Ogród przemienienia

Dodane przez: ignisdei, 18.10.2016, 10:55
Reklama:

Od kiedy pamiętał, każde wakacje spędzał w Rozdrożu. Dziadek miał gospodarstwo: krowy, świnie masę sprzętu rolniczego. Wszędzie wokół ciągnęły się pola i łąki.

Z okresu najmłodszych lat, szczególnie zapadł mu w pamięć czas pogrzebu ciotki Heli. To był koniec bardzo upalnego czerwca. Trumna przez kilka dni stała w domu, na wielkim stole w salonie. Były zasłonięte lustra i zatrzymane zegary. Zgromadzone wokół niej wiejskie kobiety, powtarzały modlitwy jednostajnym, przeciągłym głosem. Zaciągnięte kotary okien i grube ściany domu, skutecznie trzymały chłód, nawet w tak skwarne lato.

Zbytnio nie znał zmarłej, najstarszej siostry babci. Mieszkała po sąsiedzku, samotnie w małym domku z ogrodem. Babcia była chyba jej jedyną rodziną. Pamiętał, że nie wychodziła z domu. Czasem siadywała w oknie, śledząc brukowaną drogę, patrząc na łąkę i pasące się krowy dziadka. Zazwyczaj jednak chorowała, leżała wtedy w łóżku, nie wstając całymi dniami. Czasem babcia zabierała Karolka do ciotki w odwiedziny. Zanosili jej jedzenie i świeże mleko. Chłopiec nie lubił tych odwiedzin, bo nie dość, że kobiecie brzydko pachniało z ust, to jeszcze mówiła tylko o Bogu, kościele i papieżu – sławnym imienniku Karola, ciągle to podkreślając.

Przed tegorocznym wyjazdem na wieś, Karol stał się mimowolnym świadkiem rozmowy telefonicznej, mamy z babcią. Padło po raz pierwszy słowo pogrzeb. Podobno przed śmiercią ciotka przestała wstawać z łóżka, mówić i jeść. Mimo to mama tradycyjnie przywiozła Karolka na wakacje do Rozdroża.

Doktor Łobian polecił stałą opiekę nad chorą, dlatego dziadek z panem Marcelem z gospodarstwa, przenieśli ciotkę razem z łóżkiem i ustawili w sypialni w domu dziadków. Babcia nie opuszczała jej na krok. Po kilku dniach ciotka Hela, niestety, zmarła.

Wieczorem przybyli mama z tatą, który na wieść o śmierci swojej chrzestnej, zjechał z placówki w Wiedniu. Zjawiło się też sporo ludzi, których nigdy przedtem nie widział. Karol spał z mamą i tatą w pokoju na piętrze, na wielkim starym łóżku. Pokój ten należał, za czasów kawalerskich do ojca. Chłopiec wtulił się w pościel, między rodzicami. Tata już chrapał bo pił wcześniej z dziadkiem i wujkiem Luckiem, mama czytała książkę.

Wtem za oknem coś zatrzepotało i zahuczało… Uhuuuu!

– To duch! – zawołał Karol, kryjąc się pod wielką puchową pierzyną.

– Spokojnie Karolku. To tylko sowa. Gdy byłam jeszcze narzeczoną taty i zaczęłam przyjeżdżać do Rozdroża, one już tu były. Często obserwowałam ich gniazdo w starej gruszy ciotki Heli. Są tu podobno od lat, to bardzo pożyteczne ptaki, tępią szkodniki z łąk i pól.

To była niezwykle jasna, czerwcowa noc, cykały świerszcze i pachniały intensywnie drzewa. Tej nocy chłopiec bał się, że ciotka przyjdzie we śnie. Mama obiecała mu nie gasić światła. W kącie coś szurało, skrzypiały deski.

– Może to ciotka chodziła po domu? –Myślał chłopiec.

Pokój, w którym stała trumna, był przecież tuż pod nimi. Nie wiedzieć kiedy zasnął. Po pogrzebie wszyscy się rozjechali. Mama obiecała, że zabierze Karolka w połowie sierpnia do taty do Austrii, pracował w ambasadzie, był attache gospodarczym. Karol oczywiście został z dziadkami. Spał teraz z babcią w pokoju taty. Dziadek chcąc nie chcąc, musiał się przenieść do salonu na kanapę. Sypialnia w której zmarła ciotka, miała być odświeżona. Chłopiec snuł się samotnie po piaszczystym placu, pełnym traktorów, maszyn rolniczych i krzątających się ludzi. Łaziło tam też ptactwo domowe, okropnie paskudząc. W powietrzu unosił się ciężki zapach z obór i chlewów, fruwały chmary dokuczliwych much.

Nigdzie nie mógł wejść, zewsząd go przepędzano. Dziadkowie większość dnia spędzali przy zwierzętach, nie mieli dla niego czasu. Całe szczęście był typem samotnika. Umiał zorganizować sobie zajęcie. Postanowił znaleźć inne miejsce do zabawy.

Idealnie nadawał się do tego ogród ciotki Heli! Już wcześniej kręcił się koło jego bramki. Ogród odgradzała od gospodarstwa stara, poniemiecka, ceglana stodoła, oraz wysoki na dwa metry kamienno-ceglany mur. Wiekowa, zazwyczaj zamknięta bramka, stała teraz otworem. Pchnął stare, skrzypiące zawiasami skrzydło. Uderzył go chłód i lekki zapach stęchlizny, starego drewna.

Dom, a właściwie lepianka ciotki była zamknięta. Na podwórzu walało się stare poidło dla ptaków, pomieszczenia gospodarcze stały w ruinie. Pamiętał, że dziadek wielokrotnie oferował szwagierce pomoc w odbudowie obejścia, jednak ta z uporem odmawiała. Ciotka Hela podobno nie życzyła sobie jakiejkolwiek ingerencji w walące się obejście. Niektóre budynki nie miały dachów, wyrosły w nich dziko drzewa. Za ceglanym murkiem rozciągał się stary zaniedbany ogród. Trawa była tak wysoka, że przewyższała wzrost jedenastolatka. Wszędzie cykały świerszcze i śpiewały ptaki. Próbował znaleźć jakąś wydeptaną, wolną od chwastów przestrzeń, niestety same osty i pokrzywy. Chłopiec już miał wracać, gdy nagle zderzył się dziadkiem, który szedł za nim po cichu. Chwycił go w pół i zakręcił wnukiem w powietrzu.

– Wiesz, że w tak wysokiej trawie są żmije? – Karol spojrzał mu w twarz, nieco zakłopotany. Czuł, że dziadek nie mówi poważnie, bo uśmiechał się pod wąsem.

– Kłamiesz – szepnął Karol dziadkowi do ucha niepewnie.

– Ależ tak – wysapał dziadek, udając świętą powagę. – Podobno potrafią zabić małego chłopca!

– A ciebie by zabiły?

– Mnie raczej zabraliby wtedy do szpitala.

Karolku… – Dziadek przerwał na chwilę, udając że zbiera myśli. – A co byś powiedział gdybym zawiesił ci huśtawkę o tam. – Wskazał dłonią. – Między tymi dwoma śliwami?

– Dziadku ale jak mam się bawić w tym gąszczu, poparzą mnie pokrzywy i pokłują osty?

– I na to znajdziem sposób. My tak z babką ustalili, że jak Marceli tylko skończy oborę to zaraz te chwasty wykosi, byś Karolku miał gdzie ganiać.

Jak dziadek obiecał tak się stało. Pan Marceli po południu podpiął kosiarkę do małego ursusa, bez szoferki i w godzinę ogród wykosił. Do wieczora sterty siana zgrabiono pod wschodni płot, by obeschły na słońcu. Wieczorem dziadek tak jak obiecał, zaczepił szeroką deskę na solidnych łańcuchach, które rozciągnął między dwoma starymi śliwami.

– Voilà! – krzyknął z fantazją, zawracając jednocześnie Karolka w stronę domu.

– Jutro kolego! Jutro huśtawkę wypróbujesz!

Ta noc zdawała się być jakaś lepka, bezkształtna i duszna. Obudził się mokry od potu. Okno było uchylone, babcia spała. Była pełnia. W stawku pod lasem kumkały żaby. Ich chóry niosły się na kilometry. Przy drodze cicho szumiały stare lipy. Bał się sowy, że znów zahuka, jednak tym razem nie przyleciała. Do tego ugryzł go komar w sam w policzek i okropnie swędziało. Nie mógł przestać się drapać. Myślał o ogrodzie ciotki Heli o huśtawce, którą zrobił mu dziadek. Zasnął gdy zaczęły piać koguty.

Obudził go dotyk odnóży muchy, która właśnie usiadła mu na twarzy. Uderzył się boleśnie w policzek próbując ją zakatrupić. Oczywiście zdążyła odlecieć. Zwlókł się z łóżka i poczłapał do toalety na piętrze. Z okna widać było dom ciotki Heli i czubki starych drzew. Szybko zarzucił na siebie koszulkę, spodnie, buty i pobiegł. Słońce było niemal w zenicie, prażyło. Wszędzie dało się czuć zapach skoszonej trawy. Pierwsze co go uderzyło to ilość drzew owocowych, głównie jabłoni, ale były też śliwy i grusze. Stare, rosochate, rachityczne, gałęzie wiły się i przeplatały. Słońce świeciło, ścieląc jasne smugi na trawie. Ogród, który bardziej był sadem a ogrodem tylko z nazwy, oddzielała od pola linia drewnianych płotów, porośniętych bluszczem. Ogród porastały też gęsto: dzika róża, wrzos oraz liguster. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że ogród ciotki Heli był tak duży.

W pobliżu drzew pozostały połacie traw, których pan Marcel nie skosił, pełne wysokich kwiatów i pachnących bylin, pnących się ku niebu. Szeleściły w nich tylko Bóg wie jakie małe stworzonka. Latały bąki i osy, oraz chmary pszczół z pasieki dziadka. W gałęziach drzew furkotały ptaki. Szedł w stronę huśtawki, rozglądając się wokół. Z wolna oddalał się od bramy ogrodu.

Wtem jego wzrok przykuła stara, ceglana studnia, zbliżył się do niej ostrożnie. Nie była aż tak głęboka, może na cztery metry. Widział nawet kamieniste dno, było suche. Walały się na nim jakieś stare obręcze od beczek. Z jej wnętrza bił niemożliwy do opisania chłód, tak odmienny od skwaru dnia, który szalał mu nad głową. Z pola dobiegało klekotanie bocianów oraz dźwięk furkoczących wiatraczków, odstraszających ptactwo od upraw. Nad głową rozbrzmiewał koncert wielogłosów: pisków, ćwierkań, gdakań. Pełna gama ornitologicznej kakofonii. Idąc patrzył pod nogi czy nie ma żmij, żadnej jednak nie spotkał. Pomyślał, że musi zapytać dziadka o tę studnię, bo wyglądała mu na bardzo starą. Nie miała wiadra ani czerpaka. Kołowrotek drewniany, nadpróchniały nie posiadał nawet łańcucha.

Huśtawka była tam gdzie wczoraj powiesił ją dziadek. Bujała się delikatnie na wietrze. Naturalny dach, który stanowiły złączone korony dwóch śliw, dawał wytchnienie przed czerwcowym, palącym słońcem. Czym prędzej usiadł na drewnianym siedzisku, bardzo chciał ją wypróbować. Po chwili był już w górze, nawet dobrze niosła. Po kwadransie umiał już dotykać czubków drzew butami i do tego z podbitką. Gdy szybował wysoko widział krowy pasące się na łące za płotem i strachy na wróble na miedzy. Gdy wzlatywał w przerwach w bujnym listowiu muskały go promienie słońca. Mrużył wtedy odruchowo oczy, czuł się wolny i beztroski.

Pomyślał, że fajnie byłoby je zamknąć. Cykliczne spadanie i wznoszenie – rozmazane refleksy światła, pod powiekami dawały poczucie bajecznej swobody, jakby unosił się w próżni. Otoczony ognikami blasku, tańczącymi pod nim i nad nim, cały był utkany z powietrznego pędu. Zlał się z ogromem zapachów i śpiewem ptaków, czystą i dobrą magią wznoszenia i opadania. Chłopiec czuł ogród każdą cząstką ciała. Zielony świat upajał go i porywał. Był jeszcze dzieckiem, mógł więc w prosty, świeży i pozbawiony manieryzmu sposób chłonąć tysiące sygnałów, zapachów i subiektywnych doznań, które mu ogród serwował.

To słodkie uniesienie trwało aż do obiadu, zapachy z babcinej kuchni wzięły górę. Sączyły się niczym fałszywe tony syku węża, wnikały w nozdrza, drażniły studząc szał zabawy.

– Przecież dzisiaj nic nie jadłem – pomyślał Karol.

Postanowił wyhamować, zeskoczył po kozacku na trawę, pobiegł. Minął studnię, przystanął… dotknął zimnych kamieni obrzeża. Ująwszy je mocno, zacisnął palce na chropowatej powierzchni. Pochylił się i zawołał w chłodną czeluść, bardzo chciał usłyszeć echo.

– Jest tam kto? Jest tam kto? To ja Karol…! Uuuu…! Uuuu…!

Bawił się brzmieniem własnego imienia, wymyślał na miejscu tajemnicze zaklęcia. Głosem odbitym od omszałych ścian przyzywał uśpione duchy studni. Zabawa z echem wkrótce mu się znudziła a potrzeby fizjologiczne wzięły górę. Wyobraził sobie sporą porcję mięsa w białym sosie z ziemniakami i surówką. Przełknął ślinkę i ruszył ku bramie.

Chłopiec jeszcze raz kątem oka omiótł huśtawkę, może po to by upewnić się, że jest tam gdzie ją pozostawił. Nagle zamarł, bo mógłby przysiąc, że w tej ulotnej chwili kogoś na niej dostrzegł.

Zadrżał. Przez kręgosłup przebieg mu dreszcz a serce objął uścisk żelaznych kleszczy. Tym kimś była dziewczyna, troszkę starsza od niego. Długie, rude jak płomień włosy, biała sukienka, podkolanówki, sandały.

– Hej! – krzyknął.

Bez odzewu, bujała się na jego huśtawce coraz wyżej. Łańcuchy skrzypiały.

– Hej! Kim jesteś? To ogród moich dziadków. Co tu robisz? Słyszysz mnie?

Bał się podejść, jednak ciekawość wzięła górę. Wolno zbliżał się w jej stronę. Ostrożnie stawiał stopy, po świeżo skoszonej trawie. Huśtała się patrząc w jego kierunku, chichotała. Jedna z bujnych koron drzew na chwilę przysłoniła mu widok. Gdy go odzyskał stracił dziewczynę z oczu – po prostu zniknęła! Huśtawka skrzypiała łańcuchami wytracając prędkość, była pusta. Dziewczyna musiała w tym czasie zeskoczyć i się ukryć.

– Co jest grane, do cholery!? – przeklął pod nosem. – To nie jest śmieszne, przestań się chować! – krzyknął.

Obszedł wokół huśtawkę, zaglądał pod gęste, płożące po ziemi, obsypane zielonymi owocami gałęzie.

– Hej! – wołał w gąszcz. Nikt nie odpowiadał.

Obszedł huśtawkę wokół. Usłyszał szelest, szybko obrócił głowę. To tylko wiewiórka pomykała po pniu. Jej rudy ogon lśnił w słońcu niczym włosy dziewczyny. Ni żywego ducha. Obrócił się na pięcie, uszedł może z dziesięć metrów. Poniósł świeżo ściętą gałąź, oczyścił ją z liści. Dla zabawy, uderzał raz po raz w zarośla, zielonym kijkiem, udając, że godzi mieczem w wijące się potwory. Niechcący spłoszył ukrytego w gęstwinie szpaka. Ptak zerwał się nagle do lotu furkocząc skrzydłami. Wystraszony Karol cofnął się, kijek wypadł mu z ręki. Wtem usłyszał znajomy dźwięk łańcuchów huśtawki. Obrócił głowę i znów dostrzegł dziewczynę, dokładnie tam gdzie wcześniej siedziała. Czuł też bardzo intensywny zapach malin, jakby ktoś rozbił słoik ze syropem.

Dziewczyna miała rude zwisające kaskadą, wręcz czerwone loki, bladą piegowatą twarz, patrzyła i śmiała się do niego. Postanowił podejść bliżej.

– W co ty pogrywasz, he? – wycedził z gniewem. – Czemu się chowasz?

– Jestem Laura, a ty jak masz na imię? – zawołała radosnym głosem.

– Karol…co tu robisz? Znasz moich dziadków? – odparł już spokojniej.

Zachichotała wzbijając się coraz wyżej ku koronom śliw. W falbankach sukienki, białych podkolanówkach tańczyły promyki słońca. Nieznajoma zdawała się unosić bezwładnie i zastygać w powietrzu. W wokół niej wirowały motyle. Całe chmary: białe, żółte, błękitne, modre, rude, pasiaste, kropkowane. Tańczyły w rytm ruchów huśtawki. Wzlatywały i opadały, siadały dziewczynie na włosach, ramionach. Wciąż chichotała a jej śmiech, może pod wpływem pędu powietrza, nagłych zmian wysokości, ulegał dziwnym fluktuacjom natężenia i brzmiał troszkę groteskowo, jak nieludzki pisk lub gwizd. Zanikał i odradzał się przyduszany śpiewem ptaków, jakby się z nim tonalnie zestrajał.

To, na co patrzył nie było normalne. Jej włosy, loki żyły własnym życiem. Wiły się i skręcały, były wręcz eteryczne!

– Babciu! – krzyknął Karol. Jego krzyk dławił strach. Choć był jedenastolatkiem wiedział, że dziewczynki na huśtawkach tak nie wyglądają. Zawinął się na pięcie i zaczął biec, ile sił w nogach. Czuł że: łydki, uda, przedramiona brzuch, policzki dziwnie mu pulsują a gardło spaja niewidzialna klamra. Dopadł bramki. Słyszał w uszach łomot własnego serca. Pot spływał mu potwarzy. Pchnął z impetem furtkę, znalazł się na podwórzu dziadków. Nikt go nie gonił, nie straszył. Chyba był już bezpieczny! Czuł jak trzewia wypełnia mu przykre uczucie kolki. Padł na kolana. Oddychał ciężko.

Nie mógł dość do siebie, po całym zdarzeniu w ogrodzie, postanowił więc zagadnąć babcię

– Babciu – spytał cicho, przeżuwając kęs wieprzowiny. – Czy nie ma tu innych dzieci?

– Czemu pytasz Karolku? – odparła myjąc rondel.

– A bo właśnie spotkałem nieznajomą dziewczynkę.

Babcia przerwała mycie, wytarła ręce i podeszła wolno do chłopca, chyba nieco zaniepokojona.

– Gdzie ją widziałeś?

– W ogrodzie – odparł Karol.

– Ach dziecko – dodała po krótkim namyśle. – Jest tu cała masa dzieci z sąsiednich gospodarstw i te z bloku spółdzielni w Rozdrożu, czasem tu przechodzą z rodzicami, gdy ci pracują u nas przy żniwach.

– Ale teraz jest czerwiec i nie ma żniw – zripostował Karol!

Babcia milczała.

– A w ogrodzie? Czy tam też się bawią – cisnął babcię Karol?

– Wiesz Karolku…ogród dotychczas był zamknięty, teraz gdy dziadek go dla ciebie wykosił pewnie będą przychodzić, widać już zaczęły. W płocie jest wiele dziur. Taka to ich natura. To chyba dobrze? Może się zaprzyjaźnisz… – odparła babcia z uśmiechem.

– A teraz Opowiedz mi o tej dziewczynce – dodała, próbując dać chłopcu do rozumienia, że traktuje sprawę poważnie!

– Mniej więcej mojego wzrostu, chyba troszkę starsza, miała rude loki, białą sukienkę i była piegowata.

– Ach to mogła być dziewczynka od Hinców albo mała Nowaczka, obie to kuzynki.

– Mówiła, że ma na imię Laura!

– Laura, Laura…Tak, zdaje się, że to jedna z nich. Ich rodzice często u nas pracują – dodała babcia z miną tak poważną, jakby znała od podszewki dzieci wszystkich sąsiadów.

– Karolku umówmy się tak, że gdy znowu ją zobaczysz, tę… Laurę, zaproś ją do nas, do werandy, na szklankę lemoniady. Dobrze?

– Dobrze babciu.

Dotknęła czoła chłopca.

– Ależ ty jesteś rozpalony, czy źle się czujesz?

– Nie – odparł Karol.

– Zaraz będzie obiad – rzekła babcia. – Więcej dziś na słońce nie wyjdziesz! – dodała stanowczo.

Wieczorem rozmawiał przez telefon z mamą, opowiedział jej ze szczegółami o tym dziwnym spotkaniu i o obawach z nim związanych. Chłopiec musiał się przed kimś wygadać, bo im ciemniej się robiło, tym bardziej zdziwienie ustępowało miejsce strachowi.

– Karol, jeśli znów spotkasz jakiegoś dziwnego nieznajomego, zaraz zgłoś to babci – prosiła mama.

Kazała mu też oddać babci słuchawkę. Rozmawiały chwilkę. Nie dosłyszał treści rozmowy. Babcia zapewniła, że wszystko jest w porządku i że mama nie musi się niczym martwić. Wspominała chyba coś o słońcu i o dziecięcej fantazji.

Nazajutrz w domu pojawił się Bruno, szczeniak był podobny do małego wilka. Dziadek przyniósł go ze spółdzielni, specjalnie dla chłopca. Bruno szczekał radośnie, merdał ogonem wiecznie biegał i gryzł przy tym co popadnie. Dziadek powiedział, Karolowi: że gdy będzie go karmić to już nie odstąpi go na krok.

Karol spytał – czy może z nim spać.

Dziadek nie był zachwycony, bo w jego domu tego się nie praktykowało. Babcia jednak uświadomiła mu, że sytuacja jest wyjątkowa, bo oto jedyny wnuk będzie mieszkać z nimi do sierpnia. Dziadek więc ustąpił.

– Ale jak nabrudzi będziesz po nim sprzątać kawalerze! – burknął.

Tej nocy Karol spał sam, miał przecież towarzysza. Babcia zostawiła otwarte drzwi i światło w korytarzu. Patrzył jak ćmy furkoczą wokół lampy. Bruno był niespokojny, irytowało go coś na dworze. Chłopiec położył mu pod łóżkiem koc, pies zagrzebał się w nim i zasnął. Karola obudziło hukanie sów. Krzyknął – Baaaaabciu!

Spojrzał gdzie jest Bruno, pies zniknął, posłanie było puste. Hukanie sów stawało się coraz intensywniejsze, niemal widział jak ich bezszelestne, pierzaste skrzydła uderzały w szyby. Wtedy ją ujrzał, Laurę. Siedziała na łóżku w długiej koszuli nocnej z falbankami, nogi miała podkulone pod brodę i bose stopy, patrzyła mu w oczy!

– Czy ja śnię? –spytał.

– Tak to chyba sen – odparła dziewczyna!

– Czy jesteś dziewczyną z sąsiedztwa?

– Zachichotała i wyciągnęła ku niemu dłonie, ujął je, były zimne, wręcz lodowate…

– Są jak sople lodu te twoje ręce!

Z ust leciała mu para, niczym w mroźny poranek. Patrzyła mu w oczy, rozmawiali szeptem.

– Jestem taka samotna, nikt się ze mną nie bawi – oznajmiła dziewczyna!

– Ja mogę być twoim przyjacielem? – Nie ukrywał, że mu się nawet trochę podoba!

– Czy znów, jutro będziesz w ogrodzie? – spytał.

– Tak – odparła.

– Czy zrobisz mi krzywdę?

– Nie, nie musisz się obawiać? – Zapewniła Laura.

– Lauro, czy mogę ci zadać pytanie?

– Tak.

– Czy jesteś duchem?

Puściła energicznym ruchem jego dłonie.

– Jakim, znowu duchem? Czy matka nie uczyła cię, że duchów nie ma?

– Przepraszam! Tak mi się jakoś tylko powiedziało.

– To nie mów!

Dziewczyna przewiercała go wzrokiem, jej podbródek drgał. Sowy biły skrzydłami w okno, zdecydowanie chciały dostać się do środka, lada chwila szyba pęknie i wtedy…Nie chciał myśleć co się wtedy stanie. Dom zaczął się dziwnie rozciągać, łóżko wibrowało, ze ścian sączył się okropny odór, podobny do tego, który panował w sypialni gdzie stała otwarta trumna, stawał się coraz intensywniejszy.

– Przestań! Czemu mnie straszysz? – krzyczał Karol.

– Przepraszam! Było mi żal, że wczoraj tak szybko odszedłeś a teraz nie mogę już tego zatrzymać, ale możesz się przecież obudzić.

Sowy próbowały wtargnąć do sypialni. Karol zacisnął powieki wbił paznokcie w materac.

– Przyjdź do ogrodu jutro, będę czekała.

Robiło się coraz chłodniej i coraz intensywniej cuchnęło zwłokami. Chłopiec czuł się bardzo źle, myślał że zaraz zwymiotuje. Wtem do pokoju wpadł Bruno i zaczął głośno szczekać. Sowy nagle odfrunęły, nie było też Laury a Bruno ujadał i ujadał, zwrócony ku oknu. Karol poczuł nieprzyjemną wilgoć, otworzył oczy.

– Babciu!

Bruno wskoczył na łóżko, zaczął lizać chłopca po buzi, merdał ogonem, raz po raz, jednak czujnie spoglądał w stronę okna, nastawiając uszy.

Na drugi dzień babcia wyprała pościele, wymyła materac środkiem piorącym. Wystawiła na słońce, na tle bieli poszewki materaca widniała żółta plama.

– Babciu ja nie moczę się w nocy, już od dawna

– Wierzę – odparła babcia. – Ale jak to się powtórzy pojedziemy do doktora Łobiana, bo to może być zapalenie pęcherza. Czujesz parcie i pieczenie?

– Nie babciu, nic a nic nie czuję – odparł Karol.

– A więc to pewnie incydent, ale trzeba dmuchać na zimne, bo u nas zapalenia pęcherza są rodzinne.

Nazajutrz poszedł do ogrodu, był z nim Bruno. Nie spotkał Laury i jakoś nie miał ochoty się huśtać. Obszedł wszystko wokoło snuł się wśród zarośli, zaczął rzucać psu patyki. Wciąż zerkał na huśtawkę była pusta. Za płotem terkotały wiatraczki, niebo się chmurzyło. W kolejnych dniach również nie spotkał Laury w ogrodzie, nawet mu się nie śniła. Było pochmurnie i zimno, babcia zabroniła mu wychodzić na dwór pewnie, przez ten pęcherz. Karol łaził po domu, nie mógł znaleźć sobie miejsca, wciąż myślał o ogrodzie, Laurze oraz dziwnym śnie. Lało jeszcze przez kilka dni w środę zaś wyjrzało słońce, wrócił też upał.

Był przecudny ranek. Pachniały rośliny, z lekka szumiały drzewa. Błękitne niebo kontrastowało wdzięcznie z zielenią. Krople rosy odbite od promieni słońca lśniły niczym diamenty. Cieszył się, nawet że babcia zabroniła mu wychodzić z domu bez gumowych kaloszy, było sporo wilgoci, buty miałby zaraz mokre i z pełnością zaszkodziło by to jego zdrowiu. Nieśmiało liczył na spotkanie z dziwną nieznajomą. Z jednej strony fascynowała go a z drugiej przerażała perspektywa tajemniczej randki w ogrodzie.

Ogród był pusty a huśtawka leniwie bujała się na wietrze. Podszedł i usiadł na niej, odbił się nogami i wkrótce szybował tuż pod korony drzew. Zabawa odegnała wszelkie strachy i obawy. Nie wiedzieć kiedy minęło południe, hen w oddali echo niosło polami dźwięk dzwonów na „Anioł Pański”. Poczuł intensywny i kręcący w nosie zapach kwiatów, ktoś stał za jego plecami.

– Bruno? Piesku jesteś tam? – Pragnął w głębi duszy by to nie był Bruno.

Obrócił głowę, Laura stała radosna w białej sukience, patrząc mu prosto w oczy.

Uśmiechnął się i spytał:

– Czy jesteś dziewczyną z sąsiedztwa?

– Tak, mieszkam niedaleko – odparła Laura.

– Jak się nazywają twoi rodzice?

– Wanke.

– Ile masz lat?

– Trzynaście.

– Ja w lutym skończę dwanaście.

Laura wskazała gestem huśtawkę.

– Czy mogę? – spytała .

– Ależ proszę, nie krępuj się – odparł Karol nonszalancko.

Dziewczyna z gracją usiadła na huśtawce.

– Rozbujaj mnie – poprosiła Laura!

– Lauro, kiedy ty właściwie weszłaś do ogrodu, nie zauważyłem cię – spytał Karol ?

– Trzeba było patrzeć – zachichotała. – Wiesz… przepraszam cię za tamtą noc. Nie chciałam ci zrobić krzywdy, jakoś tak wyszło, od dawna nie rozmawiałam z nikim w podobnym wieku. Byłam też trochę na ciebie zła, że tak szybko odszedłeś.

– Co! – krzyknął chłopiec odskakując od huśtawki jak oparzony. – Wiesz o moim śnie? – Nie rozumiem, jak możesz znać moje sny? – Cofnął się blady.

Laura zastopowała huśtawkę nogami. Trzymała w rękach łańcuchy, intensywnie wpatrując się w oczy chłopca.

– A więc jednak jesteś duchem lub demonem, bo wchodzisz w sny innych ludzi!

Dziewczynka przestała się uśmiechać jej twarz robiła się smutna oczy stały się szkliste.

– Nie odchodzić proszę! – szepnęła dziewczyna. Widząc jak on zaczął się powoli wycofywać w stronę bramki, nie spuszczając jej z oczu.

– Ja naprawdę przepraszam – powtórzyła zrezygnowanym głosem!

Karol bardzo chciał odejść, jednak coś go trzymało i nie były to ani czary ani duchy. Został, bo czuł, że powinien, nie opuszcza się przecież dam w potrzebie. Nie zmienia to jednak faktu, że Laura nie była normalną dziewczyną z sąsiedztwa, zatem Karol postanowił w duchu mieć się na baczności. Siedzieli tak w milczeniu na siedzisku huśtawki. Karol zdobył się wreszcie na odwagę i przedstawił dziewczynie wymyślone na poczekaniu ultimatum.

Rzekł podniosłym tonem:

– Albo mi zaraz powiesz co tu robisz i kim jesteś, albo odejdę i nigdy nie przekroczę już bramy ogrodu. Zarośnie znowu chwastami!

Dziewczyna milczała, wzrok miała wbity w ziemię, nerwowo tarła butem o but.

– Idę – krzyknął chłopiec, po czym wstał i ostentacyjnie zrobił krok w kierunku bramki.

– Nie! Poczekaj Karol… Posłuchaj! – krzyknęła dziewczyna.

– Nie wiesz czego żądasz, nie będzie to naprawdę nic pięknego.

– Mam to gdzieś – odparł chłopiec, czując że powoli dopina swego. – Idę do babci i wszystko jej powiem! – odrzekł stanowczo.

– Dobrze…

– Słucham?

– Już dobrze. – Dziewczyna spuściła wzrok ku ziemi. – Usiądź koło mnie i zamknij oczy.

– Stary co ty najlepszego wyprawiasz? – Karol bił się w duchu z własnymi myślami. Jednak ciekawość i niewątpliwy urok Laury wzięły górę. Chłopiec z obawami usiadł na brzegu drewnianego siedziska. Znów czuł intensywny, wręcz odurzający zapach malin.

– Twoje pojawienie w ogrodzie sprawiło, że zaczęłam patrzeć, czuć słyszeć, rozumieć –szepnęła dziewczyna.

– Jak to? – spytał Karol.

Nad ich głowami, zaroiło się od kolorowych motyli, jakby wabił ich słodki, wszechobecny zapach. Trzepotały skrzydłami, delikatnie muskając siedzących. Dzieci powoli bujały się na szerokiej dece.

– Nie umiem tego wyrazić słowami – odparła Laura. – Jeśli chcesz pokaże ci. Weź mnie za rękę.

Chłopiec z przestrachem spojrzał na dziewczynę, czuł że oblewa się krwawym rumieńcem.

– Weź! – krzyknęła histerycznie, a jej głos jakby uwiązł gdzieś wysoko, wibrując w koronach drzew, płosząc ptaki do lotu. Nieśmiało ujął jej dłoń, była ciepła i delikatna, niczym nie przypominała tego upiora ze snu.

– Ściśnij mocno, nie puszczaj choćby nie wiem co – odparła.

Karol poczuł ukłucie, zobaczył strużkę krwi cieknącą po palcach swoich i Laury, krzyknął, chciał puścić i biec do domu. Nie mógł. Jego dłoń jakby przerosła do dłoni dziewczynki.

– Co mi robisz, przestań, puść mnie!

Nie dokończył, jej twarz i otoczenie zmętniało. Cały ogród się zmieniał drzewa kurczyły się, rozciągały, zmieniały kolory, były inne, jedne stare, rosochate drugie młode i kwitnące. Inne.

Grupa staromodnie ubranych, dziwnie uczesanych dzieci: trzy dziewczynki i dwoje chłopców w jego wieku biegła do studni, rozmawiali po niemiecku. Wyglądali jak na starych filmach: krótkie spodenki, szelki, koszule, marynarki, falbaniaste sukienki i fartuszki. Trzecią najwyższą z dziewczynek była Laura. Pobiegł do niej zawołał po imieniu! Mimo, że stał tuż obok i krzyczał, nie zwracała na niego uwagi.

– Lauro! – Szarpnął ją za bufiasty rękaw staromodnej bluzki, jednak jego palce trafiły w próżnię, przenikały na wylot przez materiał, jakby był wykrojony z wody. Czuł tylko lekki opór, niewidzialną poduszkę, coś jak stykanie się magnesów o tym samym biegunie. Dziewczyna również przystanęła, zaczęła oglądać się z siebie

– Was ist los? ist das du, Rudi…?

Chłopiec biegnący za nią wzdrygnął ramionami i popukał w czoło. Karol postanowił już nikogo nie dotykać, wolał patrzeć. Dzieci dobiegły do studni. Spuściły grubą linę z powiązanymi supłami i zaczęły kolejno zsuwać się do studni. Karol stał i patrzył jak dotykały stopami suchego dna. Chłopiec, który zszedł jako pierwszy zapalił lampę naftową, zrobił krok i zniknął z pola widzenia, reszta dzieci uczyniła to samo. Karol patrzył jak oniemiały. W ścianie studni musiała być wnęka, grota, jakaś stara piwnica. Słyszał ich stłumione głosy, rozmawiali w głębi. Po około piętnastu minutach zaczęli kolejno wyłaniać się z otworu. Cała piątka zręcznie wspięła się po supłach liny, sam by pewnie nie wykonał tak ekwilibrystycznego wyczynu. Kiedyś trenowali takie wspinaczki na wf-ie, pamiętał, że jego klasie szło to strasznie niezdarnie. Te dzieci musiał być nieźle wysportowane.

Przywiązaną do studni linę, Rudi zamaskował w bujnie rosnącym bluszczu. Rzucił jeszcze na wierzch kilka świeżo ściętych gałęzi, dla niepoznaki.

Nagle w oczach Karola ogród zaczął mętnieć, rozpływać się. Teraz była wczesna wiosna, roztopy. Mur ceglany ogrodu był w kilku miejscach zniszczony. Cegły i kamienie walały się w wielkiej stercie. Za płotem, na gościńcu krzątali się ludzie: mężczyźni – głównie starcy, kobiety, dzieci. Kilkudziesięcioosobowa grupa, pakowała dobytek na wózki. Spieszyli się. Karol szedł w ich stronę, stanął w bezpiecznej odległości. Stary pastor coś wołał w stronę kobiet, jedna z ich pobiegła do domu przyniosła wielki pakunek, druga ponaglała grupę dzieci. Wśród nich rozpoznał troje z pod studni, była tam też Laura. Od strony wsi ściągało coraz więcej wózków i wozów konnych. Ludzie bardzo się spieszyli.

Nagle rozległ się rozdzierający i spazmatyczny wrzask, to krzyczała jedna z kobiet. Ludzie obrócili się w jej stronę. Zaczęły ujadać psy. Po brukowanej drodze na niewielkiej skarpie toczył się kołowy, wysoki i chudy pojazd opancerzony z ruchomą wieżyczką i namalowaną wielką, czerwoną gwiazdą. Za nim terkotała zabytkowa ciężarówka rodem z filmów wojennych. Pojazdy zatrzymały się. Z ciężarówki wyskakiwali żołnierze. Cywile zaczęli się cofać i zbijać w kupę. Słychać było stłumione krzyki i płacze, szczekanie psów i rżenie koni. Żołnierze zwlekli się z paki. Pancerka ruszyła w dół po skarpie w stronę cywili, a za nią powoli schodzili piechurzy. Ludzie cofali się. Pastor starał się uspakajać tłum. Wykrzywiał usta w udawanym śmiechu, wykonywał przy tym tonujące gesty dłońmi, kierując je ku ziemi z rozwartymi paacami, niczym dyrygent wyciszający orkiestrę. Trochę poskutkowało, bo ludzie przestali się cofać. Spokojnym, acz stanowczym głosem starzec wydał polecenie jednej z kobiet, która zaraz podbiegła do grupki dzieci i objąwszy je szeroko ramionami spychała na tyły, za plecy dorosłych i ścianę furmanek. Duchowny w pokojowym geście podniósł rękę do nadchodzących żołnierzy. Wyszedł przez tłum. Chciał porozmawiać z wąsatym oficerem, który właśnie wyjrzał z wieżyczki. Starzec coś wołał po rosyjsku. Wóz pancerny ustawił się bokiem do cywili, koła zamieliły w błocie i zatrzymały się. Żołnierze zdążyli już zejść ze skarpy. Ludzie zamarli w bezruchu.

Nagle bez jakiegokolwiek ostrzeżenia pojazd otworzył ogień. Pastor padł trafiony pierwszą serią. Żołnierze ruszyli na bezbronny tłum. Ludzie rozpierzchli się w popłochu. Uciekali, padali na ziemię, chowali się za furmankami. Było pełno krwi dymu i krzyków, biegnący żołnierze też otworzyli ogień z ręcznych karabinów maszynowych. Karol znał ich nazwę, to były pepeszki. Wszędzie słyszał huk wystrzałów i świst kul. Chłopiec czuł jak pociski przelatywały przez jego tors, ramiona, głowę, były jak niewinne muśnięcia wiatru. Kulił się odruchowo, był przerażony. Szukał Laury, bał się że leży wśród tych dziesiątek zmasakrowanych ciał ludzi i zwierząt. Nagle ją dostrzegł – żywą. Biegła za chłopcem z pod studni. Domyślił się, że kierowali się do wyrwy w murze. Nie bacząc więc na eteryczne pociski puścił się za parą uciekinierów.

Nagle poczuł subtelne, nawet przyjemne dotknięcie, płynące jakoś z wewnątrz z samych trzewi. Coś jakby skrzydło motyla musnęło delikatnie jego rdzeń kręgowy. Zobaczył pocisk dużego kalibru, wystrzelony z działka pancerki, który przenika go na wylot, nie czyniąc najmniejszej krzywdy. Pocisk przeleciał przez brzuch Karola dosięgając biegnącego przed nim chłopca. Potem drugi i trzeci świsnął koło ucha. Rudi padł na wznak. W plecach miał ogromną, krwawą dziurę. Broczył krwią, podkulił nogi pod brzuch i tak zastygł. Laura zaczęła go szarpać za ramiona, po chwili rozumiała. Zostawiła leżące zwłoki, ruszyła ku wyrwie. Wszędzie świstały kule. Karol biegł za nią, chcąc ją zasłonić, nie mógł. Uczynił to sam ogród, ułamek sekundy po tym jak dziewczyna zniknęła w wyrwie. Seria z wieżyczki wozu pancernego, ścięła młode drzewo, tuż za załomem. Od uderzenia kul drzewo rozpadło się w drobne drzazgi. Karol zamarł, kule które przyjął młody pień przeznaczone były dla dziewczyny.

Laura pędziła co sił w nogach. O dziwo nikt jej nie ścigał. Widać Sowieci zajęci byli dobijaniem cywilów i plądrowaniem ich dobytku. Karola interesowała jednak tylko dziewczyna. Patrzył jak dopadła studni, zrzuciła linę, niemal po niej zjechała, wpadła po szyję w wodę, pociągnęła linę za sobą. Zanurkowała. Domyślił się, że próbowała ukryć linę. Chyba obciążyła ją pod wodą jakimiś przedmiotami, nagle wynurzyła się znikając w czeluściach otworu. Strzały i nieludzkie jęki powoli cichły. Karol stał tak przy studni nie mając śmiałości zajrzeć za mur.

Wtem kilkoro żołnierzy przekroczyło granicę ogrodu, wyglądało że szukali niedobitków. Starszy stopniem kazał gestem dwóm innym spenetrować ogród, sam został przy wyrwie. Zaczął kręcić papierosa z bibuły. Jeden z żołdaków podszedł do studni, zajrzał i ziewnął, podniósł z ziemi kamień i rzucił z pluskiem. Również wyciągnął machorkę. jego kolega szedł z pepeszą wzdłuż ściany zarośli, czesał krzaki lufą, podśpiewując coś pod nosem. Po dłuższej chwili obaj żołnierze podeszli do dowódczy, złożyli meldunki. Ten kazał im chyba wracać do oddziału, sam został przez chwilę w ogrodzie wpatrując się w zielony gąszcz. Zaciągnął się dymem, obrócił się na pięcie i zniknął w wyrwie. Karol cały dygotał, gdy obraz zaczął rzednąć, rozpływać się.

Znów siedzieli z Laurą na huśtawce, śpiewały ptaki. Puściła jego dłoń, spojrzał na zaschniętą krew, dziewczyna trzymała w ręku świeżo zerwaną róże z ogrodu w dłoni chłopca tkwił cierń.

-To ty…?

– Ciiiii! – Położyła mu palec na ustach.

Chłopiec był blady, cały się trząsł. Laura milczała, siedząc na huśtawce kreśliła coś butem po trawie. Gdy się nieco uspokoił zadał dziewczynie pytanie:

– Jesteś Niemką, prawda? Mieszkałaś tu. Skąd znasz mój język?

Dziewczyna miała spuszczaną głowę, chyba płakała, jednak starała się ukryć łzy. Chłopiec pojął, że zbyt emocjonalnie zareagował, niestosownie do okoliczności. Był dość mądry jak na swój wiek, wiedział że jest świadkiem rzeczy metafizycznych, przekraczających dalece pojmowanie śmiertelnika a co dopiero jedenastolatka. Sytuacja wymagała opanowania, bo w głębi duszy czuł, że akurat nie on tu jest ofiarą.

– Przepraszam, odrzekła Laura łamanym głosem, tylko tak mogłam ci pokazać kim jestem. Wiesz przed twoim przybyciem niczego nie czułam, czasu, powiewu wiatru zapachu kwiatów, bólu ani radości, kiedy się pojawiłeś wszystko odżyło, poczułam ciepło, radość i szczęście

– Ale jak ?

– Sama nie wiem. Wtedy kiedy przyszli żołnierze bardzo się bałam, bałam o życie swoje i mojej mamy. Słyszałam jej krzyk, jeszcze bardzo długo ze studni pośród tylu innych krzyków, najmocniej słyszałam ten jeden, nieludzki skowyt, potem wszystko ucichło. Tamci odeszli. Próbowałam wspinać się, nie potrafiłam zaczepić liny. Upadłam raz po raz do wody. Przy trzeciej próbie, podczas upadku skaleczyłam się w nogę, strasznie krwawiło. Rudi zostawił w naszym schronie wojskowy płaszcz taty. To z jego poszewki zrobiłam opatrunek, bardzo bolało. W nocy przyszła gorączka, byłam cała rozpalona, gdy wstało słońce wołałam, nikt mnie nie słyszał. Bardzo osłabłam, nie mogłam już podejść do lustra wody by się choć napić. Leżałam tylko w starej komórce w której, ludzie przechowywali niegdyś wino. Dzień, noc śniłam na jawie. Przychodzili do mnie mama, kuzyn Rudi, moi przyjaciele. Opowiadali jak dobrze im w niebie. Prosiłam by zabrali mnie ze sobą, nie słuchali a było mi tak zimno. Szczękałam zębami. Moje oczy przyzwyczajone do mroku dostrzegały i zapamiętywały każdy szczegół w wątłym światełku z otworu. Wokół zwisały długie korzenie drzew, przebiły sklepienie piwniczki ich masywne sploty wiły się, niemal czepiały mych włosów.

I wtedy ogród do mnie przemówił:

– Ty! Lauro Wanke – usłyszałam, bardzo cichy i miękki szept w głowie. – Lauro…

– Kim jesteś? – spytałam.

– Przecież wiesz –odrzekł głos – Czy chcesz bym cię przemienił ?

– W co mam się przemienić?

– Sprawię, że nie umrzesz –wyjaśnił.

– Będę żyć wiecznie? – spytałam głosu.

– Tego nie potrafię uczynić, ale mogę cię uratować –odrzekł głos.

Korzenie wiły się i wykręcały oplotły me ręce i szyje, czułam jak otulają mnie coraz ciaśniej i ciaśniej jak kokon. Czułam intensywny zapach żywicy i próchnicznej gleby.

– Będziemy razem na zawsze – szeptał głos w głowie – nie umrzesz.

– Czy zobaczę się z mamą i z tatą, który nie wrócił z wojny – spytałam?

– Kiedyś się z nimi może spotkasz, ja tego nie potrafię zagwarantować, mogę jedynie sprawić byś nie umarła. A to może stać się lada moment. Czy zdajesz sobie z tego sprawę?

– Jeśli umrę pójdę tam gdzie jest teraz moja mama i Rudi, gdzie trafi mój tata, moje przyjaciółki.

– Tego też nie potrafię ci zagwarantować, mogę jednak sprawić byś to przeżyła? Czy tego właśnie chcesz? Zrozum Lauro Wanke, bez twej zgody nie mogę nic uczynić. Spiesz się bo czuje każdym korzeniem jak życie z ciebie uchodzi. Czy chcesz bym cię przemienił? – spytał ponownie głos.

Słabłam, już prawie nie czułam zimna, me usta nie mogły wymówić słowa, łapałam z trudem powietrze, ostatkiem sił wyszeptałam:

– Więc mnie przemień…

Pouczałam wtedy jak korzenie silniej oplatają me ciało, wypełzały zewsząd niczym węże, uniosły mnie ponad wilgotną posadzkę. Nie czułam zimna ani bólu. Czułam tylko jak wznoszę się wysoko, biegnę splotami korzeni starych drzew, czuję każdy bezlistny konar, chłód i wilgoć ziemi, piję wodę, ona jest życiem, piję całym ciałem. Stałam się ogrodem. Ogród spełnił to co obiecał, moja świadomość przeżyła w tych konarach łodygach i liściach. Spałam beznamiętnie każdą zimę, wiosną budziłam się do życia, odżywałam w kwiatach i zielonych pąkach. Czułam jak pszczoły zapylają moje kwiaty a wiatr czesze me liście. Przychodziły lata i zimy, dla mnie były niczym mgnienie oka. Wtedy pojawiłeś się ty – sprawiłeś, że znów mogłam usiać na huśtawce, poczuć pęd wiatru we włosach. Spojrzeć w oczy drugiego człowieka. Znałam twój język Karol, jak każde miejscowe dziecko, byłam dwujęzyczna, każdym władałam płynnie.

Chłopak patrzył na twarz Laury w jej intensywnie błękitne oczy, dostrzegł w nich strach, obawę zmęczenie. Rozumiał co przeżyła i jak wiele musiała wycierpieć. I wtedy jej obiecał. Obiecał, że nigdy nie wspomni już o tamtych chwilach, że nigdy nie spyta, nie spróbuje zrozumieć!

Przyjeżdżał każdego lata, siadywali na huśtawkę rozmawiali. Dziadkowie widzieli gdzie wnuk bywa całymi godzinami, traktowali to jako dziwactwo, nie poznali nigdy jego sekretu. Być może tłumaczyli to specyficzną, melancholijną naturą Karola. Wiedzieli natomiast, że kocha ten ogród. Dziadek obserwował ukradkiem, jak chłopak wyrywa chwasty, sadzi rośliny, nawozi i przycina krzewy róż. Ogród odwdzięczył się mu bujnością i pięknem. Dziadek, rolnik z krwi i kości, widząc namiętność wnuka obiecał, że namówi babcie by przepisała Karolowi ogród w testamencie, będzie należeć do chłopca po ich śmierci.

Karol dzielił się z Laurą wiadomościami ze szkoły z życia, rozmawiali godzinami. Była ciekawa świata, wydarzeń dnia powszedniego oraz historii współczesnej. Tłumaczyła chłopcu jak ona postrzegała wtedy świat i jak dalece owo postrzeganie różniło się od dnia dzisiejszego. Dziewczyna nigdy więcej nie przyszła do niego we śnie w tamten straszny sposób, nie zmąciła jego spokoju. Oboje o siebie dbali. Czuł, że starała się być mu przyjaciółką i powierniczą całego chłopięcego życia. Z roku na rok Karol mężniał i przestawał być dzieckiem.

Chłopak nieśmiało wierzył, że on i Laura, mogli by kiedyś w jakiś sposób być razem, jak chłopak z dziewczyną. Czuł, że Laura też by tego chciała. Choć dzieliły ich czas i przestrzeń. Najstraszniejsze było jednak to, co oboje wiedzieli i czuli, choć nikt im tego nigdy nie powiedział. Im bardziej Karol stawał się mężczyzną a wiek jego i Laury zaczął się rozmijać. Postać dziewczyny dziwnie bledła, ginęła stawała się niestabilna. Czuł, że odchodzi. W wieku lat szesnastu widział ją już tylko w pełnym słońcu, najbardziej żałował, że nie mógł patrzeć w jej intensywnie błękitne oczy. Oboje to bardzo przeżywali. Zanikała dzień po dniu jak poranna bryza, powoli stapiała się w zielenią ogrodu.

Kiedy skończył osiemnaście lat pocałowała go w policzek. Wówczas widział ją po raz ostatni. W południowym słońcu zamigotały jej krwiście rude loki, po czym zniknęła. Ruch huśtawki ustał. Laura była w ogrodzie, czuł jej obecność całym sobą, wiedział że stoi tuż obok. Tego odczucia akurat nikt im odebrać nie mógł.

Obrazy jakie pokazała mu Laura wpłynęły mocno na życie młodego mężczyzny. Karol, po maturze wbrew woli rodziców wstąpił do akademii wojskowej. To był świadomy wybór, podyktowany chęcią obrony niewinnych. Tak to sobie tłumaczył i to stało się mottem jego dalszych życiowych decyzji. Nawet w szkole oficerskiej tradycyjnie przyjeżdżał do dziadków na wakacje, chodził po ogrodzie nie widział i nie słyszał już Laury ale wciąż w jakiś nieznany sobie sposób czuł jej obecność. Chłopak ufał, że ona czuje podobnie i że jest blisko a ich wymiary w końcu się zejdą.

Dziadek w nieobecność wnuka, wyremontował walące się budynki zagrody ciotki Heli. Po latach służby Karol odebrał patent oficerski. Później powierzono mu dowództwo kompani. Rzadko już bywał w Rozdrożach. Brał udział w misjach pokojowych NATO na bliskim wschodzie.

W dniu gdy otrzymał od dowódcy kapitańskie szlify, po udanej akcji odbicia zakładników urżnął się z kolegami w kantynie. Zasnął przy stole. Koledzy zawlekli go do pokoju. Sam niejednokrotnie robił to dla nich. Tak tam odreagowywano stres. Tej nocy przyśnił mu się dziadek, stał w bramie do ogrodu uśmiechał się, coś do niego mówił, zachęcał do wejścia w zielone podwoje.

Karol obudził się wtedy w środku nocy, wyszedł przed barak. Wiał nocny, pustynny wiatr. W bazie panował spokój. Na betonowych wałach obłożonych workami z piaskiem, mocne reflektory omiatały okoliczne wydmy. Sklepienie niebieskie kipiało od gwiazd. Otulił się szczelnie płaszczem. Czuł, że coś się wydarzyło.

Nazajutrz dostał od matki wiadomość o śmierci dziadka, czuł że odejdzie, wszyscy to wiedzieli, dziadek długo i boleśnie chorował. Żałował, że nie mógł przyjechać na pogrzeb do Rozdroży. Był przecież tysiące kilometrów od domu. Dopiero po dwóch miesiącach mógł wrócić do kraju i stanąć nad grobem dziadka.

Wcześniej Karol sam otarł się o śmierć, gdy wóz dowodzenia wjechał na minę pułapkę, zastawioną przez ekstremistów. Na szczęście skończyło się na kilku paskudnych bliznach na twarzy. Jego kierowca nie miał tyle szczęścia – wrócił do domu w trumnie. Po tym wydarzeniu które, zresztą szeroko komentowały media, dowództwo odesłało Karola do domu. Wrócił jako bohater.

Gdy stanął w drzwiach z walizką, matka widząc pokancerowaną twarz syna objęła go mocno zanosząc się szlochem. Po paru dniach rodzinnie stawili się u notariusza. Czekano z tym na powrót Karola z misji. Dziadkowie zgodnie z obietnicą podarowali wnukowi ogród wraz z zabudowaniami. Gospodarstwo zaś sprzedano.

Sędziwa babcia zamieszkała z synową i synem, który wrócił ostatecznie z placówki zagranicznej. Ojciec Karola w wieku przedemerytalnym, przyjął posadę urzędniczą w mieście.

Pewnego dnia Babcia opowiedziała Karolowi, wzruszająca historię, jak to dziadek aż do śmierci trzymał blisko łóżka zdjęcie, które wnuk zrobił sobie w pełnym rynsztunku z kolegami, na pustynnych wydmach. Po tych słowach żołnierz mimo, że wiele widział z trudem tłumił płacz a łkanie same cisnęło się do gardła.

Mijały lata, wczesną jesienią, kiedy woda zaczęła wypełniać studnię w Rozdrożach, lekko szpakowaty mężczyzna około czterdziestki, pochylił się nad jej tonią. Decyzja o przyjeździe była spontaniczna i nieplanowana. Po prostu wskoczył do samochodu i po dwóch godzinach jazdy był na miejscu. Musiał się napić, od powrotu z misji sporo pił. Bardzo chciał się zalać, tego wieczoru w domku ciotki Heli. Przed osiemnastą zdążył jeszcze kupić butelkę w miejscowym sklepiku. Rozdroże zawsze działało na niego jak balsam. Tylko najbliżsi wiedzieli gdzie znikał niepostrzeżenie na długie dni! Karol odreagowywał kolejny, nieudany związek. Jakoś nie mógł znaleźć swojej drugiej połowy. Kobiety przelatywały przez jego życie niczym wybuchające pociski, jasne i gorące szybko się wypalały.

Zamknął swego „Grand Cherokee” w obórce, zaryglował bramę. Usiadł na werandzie. Napełnił szklankę. Pił aż zasnął. Obudził go chłód i rozgwieżdżone, smoliste niebo. Zerwał się lekki wiatr. Otulił się płaszczem jak wtedy na pustyni. Zaczął odczuwać już zimno – z wolna trzeźwiał. Droga Mleczna kipiała na nieboskłonie.

Wiatr nagle z ogromną siłą uderzył w gałęzie drzew, liście szumiały smagane porywistym powiewem. Wpatrywał się w ciemność. W oddali majaczył zarys studni. Otulił się jeszcze szczelniej kocem i chwiejnym krokiem podszedł do ziejącego czernią otworu. Liczył, że choć odczuje jej obecność. Poczuł tylko chłód bijący z dołu. Wrócił do domu położył się tak jak stał. Zasnął. Obudził go promień słońca i brzęk much. Cały pokój był w nim skąpany. Największe z okien domku ciotki Heli wychodziło właśnie na wchód. Zmrużył oczy, w smugach unoszących się drobinek kurzu, połyskujących w świetle niczym mikroskopijne lusterka, dostrzegł przez dosłownie ułamek sekundy znajomą, uśmiechniętą twarz. Po chwili usłyszał cichy szept, cichszy niż brzęczenie much i tykanie zegara na ścianie, który Karol nakręcał ilekroć przyjeżdżał do Rozdroża.

-Znaaajdź mnie!

Choć był późny wrzesień oblał głowę wiadrem wody ze studni. Ściągnął ze ściany budynku gospodarczego starą drabinę przeciwpożarową, przywiązał do niej linę i spuścił w głąb. Czuł niepokój, że łamie obietnicę którą kiedyś złożył, najświętsze tabu.

Nie było odwrotu, dała mu przecież jasno do zrozumienia czego chce. I on musiał to wykonać – jak w wojsku! Usłyszał plusk gdy drabina odparła się o dno studni. Obwiązał się liną w pół. Ostrożnie dotknął stopami górnej belki drabiny i zaczął powoli schodzić po drewnianych szczeblach . Jak przypuszczał nie było więcej niż metr wody. Panował okropny chłód.

Karol zapalił latarkę-czołówkę. Otwór ział czarną czeluścią. Zrobił krok, potem następny. Dziura przechodziła w niewielki korytarzyk o ceglanych, przeplatanych kamieniami ścianach. Strop podziurawiony był korzeniami drzew. Żywa plątanina, tak gęsta, że musiał się niemal czołgać. Wreszcie ujrzał przed sobą niewielkie schodki, prowadzące do wyższej kondygnacji. Całość musiała stanowić cześć jakieś pradawnego schronu, który chronił miejscowych przed niebezpieczeństwem. Wspiął się po wilgotnych schodach, aż do miejsca gdzie strop pękł, przebił go olbrzymi korzeń wiekowego drzewa. Z ceglanego pęknięcia, po rozgałęzionym drewnie ściekała woda, strużka ginęła w dziurze kamiennego klepiska. Pod konarem tuż obok ujścia wody, ujrzał szczątki ludzkie, niewiele z nich już zostało, pozbierał je starannie do hermetycznego pudła, które na tę okoliczność zabrał. Karol starał się wyzbierać wszystko do najmniejszego okruszka, zgarnął też kępki suchych korzeni i mchu na którym leżały. Pudło włożył do plecaka i wyszedł na zewnątrz.

Zebraną zawartość Karol ostrożnie przeniósł do drewnianej, ozdobnej skrzynki, którą znalazł kiedyś w domku ciotki Heli. Wykopał dziurę tuż obok śladów zamurowanego wyłomu ściany ogrodu. Złożył tam pudełko z szczątkami Laury, zasypał ziemią i przywalił wielkim kamieniem, który przyturlał z drugiej części ogrodu. Postał chwilę, zmówił w myślach modlitwę za jej duszę. Może stała gdzieś w pobliżu. Wsiadł do samochodu, jechał brukowaną drogą, minął Rozdroże, dotarł do szosy. Wtem zatrzymał z piskiem Jeepa. Stanął niemal w poprzek. Wrzucił wsteczny i zamielił kołami. Ruszył z powrotem do wsi. Dojechał do ogrodu. Słońce zachodziło. Dni były już coraz krótsze.

Wiedziony impulsem podszedł. Do studni. Oniemiał! Była pełna wody aż po brzegi niemal się wylewała!

– Jak to się stało? – pomyślał – przecież nie padało. Było dość sucho, woda wczoraj sięgała zaledwie metra. Czyżby to była wiadomość dla niego?

Chyba się nie mylił, to była chwila, spontaniczny odruch. Nie czekał, wiedziony nagłym pragnieniem tak jak stał zrzucił ubranie i wskoczył do wody, wychlapując sporo na ogród. Woda była wręcz lodowata. Karol parsknął, wypluł fontannę trzymając się obrzeża.

Nagle zastygł w bezruchu, coś zobaczył. Tam gdzie padły krople wody ze studni, zaczęły wyrastać kwiaty i zioła, rosły w oczach niczym na przyśpieszonych filmach poklatkowych. Czuł, że tajemnica kryje się pod lustrem wody.

– Dość tego! – krzyknął w zieloną gąszcz!

Wziął oddech i pozwolił lustru wody się przykryć. Powoli wypuszczając powietrze opadał niżej i niżej, przesuwając się dłońmi po ceglanej, wilgotnej ścianie studni. Oczy miał otwarte a “ona” uniosła się tuż obok, ich twarze się zrównały. Dotknął jej dłoni, były zimne wręcz lodowate, nerwowo wypuścił z płuc bąbelki wody, spojrzał w górę ku światłu dnia. Poczuł niewyobrażalny strach. Już wiedział, że to nie była Laura. Wyjątkowo mocno zapragnął się teraz wynurzyć. Postać dziewczyny jednak ujęła jego dłonie, przytrzymała stalowym uściskiem, nie pozwoliła płynąć w górę, ku światłu.

Idioto! – tak łatwo dałeś się pokonać! – krzyczał w myślach.

On komandos, weteran śmiertelnych misji, czuł się jak motyl na szpilce. Zastanawiał się kto był jego przeciwnikiem, przecież nie Laura! Ona go kochała.

– Czy chcesz bym cię przemienił? – szepnął głos w głowie Karola.

Unosząca się w wodzie postać z lekka uśmiechała się, patrząc nieprzerwanie zimnym, nieprzeniknionym spojrzeniem.

– Co mówisz? – pomyślał Karol i zrozumiał. To nie dziewczyna pytała ale ogród.

Karolu czy chcesz bym cię przemienił? – ogród powtórzył pytanie.

Mężczyzna słabł z braku powietrza.

– Zabijesz mnie, duszę się! – krzyczał w myślach.

Kierował swe nieme wołanie o litość do jasnoniebieskich, pytających oczu, które lśniły niczym diamenty. Jej rude włosy falowały i wiły się jak węże. Usta miała lekko rozchylone. Nie posiadała teraz żadnych cech dziecka. Była dojrzała, pełna, zmysłowa, słowem przepiękna. Przez jego twarzą unosiła się najpiękniejsza kobieta jakąkolwiek w życiu widział. Czuł, że oto ogród odsłania przed nim swe karty, że jego partner w grze postawił wszystko na jedną tę najsilniejszą, stosując iście szatańską strategię. Uczynił mężczyznę bezbronnym wobec ukrytych pragnień. Karol nie zastanawiał się więc długo i odpowiedział…

Kobieta ze studni uśmiechnęła się, dotknęła zimną dłonią jego ust wydając z siebie długie, przeciągłe westchnienie, zamknęła oczy odchylając głowę w tył. Po czym zaczęła się rozpływać. Uścisk rąk zelżał, był wolny. Karol się dusił, czuł jak płuca rozpiera mu tępy ból. Nagle poczuł wartki prąd wody, usłyszał plusk i stłumione echa. Nurt wypychał go gwałtownie ku górze, ponad lustro wody. Zaczerpnął powietrza, było zimne i czyste. Wyszedł ze studni padł na kolana, wsparty o ziemię chciwie łapał oddech. Woda w studni zaczęła gwałtownie opadać. Rozejrzał się w okół: bezlistne drzewa i resztki topniejącego śniegu. Był znów w Kreuzworträtsel w marcu 1945 r.

Nagi wyszedł przez wyłom w murze, nikt go nie dostrzegał, ludzie zajęci byli sobą. Ponownie po latach oglądał obrazy z dzieciństwa, które mu kiedyś pokazała. Trwała pośpieszna ewakuacja. Szedł przez tłum uciekających, wystraszonych mieszkańców wsi, dojrzał też Laurę – dziewczynkę, biegnącą do matki. Coś do niej wołała. Nie zwracał już na nią uwagi. Bo oto usłyszał ten przeraźliwy krzyk kobiety, zwiastujący nadejście Rosjan. Jak wówczas tak i teraz wóz pancerny zjechał z drogi, otworzył ogień do ludzi.

Karol stanął na linii strzału, zasłaniając pastora – kule dosięgły jego nagiego ciała, nie przeszły jednak na wylot jak ostatnio a zaczęły spadać na ziemię, jedna po drugiej jak ulęgałki. Pancerka jechała w kierunku niewidzialnego mężczyzny, wypluwała seria za serią, nie czyniąc żadnych szkód: ani jemu, ani ludziom za plecami. Piechota również otworzyła ogień. Pociski zamiast siać spustoszenie, po wystrzeleniu zmieniały natychmiast trajektorię lotu, uderzając o tors Karola. Jakże niesamowity musiał być to widok dla przygodnego obserwatora: Sowieci strzelali ze wszystkiego co mieli pod ręką, do nieokreślonego, iluzorycznego celu, który nawet nie odbijał pocisków a czynił je bezwładnymi, niczym upadające z drzew dojrzałe owoce.

Czuł, że ściągał kulę niczym wielki magnes. Wystarczyło, tylko że musnęły skórę a zaraz spadały na ziemię. Wreszcie rozpędzony wóz pancerny uderzył z impetem w Karola, który nawet nie drgnął. Nie odczuł zderzenia.

Nastąpiła eksplozja. Przód wozu pękł i stanął w płomieniach. Załoga wyskakiwała z wnętrza, biegając jako żywe pochodnie. Żołnierze stali jak wryci, nikt z nich już nie ważył się nawet wystrzelić, zaczęli się cofać. W panice wskakiwali na platformę ciężarówki, która nagle gwałtownie cofnęła i zaczęła uciekać. Przestraszeni Rosjanie, którym nie udało się wskoczyć na pakę biegli za samochodem. Po chwili na placu boju zostali tylko cywile nie mogący uwierzyć w to co widzieli, oraz dogasający wrak wozu.

Karol stał obok, nad trupami dopalających się wrogów. Uśmiechał się jako zwycięzca. Taką euforię mógł czuć tylko żołnierz po udanej akcji, gdy wracał z boju z tarczą. Szukał wzrokiem Laury, stała pośród innych dzieci, równie oniemiała jak pozostałe. Wtem ku zdziwieniu obecnych zaczęła się rozwiewać jak poranna mgła. Wśród dzieci rozległ się przeciągły pisk i krzyk, gdy dziewczyna znikała na ich oczach.

W oczach Karola również wszystko zaczęło się z wolna rozpływać, kontury mętnieć. Oto znów był przy studni w ogrodzie ciotki Heli, spojrzał na mur, szukał wzrokiem grobu Laury. Kamień zniknął a obok zaślepionego wyłomu rosło prawie stuletnie, obsypane czerwonymi liśćmi drzewo.

Szczękał zębami z zimna, odnalazł porzucone spodnie, sweter, gdzieś walały się buty. Nagle Karol usłyszał znajomy głos z tyłu.

– Zbyt dużo pijesz.

W powietrzu unosił się intensywny zapach malin. Zadrżał i obrócił twarz w stronę werandy. Stała tam naga, owinięta tylko jego kocem, najpiękniejsza na świecie. Nie mógł uwierzyć. Z małej dziewczynki przeistoczyła się ponad trzydziestoletnią kobietę. Uśmiechała się a sploty kręconych, rudych włosów spływały jej kaskadą niemal do bioder. Podbiegł, ujął ją w pół, zatopił pocałunek w ciepłych, rozchylonych wargach.

– Pragnę ci coś wytłumaczyć – szepnęła Laura. – Ty i ja, my oboje zostaliśmy przez niego wybrani. Staliśmy się narzędziami w jego rękach, kogoś bardzo potężnego. Póki mnie nie uwolnił, nie miałam pełnej świadomości, teraz rozumiem więcej. – Laura usiadła na ławce podwijając nogi pod brodę i szczelnie otulając się kocem. Karol przykucnął obok. Po chwili kobieta kontynuowała monolog.

– Proszę wysłuchaj mnie, nim coś powiesz. Pamiętam jak we wczesnym dzieciństwie, starzy ludzie straszyli nas, gdy byłyśmy niegrzeczne bajkami o „Królu drzew” lub o „Zielonym królu”. Ta straszna istota porywała złe dzieci i więziła je pod ziemią.

Będąc małym dzieckiem bałam się tych bajek, jednak z wiekiem przestałam traktować je poważnie. Pewnego razu wracając przez las ze szkoły, zobaczyłam naczynia z jedzeniem i gorzałką, pozostawiane pod drzewami przez ludzi ze wsi. Spytałam o to pastora. Starzec machnął ręką i stwierdził, że zarówno on jak i katolicki proboszcz przymykają oczy na składne w sadach pokładziny.

Wiara w “Króla drzew” była starsza niż wiara w chrześcijańskiego Boga. Miejscowi czcili go w ten sposób od wieków, niezależnie czy chodzili do zboru czy kościoła. Zapalając Bogu świeczkę a diabłu przysłowiowy ogarek. Wiesz Karol – rzekła dziewczyna. – Gdy umierali moi on również cierpiał, nawet bardziej niż ja. Nie mógł temu zapobiec. Tak naprawdę on nienawidzi śmierci. Nie mógł wybaczyć sobie, że ich wtedy przed nią nie uchronił. Będąc z nim jednością poznałam wiele z jego myśli. Były mroczne jak jego dusza, przesiąknięta krwią i łzami, zaklęta w tych pędach i korzeniach. On jest bardzo stary, był tu zanim nasze narody objęły te ziemie w posiadanie. Nienawidzi wojen, uważa je za największe zło. Zawsze cierpiał gdy na przestrzeni wieków synowie tych ziem ginęli na frontach całego świata. Gdy nie wracali do domów. Ta wojna była najstraszniejsza. Pochłonęła wiele bardzo młodych ludzi. Cierpiał gdy wywożono w nieznane naszych sąsiadów, ludzi twojej wiary. Jednak to, co spotkało później ludzi z mojej wioski zabolało go najbardziej i przelało czarę goryczy.

Za wszelką cenę pragnął ocalić życie tych ostatnich. Posłużył się wtedy nami. Ukształtował nas tak jak garncarz zamienia glinę w cudny dzban. Przemienił nas w to co odpowiadało jego zamiarom. Na końcu nieświadomie zawarłeś z nim układ: Ja w zamian za życie ludzi z Kreuzworträtsel.

I dopiął swego. Już nigdy nie zobaczę mamy, taty, przyjaciół. Tamto przepadło bezpowrotnie. Mam za to ciebie. Ci ludzie przeżyli, może dochowali się dzieci, wnucząt. Może gdzieś jeszcze żyje moja rodzina.

Patrzyli sobie w oczy a słoneczny ogród tańczył barwami złotej, polskiej jesieni.

– Wybacz muszę się położyć, czuję się taka zmęczona.

Uniósł ją na rękach i położył do łóżka. Nim zasnęła szeptała mu wprost do ucha:

– To potężna, stara magia Karolku.

Karol gładził jej rude włosy.

– Zachowajmy ją dla siebie – dodała drżącym głosem kobieta. – Tak długo jak tylko możliwe.

Koniec

Źródło: Opowiadanie własne (ignisdei)
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!