Historia

Głębia

aleksander obuchowski 3 3 lata temu 4 083 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Przeprowadziliśmy się do Garwaszka 15 lat temu. Szukaliśmy lepszego życia, odpoczynku i spokoju. Dostaliśmy to wszystko. Dobrze płatna praca w pobliskiej kopali zapewniała nam dostanie życie. Miasteczko szybko się rozwijało. Wydobyte metale potrzebowały obróbki, co sprawiło, że dookoła szybko zaczęły pojawiać się huty, zakłady, szkoły przedszkola. Praca przyciągała ludzi, a w raz z nimi zaczęły w mieście pojawiać się sklepy i oczywiście bary. Większość moich kolegów to właśnie w nich spędzała wolne chwile. Ze mną było inaczej, przynajmniej wtedy. Nie mogłem sobie na to pozwolić, miałem żonę, kochałem ją i chciałem dla niej jak najlepiej. Po pewnym czasie na świat przyszła nasza córeczka. Była piękna. Uwielbiałem czytać jej bajki na dobranoc, bawić się z nią i patrzeć jak dorasta. Było nam tak dobrze. Kiedy wracałam po pracy zastając w domu moją piękną żonę i córeczkę czułem, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Wtedy wszystko się zmieniło. 19 Marca 1963 roku miało nastąpić pamiętne wydarzenie dla nas wszystkich. Otwarty został nowy szyb wiertniczy. Był on głębszy niż jakikolwiek przed nim. Powstał, aby zyskać dostęp do głębiej położonych złóż metali. Był dowodem potęgi gospodarczej i technologicznej Związku Radzieckiego. Na otwarcie przyjechał nawet sam Pierwszy Sekretarz. Wielkie wydarzenie dla nas wszystkich. Pamiętam tłumy ludzi ubranych w czarne garnitury. Pamiętam przeciętą wstęgę, uściski dłoni i uśmiechy. Ktoś zażartował, że jak tak dalej pójdzie uda nam się dowiercić do samego piekła. Dzisiaj zabiłbym tego człowieka za te słowa. Ale wtedy nikt nie wiedział, że piekło miało dopiero nadjeść.

Tydzień po otwarciu szybu zorganizowano pierwszą ekspedycje. Byłem jednym z „wybranych”, którzy się tam udali. Zarząd kopalni osobiście wyznaczył nas, jako tych najbardziej zasłużonych przodowników pracy, abyśmy udali się tam dokonać pierwszych odwiertów. Muszę przyznać, że byłem nawet dumny z tego powodu. Nadszedł, więc dzień wyprawy. Pożegnałem jak zawsze żonę i córeczkę całusem w czoło a w odpowiedzi dostałem pożegnalne uściski i prowiant na drogę. Podbiłem swoją kartę, zabrałem sprzęt wiertniczy i razem z moimi towarzyszami weszliśmy do windy. Czułem jak powoli, lecz stanowczo jedzie w dół, a ja razem z nią zostawiając za sobą światło dzienne i świeże powietrze. Przywykłem do tego uczucia, nie było to dla mnie nic nadzwyczajnego. Kiedy jechaliśmy już dobre pięć minut zaczął ogarniać mnie niepokój. Co jeśli coś się stanie? Dwa i pół kilometra pod ziemią i tylko jedno wyjście. W przypadku najmniejszego błędu wszyscy jesteśmy w dupie.

- Korczewski, nie boisz się? - spytałem.

- A czego tu się bać, zwykła dziura i tyle, trochę głębsza niż zwykle to fakt, ale poza tym nic nadzwyczajnego.

- Ano mylicie się, bo przyjezdni jesteście to nie wiecie - wtrącił Boreszek.

- Czego nie wiemy?

- Moja babka powiadała, że w tutejszych grotach zawsze działy się różne rzeczy. Ludzie widzieli, i słyszeli dziwy jakieś. Niektórzy wychodzili i już nie wracali. A inni dostawali obłędu i dziwaczeli. Mówili, że to sam diabeł w tych górach mieszka.

- Dlaczego nikt, nic nam nie powiedział?

- Ano, odkryto węgiel i żelazo pod górą. Kopalnia przyszła i partia przyszła i nie chcieli słuchać. I nam też mówić zabronili.

- I nie boisz się tak po tych opowieściach schodzić tutaj z nami na dół? - spytałem

- Bojam się ja, ale cu zrobić, na chleb zarobić trzeba, a i wódka tania nie jest.

- Pieprzenie jakieś i tyle. Wioskowi się napili to i widzieli diabły

i skrzaty, mówię wam, zwykła dziura i tyle.

Rozmowę przerwał długi głuchy stukot. Byliśmy na miejscu. Drzwi powoli otworzyły się odsłaniając przed nami do połowy pokryty w ciemności wąski długi korytarz. Na końcu znajdowało się miejsce planowanych odwiertów. Miałem wrażenie, że w powietrzu unosi się dziwny smród. Pachniało jakby coś zdechło i nie raczyło się rozłożyć. Przystąpiliśmy do pracy. Sam nie wiem ile czasu minęło. Tak głęboko pod ziemią człowiek traci rachubę, a z nas wszystkich jeden Korczewski miał zegarek. Byłem wykończony, ogarniała mnie wszechobecna duszność, nigdy nie czułem się tak wykończony podczas pracy. Krople potu spływały mi po twarzy. Starłem je ręką, drugą dalej trzymając ciężkie wiertło. Myślami byłem już na górze, wdychałem świeże powietrze i patrzyłem na słońce, mojego dawno już zapomnianego przyjaciela. Kurwa jeszcze ten zapach. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem żeby coś tak śmierdziało. Byłem głodny, ale nie mogłem tknąć jedzenia. Gdybym to zrobił pewnie bym się zrzygał. Oparłem się o ścianę, chciałem, choć trochę odzyskać siły. Wtedy to się stało. Ziemia zatrząsała się, usłyszałem trzask. Ciemność. Przewróciłem się na ziemie. W moich płucach zabrakło powietrza. Zemdlałem. Podniosłem się odpychając rękami ziemie, próbując oddalić się od niej i przyjąć bardziej odpowiednią dla człowieka postawę. Ciemność, krzyk. Mrok przede mną gęstniał, formując kształty, obrazy. Walczyłem z odruchem paniki próbując zachować zdrowy rozsądek, skupić się na obecnej sytuacji i znaleźć z niej wyjście. Wymacałem rękami ścianę szybu. Postanowiłem podążać za nią, stwierdzając, że bezczynność na nic się nie zda. W napływie trzeźwości myślenia zawołałem swoich kolegów.

- Boreszek? Korczewski? Jesteście tam?

Ciemność, cisza. Nie słyszałem nawet pracy wentylatora, który jak wynikało z mojej orientacji przestrzennej powinien znajdować się właśnie gdzieś nade mną. Ból głowy coraz bardziej odpierał mi trzeźwość myślenia. Brak obrazu, brak dźwięku. Powoli szedłem korytarzem, trzymając się jedną ręką ściany, aby nie stracić równowagi i kierunku marszu. Śmiech. Odwróciłem się. Czy ja na prawdę to słyszałem? Serce zaczęło mi bić szybciej.

- Kurwa muszę z stąd wyjść - pomyślałem.

Gdzieś przede mną musiała być winda. Jedyna droga ucieczki z tego miejsca. Zawahałem się czy powinienem uciekać czy próbować znaleźć Boreszka i Korczewskiego. Dookoła panowała jednak przeraźliwa cisza, nic nie świadczyło o obecności żywej istoty nigdzie blisko mnie. Pewnie poszli beze mnie. Tak, to w stylu Korczewskiego. Byleby ratować własną dupę, zupełnie jak w Styczniu, kiedy...Pisk. Głośny pisk, wwiercający się w moje uszy niczym wiertarka udarowa, przebijając je na wylot. Zakryłem rękami uszy, nie pomogło. Przerywając paraliż strachu postanowiłem biec. Przy kolejnym kroku nie wyczułem pod sobą podłoża, runąłem w otchłań.

Ciemność, krew. Nie zobaczyłem jej, poczułem. Lepka, ciepła maź na moich rękach i twarzy. Bolało jak cholera. Możecie w to nie wierzyć, ale ucieszyło mnie uczucie bólu. Było tak realne, że aż sprawiało mi przyjemność. Ból, był tu, był ze mną, nie był tylko kolejnym wytworem mojego umysłu, nie był kolejnym kształtem w ciemności był czymś realny. Czymś, co mogłem poczuć i czemu mogłem się oddać. Moja błogość nie trwała jednak długo. Znowu to usłyszałem, śmiech. Brzmiał jak...Moja mała Olga. Tu pod ziemią? Nie to niemożliwe. Odtrąciłem tą myśl jak szybko się dało. Przed oczami znowu zamajaczyły mi kształty. Twarz. Nie, nie twarz jednego z górników. Czerwone oczy, skąpane we krwi, żółte źrenice patrzące się we mnie. Uśmiech. Nie, to, co widzę nie może być realne. Przetarłem ręką oczy. Znów, ciemność. Serce waliło mi w piersi, pot spływał po moim czole. Miałem dość. Chciałem jak najszybciej się z stąd wydostać. Ciemność mnie łamała. Wykańczała mnie psychicznie. Moja cała egzystencja w tym właśnie momencie sprowadzała się do prób skupienia wzroku w jednym punkcie. Błagałem o jeden realny kształt. Jeden fizyczny obiekt, który mógłbym zobaczyć i wiedzieć, że nie jest wytworem mojej wyobraźni, błagałem o światło. Słyszałem szepty, były dookoła mnie, były we mnie i w ścianach. Nie rozumiałem ich. Zaczęły robić się coraz głośniejsze bardziej agresywne. Mógłbym przysiądź, że czułem czyjąś obecność, czyjś wzrok w nieprzeniknionej ciemności. W głowie miałem historie Boreszki. Co jeśli...? Próbowałem krzyczeć, z moich ust nie wydobył się jednak żaden dźwięk. Zacząłem drapać paznokciami o ścianę. Łamały się pokrywając moje ręce strugami krwi. Chciałem znowu to poczuć, chciałem bólu, tak błogo realnego. Opadłem z sił, zacząłem czołgać się. Nie wiedziałem czy przemieszczam się w dobrym kierunku, nie obchodziło mnie to. Wiedziałem, że musze próbować.

Nie wiem ile czasu minęło, trzeźwość myślenia straciłem już dawno. Czołgając się po korytarzu, walczyłem z uratą świadomości. Nie chciałem się odwracać. Wiedziałem, że on tam jest. Słyszałem to, słyszałem jak za mną idzie, widziałem jak uśmiecha się patrząc na mnie. Czułem jego dotyk na swojej skórze. Parę razy rozważałem samobójstwo. Chciałem wstać i uderzać głową o skalną ścianę tak długo aż to wszystko się skończy, aż przestane słyszeć szepty i widzieć jego twarz. Nie, nie dam mu tej satysfakcji, mogę umrzeć, ale przed śmiercią chce zobaczyć światło dzienne. Dusiłem się. Moje płuca odmawiały posłuszeństwa, coraz trudniej było mi oddychać, ale brnąłem na przód. Wtedy to poczułem. Korytarz przed mną się skończył. Wymacałem drzwi, tak to one, drzwi od windy. Nawet teraz nie pomyliłbym ich z niczym innym. Wczołgałem się do środka. Oparłem się plecami o ścianę

i wcisnąłem przycisk. Tak, jadę na górę. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

- Dąbczyk - moje nazwisko wypowiedział wysoki szczupły facet

w garniturze. W jednej ręce trzymał cygaro w drugiej stertę papierów. - Nigdy nie było z wami żadnych problemów. Przodownik pracy, liczne odznaczenia, dlaczego chcecie zepsuć swoją karierę właśnie teraz? Powiedzcie mi czy nie lubicie swojej pracy? Czy nie chcecie, aby waszej rodzinie żyło się dobrze? Bo widzicie, wasza historia, cóż ona nie może dojść do opinii publicznej. Takie osiągnięcie, taka potęga gospodarcza kopalni, najgłębszy w całej Europie. W jakim świetle postawiłoby to zarząd kopalni gdyby dowiedziano się, że z trójki pierwszych górników, którzy zeszli na dół, dwóch zginęło a trzeci oszalał i opowiada jakieś głupoty? A partia? Co ona pomyśli, jeśli dowiedzą się o awarii, która zaistniała mimo wsparcia i nadziei którą w nas pokładali? Nie Dąbczyk, tak nie może być. Dam wam parę dni żeby ochłonąć, ale potem...Potem będziecie musieli tam zejść ponownie. Bo widzicie Dąbczyk, jeśli nie zejdziecie, ludzie zaczną się zastanawiać, a jak usłyszą twoje historie...Jeśli sprawa dojdzie do Moskwy...Nie, na to nie możemy sobie pozwolić. Twoje palce...Cóż naturalne, że musisz nosić rękawiczki, a co do twojej twarzy, pielęgniarka zakładowa powinna coś z tym zrobić. Oficjalna wersja pozostaje taka, że upadłeś na schodach, kiedy wracałeś pijany do domu, rozumiemy się? A co do Boreszki i Korczewskiego, cóż, sprawę pozostaw nam, jakoś sobie poradzimy. - Na jego twarzy malował się lekki uśmiech.

Przed sobą miałem butelkę. Była pusta. Nie, nie wrócę tam, nie ma takiej opcji. Nie po tym, co widziałem. Nie wrócę tam kurwa i tyle. Otworzyłem nową butelkę wódki. Pociągnąłem kila głębszych łyków. Jebać partie, jebać kopalnie i cały ten socjalistyczny badziew. Od tamtego dnia nie mogłem spać. Zawsze, gdy zamykałem powieki przed sobą widziałem ten obraz. Wiedziałem czerwone oczy z żółtymi źrenicami. Słyszałem śmiech. Wódka pomagała mi zapomnieć. Przytępiała moje zmysły na tyle, że nie byłem w stanie myśleć o tym, co tam widziałem. Kiedy wracałem do domu, widziałem przerażony wzrok mojej żony, Olga jak zwykle chowała się pod stołem. Małżonka próbowała ze mnę rozmawiać. Ale ona nic nie wiedziała. Zaśmiałem się. Skąd mogła widzieć. Nikt tego, kurwa nie wie. Ale ja ich przechytrzyłem. Zarząd może robić, co chce, ale nie zmuszą mnie żebym znowu tam poszedł.

Uniosłem do góry pistolet. Był to stary dobry TT mojego ojca. Niezawodna tetetka. Przyłożyłem go do skroni. Zaśmiałem się znowu. Tak, ja ich przechytrzyłem.

Rok 1965, kwiecień, Gazeta "Prawda"

Towarzysze! Wydarzenia ostatnich dni głęboko poruszyły naszą załogę. Wobec przedstawionych faktów dłużej pozostać obojętni nie możemy. Ze skutkiem natychmiastowym zamknięta zostaje kopalna "Garwaszek" a w raz z nią szyb będący okazem potęgi gospodarczej naszego państwa. Powodem owego zdarzenia jest stwierdzenie obecności trującego gazu, w niżej położonych rejonach wydobywczych. Smutna to wiadomość dla nas wszystkich, jednak trwogi nie okazujcie! Wraz z dniem 5 października 1966 roku do użytku oddany zostanie nowy, jeszcze głębszy tunel wydobywczy. Znajdować się on będzie w kopalni "Warbówek", podnosząc potęgę zarówno tamtejszego zakładu jak i całej Polski. W naszych rękach spoczywają poważne atuty. Musimy dobrze wykorzystać, pomni, że rozstrzygające znaczenie ma dziś patriotyzm czynu wyrażający się coraz lepszą, jakością pracy, wytrwałością i gospodarnością.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Mocno socjalistyczne, kocham te klimaty, zajebioza.
Odpowiedz
To dla tego coś jebało zdechłym psem
Odpowiedz
Zauważyłem kilka błędów, acz przedstawiona historia je rekompensuje. Sposób jej prowadzenia pozostawia lekki niedosyt. W skrócie i po ludzku, potrzebna druga część :D
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje