Historia

Szpital - Zima X

Mroczny Wilk 4 6 lat temu 5 388 odsłon Czas czytania: ~8 minut

Krążący wokół domu zarażeni sprawiali, że nie mogłam zasnąć. Nie musieli nawet zbytnio hałasować. Sama świadomość tego, jak blisko się znajdowali, przerażała mnie. Dopiero po jakiejś godzinie oczy same mi się zamknęły. Był to niespokojny sen, który i tak nie trwał zbyt długo. Wyrwał mnie z niego kobiecy krzyk. Chwilę później odezwały się także te bestie. Wiedziałam, że ktoś właśnie zginął, może w najbliższej uliczce albo w jakimś budynku, po prostu próbując przetrwać…

Zastanawiałam się, jak wielu jest ludzi takich jak my. Ilu z nich przetrwa, a ilu polegnie w drodze do schronienia? Jak wielu straciło bliskich…? Te pytania wbijały mi się z czasem coraz głębiej w umysł. Na myśl o nich dostawałam przeciągłych dreszczy.

– Cśś… Spokojnie – wyszeptał Marcin. Zaczął gładzić mnie po plecach. – Cała się trzęsiesz… Przecież nic nam tutaj nie grozi. Spróbuj jeszcze zasnąć. Do ranka mamy sporo czasu.

Dzięki niemu udało mi się trochę rozluźnić i przestać myśleć o tym wszystkim. Uległam jego delikatnemu dotykowi. W końcu udało mi się znów usnąć.

Gdy wstałam, promienie słońca przebijały się przez szpary pomiędzy meblami, którymi obstawiliśmy okna. Patrzyłam z fascynacją na drobinki kurzu, wirujące w pasach światła. Marcin i Zuzia już wstali. Z kuchni dobiegały ciche dźwięki rozmowy. Jak się okazało, szykowali kanapki na śniadanie.

– Dzień dobry – powiedziałam na powitanie.

Po jedzeniu zaczęliśmy się zbierać do dalszej drogi. Nie zapowiadało się to zbyt dobrze. Śnieżyca skończyła się już wieczorem, ale zostawiła po sobie warstwę białego puchu, sięgającą co najmniej do kolan.

Marcin po raz kolejny wyszedł jako pierwszy, żeby sprawdzić, czy nic nam nie grozi. Parę minut później wrócił do środka i powiedział, że możemy ruszać. Szalejący wcześniej wiatr ucichł całkowicie. Pomimo tego na dworze panował okropny ziąb. Słoneczne światło, odbijane przez pokryte szronem samochody i wszystkie inne elementy miasta, było dla oczu wręcz katorgą.

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Nogi co chwilę przebijały się przez powstałą nad ziemią lodową warstwę i utykały w śniegu, który przyczepiał się do ubrań.

Marcin przerwał tę monotonię, zatrzymując się nagle i unosząc dłoń. Ze skupieniem patrzył na fragment jakiegoś budynku, który dało się dojrzeć za blokami na końcu ulicy. Dopiero po chwili zrozumiałam, o co konkretnie mu chodzi. W tym miejscu warstwa puchu gwałtownie opadała. Ponad nią wystawały samochody policyjne, otaczające gmach.

– Co to za miejsce? – spytałam.

– Szpital. Miałem zamiar ominąć go z daleka. Byłem pewien, że zaraza zajmie go najszybciej. W końcu to duże skupisko ludzi, w dodatku bezbronnych. Ale jak widać, służbiści się wyrobili. W takim razie odrobinę zmieniamy plany…

– Idziemy tam zamiast do bunkra?

– Tak, o to właśnie chodzi. Szpitala przecież nie zbombardują. No, przynajmniej do czasu ewakuacji.

Byliśmy już jakieś dwieście metrów od celu, gdy usłyszeliśmy szum megafonu. Spojrzałam Marcinowi w oczy, nie ukrywając zaskoczenia. Oznaczało to, że elektronika w tym miejscu już działa. Jednak wolałabym odkryć to w jakiś inny, nie tak cholernie głupi sposób.

– Zatrzymać się!

Z zażenowania uderzyłam się dłonią w czoło. Prawie chwilę po wydaniu rozkazu usłyszałam urwanie szumu. Megafon został wyłączony.

– Kurwa mać! – wrzasnął ktoś niskim głosem. – Ile razy ci, idioto, tłumaczyłem, żebyś tego nie używał?!

– Biegnij! – krzyknął Marcin, schowawszy pistolet do kabury. Sekundę później chwycił zdezorientowaną Zuzię w ręce i ruszył w kierunku budynku.

Parędziesiąt metrów za nami rozległ się jazgot. Spojrzałam za siebie. Zarażeni jak na sygnał zaczęli wypadać zza zakrętów i wyskakiwać z budynków. Tylko część z nich poruszała się na nogach. Większość została przemieniona w prawdziwe, zezwierzęcone potwory.

Biegłam w stronę szpitala tak szybko, jak tylko mogłam. Z każdą sekundą zarażeni byli coraz bliżej. Nagle z okna kamiennicy obok wyskoczył jeden z nich. Wylądował parę metrów przed nami. Patrzył na mnie zaszronionymi oczami, pełnymi nienawiści. Rozwarł swe usta i zaczął wrzeszczeć, ukazując potężne, lodowe kły. Skamieniałam. Nie miałam pojęcia, co robić. Dopiero po momencie przypomniałam sobie o broni. Ale na to było już za późno. Jakby w spowolnionym tempie patrzyłam, jak rzuca się w moją stronę. Strach, który sprawiał, że zamiast nóg czułam nieporuszalne głazy, wzrósł jeszcze bardziej. Bestia była już niecały metr ode mnie, gdy raptem zaatakował ją Marcin. Wbił się ramieniem w jej bok i wylądował razem z nią metr dalej. Zarażony szybko odzyskał równowagę. Wyciągnął rękę do góry z zamiarem zamachnięcia. Na szczęście już nie zdążył wykonać nawet żadnego ruchu. Do moich uszu dobiegł świst. Łeb przeciwnika rozleciał się na tysiące krwistych kryształków. Szukając wzrokiem wybawiciela, dostrzegłam pośród policjantów żołnierza z karabinem snajperskim.

Marcin znowu chwycił dziewczynkę. Służbiści otworzyli pełny ogień, gdy byliśmy na tyle blisko, by w nas przypadkowo nie trafić. Dopiero wtedy zauważyłam porozstawiane wszędzie wokół koksowniki. Pomimo tego, że wokół śmigały kule, czułam się prawie bezpieczna. Wierzyłam, że przy takiej ilości broni pokonanie tych zarażonych nie będzie problemem.

Z ulgą przekroczyliśmy linię ognia. Usiedliśmy za jednym z radiowozów. Ledwo co złapaliśmy oddech, a podeszła do nas młoda policjantka.

– Wejdźcie do środka, tam nic wam nie grozi. Powiedzcie komuś, że dopiero co przyszliście. Znajdą wam jakieś miejsce.

– Może pomóc wam w obronie? – zaproponował Marcin.

– Poradzimy sobie. Wy musicie odpocząć. I tak ten głupi stażysta wystarczająco was naraził.

Przekraczając próg, od razu poczułam panującą tutaj ciężką atmosferę. Spojrzenia wszystkich ludzi w holu skierowały się w naszą stronę. Były to spojrzenia nieufne i niespokojne. Obawiali się tego, o czym mówił Marcin. Przebywanie w tej sytuacji w tak dużym skupisku ludzi stanowiło duże zagrożenie. Chociaż pojawiały się także spojrzenia pełne nadziei. Te należały do osób, które trafiły do szpitala z myślą o przetrwaniu tak, jak my.

Podeszliśmy do jednej z pielęgniarek. Opisaliśmy jej pokrótce naszą sytuację i opowiedzieliśmy, skąd wzięła się z nami Zuzia. Zaproponowała, aby odprowadzić dziewczynkę do innych dzieci. Miały one wydzielone pomieszczenie na zabawę. Jej zdaniem dziewczynka zregenerowałaby się trochę emocjonalnie, a poza tym inne dzieci na pewno ucieszyłby się na jej widok, tym bardziej, że miała ze sobą kota. Przystaliśmy na ten pomysł. Obiecaliśmy wrócić do niej dopiero za jakieś dwie godziny.

– Co teraz? – zapytałam. Nagła zmiana stanu ciągłego zagrożenia w niemalże pewność przetrwania wydawała mi się wręcz nierealna. – To już koniec? Cała ta apokalipsa się nas nie tyczy?

– Na to wygląda.

– I co będziemy teraz robić?

– Po prostu czekać. Można kogoś spytać, na kiedy przewidywany jest transport poza miasto. Ale przy okazji. Ta wiedza i tak nie jest nam aż tak bardzo potrzebna. To co, dasz się teraz zaprosić na tę obiecaną kawę…?

***

Stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi. Zapukałem trzy razy i stanąłem tak, by być dobrze widocznym przez judasz.

– Wreszcie pomoc – westchnął ktoś w środku, po czym zaczął otwierać zamki.

– Z tym to trochę może się przeliczyć – szepnął Marek.

– Witajcie, panowie – powitał nas mężczyzna w czerwonej koszulce i jeansach. Miał koło czterdziestki. – Niesiecie ze sobą jakieś dobre wieści?

– Obawiam się, że nie – odparłem. – Przynajmniej jeszcze teraz. I to my raczej będziemy potrzebowali waszej pomocy.

Zmrużył brwi, a na jego twarzy uwydatniły się zmarszczki. Wskazał nam, byśmy weszli. Od razu moją uwagę przykuła wisząca na korytarzu marynarka policyjna. Z tego, co słyszałem, jeszcze przed padnięciem elektroniki wszyscy służbiści zostali wezwani na zbiórkę. A ten tutaj został w domu. Ciekawe dlaczego... Poprowadził nas do kuchni, gdzie siedziała kobieta, zapewne jego żona, i dwie dziewczynki. Wszystko stało się jasne.

– Ilona, proszę, wstaw wodę na herbatę. Usiądźcie. Opowiadajcie, o co konkretnie chodzi?

Usiedliśmy na drewnianych stołkach i położyliśmy karabiny na kolana. Dziewczynki patrzyły się na nas z przestrachem, ale jednocześnie z ciekawością. Pewnie nigdy wcześniej nie miały takich gości.

– Poszukujemy informacji na temat źródła tej całej zarazy – powiedziałem. – W tej okolicy na samym początku pojawiło się najwięcej zarażonych, więc liczymy na to, że ktoś z ocalałych może coś na ten temat wiedzieć.

– Niestety, mnie ani reszcie osób w tym domu nic na ten temat nie wiadomo. Ale tak się składa, że wiem, kto może wiedzieć.

– Kto taki? – spytał towarzysz.

– Mój syn.

– A gdzież on jest?

– I tu jest właśnie problem. Wszystko wytłumaczę, jednak może najpierw zacznę od czegoś innego. Jestem policjantem. Na samym początku, kiedy zaraza dopiero dotykała pojedyncze osoby, dostałem wezwanie na miejsce jakiegoś wypadku. Wtedy nie było mi jeszcze nic wiadomo na temat żadnych mutantów. No to wsiadłem w radiowóz i pojechałem. Samochód rozbity o latarnię. Zmasakrowany, siny facet, leżący obok. Nie wiadomo było nawet, jakim sposobem ciało znalazło się poza pojazdem. Otaczały go tylko dziecięce ślady stóp. – Przerwał i podał nam poczęstunek. Poza herbatą, w popularnych, przezroczystych kubkach, postawił na stole jeszcze talerzyk z wafelkami. – Na czym to ja skończyłem… A, no tak. Facet nagle zaczął się nam podnosić, a był definitywnie uznany za martwego. Rzucił się na patologa. Rozharatał mu szyję własnymi zębami. Nie było innej możliwości, zastrzeliłem gnoja. Heca się zaczęła dopiero wtedy, gdy i patolog zaczął nam sinieć. W końcu jakoś się z tym wszystkim uporaliśmy, ale na policyjnych falach pojawił się alarm. Wszystkie wolne jednostki miały udać się na komendę główną. Zauważywszy już, że kroi nam się tutaj jakaś plaga, wolałem nie ryzykować. Żona została w domu sama z trójką dzieci. Nie mogłem zostawić ich samych. Chyba rozumiecie… Rodzina jest ważniejsza od pracy. Okazało się, że syn wyszedł gdzieś z kolegami i jeszcze nie wrócił. Pojechałem sprawdzić najczęściej odwiedzane przez niego miejsca. Jak zaczęło robić się gorąco i ulice zaroiły się od tego cholerstwa, musiałem zrezygnować.

– Dobra, rozumiemy – stwierdziłem. – Ale co to ma wspólnego z tym, o co pytamy?

– Właśnie miałem zacząć o tym mówić. Syn parę dni przed tym, wracając wieczorem ze szkoły, zauważył coś nienaturalnego. Mówił o jakimś domu i dziwnych światłach oraz dźwiękach, które się z niego dobywały. Teraz żałuję, że go o to nie wypytałem. Może nie brzmi to przekonująco, ale proszę mi uwierzyć, on nigdy nie mówi nam o niczym, co naprawdę go nie zadziwi.

– Skąd pewność, że w ogóle jeszcze żyje?

– To zaradny chłopak. Ma już w końcu szesnaście lat. Wierzę w niego.

– Co o tym myślisz? – Spojrzałem na Marka.

– Zawsze jakiś trop. Warto spróbować.

– Pójdę go szukać z wami.

– Masz jakąś broń?

– Tak, zabrałem pistolet służbowy.

– A więc załatwione. Kończymy pić i spadamy. Każda minuta może być ceną jego życia.

Część jedenasta:

http://straszne-historie.pl/story/13315-Bezlad-Zima-XI

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień, jeżeli opowiadanie się podobało. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania. ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

więcej ! :3
Odpowiedz
Syn umarł z dziewczyną w jednej z części
Odpowiedz
Kolejny raz się nie zawiodłem :)
Odpowiedz
Trochę krótkie, ale bardzo fajne i klimatyczne.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje