Historia

Przypadek Łazarza

kuro 10 3 lata temu 4 567 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Milczenie nocy zaburzał regularny dźwięk kapiących płynów do naczyń laboratoryjnych. Blask świec tańczył na gładkich powierzchniach w połowie pełnych menzurek, które przyjmowały kolejne mililitry brązowej cieczy. Było już dosyć późno, kiedy zacząłem działać. To bardzo ważne, by w czasie zabiegów tego typu, utrzymać właściwą temperaturę, dlatego też czekałem tak długo. Zegar wybił za dwadzieścia dwunastą. Schodząc do piwnic, chwyciłem płaszcz, ponieważ po otworzeniu drzwi, dostałem po twarzy mroźnym powiewem. Ucieszyłem się z faktu, iż zapach rozkładu był prawie niewyczuwalny.

Schodząc w mrok po stromych schodach, nagle pod nogami przemknął mi biały kot. Utrata równowagi trwała dość krótko, więc zminimalizowałem ryzyko upadku, opierając się o ścianę. Przylgnąłem do niej bokiem na całej długości ciała. W tamtej chwili zdałem sobie sprawę z tego, co właściwie zamierzam zrobić. Zimna nawierzchnia przypomniała mi obecny stan ciała mojej ukochanej. Gładkie i chłodne. Martwe. Całkowicie martwe.

Strumień rześkiego powietrza wpłynął do moich płuc, pozostawiając na języku wyimaginowany smak ziemi. Jakież to rażąco niesprawiedliwe, że ja wciąż mogę oddychać, podczas gdy ona... Mając w głowie tę smutną myśl, pociągnąłem za zasłony. Moim oczom ukazały się nieruchome sylwetki kobiet. Piękne, młode. Mogłyby jeszcze żyć, jednak los chciał inaczej. Los wybrał im taką przyszłość, zaliczając w to moją najdroższą. Los to okrutna bestia.

Stałem w migotliwym świetle, obserwując idealne proporcje Marceliny. Leżała na honorowym miejscu. Na samym środku kamiennego stołu. Samotnie. Żadne słowa nie są w stanie wyrazić, jak cudowna jest. Żadne słowa nie opiszą oryginalności jej urody. Nie istnieją litery określające moc uczucia, jakim ją darzę. Tak bardzo kochałem... kocham...

Dotykając szarej skóry, zauważyłem kilka kwitnących siniaków. Minęły trzy doby, odkąd jej serce umilkło, a one wciąż były świeże. Przypominały mi o tamtym feralnym zdarzeniu. Nie chciałem na nie patrzeć. Ich obecność podsycała olbrzymi gniew, frustrację. Agonię. Oh, moja droga Marcelino, czemu musiałaś mnie do tego zmusić? Czemu uciekałaś od mojego dotyku? Czemu nie chciałaś być całkowicie moja? Gdybyś tylko nie rozpętała tkwiącego wewnątrz szaleństwa, gdyby zdrowy rozsądek zatrzymał moje ruchy. Gdybyś tylko nie stała na skraju schodów... Przepraszam Marcelino. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Po otarciu kilku zbłąkanych łez zdecydowałem się na podjęcie działań. Już wcześniej wszystko naszykowałem. Byłem przygotowany. Na stoliku ułożyłem czyste narzędzia chirurgiczne, do porcelanowej miski wlałem wodę wymieszaną z odpowiednimi odczynnikami. Obok jej stóp umieściłem księgę zawierającą niesłynne prac Hermesa Trismegistosa na temat odnawiania materii. Pokładałem nadzieję w geniuszu tego człowieka. Myślałem wtedy, że jeśli jego zaklęcia i instrukcje nie zadziałają, to niepowodzenie przesądzi o moim losie, bo przecież nie mogłem poddać się samotności. Nie chcę żyć w świecie pozbawionym obecności wybranki mojego serca. O Marcelino, już niedługo będziemy razem. Na zawsze. Jeśli tylko zdołam przywrócić ci oddech...

Na początku obmyłem ciało wodą. Zapach lawendy wypełnił pomieszczenia piwnicy, całkowicie tuszując woń starego mięsa. Przecierając zesztywniałą nogę Marcysi, zauważyłem paskudne złamanie w kostce. Kiedy grawitacja ściągnęła ją w dół, rozległ się chrupot łamanych kości, jednak miałem nadzieję, że uszczerbkowi uległa mniej ważna część ciała. Jej piękne stópki nie były już tak idealne, jak powinny być. Zaniepokoiłem się. Chwilę myślałem nad rozwiązaniem. Gdybym usztywnił nogę, nic by to nie dało ze względu na obumarłe komórki, poza tym, kiedy moja ukochana otworzy oczy, będzie cierpieć. A tego nie chciałem.

Głośne mruczenie dobiegło do moich uszu z półmroku panującego kilka metrów dalej. Przenosząc wzrok w tamtą stronę, zobaczyłem Superbię, której niebieskie oczy lśniły żywym blaskiem. Siedziała na belce, tuż nad zwłokami kilku innych kobiet. Patrząc na kotkę, wpadłem na znakomity pomysł, do którego realizacji przeszedłem bez dogłębnego zastanowienia. Wybrałem tę młodą dziewczynę, z długimi, zgrabnymi nogami. Były idealne. Takie piękne. Mógłbym przysiąc, że czułem jeszcze ich ciepło. Zmarła dzień wcześniej. Wykupiłem zwłoki, stwierdzając, że mogą się przydać i jak widać, miałem rację. Cóż za strata dla świata. Taka piękna, zgrabna. Dobrze, że przynajmniej nikt nie zauważył, że znoszę do posiadłości trupy. Co prawda przed transportem dobrze je ukrywałem, ale ryzyko zostania przyłapanym było wielkie.

Zakryłem usta i nos materiałem fartucha, podczas piłowania. Zrobiłem prawidłowe nacięcia, pilnując, by zbyt dużo krwi nie wyciekło z kończyny. Kilka godzin wcześniej, postępując zgodnie z radami wielkich alchemików i ich tajemnej wiedzy, wtarłem w skupiska żył przygotowany ziołowy preparat, mający na celu utrzymać fałszywą normalność ciał. Umieściłem oddzielone obiekty w kuble wypełnionym kostkami lodu. Byłem zadowolony. Cała sieć naczyń krwionośnych, tkanki – idealny stan. Teraz wystarczyło tylko połączyć je z Marceliną, by po przebudzeniu nie cierpiała z powodu zwichnięcia.

Obmyłem dłonie z rubinowej mazi. Superbia ponownie tego wieczoru zaburzyła moją równowagę, niespodziewanie ocierając się o moje spodnie. Nieco zbity z tropu, postanowiłem dać sobie chwilę wytchnienia. Podszedłem do Marceliny, chwytając jej dłoń. Szepnąłem parę kojących słów. Ucałowałem zimne czoło i już miałem zamiar powrócić do przygotowywania igieł, gdy rzuciła mi się w oczy różowa malinka na jej przedramieniu. Zhańbione ręce. Zrobił jej to pewnie ten młodzian, za którym tak szalała. Cóż on miał, czego ja nie posiadałem? Czy nie jestem wystarczająco bogaty, żeby pieniądze przekonały do mnie Marcelinę? Czy musiałem posunąć się do takiego czynu, by mieć ją na własność?

Uderzyłem pięścią w kamień. Zabiłem ją. Uciszyłem oddech najukochańszej osoby. Co się ze mną stanie, jeśli nie zdołam przywrócić ją do życia?

- Nie. Nie mogę myśleć w ten sposób. – szepnąłem.

Porażka nie wchodziła w grę. Pokłady wiedzy na temat czarnej magii musiały wystarczyć. Zrobię co w mojej mocy. Oddałbym za nią nawet własne życie! Tak bardzo ją kocham. Tak bardzo pragnę! Jednak pragnienie zagłusza pulsująca zazdrość. Jej ręce. Muszę usunąć znak innego mężczyzny z jej ciała. Muszę. Muszę!

Korpus z odciętymi nogami zrzuciłem ze stołu, chcąc w ten sposób zrobić miejsce na kolejny zbieg amputacji. Rozległ się stłumiony chlupot krwi. Podszedłem do zwłok, dokładnie oglądając ręce każdego z obiektów. Która z nich ma te najpiękniejsze? Której dłonie są warte nieba? Oh, gdyby te kobiety tylko wiedziały, że będą częścią najbardziej urodziwej panny na świecie, dałyby mi się pokroić już za żywota!

Strząsałem krople potu na podłogę. Czynność oddzielania rąk pochłonęła mnie na większą ilość czasu, niż mógłbym przypuszczać. Na zegarze widniała pierwsza. Według zasady, zabieg pobudzania materii mógł być przeprowadzony do trzeciej w nocy, a było jeszcze tyle przede mną! Brałem pod uwagę również gwałtowny wzrost temperatury, który następuje zaraz po wyjściu słońca zza horyzontu. Musiałem się zmobilizować, więc zręcznie odrąbałem kończyny Marceliny, uważając, by nie uszkodzić korpusu, i zacząłem tworzyć ideał piękna, jakiego świat jeszcze nie widział. Szwy zacisnąłem odpowiednio mocno, smarując je świeżo przygotowanym woskiem zmieszanym ze smalcem wieprzowym i olejkiem różanym. Wymamrotałem słowa zaklęcia, mającego scalić komórki. Następnie okryłem ciało zwilżoną satyną.

Nie mam zwyczaju pracować w bałaganie, dlatego poświęciłem parę minut na sprzątanie. Zakrzepnięta krew utworzyła grubą warstwę na podłodze, gdzie składałem kupione trupy kobiet. Nie było sensu jej usuwać, nie miałem również czasu. Jedyne co należało zrobić, to wrzucić ciała do pieca, więc nie czekając ani chwili dłużej, zacząłem pakować mięso do kotła. Niektóre z nich już nieco zgniły. W oczach i uszach swój dom znalazły robaki. Obrzydliwe.

Podnosząc ostatnią dziewczynę, dłonią natrafiłem na jej pierś. Były niezwykle jędrne i duże. Niestety moja Marcelina nie dostała w posagu od natury takich zalet. Patrząc na zegar, stwierdziłem, że taki szybki zabieg nie pokrzyżuje mi planów. Po trzydziestu minutach wrzuciłem pozbawioną piersi kobietę w mrok i rozpaliłem w piecu.

Obmyłem kolejny raz ciało mojej najdroższej, podziwiając własny majstersztyk. Choć od początku była perfekcyjna, teraz wydawała się prawdziwym aniołem. Zjawiskowa. Ulepszyłem ideał. Doskonałość stała się jeszcze bardziej doskonała. Jestem geniuszem. Wznosiłem zachwyty nad własnym umysłem, kiedy kocie mruczenie zwróciło moją uwagę.

- Teraz nadszedł właściwy czas. – szepnąłem do kotki, siedzącej na brązowych puklach

Marcysi. Chwyciłem rzeźnicki nóż i udałem się do pomieszczenia obok, gdzie czekało nowe serce dla mojej ukochanej zamknięte w ciele świni. Równo za trzydzieści dwie minuty miałem odkupić swój grzech morderstwa, przywracając ją do życia.

***

Święcona woda i Biblia zostały umieszczone na stoliku pod białą chustą. Kryształy opalu rozłożyłem blisko głowy, serca, kończyn dolnych i górnych. W kątach piwnicznego pomieszczenia ustawiłem klatki z dwunastoma królikami, dwunastoma gołębiami i szczurami. Ich życiowa energia Han aż pulsowała. Mógłbym przysiąc, że widziałem pochodzący od niej blask. Zwierzęta miały oddać swoje życia dla mojej ukochanej. Oczywiście najlepiej byłoby posiadać kogoś z rodzaju ludzkiego, kto pozwoliłby zabrać swoje życie dobrowolnie, jednak uprowadzenie, lub kupno żywej osoby nie wchodziło w grę. Zbyt ryzykowne. Z braku jednorazowego przypływu energii, ciało Marceliny musiało przyswajać niewielkie ilości Han zwierząt. Nie istnieje inny sposobów. Tylko tak mogę ją przywołać.

Dołożyłem jeszcze kilka lśniących kamieni, by zmniejszyć ryzyko stracenia choćby ułamka życia przepływającego do Marcysi. Kryształy są łączami. Niektóre z nich mają właściwości chroniące, inne uzdrawiające. Opal jest najsilniejszym materiałem, będącym w stanie transportować nawet obszerne pokłady energii. Dlatego go wybrałem.

Równo za pięć trzecia usiadłem przy ciele. Zwierzęta miotały się w klatkach, co było dla mnie znakiem zbliżającego się cudu. Zacząłem odmawiać pacierz. Superbia wskoczyła na moje kolana, oszołomiona nagłym hałasem. Patrzyła na Marcelinę uważnie. Miałem wrażenie, że równie mocno, jak ja pragnie, by jej oczy się otworzyły, ale później kotka zmroziła mnie swoim spojrzeniem. Chłodnym i zdecydowanym.

Ze świstem wciągnąłem powietrze w płuca. Przerwałem odmawianie modłów, zrzucając ją na podłogę. Skoro nie była po mojej stronie, nie mogłem jej ufać. Czułem, jak mnie karci, jak twierdzi, że nie powinienem tego robić. Chwyciłem jej miękką, białą sierść i, przekraczając granicę nietykalności, wrzuciłem kotkę do najbliższej klatki. Wracając na miejsce i zaczynając kolejną modlitwę, zerknąłem ponownie na zwierzaka. Patrzyła na mnie. Ciągle patrzyła. Jej niebieskie ślepia wypruwały mi wnętrzności. Przerażenie nagle zatrzęsło moim głosem, jednak po chwili wszystko wróciło do normy. Kryształy rozjaśniały, a kotka opadła bezwładnie na podłoże klatki. Powoli wypełniając umysł spokojem, zacząłem czytać ewangelię świętego Jana. Nie odrywałem wzroku od liter, ale mógłbym przysiąc, że Marcelina drgała. Z każdą kolejną minutą cichły również odgłosy zwierząt. Naprawdę to robiłem. Ożywiałem ją. Dawałem nowe życie. Jakbym był Bogiem.

- «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a

twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!».

Odgłos zegara wybijającego szóstą rano rozlewał się echem po zimnych murach piwnic. Na wypalonym wosku gdzieniegdzie tańczył jeszcze słaby płomień. Wokół panowała cisza. Piec dawno wygasł, usuwając wszelkie dowody, mogące przysporzyć mi kłopotów. Trupy zwierząt zapełniały klatki. Spojrzałem na ostygłe ciało kotki, z trudem panując nad wzbierającymi łzami. Poczułem samotność. Najpierw kobieta, którą kochałem, odrzuciła moje uczucia, a teraz najlepsza przyjaciółka mnie zdradziła. Obie zostały ukarane. Może powinienem zająć się również przywróceniem do życia Superbii?

Rozpaczliwy krzyk rozbrzmiał tak niespodziewanie, że pod wpływem nagłego strachu, potrąciłem stolik. Stojąca na nim woda święcona rozlała się i powoli skapywała na podłogę.

Wstałem z krzesła. Drżące nogi z trudem podtrzymywały moje ciało. Podchodziłem do niej bardzo powoli w obawie, że choćby najmniejszy szybki ruch może ją rozbudzić jeszcze bardziej. Szarpała przywiązanymi nadgarstkami tak bardzo, że skóra została przecięta. I piszczała. Okropnie piszczała. Ten odgłos rozrywał mi serce. Miałem ochotę wbić noże w uszy, by nie słyszeć cierpienia zawartego w tym lamencie.

Kiedy usiłowałem dotknąć jej twarzy, uspokoić narastający obłęd, zostałem ugryziony. Marcelina nie poznawała mnie. Spiłem krew z palca. Stojąc u jej stóp, zrobiłem szybką analizę sytuacji. Tkanki były zgodne, jeśli chodzi o ręce. Te funkcjonowały bez zarzutów. Martwił mnie tylko bezruch w nogach. Przed modlitwami przywiązałem kończyny Marceliny do stołu, by zapobiec ewentualnym komplikacją, jakich właśnie byłem świadkiem. Poluzowałem więzy przy kostkach, mają nadzieję, że to pomoże. Niestety, żadnych efektów. Nie przejmowałem się tym aż bardzo, bo przecież i tak ją kocham, nawet bez całkowitej sprawności. Nie zostawiłbym jej nigdy. Będę przy niej. Na zawsze. Może na mnie liczyć. Moja najukochańsza...

Z zamysłu wyrwał mnie widok białej piany toczącej się z ust Marcysi. Nie mogłem dłużej zwlekać. Należało ponownie ją ochrzcić, dlatego chwyciłem miskę z wodą, zrobiłem znak krzyża, wypowiedziałem właściwe słowa i polałem jej głowę. Momentalnie wpadła w melancholię. To zadziało się tak szybko, że nabrałem obaw o jej życie. Przy próbie komunikacji odnotowałem podstawowe funkcje życiowe. Moja najukochańsza była żywa. Musiała tylko oprzytomnieć.

Miałem zamiar zostawić ją w spokoju. Za parę minut miła przyjść gosposia, której musiałem pilnować ze względu na jej zbyt dużą ciekawość. Okryłem ciało satyną, obłożyłem miękkimi poduszkami i już miałem postawić stopę na pierwszym stopniu schodów, prowadzących na górę, kiedy usłyszałem szept.

Zastygłem.

- Gdzie... jestem...?

Jej głos, choć słaby, brzmiał tak samo dźwięcznie, jak przedtem. Jakiż byłem uradowany świadomością, że nic się nie zmieniło.

- Witaj Marcelino. – podchodziłem do niej powoli. Obserwowałem przyśpieszony oddech.

- Antoni... gdzie jestem?

- Moja droga... Już wszystko będzie dobrze. Prześpij się kochanie. Odpocznij.

Dotknąłem jej policzka grzbietem dłoni. Był chłodny, ale różowiał. Odzyskiwała kolor. Niestety, po fakcie, uświadomiłem sobie, że nie powinienem był jej dotykać. Nie teraz. Nie po przebudzeniu, gdy jej wspomnienia były jeszcze świeże. To mnie pogrążyło. W jej oczach zamajaczył błysk niepokoju. Wtedy już wiedziałem, że pamięta, co jej zrobiłem. Pamięta kłótnie. Pamięta moje śmiałe zamiary. Pamięta, jak spadała.

- Dlaczego? – zapłakała. – Dlaczego to zrobiłeś?

- Marcysiu...

- Dlaczego mnie tu sprowadziłeś? Daj mi odejść... błagam. Nie powinnam tu być. Błagam.

Jej twarz tonęła w gorzkich łzach, a ja nie rozumiałem. Tłumaczyłem, że ból minie wraz z zagojeniem ran, ale ona prosiła o śmierć. Błagała, bym ją zabił. Ponownie. Wzywała imię Boga. Wznosiła prośby, a później sięgnęła po przekleństwa. Nie rozumiałem. Dałem jej życie. Pozwoliłem sercu znów pracować. Czemu chciała mnie zostawić? Nie. Nie może odejść. Moja najdroższa. Najukochańsza.

Uspokajałem ją, jednak to nic nie dawało. Uznałem, że musi odpocząć, dlatego, pozostawiając jej ciało skrępowane, udałem się na górę. Przerażenie pulsowało w moim sercu, kiedy spostrzegłem, że gosposia zbliża się do drzwi. Nie mogła tu wejść. Nie mogłem jej wpuścić, ponieważ Marcelina zaczęła krzyczeć, a jej krzyk wypełniał cały dom.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/13631-Przypadek-Lazarza-Zakonczenie

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Wersja audio - https://www.youtube.com/watch?v=LAGX3Ucj-F4
Odpowiedz
Większość bardzo fajnie się czytało, ale końcówka jak dla mnie słaba, dlatego dobrze jakby powstała druga część tej pasty.
Odpowiedz
Powstała ;)
Odpowiedz
niedosyt;_; poproszę drugą część!
Odpowiedz
http://straszne-historie.pl/story/13631-Przypadek-Lazarza-Zakonczenie Proszę bardzo :3
Odpowiedz
Jest to bardzo podobne do filmu z 2015 roku "Projekt Lazarus", nawet prawie taka sama nazwa xD napisane ładnie (jak na horror, może powinnam użyć sformułowania "strasznie"). Mimo, że jest aż tak podobne do tego filmu to naprawdę mnie zaciekawiło i z wielką chęcią przeczytam kolejną część ;)
Odpowiedz
Muszę obejrzeć ten film, bo przy pisaniu inspirowałam się całkiem innymi rzeczami xD
Odpowiedz
Jak dla mnie, opowiadanie ma niewiele wspólnego z filmem ;)
Odpowiedz
Było by okej ale troszkę słaba końcówka.
Odpowiedz
Jeszcze jedna część ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje