jak cię wyleczymy- lekarka pilnie coś pisała w zeszycie. Teraz nawet na niego nie spojrzała. Jej włosy opadły na piersi.

- Oj, maleńka..- człowiek szepnął jej do ucha. Mimo jego powalającego oddechu, nie powiedziała słowa.- ja cię mogę wyleczyć tu i teraz. Na tym łóżku- wskazał palcem metalowe łoże z białym prześcieradłem.

Harry uniósł kąciki ust. Staruszka ponownie zmarszczyła brwi.

- Coś pana bawi, panie Jons?- zapytała blondynka.

Starsza kobieta zaprzeczyła za niego.

- Nic go nie bawi, proszę pani. Jest po prostu niewychowany.

- Nic mnie nie bawi. Proszę mi wybaczyć, jestem nie poważny...- przejęty ponownie zmienił ton głosu.

Lekarka spojrzała na niego z politowaniem. Niczym matka, która wybacza dziecku to, że rozbiło drogi wazon z salonu.

- Już dobrze. Słyszy pan coś teraz? Coś, co nie jest moim głosem?

Dziewczynka wstała i podeszła do zamkniętych drzwi. Wpatrywała się w nie w zaciekawieniem. Staruszka złożyła dłonie, jak do modlitwy i spojrzała w sufit. Błagalnym tonem zaczęła mówić.

- Tak, na Boga zaklinam! Niech ktoś mnie posłucha!

Przypominający bezdomnego klasnął radośnie dłońmi.

- Oprócz twojego jebanego głosu nie ma tutaj nikogo!- krzyknął cynicznie- Prawda, Harry?

- Nie prawda, Harry- ciągnęła staruszka.

Ich dwójka spojrzała na Jonsa. On, oczyma dwulicowca, diabła kuszącego do grzechu. Ona, smutnie i pokornie, niczym dobra dusza, patrząca na skazańca.

Jons zastanowił się przez dłuższy czas i powtórzył słowa przerażonego chłopaka, który tkwił ciągle u jego stóp.

- Nie wiem

- Jak to nie wiesz?- spytała lekarka Widać było, że wolałaby być gdzie indziej, ale obowiązek nakazuje jej dotrzymywać towarzystwa mężczyźnie na krześle.

Dziewczynka wstała, Jons również.

- Chcę wyjść- powiedzieli równocześnie, podobnymi głosami.

Blondynka zamknęła zeszyt i odłożyła go na kolana. Splotła ze sobą dłonie. Po dłuższej przerwie jej usta rozszerzyły się w dziwnym uśmiechu. Poprawiła włosy i powiedziała.

- Ale nie wyjdziesz. Nigdy

Drzwi otworzyły się. Wszyscy odwrócili oczy w ich stronę.

- Panie Jons, my byliśmy umówieni, prawda? Nie wiem czy mnie pan pamięta- niski człowiek wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi. Poprawił kołnierzyk białego fartucha, u jego boku widniała plakietka- Jestem doktor Smith. Jak się pan dziś czuje?

- Wspaniale, chociaż mogło być lepiej- ujęła za niego blondynka.

Jons wstał z krzesła.

- Mimo tego, że mogło być lepiej to... Wspaniale- powtórzył jej słowa.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje