Historia

Letter - From The Lost Days

anghell 13 4 lata temu 5 532 odsłon Czas czytania: ~17 minut

Uwielbiałam spacerować uliczkami tego małego miasteczka. Typowa brytyjska wieś, wąskie drogi, skromne, choć eleganckie żywopłoty okalające podwórka domów, jak i same budynki, pochodzące jeszcze co najmniej z dziewiętnastego wieku jedno i dwupiętrowe chatki z ich charakterystycznymi spadzistymi dachami pokryte białym tynkiem lub zielonkawą cegłą i charakterystyczni, nigdzie nie spieszący się mieszkańcy, którzy przystawali na ulicy, aby z sąsiadem zamienić chociaż ze dwa słowa. Pomagało mi się to uspokoić, chociaż właściwie nie pamiętałam, dlaczego tego uspokojenia potrzebuję.

Tego dnia też wybrałam się na taki spacer. Szłam powoli, podziwiając szczególnie jeden z ogrodów, przy którym aż postanowiłam się zatrzymać. Okalał go żywopłot na mniej więcej metr wysokości, przystrzyżony idealnie i z pietyzmem. Za nim mogłam dostrzec przeróżne kwiaty, utrzymane z podobną dbałością, otaczające małe oczko wodne, którego brzegi były wyłożone kamieniami. Domek był pomalowany na biało. Okna na parterze były dość spore, a dzięki wpadającemu przez nie światłu słonecznemu byłam w stanie dostrzec stół z wystawionymi dwiema filiżankami. Siedziało przy nim starsze małżeństwo. Zdawaliby się sprawiać wrażenie zastygłych w bezruchu, gdyby co jakiś czas to jedno, to drugie, nie unosiło swojej czarki do ust. Nie rozmawiali ze sobą, ale sposób, w jaki na siebie patrzyli, był obcy podobnym jak mi, mieszczuchom, którzy byli przyzwyczajeni do szybkiego życia, szybkich rozmów i szybkich, aczkolwiek krótkich miłości.

Zanim jednak mnie dostrzegli, odeszłam. Nie chciałam wyjść na wścibskiego obserwatora. Spacerowałam dalej, z przyjemnością widząc, że można żyć inaczej niż wyglądało życie moje. Tutaj nikt nie biegał z telefonem komórkowym w ręku. Nie prowadził przez niego głośnej rozmowy, które akcje sprzedać, a które kupić. Żaden młodzian nie próbował ukraść torebki starszej pani. W tej mieścinie ludzie spacerowali rozmawiając ze sobą. Młody mężczyzna lub jeszcze chłopiec prowadził swoją babcię pod rękę, słuchając jej opowieści o dawnych czasach z wyrazem zainteresowania na twarzy. Ludzie po prostu żyli ze sobą, a nie obok siebie.

I kiedy tak szłam, zagubiona w tej refleksji i marząc o tym, aby kiedyś się tu przeprowadzić, a jednocześnie obawiając się, że kiedy dożyję wieku, który mi na to pozwoli i tę miejscowość dopadnie wirus cywilizacji, moją uwagę przykuł dom na uboczu. Elewacja pokryta kremową farbą, z którą kontrastował czarny dach, mały, uroczy ogródek z altanką oraz wyjątkowym, jak na tę okolicę, garażem. Większość osób mieszkających tutaj była starsza i jedyny kontakt, jaki miała z motoryzacją, to gdy przyjeżdżały do nich wnuki lub dzieci. Wskazywało to, że jednak i młodzi mogli tu zamieszkać. Domek wydawał się zresztą dziwnie znajomy, ale nie mogłam sobie skojarzyć, czy moja babcia w takowym mieszkała, czy może jedna z przyjaciółek z uczelni kiedyś mnie do takiego zabrała na wakacje.

Kierowana impulsem zaczęłam zmierzać w stronę drzwi. Właściwie nie wiem, po co. W międzyczasie w myślach przeglądałam wszystkie swoje przyjaciółki, która mogła mieć rodzinę na tej wsi, ale żadna nie pasowała. Stanęłam przed drzwiami i delikatnie zapukałam.

Kiedy oczekiwałam na jakikolwiek odzew, ze środka dobiegł mnie kobiecy głos:

- Nie wyżeraj, jeszcze nie jest gotowe!

- Ale kochanie, ja tylko pobieram próbkę. - odrzekł jej głos mężczyzny.

- To twój dom, nie laboratorium, zapomniałeś?

Tym słowom zawtórował chichot. Nie widziałam w tym nic zabawnego, ale nie byłam członkinią rodziny, więc ich specyficzny humor miał prawo do mnie nie przemawiać.

- Jeszcze tylko jedna próbka.

- Bo jak Ci śmignę łyżką! Wołaj dzieciaki, niech zejdą na dół.

I wtedy dostrzegłam, że drzwi były uchylone. Nie wiem, co mną kierowało, ale popchnęłam je i weszłam.

- Jest tu ktoś? - zapytałam spokojnym głosem. - Mieli państwo uchylone drzwi.

Odpowiedziała mi cisza. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym byłam. Wyłożone drewnianymi panelami ściany sprawiały wrażenie domku myśliwskiego. Na wieszaku, obok którego stałam, był długi, szary płaszcz oraz kapelusz w tym samym kolorze.

Zajrzałam do pomieszczenia obok wejścia, szukając lokatorów. Okazało się, że trafiłam na kuchnię. Pomieszczenie było dość spore i elegancko urządzone. Pomalowane na kolor kawy ściany kontrastowały z białym umeblowaniem. Po środku był sporawy blat nad którym wisiały patelnie, łychy i inne urządzenia kuchenne. Na wprost wejścia znajdował się kamienny piecyk, szary, jakby wyjęty z innej epoki. Jednak widocznie i gotująca kobieta musiała przejść do jadalni, postanowiłam więc znaleźć to pomieszczenie i poinformować mieszkańców, że zostawili uchylone drzwi.

Wiedziałam, że przeszkadzanie w posiłku będzie niesamowicie niegrzeczne, ale ten niezrozumiały impuls pchał mnie dalej. Nadal, po tak długim czasie, nie potrafię pojąć, co sprawiło, że tak ruszyłam.

Założyłam, że jadalnia będzie zaraz obok kuchni i się nie myliłam. Prowadziły do niej zamknięte drzwi po mojej prawej stronie.

Jednak i to pomieszczenie było puste, co wzbudziło pewien niepokój w mojej osobie. Rozejrzałam się. Środek zajmował ogromny, dębowy stół. Po mojej prawej, niemalże w kącie był sporawy kominek z dwoma fotelami i stolikiem do kawy wystawionymi przed nim. Skoro przed chwilą gotowany był obiad i miał zostać podany do stołu, a od podsłuchania rozmowy do mojego wejścia nie minęły nawet dwie minuty, coś mi tu zdawało się nie pasować. Przebiegł mnie dreszcz.

Wyszłam przez drzwi znajdujące się niedaleko kominka i dreszcz się nasilił. Do tego stopnia, że nie byłam w stanie się ruszyć. Na schodach prowadzących na piętro siedziała, mieniąca się odcieniami koloru błękitnego sylwetka dziewczynki, na oko cztero lub pięciolatki. Twarz kryła w dłoniach. Z wyższego piętra doszła do niej sylwetka dorosłej kobiety w kolorze wrzosu.

- Co się stało, kochanie? - zapytała kobieta, jednocześnie siadając obok i przytulając dziecko.

- Nie mogę znaleźć mojej lalki. - odpowiedziała przez łzy dziewczynka.

- Której? Tej z żółtymi włoskami?

- Tak, tej.

- Jenny! - krzyknęła, ale nie agresywnie, a z troską, kobieta. - Chodź na schody.

- Już idę. - kolejny głos dołączył.

Stałam zamurowana, nie wiedząc, co zrobić, jak się zachować, ale, o dziwo, nie czułam się zagrożona. Czułam się jak podglądacz, obserwujący cudze życie przez dziurkę od klucza.

Tymczasem po schodach podążała biała sylwetka nieco starszej dziewczynki, mniej więcej około dziesięcioletniej.

- Co się stało Katey? - spytała tym samym, delikatnym głosikiem.

- Zgubiła lalkę, tę blondynkę, nie widziałaś jej gdzieś?

- Nie, ale pójdę na strych zobaczyć. - podeszła i położyła dłoń na głowie mniejszej dziewczynki. - Chodź, poszukamy razem, znajdziemy, nie płacz już.

Zanim jednak błękitna sylwetka się podniosła, usłyszałam męski głos:

- Cześć, dziewczyny!

- Tata! - krzyknęły obie i rzuciły się biegiem w stronę ciemnozielonej sylwetki mężczyzny.

Ubrany był w ciuchy, które zaobserwowałam przy wejściu, szary płaszcz i kapelusz. Przytuliły go z całych sił.

- Dziewczynki, dajcie mi się rozebrać, ugotuję się za chwilę.

Odsunęły się, ale kiedy tylko ściągnął płaszcz znów do niego przylgnęły.

- Nie przesadzajmy, trzy dni mnie nie było. - powiedział spokojnym, delikatnym głosem i nachylił się. - A teraz wiecie, co was czeka?

- Tylko nie łaskotki! - odkrzyknęły chórem i zaczęły uciekać.

- Właśnie, że łaskotki. - powiedział z nieukrywaną radością ojciec i rzucił się za nimi biegiem.

Siedząca na schodach matka obserwowała tę scenę podobnie jak ja. Ze spokojem i delikatnym uśmiechem. Jednak po chwili wszystkie sylwetki się rozpłynęły w powietrzu i stałam sama na korytarzu, który jeszcze przed chwilą był miejscem przepełnionym smutkiem i radością niemal jednocześnie. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.

I wtedy usłyszałam głos starszej dziewczynki:

- Na pewno tam będzie, zobaczysz, chodź!

Miały iść na strych. Postanowiłam podążyć za nimi. Wbiegłam po schodach na piętro i dostrzegłam kątem oka błękitną sylwetkę mniejszej dziewczynki. Postanowiłam iść za nią. Skręciła w stronę kolejnych schodów, jednak tam się zdziwiłam. Przebiegła przez drzwi. Próbowałam je otworzyć, jednak na próżno, były zamknięte na klucz.

Byłam osobą zbyt słabą fizycznie, aby je wyważyć, a jednocześnie nie miałam pojęcia, jak się otwiera drzwi spinką.

Moje rozmyślania przerwał głos mężczyzny dochodzący z korytarza:

- Cholera, gdzieś tu musi być odpowiedź.

- Miałeś nie kląć przy dziewczynkach. - skarciła go kobieta.

- Przepraszam, ale to nie daje mi spokoju.

- Na pewno znajdziesz rozwiązanie.

- Zejdę po walizki i będę w gabinecie. Możesz zająć dziewczynki w taki sposób, aby mi nie przeszkadzały?

- Już to zrobiłam, szukają lalki Katey na strychu. Później przyniosę ci kawę.

Obserwowałam korytarz, kiedy sylwetka mężczyzny przeniknęła przez drzwi. W ręku ściskał neseser. Poszłam za nim i szarpnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły. Moim oczom ukazał się średniej wielkości gabinet, z masywnym dębowym biurkiem nad którym pochylał się ciemnozielony ojciec dziewczynek.

Za jego plecami stała kanapa przed którą znajdował się telewizor. W pomieszczeniu nie było żadnego komputera, co wydawało mi się strasznie dziwne. Zakładałam, że mężczyzna jest jakimś biznesmenem. A może był? W każdym razie, jego prace znacząco ułatwiłyby urządzenia elektroniczne.

Nagle, znikąd, ukazała się obok niego kobieta.

- Przyniosłam ci kawę.

Mężczyzna nie zareagował nawet, kiedy filiżanka z płynem została postawiona na biurku.

- Halo? Jest tam kto? - zapytała kobieta.

- Gdzieś w tych dokumentach musi być odpowiedź na to pytanie. Jeff nie daje rady jej znaleźć, Jeremy też nie potrafi tego zrobić, ale ja zdołam.

- Odpocznij, zapewne przez ostatnie trzy dni o tym rozprawialiście. - troskliwie poprosiła małżonka.

- Masz rację. - wstał i ją objął. - Gdy dziewczynki pójdą spać, odpoczniemy aktywnie.

- Podoba mi się twoja propozycja, będę miała o czym myśleć, szykując kolację.

Obie sylwetki zniknęły, pozostały tylko dokumenty rozrzucone po biurku. Spojrzałam na nie, ale nic nie rozumiałam. Były to jakieś wyniki badań napisane zupełnie obcym mi językiem, mimo, iż jego codzienną formą posługiwałam się na co dzień.

Zanim zdążyłam się spróbować zagłębić w lekturę, moje poszukiwania przerwał szloch i skrzypnięcie drzwi na korytarzu. Wybiegłam z gabinetu i ruszyłam w stronę dźwięku.

Drzwi prowadzące na strych tym razem były otwarte. Weszłam ostrożnie po schodach.

Wśród kartonów i skrzyń siedziała mniejsza dziewczynka, kryjąc płaczącą twarz w dłoniach. Starsza siedziała obok i ją przytulała.

- Nie ma. - powiedziała przez łzy młodsza.

- Na pewno jest tu albo w twoim pokoju, nie możemy się poddawać, znajdziemy. - uspokajała ją biała sylwetka.

- Nie zasnę bez lali.

- Dlatego ją znajdziemy, skoro nie ma tutaj, poszukamy w Twoim pokoju.

Obie sylwetki zniknęły. Za to dobiegł mnie krzyk radości zza okna. Wyjrzałam na podwórko za domem przez małe okienko strychowe i zobaczyłam obie dziewczynki grające w piłkę. Uśmiechnęłam się mimowolnie, odczuwając ich radość. Sama, będąc mała dziewczynką, uwielbiałam kopać piłkę, chociaż moja starsza siostra, Betty, twierdziła, że jest już za stara na to i wolała umawiać się z chłopakami. Taty nigdy przy nas nie było, mama musiała ciężko pracować, aby utrzymać dwie córki, dlatego uwielbiałam jeździć do dziadka. On zawsze miał czas pograć. I to dzięki niemu nauczyłam się słuchać opowieści osób starszych.

Jego historie były pełne przenośni i metafor, niektóre zabawne, inne tragiczne, jak wspomnienia z czasów wojny, ale zawsze barwne. Dziadek był pisarzem, stąd może posiadł taką zdolność wysławiania się.

Moje rozmyślania przerwał głos ojca dobiegający z niższego piętra:

- Czy to nie o tę lalkę chodziło?

- Tatuś znalazł Alice! - radosny głos młodszej z dziewczynek poszerzył uśmiech goszczący na moim obliczu.

Tym bardziej, że lalka miała tak samo na imię, jak moja matka.

- Co robiła w naszej sypialni? - udawał karcenie.

Zbiegałam ze strychu po kilka schodów, aby być świadkiem tej sceny. Niestety, nie zdążyłam. Postaci ucichły po tym, jak ojciec powiedział:

- Czas na kolację i do łóżek, jutro szkoła was czeka.

Stałam w korytarzu, kiedy dziewczynki rozbiegły się po swoich pokojach. Chwilę za nimi weszli rodzice.

- Mamy teraz czas dla siebie. - zalotnie szepnęła małżonka.

Mężczyzna nic nie odrzekł, podniósł ją na ręce i przeszli przez jedne z drzwi. Próbowałam je otworzyć, jednak były zamknięte.

Stałam przed nimi, zastanawiając się, co zrobić dalej, kiedy nagle się uchyliły i do pomieszczenia wbiegła starsza z dziewczynek.

- Tato, chodź do pokoju Katey. - powiedziała przerażona.

- Co się stało?

- Chodź.

Chwyciła go za rękę i szli razem. Za nimi podążała małżonka, a za nią ja.

Jedno po drugim weszliśmy do pokoju. Pomalowane na różowo pomieszczenie uzupełnione było białymi meblami. Przy oknie stało łóżko. Młodsza dziewczynka leżała w nim. Coś mi jednak nie pasowało. Jej sylwetka zmieniła kolor na czarny.

- Jenny, wyjdź. - rzekł mężczyzna. - Katey źle się czuje i muszę ją zbadać.

Matka zabrała młodszą z córek i wyszły z pokoju. Ja jednak zostałam, sylwetki zdawały się nie zwracać na mnie uwagi.

Mężczyzna z troską właściwą lekarzowi oraz ojcu, przyglądał się jej uważnie.

- Tatusiu. - ledwo powiedziała.

- Cśśś, nic nie mów.

Zniknęli. Wróciłam na korytarz.

- Mamusiu, co się dzieje z Katey? - zapytała Jenny.

Jej sylwetka zmieniła kolor na błękitny.

- Zaraz nam tatuś powie, pewnie się przeziębiła.

Nagle, znikąd, stanął obok nich mężczyzna, także błękitnego koloru.

- Maria, musimy porozmawiać, w moim gabinecie.

- Mogę iść do Katey? - zapytała dziewczynka.

- Nie, idź na razie do swojego pokoju. - twardo odrzekł ojciec.

Starsza z dziewczynek także zmieniła kolor swojej duszy na błękitny.

Poszłam za małżonkami do gabinetu.

- Chyba żartujesz. - w głosie kobiety wyraźne było zdenerwowanie.

- Muszę ją jeszcze dokładnie przebadać, ale na to wygląda. Pojadę z nią do ośrodka, zobaczę, co reszta zespołu powie.

Sylwetki zniknęły, za to z kuchni dobiegł mnie głos starszej z dziewczynek.

- Mamusiu! Gdzie pojechali tatuś i Katey?

- Do lekarza. - odpowiedziała, wyraźnie tłumiąc łzy, kobieta.

Znów zbiegałam po schodach jak szalona podczas, gdy dziewczynka drążyła temat.

- Tatuś jest lekarzem, pomoże Katey, prawda?

- Tak, ale jego koledzy pomogą jemu pomóc.

Wbiegłam do pomieszczenia. Kobieta usiłowała odsunąć myśli, krzątając się przy piecu, ale widać było, iż nie potrafi się skoncentrować na tym, co robi. Dziewczynka siedziała przy blacie, co chwila ukradkiem ocierając łzy.

- Nie płacz, Jen, to nic poważnego, Katey się przeziębiła po prostu. Za tydzień znowu będziecie grały w piłkę.

Zniknęły. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Smutek pulsował mi w oczach, kiedy ukradkiem dostrzegłam mężczyznę wnoszącego młodszą z córek do domu. Szedł w stronę schodów, ruszyłam za nimi, jednak zniknęli. Przeszukiwanie piętra rozpoczęłam od pokoju chorej, ale nikogo, poza nią, tam nie było. Następnie postanowiłam sprawdzić gabinet.

Mężczyzna znów siedział przy biurku, jednak tym razem, miast przeglądać dokumenty, obejmował dłońmi twarz i szlochał. Nic nie mówił.

Weszła jego żona.

- Nie pomyliłeś się? - spytała, przerażona.

- Nie, to jest to, o czym myślałem. - powiedział, nieudolnie tłumiąc szloch.

Momentalnie i kobieta się rozpłakała.

- Co teraz?

- Będziemy walczyć. Mike pokazał mi wyniki najnowszych badań, jesteśmy blisko opracowania lekarstwa.

Zniknęli. Na korytarzu usłyszałam znowu głos starszej z dziewczynek.

- Gdzie jest tatuś?

- W piwnicy, nie przeszkadzaj mu teraz.

- Ale chciałam go tylko o coś zapytać.

- Tatuś potrzebuje spokoju, pracuje.

Wychyliłam się z gabinetu i zobaczyłam odbiegającą dziewczynkę.

- Jenny! - krzyknęła matka.

Pobiegłam za nią. Na parterze, zaraz obok schodów na piętro, znajdowały się te prowadzące do piwnicy. Niemalże zeskakiwałam po nich, będąc przekonaną, że za chwilę dowiem się czegoś, co z powrotem napełni mnie podobną radością, jak pierwsze obserwowane zdarzenia.

Całą powierzchnię piwnicy zajmowało laboratorium. Nie znałam się na jego uposażeniu, ale nie to miało znaczenie, znaczenie miał fakt, że przy jednym ze stolików garbiła się głowa rodziny, szukając czegoś wśród stert dokumentów.

- Tu musi kryć się odpowiedź. Musi. Znajdę ją, choćby to miała być ostatnia rzecz w moim życiu. Uda nam się. Musi się udać. Choćbym miał zwariować. Dlaczego to cholerstwo atakuje tylko małe dzieci? System odpornościowy? Ta substancja mi tu nie gra. Gdybm...

- Tatusiu?

Spojrzałam w stronę schodów. Na samym dole stała starsza z dziewczynek.

- Jen! - wrzasnął mężczyzna, agresywnie.

Zaraz zbiegła matka.

- Jenny, idź do swojego pokoju, muszę porozmawiać z tatą.

Dziewczynka, szlochając, wykonała polecenie.

- Od miesiąca tu przesiadujesz. - kobieta rozpoczęła tyradę. - Od tygodnia nie bawisz się z Jen, nie poświęcasz czasu mi, Katey widujesz tylko, gdy ją badasz. Do tego drzesz się na nią jak opętany, to tylko dziecko.

- Mówiłem, żebyście mi nie przeszkadzały, nie rozumiecie tego?

- Zapomniałeś, że wciąż masz rodzinę?

- Zapomniałaś, że robię to wszystko, aby uratować naszą córkę? W przeciągu najbliższych kilku miesięcy umrze, jeśli nie znajdziemy rozwiązania!

- Nie musisz się na mnie drzeć!

- Zostaw mnie samego!

Kobieta pobiegła na górę, kryjąc w dłoniach twarz i zanosząc się głośnym płaczem, podczas, gdy mężczyzna wrócił do badań, już się nie odzywając.

Ciszę przerwał dźwięk telefonu. Badacz chwycił za słuchawkę.

- Tak? - spytał. - Ale jak to porażką? Przecież wszystko zdawało się zgrywać, co to ma znaczyć? Może pomyliłeś się w badaniach? - przerwał na chwilę, słuchając. - Nie Jeff, to niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe! Wszystko było na swoim miejscu, wyizolowaliśmy gnoja. - kolejna przerwa. - Spróbujcie jeszcze raz. - czekał. - Jak to nie ma to sensu? Daj Mike'a. - przerwa tym razem była nieco dłuższa. - Mike, co się dzieje? - oczekiwał na odpowiedź. - Jak to zero wyników, zero poprawy? Jesteście debilami? Sam sobie poradzę!

Rzucił z całych sił słuchawką i zniknął. Stałam oniemiała w kompletnej ciszy laboratorium. Liczyłam, że zejście tutaj przyniesie jakąś nadzieję, ale zamiast tego jeszcze bardziej pogrążyłam się w smutku. Zerknęłam w notatki, ale jak mogłam się domyślić, nic z nich nie rozumiałam.

Wróciłam więc na górę w poszukiwaniu kolejnego punktu zaczepienia. I znalazłam go. W jadalni, przy stole, siedziały obie dorosłe zjawy.

- Czy Ty w ogóle jeszcze o mnie pamiętasz? - zapytała kobieta.

- Znowu musimy to przerabiać?

- Tak, znowu. Mógłbyś mnie czasami przytulić, pocałować, a nie tylko przesiadujesz w piwnicy, bez słowa wychodząc na posiłek i tam wracasz. Wiesz, jak się czuję?

- Każdemu z nas jest ciężko, ale musimy zrobić wszystko, aby uratować Katey. Te głąby z laboratorium znowu coś spartoliły przy badaniach, muszę sam sobie poradzić.

- Ale musisz i utrzymać rodzinę do cholery jasnej. Cała nasza trójka potrzebuje też twojej obecności.

- Ta rozmowa zmierza w tę samą stronę, w którą zmierzała większość poprzednich. Nie jestem już głodny, idę na dół, nikt ma mi nie przeszkadzać.

Mężczyzna wstał od stołu i poszedł w stronę schodów. Kobieta znów się załamała. I jak bardzo chciałam ją pocieszyć, tak część mnie mówiła, że to niemożliwe. Postanowiłam pójść na górę i zajrzeć do pokoju chorej dziewczynki.

Jednak, kiedy przechodziłam obok gabinetu, usłyszałam dochodzące z niego śmiechy dzieci. Weszłam i zastałam mężczyznę siedzącego na kanapie i wpatrującego się w telewizor. Ekran wyświetlał nagranie z przeszłości.

Na nim, dwie dziewczynki w wieku zbliżonym do zjaw, biegały po trawie za domem. Młodsza miała jasne, kręcone włoski, sięgające niemal do pasa i lekko pulchną buzię typowego aniołka, kryjącą błękitne, bystre oczy. Włosy starszej także były kręcone, ale nieco ciemniejsze. Podobnie jak i jej twarz nie miała już tego kształtu dziecinnej, wyglądała nieco poważniej, ale łączyły je niemal identyczne oczyska. Z nimi biegała kobieta, około trzydziestoletnia ciemna blondynka o znajomej twarzy. Nie wiedziałam jednak, skąd tę twarz kojarzę.

Do pomieszczenia wkroczyła zjawa kobiety.

- Znowu się katujesz? - spytała.

- Widzisz, jacy byliśmy szczęśliwi? - przez łzy, z wyrzutem, odrzekł mężczyzna.

- To nie jest wina żadnego z nas, że Katey zachorowała.

- I to nie jest wina żadnego z nas, że zaczęłaś się puszczać?

- Co ty mówisz?

- Nie udawaj niewiniątka. - odwrócił się w jej stronę. - Wiem już o wszystkim. Mike mi w końcu powiedział. Jak długo to trwa?

- Od miesięcy nie okazywałeś mi zainteresowania, poszłam porozmawiać z nim i jakoś to się stało.

- Po cholerę chciałaś z nim rozmawiać?

- Chciałam, aby cię odciążył.

Mężczyzna poderwał się z kanapy.

- I mnie odciążył, posuwając moją żonę!

- Byłeś dla mnie zimny, nie istnieję dla ciebie, podobnie jak Jenny!

- Bo ratuję naszą córkę! A ty co robisz? Otwierasz nogi przed moim asystentem.

Kobieta osunęła się na podłogę.

- Uratuję Katey i wynosisz się stąd! - wrzasnął mężczyzna.

- Jest jeszcze coś. - wyszeptała przez łzy. - Jestem w ciąży.

- Przecież my ze sobą... Mike?

Kobieta nic już nie powiedziała, pokiwała tylko głową. Mężczyzna wybiegł z gabinetu. Jej szlochanie mocno kontrastowało ze śmiechami na nagraniu.

Do pomieszczenia weszła starsza z dziewczynek.

- Mamusiu, coś się dzieje z Katey. Strasznie płacze.

- Idź zawołać tatę, jest w piwnicy.

Udałam się do pokoju chorej. Cała rodzina zebrała się przy jej łóżeczku. Kwiliła przez łzy.

- Al... Ali...

- Już, Katey, nie mów nic. - powiedziała starsza dziewczynka.

Otworzyła jedną ze skrzyń i podała siostrze blondwłosą lalkę. Chora resztkami sił wtuliła się w nią.

- Nie, to nie może być tak. - szepnął mężczyzna.

- Co się dzieje z Katey? - spytała Jenny.

Matka wzięła ją na ręce i wyniosła na korytarz. Wyszłam za nimi.

- Kochanie, Katey umiera i już nic z tym się nie da zrobić. Pamiętasz, jak tatuś cały czas siedział w piwnicy? Chciał ją uratować, ale nie udało się. Musimy się z nią pożegnać. Nie możemy jej pokazać, że się boimy.

- Będzie aniołkiem?

- Tak, kochanie, będzie aniołkiem. Ślicznym, ale nie mów jej tego, musimy przy niej być.

Wróciłyśmy razem. Jenny mocno przytuliła siostrę, a je obie objęła matka. Ojciec stał jak wryty, obserwując tę scenę.

- Ma...Mam... Tat..., Je... Jen..., ko... cham... was...

Zjawy zniknęły, a lalka osunęła się na podłogę.

Ryczałam jak bóbr. Ściany wokół mnie zaczęły się zmieniać. Różowa farba strasznie pociemniała, jakby długo nie była odświeżana. Łóżeczko było kompletnie brudne.

Wyszłam na korytarz. Panele, które go zdobiły, odpadały ze ścian, wszystko wydawało się być zaniedbane. I wtedy stanęła przede mną starsza z dziewczynek. Spojrzała na mnie.

- Chodź, pokażę ci coś. - powiedziała.

Do tej pory zjawy zdawały się mnie nie dostrzegać, co się teraz zmieniło? Wiedząc jednak, że nie grozi mi z jej strony żadne niebezpieczeństwo, pobiegłam za nią do jej pokoju. Jednak, gdy tylko tam wbiegłyśmy, zniknęła. Na podłodze leżała koperta. Otworzyłam ją, wyciągnęłam list i zaczęłam czytać.

"Droga Katey,

Mamusia powiedziała, że musisz być bardzo ślicznym aniołkiem. Jak i śliczną dziewczynką jest Jill, niedawno mamusia ją urodziła. Pewnie bozia pozwoliła Ci na nią popatrzeć, prawda? Opiekuj się nią, żeby jej nic złego się nie stało.

Tatuś się wyprowadził, a wujek Mike, który teraz mieszka z nami, nie jest taki fajny. Nic innego nie robi, tylko krzyczy na mamusię, dlatego mamusia powiedziała, że i na nas przyszła pora, abyśmy się stąd wyprowadziły. Zabierzemy małą Jill i zamieszkamy w mieście. Cieszę się trochę, bo wszystko tutaj przypomina mi o Tobie, jak grałyśmy w piłkę, jak się bawiłyśmy, jak szukałyśmy razem Alice.

Chciałabym wiedzieć, jak jest Tobie wśród aniołków, ale pewnie nie będziesz mogła odpisać. Będę pisała do Ciebie te listy.

Mamusia powiedziała, że zmienimy imiona, aby nikt nas z tą historią nie kojarzył i wujek Mike nas nie znalazł. Będę miała na imię Betty, ładnie, prawda? Mamusia będzie Alice, zupełnie jak Twoja lalka.

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy i będziesz do mnie mówiła Jen.

Kochająca,

Jenny"

Osunęłam się na podłogę.

Mam na imię Jill.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

To tak jakby... nie creepypasta?
Odpowiedz
Cudna historia. Nieoczekiwany zwrot akcji. Czekam na ciąg dalszy bo będzie prawda? Gratuluje lekkiego pióra i talentu.
Odpowiedz
Prawie się poryczałem
Odpowiedz
Ja też zastanawiam się na co dziewczynka chorowała. I nie rozumiem, dlaczego matka zmieniła imiona sobie i najstarszej corce, a Jill juz nie. Tak to historia swietna !
Odpowiedz
Wersja audio - https://www.youtube.com/watch?v=frI5LPDOQJs
Odpowiedz
Super, dzisiaj nagram, a jutro wrzucę na YouTube :D
Odpowiedz
Nie jestem ani koneserem, ani żadnym krytykiem - więc moja opinia może być dla ciebie kompletnie bezwartościowa, ale jeśli to co napiszę w jakiś sposób cię podbuduje - to myślę, że nie zaszkodzi. To co napisałeś - moim zdaniem zostało całkiem ładnie przedstawione w sensie artystycznym. Jest od grona epitetów i innych szczegołów, które z pewnością pomagają postawić świat przedstawiony przed oczami. Co do samej fabuły - to z całą pewnością może się podobać, dla mnie jednak była nieco zbyt przewidywalna (w opowieściach tego typu często dochodzi do sytuacji, kiedy okazuje się, że główny bohater jest w jakiś sposób związany z tajemniczymi osobnikami). Brakowało mi tutaj wyjaśnienia - co dolegało owej Katey - jednak jestem jak najbardziej świadomy tego, że to twoja koncepcja, a mój gust, to tylko mój gust. Myślę, że ta opowieść świadczy o tym, że posiadasz potencjał, świadczą o tym również pozytywne komentarze, i możesz się coraz lepiej rozwijać w tym kierunku. Pozdrawiam cię, autorze. :>
Odpowiedz
Dla mnie nuda
Odpowiedz
A mógłbyś uargumentować, dlaczego? Nie to, że źle reaguję na krytykę, bo publikując liczę się i z nią, ale lubię wiedzieć, dlaczego ktoś w dany sposób uważa, to też pomaga w rozwoju.
Odpowiedz
Super historia. Naprawdę wciąga :)
Odpowiedz
Świetne :) nie mogłam się oderwać :D
Odpowiedz
O jaaa mega!
Odpowiedz
Dziękuję. Chciałem zbudować inną historię niż zwykle, aczkolwiek to nie koniec opowieści z perspektywy Jill. Polubiłem tę postać, jak napisałem na prywatnym facebooku.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje