Rozdanie

Dodane przez: marcinov123, 27.05.2016, 20:21
Panopticum
Reklama:

Lubię matematykę. Zawsze lubiłem. Lubiłem jasne reguły, wzory, wyliczanie prawdopodobieństwa. Światem rządzi matematyka - czy tego chcemy czy nie. Dwa plus dwa zawsze da nam cztery. Banalnie proste prawda?

Już w podstawówce z matematyką byłem za pan brat. Uwielbiałem lekcje, na których zbierałem najlepsze oceny bez najmniejszego wysiłku, albo nagrody za pierwsze miejsca w olimpiadach matematycznych. Tak. To było najciekawsze. Już pod koniec ogólniaka polubiłem też karty.

Dobra - powiem wprost - polubiłem karty łamane przez poker. Najpierw ogrywałem kolegów. Na zapałki. Potem na shoty wódki. A potem, kiedy już wiedziałem, że jestem w tym naprawdę dobry - na pieniądze. Pierwsze akademickie turnieje organizowałem w wieku dziewiętnastu lat. Raz prawie wypieprzyli mnie z domu studenckiego za hazard. Naiwna administracja wierzyła, że kilkudziesięciu chłopa zbiera się w ciasnej świetlicy żeby rozwiązywać zadania na studia. Jakoś się wykpiłem i sprawa nie dotarła nawet do władz uczelni. Ale byliśmy na cenzurowanym, więc musieliśmy grać gdzie indziej. Tak w sporym skrócie, trafiłem do środowiska prawdziwych pokerzystów.

Pierwszą czterozerową sumę wygrałem w wieku lat dwudziestu jeden. Wtedy, chlejąc na umór w barze ze striptizem stwierdziłem, że rzucam studia. Zrobiłem to parę dni później. Pamiętam dziewczynę, z którą wciągaliśmy ścieżkę ze dwóch stron, przez studolarówki. Taka kokainowa wersja spaghetti z “Zakochanego kundla”. Weszło potwornie mocno, jakby ktoś złapał moją duszę i wdmuchnął w nią skondensowaną energię atomową. Świat zrobił się bardziej kolorowy, gorycz na tylnej ścianie gardła bardziej intensywna, zdrętwiał mi język. Wypiłem haustem pół drinka. Czysta whisky z lodem smakowała jak nektar bogów. I chyba zakochałem się w dziewczynie z baru ze striptizem. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Głupie, nie? Ale byłem naćpany gorzej niż Charlie Sheen w szczytowej formie. Candy? Clarice? Miała tlenione włosy, tatuaż na całe plecy i kolczyk w nosie. Piła za moje, wciągała mój koks. Kieszenie miałem wypchane forsą i miałem to w dupie. Pilnowałem się tylko na tyle, żeby jej nie zgubić i nie pokazać ile mam przy sobie. To średnio bezpieczne w takich barach.

Muzyka łupała głośno, czerwone światło zmieniało wszystko w senny majak. Ważne, że whisky była zimna. Ważne, że miałem jeszcze dwa gramy kokainy. Ważne, że Clarice/Candy sypała właśnie drugą kreskę. Miała długość boiska piłkarskiego. Muzyka płynęła w powietrzu, a moje serce biło w jej rytm. Rolowanie banknotów. Patrzyliśmy sobie w oczy wciągając biały proszek, widząc źrenice, które poszerzają nam się coraz bardziej.

- Jestem królem… - powiedziałem wtedy. Chyba trochę bełkotałem przez whisky i zdreŧwiały język.

- Jesteś królem… - szepnęła mi do ucha Clarice/Candy.

Była już spizgana. Orbitowała gdzieś w okolicy Jowisza. Miała oczy wielkości spodków. Ground control to major Tom - jak śpiewał Dawid Bowie.

Kelnerka dyskretnie przyniosła nam drinki, za które chyba policzyła trzy razy tyle, ile powinna.

Odeszła, zostawiając w powietrzu smugi, które powoli rozpływały się jak mgła. Wszystko ruszało się w rytm muzyki. Whisky w mojej szklance błyszczała jak płynne złoto. Włożyłem papierosa filtrem do ust, a Clarice/Candy usiłowała odpalić go odwróconą do góry nogami zapalniczką. Wybuchnąłem śmiechem, kiedy zdałem sobie sprawę jak idiotycznie musiało to wyglądać. Śmialiśmy się jak wariaci. Śmialiśmy się tak długo, aż przed oczami zaczęły wirować mi zielone plamy i musiałem przestać.

Zanurzyłem palec w woreczku z koksem i wtarłem go trochę w dziąsła. Potem zrobiłem to samo blondynie.

- Jestem królem… - mówiłem do siebie - jestem królem życia.

Dokładnie dziesięć miesięcy później za długi złamali mi prawą rękę. Niegroźnie. Dokładnie pośrodku - między łokciem a nadgarstkiem. W tym miejscu, gdzie dobrze uderza się bejsbolem. Miejsce standardowe łamania rąk bejsbolem kolesiom, którzy przegrywają pożyczoną forsę. Kumpel, z którym kiedyś grałem, miał gorzej. Podobno ktoś dojechał go w mieszkaniu, i zwyczajnie napierdalał w dłoń młotkiem tak długo, aż przypominała krwawą miazgę. No i nie może już grać. Znaczy, mógłby - jakby miał protezę. Ale protezy nie doczekał, po od razu po wyjściu ze szpitala palnął sobie w łeb. Miał wcześniej depresję, więc do końca nie wiem, czy to tylko przez tę rękę. Mi po prostu założyli gips, mówiąc, żebym uważniej schodził po schodach.

… i że nigdy nie widzieli, żeby ktoś złamał rękę w tym miejscu.

… i że niepokoi ich ślad po podkutym bucie na twarzy.

Takie życie, doktorze. Naprawdę spadałem w dość dziwnej pozycji.

Ręka zrosła się jak należy. Oczywiście grałem dalej - w gipsie. I znowu zacząłem wygrywać.

Po kilku latach wyszedłem z barów do kasyn, z kasyn do hoteli, rezerwowanych specjalnie na okazje turniejów. Krok po kroku. Coraz wyżej.

Dostawałem jeszcze wiele razy łomot. Jeszcze na etapie, kiedy grałem w kasynach. Ale nic mi już więcej nie łamali. Nos się nie liczy. Nos to praktycznie sama chrząstka. Kiedy rżnąłem już w hotelach skończyły się problemy z forsą i wierzycielami.

Na pewnym etapie przestajesz być TYLKO graczem. Pojawiają się ludzie, którzy chcą zarobić na tobie pieniądze. Duże pieniądze. Forsę, przez duże F. Oni chętnie zainwestują. Licząc się z ryzykiem porażki. Jak gracze giełdowi. Małomówni faceci, w zajebiście skrojonych garniturach. Najczęściej z żoną/kochanką wyglądającą jak żywa reklama kliniki chirurgii plastycznej “Bądź uber-suką sp. z. o. o.”. Goście noszący zegarki, będące wytworami jakiś manufaktur w Szwajcarii, o których słyszeli tylko wybrani. Mający porcelanowe zęby i spojrzenie dziwnie kojarzące się z palnikiem acetylenowym. I jedną dziwną cechę, którą dopiero po czasie zauważyłem. Nie liczą pieniędzy. Nie znają cen. Tak, wiem, pogubiliście się. Jak ktoś może mieć hajs, i nie umieć go policzyć?

Oni liczą tylko pewne kwoty. Orientują się w wartości pakietu udziałów, wiedzą, ile kosztują ich pola naftowe w Arabii Saudyjskiej, wiedzą, ile stoją ich akcje firm z Doliny Krzemowej. Tylko hotele, żarcie, limuzyny... Tym wszystkim zajmuje się asystent/asystentka. Ktoś wypisuje fakturę, ktoś podbija fakturę, ktoś faksuje rachunek, ktoś płaci za to służbowa kartą, jakieś biuro robi przelew jakiejś firmie. Ktoś dostaje za to hajs, żeby jego szef nie musiał nawet myśleć, ile komu trzeba zapłacić za hotel w którym spał, obiad który zjadł czy helikopter,w którym zalany w trupa latał nad Vegas. Spytaj takiego delikwenta ile kosztuje pieprzony hamburger w McDonaldzie.

Dwadzieścia dolarów? Pięć centów? Oni tego zwyczajnie nie wiedzą, bo nie schodzą na ten etap. Ktoś robi to za nich, oni maja inne rzeczy na głowie. Dla takich ludzi zacząłem grać.Bylem ich akcją. Ekwiwalentem spółki, która mogła przynieść im zwielokrotnienie wkładu własnego w krótkim czasie. Byłem jak koń wyścigowy, na którego stawia się pieniądze. Nie, nie traktowali mnie jako źródło dochodu - bardziej jako kupowanie biletu na widowisko - z którego pewnie wpadnie trochę grosza. Mówiłem już, że grałem zajebiście dobrze?

Opowiem wam o rekordzie w Hiszpanii. W Barcelonie wygrałem w jedną noc dwadzieścia milionów dolarów. Pamiętam, że siedziałem sam, w pokoju hotelowym, patrząc na kwit z wydrukiem salda konta. Tak wiem, sportowa torba wypchana forsą bardziej wpasowałaby się w klimat, ale taką torbę można ukraść. Hajs z konta trochę trudniej. Nawet po odpaleniu mojemu „sponsorowi” jego doli zostawała zajebiście duża sumka. W chromowanym wiadereczku z lodem stała butelka don Perignon. Pokój był urządzony prosto - stal, szkło, chrom. Na ścianie bohomazy, które jakiś idiota po paru butelkach wódki mógłby nazwać sztuką. Łóżko było okrągłe, wielkie, i zajebiście wygodne.

A wanna z hydromasażem po środku pokoju była naprawdę genialnym wynalazkiem. Dzisiaj będę w niej leżał przez wiele godzin. I nie myślał o niczym. Rano zjem śniadanie, wypije świeżo wyciskany sok. Posłucham muzyki. Potem pojadę na lotnisko i polecę do Niemiec. Ostatni turniej w tym roku. Nieoficjalny. W apartamencie na najwyższym piętrze wieżowca.

Zdjąłem buty i rozsunąłem oszklone drzwi. Taras miał pięćdziesiąt metrów kwadratowych. Miałem idealny widok na podświetlają fontannę i basen przy hotelu. Plus panoramę na miasto. Wyszedłem, nalewając szampana do kieliszka. Postawiłem butelkę na tarasie. Podszedłem do barierki, pijąc szampana i patrząc na metropolię rozpościerającą się przede mną. Miasto lśniło jak brylant w czarnym aksamicie. Stałem boso na chłodnych płytkach i starałem się nie myśleć o niczym. Umiejętności umiejętnosciami. Dzisiaj miałem farta. Naprawdę dużego farta. Myślę, że kilka osób teraz chleje na umór, starając się zapomnieć moją gębę, kiedy położyłem pięć kart na stole. Zaśmiałem się sam do siebie. Dopiłem szampana, wszedłem do jacuzzi. Po jakiś dwóch godzinach przeniosłem się do łóżka i spałem bite dziesięć godzin.

Wiecie, że turniej w Barcelonie był moim ostatnim? Tak, mówię zupełnie serio. Zagrałem potem tylko jeden jedyny raz. Na lotnisku.

- Naprawdę? Poważny facet i gra w gry na tablecie?

Podniosłem wzrok znad iPada. Czarne szpilki, dwanaście centymetrów. Nogi, nogi, nogi.. W długich czarnych spodniach. Potem jeszcze jakiś czas nogi, czarny żakiet, biała bluzka, czarna aktówka, czerwone paznokcie, czerwona szminka, czarne włosy, ciasny kok. Korposuka - podsumowałem w myślach. Kobiecej urody nie powinno się opisywać słowami… ale cyframi można, a ja jestem dobry jeśli o nie chodzi. Osiem na dziesięć. Za chuda. Za patykowata. I to świdrujące spojrzenie. Aż czułem wszystkie moje grzechy. Takie trzeba olewać od samego początku, a będą się łasić coraz bardziej. Miałem akurat pół godziny czasu, stwierdziłem że sprawdzę moją teorię.

- Ćwiczę – odpowiedziałem odwracając tablet - żeby nie wyjść z wprawy.

- Poker? Texas Holdem? - zmarszczyła brwi wpatrując się w ekran.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, w saloniku vipowskim na lotnisku. Byliśmy sami. Tak skupiłem się na grze, że nie widziałem nawet kiedy weszła.

- Podbij stawkę - powiedziała wskazując wyświetlacz.

Zrobiłem jak mówiła. Graliśmy o jakieś dwa dolary.

- Grasz? - spytałem. Usiadła naprzeciwko mnie, zakładając nogę na nogę i kładąc aktówkę na kolana.

- Czasem. Ale raczej mnie to nie kręci. Mam dużo roboty.

Znowu podbiłem stawkę. Jeden z graczy spasował i wylogował się z gry.

Dwa i pół dolara.

- W czym robisz? - spytałem grając dalej, ale lustrując ja wzrokiem, kiedy myślała ze nie patrzę.

Miała ładne perfumy. Czułem ich delikatną nutę.

- Transport. A Ty?

- Sektor usług.

Prychnęła z irytacją.

- Odpowiedź z cyklu „spadaj, daj mi spokój”? Dobra, to graj sobie...

Przegrałem.

Przeniosłem się na inny stół z innymi graczami.

Dzięki ci Boże za wifi w poczekalni.

- Nie, bardziej „długo by opowiadać” - odpowiedziałem w końcu - gdzie lecisz?

- Do Francji. A ty?

- Niemcy.

Kiwnęła głową.

- Mogę to też włączyć u siebie? - spytała, wskazując na mój tablet - nie grałam jeszcze tak na tablecie.

- Możesz. Daj.

Wylogowałem się z gry olewając pół dolara którego włożyłem na stół. Zainstalowałem jej grę, założyłem konto, pokazałem, jak się logować. W sumie zwykły pretekst, żeby obejrzeć ją sobie z bliska i spróbować zidentyfikować perfumy. Mam małego hopla na punkcie kobiecych perfum. Podobno zawsze dobrze trafiam, kiedy daje im je w prezencie. A może mówią tak tylko dlatego, że jeżdżę Carrerą?

- Dobry jesteś w pokera? - spytała, rozgrywając pierwsze rozdanie.

Usiadłem z powrotem na swoim miejscu i wziąłem tablet do ręki.

- Najlepszy - uciąłem krótko. Skromność skromnością, stwierdzałem po prostu fakt.

- Czysta matematyka, nie?

- Plus trochę umiejętności. Psychologii. Łapania komunikatów niewerbalnych. Takie tam. I pięćdziesiąt dwie karty. Zwykłe pięćdziesiąt dwa kawałki kartonu. “Które na czas od rozdania do zgarnięcia puli są dla ciebie wszystkim" - dodałem w myślach. Uniosła te swoje świdrujące oczy znad tabletu. Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym wróciła do gry.

- Ile najwięcej wygrałeś?- spytała, śmigając palcem po ekranie.

“Dwadzieścia baniek skarbie, pół na pół do podziału ze sponsorem. Mam na koncie dziesięć milionów dolarów po wczorajszej nocy. Widziałaś kiedyś tyle pieniędzy?”.

- Nie liczyłem. Trochę.

Przez dłuższą chwilę grała w milczeniu. Potem znowu spojrzała na mnie znad tabletu. Tak, miała ładne oczy. Zdecydowanie. Jasnoniebieskie. Nieźle kontrastowały z czarnymi, prostymi włosami. Wiecie, ten odcień czerni, który jest prawie granatowy.

- Zagrajmy - powiedziała cicho.

- O co?

- O wszystko co masz - zaśmiała się.

Miała idealnie równie, śnieżnobiałe zęby. I wiecie... nie mam pojęcia czemu, ale zrobiło mi się zimno. Kiwnąłem głową i podałem jej swój nick. Zalogowaliśmy się na ten sam stół. Karty poleciały do każdego z graczy. Przez kilka minut siedzieliśmy w całkowitej ciszy.

Gdzieś za oszklonymi ścianami płynęły rzeki turystów, rozwrzeszczanych dzieciaków, zirytowanych, wiecznie spóźnionych biznesmenów. Orżnąłem ją do zera. Chociaż grała dobrze.

Ale ja miałem farta. Jak zawsze.

Odetchnęła głęboko, poprawiła niewidoczny kosmyk włosów i odłożyła tablet na kolana.

- Serio, jesteś dobry. Ale jeszcze cie ogram - zaśmiała się. Jakoś tak… cierpko. Korposuka. Tak, korposuka z przerostem ambicji. Pewnie w podstawówce miała koszmary senne, kiedy dostała sześć MINUS z kartkówki.

- Najlepszy. Ale kiedyś może dam ci się odegrać.

Przeciągnąłem się aż chrupnęło mi w krzyżu. Wstałem do niewielkiej lodówki z napojami. Kochałem lotniskowe saloniki za brak konieczności wystawania w kolejkach do bezcłowego.

- Woda, sok, mrożona herbata, chcesz coś? - spytałem, grzebiąc w lodówce.

Wyjąłem butelkę gazowanej mineralnej i odkręciłem kapsel.

- O, jeszcze cola light jeśli jesteś na...

Uświadomiłem sobie, że gadam do pustego pokoju.

- Suka… - mruknąłem pod nosem. Przypadkowo moje spojrzenie padło na zegar nad drzwiami. Zamrugałem oczami, spojrzałem na swojego rolexa.

- ŻESZ TY KURWA JEGO MAĆ! - krzyknąłem, łapiąc walizkę i wybiegając z poczekalni.

***

Nie zdążyłem na samolot.

Nie zdążyłem na turniej.

Zdarza się.

Chyba jeden dziany gość trochę się na mnie wściekł, ale dość szybko mu przeszło. Co prawda kiepsko rokowało to mojej dalszej, pokerowej karierze, ale mówi się trudno. Wróciłem do Kalifornii. Kupiłem niewielki domek przy jeziorze. Miałem trochę kasy. Część w obligacjach, część w zwykłych depozytach bankowych. Wystarczyło. Nie na tyle, żeby codziennie robić imprezę z kilogramem koksu i basenem szampana. Tylko, albo aż na tyle żeby żyć i nie martwić się siebie, ani nawet potencjalne dzieci.

Czemu mówię o dzieciach? Jak już zaaklimatyzowałem się w nowym domu kupiłem motocykl.

Potem psa. Owczarka niemieckiego. Chyba ma psie ADHD.Potem okazało się, że mój pies strasznie nie lubi kota sąsiadów. Oryginalne, nie? Sąsiedzi to staruszkowie, ale całkiem sympatyczni. Dziadek nie chodzi o własnych siłach po postrzale w kręgosłup (Wietnam). Dwa razy w tygodniu przychodzi do nich pielęgniarka. Młoda dziewczyna, zaraz po szkole medycznej.

No i ta pielęgniarka pewnego dnia przyszła do mnie z pretensjami, że jeśli jeszcze raz mój pie...

Wybaczcie, zaczynam już zupełnie inną historię. Tak czy siak, półtora roku później kupiłem naprawdę ładny pierścionek. Aha, bo mówiłem o dzieciach. Od dwóch tygodniach noszę w portfelu małe zdjęcie z USG, które dostaliśmy od lekarza. I ciesze się jak jasna cholera. Prawie jak z wygrania dwudziestu baniek w Barcelonie. Chociaż największego farta miałem wtedy, w poczekalni na lotnisku.

Od tamtego czasu już nie gram. Wyczerpałem pulę szczęścia w kartach.

Żona wyjeżdża samochodem na podjazd, a ja macham jej przez okno i uśmiecham się szeroko. Kiedyś żartowałem, że jest najlepszym, co udało mi się wygrać w karty. Nie wie, ile w tym prawdy. Nie wie, że kiedyś w poczekalni na lotnisku wygrałem w pokera. I że ktoś gwizdnął mi wtedy pół godziny. Mówię serio.

Wstałem z sofy, podszedłem do lodówki, wyjąłem butelkę wody. To trwało trzydzieści minut.

Nie, cholera jasna, nie wiem jakim cudem.

... i spóźniłem się przez to na samolot.

Na lot Germanwings 9525.

Panopticum
Źródło: własne. P.S. Tak, ta pani w czarnym to Kostucha ;) Nie miała kosy, bo nie przeszłaby odprawy celnej ;)
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!