Finał - Zima XVI

Dodane przez: mrocznywilk, 13.11.2016, 07:48
Panopticum
Reklama:
Początek serii: http://straszne-historie.pl/story/12115-Marznacy
Spis wszystkich części: http://straszne-historie.pl/profil/4827



Wszedłem po kilku schodkach i stanąłem przy wejściu. Delikatnie nacisnąłem klamkę. Szarpnąłem kilka razy, ale drzwi ani drgnęły. Wolałem ich nie wyważać. Jeśli coś byłoby w środku, tylko niepotrzebnie bym się narażał. Okrążyłem budynek, chcąc zajrzeć do środka, jednak wszystkie okna były zasłonięte kotarami. Stwierdziłem, że najbezpieczniejszym wyjściem będzie zrobienie dziury w jednym z nich. Co prawda, zanim przesunąłbym się za kotarę, nie byłbym w stanie niczego zobaczyć, ale przynajmniej wszedłbym po cichu.

Wybrałem okno znajdujące się najbliżej drzwi, żeby móc od razu je otworzyć. W razie wypadku miałbym gotową drogę ewakuacji. Odkręciłem dolną część noża i zacząłem z pomocą diamentowego ostrza wycinać otwór, przez który spokojnie bym się zmieścił. Wyciągnąłem kawałek pierwszej szyby i od razu zabrałem się za drugą. Oba fragmenty oparłem o ścianę jakiś metr dalej.

Oparłem ręce o parapet i powoli opuściłem się na podłogę. Wysunąłem głowę za kotarę. Okazało się, że wylądowałem w salonie. Był on urządzony w staroświeckim stylu. Meble wyglądały, jakby ktoś ściągnął je z lat siedemdziesiątych zeszłego wieku. Jedynym nowoczesnym elementem był wiszący na ścianie telewizor. Ale co najważniejsze, w pokoju nikogo nie było. Mogłem odetchnąć.

Chwyciłem karabin w dłonie i wyszedłem na korytarz. Rozejrzałem się wokół, ale także tutaj na nic nie trafiłem. Przekręciłem zamek i dla sprawdzenia, czy wszystko jest w porządku, otworzyłem na chwilę drzwi.

Ruszyłem do kolejnych pomieszczeń. Na całym piętrze nie trafiłem na żadne stworzenie, nie usłyszałem nawet szmeru. Jednak byłem zdenerwowany. Wszędzie były porozwieszane obrazy. Miałem wrażenie, że namalowane postaci podążają za mną wzrokiem i tylko czekają, aż się odwrócę, by zaatakować. Głucha cisza i niepewność sprowadzały coraz bardziej mroczne myśli.

Wszedłem po skrzypiących schodach na drugie piętro, jednak i tutaj niczego nie było. Gdy stanąłem w garderobie koło rozłożonych schodów, prowadzących na strych, stwierdziłem, że chyba jednak wolałbym trafić na dom pełny zamarzniętych i jakichś dziwnych chemikaliów. Wtedy przynajmniej wiedziałbym, z czym mam do czynienia.
Przez dziurę w suficie wpadało słoneczne światło. Zatrzymałem się w połowie schodków i zacząłem nasłuchiwać, jednak do moich uszu nie dotarło nic poza cichym szumem wiatru, wpychającego przez zbite okno płatki śniegu.

Wyjrzałem ostrożnie z bronią gotową do strzału. Pomieszczenie wyglądało, jakby doszło w nim do jakiegoś kataklizmu. Wszystko było osmalone, jakby w samym centrum doszło do wybuchu. W drewnianej podłodze miejscami widniały wypalone dziury. Od strony okna strych zaczynał wypełniać śnieg, od którego odbijały się promienie słońca, powoli zbliżającego się ku zachodowi. Obróciłem się w lewo, by ujrzeć leżące pod ścianą sine ciało. Rozejrzałem się szybko za potencjalnymi zagrożeniami. Gdy stwierdziłem, że niebezpieczny może okazać się tylko ten trup, wszedłem w całości na górę.

Ruszyłem w stronę ciała, ostrożnie stawiając każdy krok. Zatrzymałem się jakiś metr przed celem, skąd mogłem już zidentyfikować, czym on jest. Zmarłą była kobieta , prawdopodobnie po czterdziestce. Stwierdzenie tego było dosyć trudne ze względu na to, iż skóra na całym skostniałym z zimna ciele była miejscami prawie że czarna. Głowa była nienaturalnie wykręcona. Byłem niemalże pewien, że skręciła kark po uderzeniu w ścianę. Tylko co spowodowało ten wybuch…

Na szyi kobiety zauważyłem zawieszony jakiś amulet. Był to deltoid, w którym tkwił różowy kryształ, połączony podłużnymi kawałkami czarno-brązowego metalu. Dla pewności ruszyłem ciało lufą karabinu i po braku reakcji odciąłem sznurek, na którym wisiał medalion. Włożyłem go do kieszeni, wyglądał na przydatny.

Obróciłem się i dopiero wtedy zauważyłem ledwo widoczne zarysy wielkiego oka, narysowanego na podłodze. Coraz mniej mi się to podobało. Pod ścianą naprzeciw wejścia leżał połamany stolik. Podszedłem do niego i podniosłem blat, pod którym odkryłem jedną z niewielu rzeczy, które nie uległy zniszczeniu. Była to całkiem spora księga, oprawiona w pokrytą brązową skórą okładkę. Z przodu zostało wygrawerowane oko, zapewne takie samo, jakie kobieta narysowała na podłodze, jeśli to akurat jej mogłem przypisać to wszystko.

– No to zajebiście – mruknąłem sam do siebie. – Liczyłeś na jakieś eksperymenty, a zaraz okaże się, że za zarazą stoi sam Belzebub. Kurwa mać, chyba już nie może być gorzej.

Zacząłem przeglądać pierwsze strony księgi, pełne wszelkiej maści rytuałów, wzorów i rysunków jakichś medalionów oraz przedziwnych stworzeń. W końcu trafiłem na jedną, która wyróżniała się czerwonym podkreśleniami fragmentów tekstu. Wlepiłem oczy w poszczególne linijki, nie wierząc w to, co czytam. Opisany na tej stronie rytuał miał na celu przywołanie demona, dającego władzę nad zimnem. Wymagało to ofiary z zwierzęcia, które ufało osobie przywołującej. Miało ono być swego rodzaju naczyniem. Dalej zostały opisane wszystkie kroki wykonania rytuału, a na koniec najważniejsze, co akurat nie zostało podkreślone. Wszystko trzeba było zrobić na otwartej przestrzeni, a osoba wywołująca powinna stać kilkanaście metrów od narysowanego kredą oka. Od razu po przywołaniu należało wykonać krótki rytuał wiążący demona. Sprowadzał się on do zgaszenia własną krwią świecy, która została zapalona przed pierwszym rytuałem oraz wypowiedzenia imienia demona. Władzę nad nim miał dawać pewien amulet. Obok był jego rysunek. Wyglądał dokładnie tak samo, jak ten, który miałem w kieszeni.

Wziąłem odłamany blat od stolika i położyłem go na śniegu przy oknie. Usiadłem na prowizorycznym siedzeniu i spojrzałem na krajobraz za oknem. Nie paliłem od kilku lat, ale żałowałem, że nie mam teraz przy sobie paczki czerwonych Chesterfieldów. Sytuacja po prostu mnie przerosła. Najpierw zaraza, potem rozbity helikopter, jakaś banda zbirów, śmierć najlepszego przyjaciela, a teraz, na sam koniec, to, jakiś pierdolony demon. I w dodatku, żeby to wszystko zakończyć , musiałem w jakiś sposób pozbyć się go z tego świata. Do tego jest potrzebny jakiś egzorcysta, nie żołnierz! Ale nie miałem wyjścia. Byłem jedyną osobą, która dokładnie wiedziała, co tutaj tak naprawdę się dzieje i jak temu zaradzić. Musiałem spróbować wykonać rytuał wiążący. Nie miałem pojęcia, na jakiej zasadzie to działa, ale tylko w ten sposób mogłem liczyć na to, że w ogóle uda mi się ściągnąć tego demona.

Zszedłem na dół i zacząłem przetrząsać wszystkie szafki w poszukiwaniu potrzebnej mi kredy oraz świeczki. Obie te rzeczy znalazłem w szafie w sypialni. Poza tym, wypełniała ją masa przeróżnego zielska i innych podejrzanych przedmiotów.

Wszedłem na górę i zacząłem rysować na podłodze wzory, posługując się księgą i pozostałymi zarysami. Postawiłem na środku świeczkę, którą od razu zapaliłem. Wyciągnąłem nóż i zrobiłem sobie płytkie nacięcie na przedramieniu.

– Miejmy nadzieję, że to zadziała…

Przyłożyłem ostrze tak, by zaczęła po nim spływać krewi, i skierowałem je na świeczkę. Gdy pierwsze krople zaczęły skapywać na płomień, wzrósł on kilkakrotnie, a następnie zmienił swój kolor na błękitny.

– Raum! – krzyknąłem, gdy tylko świeczka zgasła.

Jeśli wszystko poszło dobrze, to teraz powinienem tylko poczekać na przybycie demona. Skoro miał on być uwięziony w cielesnej formie, mogło to trochę potrwać. Usiadłem w rogu obok stłuczonego okna i zasłoniłem się blatem. Taka pozycja dawała mi widoczność na wejście i okno zarazem.

Oczekując na przybycie czarta, zacząłem odczuwać ciepło promieniujące od ukrytego w kieszeni medalionu. Z każdą minutą rozgrzewał się coraz bardziej. Widocznie wszystko działało tak, jak powinno. Nagle usłyszałem, jak coś chodzi po rynnie. Skierowałem wzrok w stronę okna. Wskoczył przez nie duży kot. Jednak nie było to zwykłe zwierzę, upewniał mnie o tym nieznośnie gorący medalion. Stwór ukrywający się pod zwierzęcą formą podszedł do świeczki i na moich oczach zaczął się przemieniać. Jego kończyny wydłużały się, a sierść zaczęła znikać. Bez zbędnego zastanawiania nacisnąłem spust. Wątpiłem, by jakiś głupi medalion dał mi kontrolę nad demonem, który zyskał moc, pozwalającą na panowanie nad taką potężną zarazą. Stwór, jakby wcale nie poczuł dziurawiących go kul, dokończył przemianę. Podniósł się i obrócił w moją stronę. Teraz stał przede mną ponad dwumetrowy mężczyzna. Jego ciało okrywał czarny płaszcz. Chudą twarz, wykrzywioną w nienawistnym grymasie, pokrywały krwistoczerwone skaryfikacje. Po chwili dziury po pociskach zrosły się.

– Jak śmiesz, śmiertelniku? ¬– huknął. ¬– Myślisz, że możesz się mierzyć z panem zimy?

Zamachnął się ręką, a mnie uderzył silny powiew mroźnego powietrza, wciskający na chwilę w róg. Zacząłem biec w kierunku wyjścia, oddając nieprzerwanie strzały w kierunku demona, który rzucił się za mną. Gdy byłem już przy włazie, kolejny powiew zmiótł mnie z nóg. Przewróciłem się, ale na szczęście wpadłem prosto w dziurę w podłodze. Moje żebra przyjęły kilka uderzeń o schody, ale na szczęście wciąż byłem sprawny. Odbezpieczyłem jeden granat i rzuciłem go za siebie, gdy wybiegałem z garderoby.

Zbiegając już po schodach usłyszałem wybuch i krzyk. Wątpiłem, by mu to jakoś poważnie zaszkodziło, ale chciałem go jak najbardziej rozwścieczyć. Skoro nie działała na niego broń, pozostało mi tylko wierzyć w moc amuletu. Gdy byłem już na parterze, wpadłem do łazienki i chwyciłem jakiś żel, który rzuciłem w stronę kuchni, chcąc narobić tam jak najwięcej hałasu. Zadziałało. Demon nie myśląc, w szale ruszył w tamtą stronę, nieświadomie mnie omijając. Wybuch sprawił, że był teraz półnagi, a jego nowa skóra dopiero zaczynała go porastać. Ruszyłem za nim, wierząc, że mnie nie usłyszy.

Zatrzymał się przy wejściu do kuchni, próbując mnie tam wypatrzeć. Gdy wyczuł, że tak naprawdę stoję tuż zanim, było dla niego już za późno. Zamachnąłem się z całej siły i wbiłem medalion w miejsce, w którym człowiek miałby serce. Towarzyszył temu przeraźliwy wrzask. Na jego całym ciele zaczęły pojawiać się świecące pęknięcia. Fragmenty jego ciała zaczęły odpadać od całości.

Zacząłem się wycofywać, jednak niewiele to dało, gdy nastąpił potężny wybuch. Emanujące przy tym jasnoniebieskie światło sprawiło, iż nie widziałem nawet, gdzie popycha mnie fala uderzeniowa.

Gdy po ułamku sekundy w coś uderzyłem, ból sparaliżował całe moje cało. Dopiero gdy zniknęły skutki oślepienia, zauważyłem, że siedzę oparty o rozwaloną komodę. Nie miałem siły ani chęci, żeby się stamtąd ruszać. Pomimo bólu, rozluźniłem wszystkie mięśnie. Dałem opaść głowie na fragment mebla. Czułem się wręcz wykończony, ale jednocześnie spełniony. To był wreszcie koniec! Wykonałem swoją powinność, a po tym wszystkim mogłem wreszcie odpocząć. Zamknąłem oczy.


Ze snu wyrwały mnie głosy przyjaciół. Otworzyłem oczy i zauważyłem dwie postaci, idące w moją stronę przez to pobojowisko, depcząc obrazy, połamane meble i odłamki ścian.

– Andrzej! Ty żyjesz, chłopie – krzyknął z entuzjazmem Kazimierz, gdy zacząłem kasłać przez zalegający w płucach kurz.

– Też mi się tak zdaje – wykaszlałem i jęknąłem, gdy poczułem ból w plecach.

– Jak usłyszeliśmy, co się tutaj wyrabia, to mieliśmy obawy, że przepadniesz razem z tym przeklętym domem. – Spojrzał na Karola. – Łap go z lewej strony. Przecież nie będziemy siedzieć w tej ruinie.

Gdy złapali mnie pod ramionami, poczułem jeszcze jedną falę ostrego bólu, jednak później jakoś się to unormowało. Pojedyncze ukłucia były do zniesienia. Cieszyło mnie, że nie czułem, bym cokolwiek złamał.

– Jest pan bohaterem – stwierdził z dumą w głosie chłopak. – Gdy doszło do tego drugiego wybuchu, zauważyliśmy jakąś świetlistą falę, która rozeszła się po całej okolicy. W tym samym momencie wszyscy zamarznięci zamilkli.

– No właśnie, opowiadaj, na co tam trafiłeś?

– Sam jeszcze nie wiem – odparłem.

– Jak to nie wiesz? – spytał ze zdziwieniem.

– Będę musiał wymyślić jakąś historię, bo raczej nikt nie uwierzy, jak powiem, że za tym wszystkim stało jakieś pieprznięte babsko i demon.

– Że jak, demon? To jakiś skrót czy naprawdę mówisz o złym duchu?

– Właśnie o to mi chodzi, to zbyt popierdolone, by ktokolwiek uwierzył. Młody, leć na strych. Powinna tam leżeć taka spora książka, przynieś ją. Będę musiał wymyślić jakąś bardziej wiarygodną wersję zdarzeń. Zrzucę winę na jakieś tajne eksperymenty czy cokolwiek innego. Mamy czas.

Wyszedłem na dwór, opierając się o ramię policjanta. Nieopodal widziałem zamarzniętych, którzy zostali już tylko pokrytymi lodem ciałami. Zachodzące słońce ostatnimi promieniami oświetlało miasto, które mogło wreszcie odpocząć.

– To co teraz robimy? – spytał Karol, stając przede mną z przyczyną całego zła w rękach.

– Widzieliście może gdzieś w pobliżu jakiś bar? Nasączymy czymś to cholerstwo, żeby ładnie płonęło. Później uczcimy nadejście lepszego jutra!


***


Byłem pewien, że spędzę w tej rozpadlinie wieczność. Jednak coś się zmieniło. Siedziałem wpatrzony przed siebie, wprost na migające nieprzerwanie czerwone światełko alarmu, rozmyślając nad dalszym sensem swojego istnienia, kiedy ujrzałem jakiś błysk. Razem z nim do mojego zamarzniętego ciała dotarła jakaś dziwna energia. Po kilku minutach mogłem już ruszać oczami. Jakiś kwadrans później zacząłem odczuwać, że w ogóle posiadam ciało. Z godziny na godzinę kolejne mięśnie zaczynały funkcjonować. Każdy ruch wykonywałem ostrożnie, nie chciałem niczego uszkodzić. Pomimo strasznego zimna, które doskwierało coraz bardziej, odzyskałem nadzieję. Nie miałem pojęcia, co się stało, ale znowu zostałem sobą! Nie męczył mnie już żaden zew.

Gdy byłem w stanie poruszać wszystkimi kończynami, spróbowałem otworzyć korbką jedno z tylnych okien. Męczyłem się z tym przez kilka minut, ale udało się, mróz puścił. Pozostał tylko jeden problem, samochód leżał w rozpadlinie, przykryty parometrową warstwą śniegu. Naciągnąłem rękawice narciarskie i zacząłem wgarniać śnieg do wnętrza pojazdu. Pomagałem sobie w zdrapywaniu go wyrwanym od skrzyni biegów drążkiem. Była to mozolna praca, ale w końcu zapełniłem samochód. Wszedłem do środka śnieżnego tunelu i drążyłem dalej na ślepo, dopóki nie ujrzałem pomarańczowego światła słońca zachodzącego nad zabielonym lasem. Był to najpiękniejszy widok w całym moim życiu. Zwiastował szansę na przetrwanie.

Chwyciłem drążek w prawą dłoń. Wbijając go w śnieg, powoli wspinałem się po stromym zboczu. Ześliznąłem się kilka razy, jednak w końcu wszedłem na samą górę. Przede mną było kilka godzin drogi, jednak nie był to już żaden problem. Liczyło się tylko to, że wreszcie byłem wolny! Ułamałem kawałek gałęzi z rosnącego na poboczu klonu i powoli zacząłem podążać w stronę ukochanego miasta.


***


Byliśmy już kilkadziesiąt metrów od hotelu. Sześciopiętrowy budynek robił wrażenie. Wielkie okna odbijały wszystko wokół, nie pozwalając na zobaczenie wnętrza. Wydawało się, że zajmują one większą część ścian. Niezauważeni dotarliśmy do wnętrza budynku. Stanęliśmy w holu, pełnym wszelakich zdobień. W całym wnętrzu przeważały czerwień, złoto oraz biel. Wewnątrz panowało względne ciepło, więc od razu zrzuciliśmy płaszcze. Czułam chorą ekscytację. Gdy wiedziałam, że i tak niebawem czeka mnie śmierć, nie obawiałam się już niczego. Byłam gotowa na wszystko, jednak najbardziej zależało mi na dotarciu do apartamentu. Chciałam wykorzystać ostatnie godziny życia jak najlepiej.
Nieopodal recepcji kręcił się jeden z zarażonych członków obsługi hotelu, który jeszcze nas nie zauważył. Chwyciłam stojący nieopodal wazon i rzuciłam nim, próbując trafić w głowę. Rzut był tak udany, że stwór przewrócił się na granitową posadzkę. Marcin dobił go strzałem w głowę. Co dziwne, hotel okazał się dosyć opustoszały. Nie usłyszałam żadnej gwałtownej reakcji na hałas. Podeszliśmy do recepcji i na wypadek działania systemu magnetycznego zabraliśmy kilka kart do apartamentów.

Stanęłam przed schodami pokrytymi czerwono-złotym dywanem.

– Dogonisz mnie? – spytałam zadziornie i zaczęłam biec po schodach.

Marcin tylko uśmiechnął się szeroko, po czym ruszył za mną. W dłoni trzymałam Walthera, którego użyłam już na następnym piętrze, strzelając w głowę zarażonej sprzątaczki, wchodzącej po schodach. Chwilę później z ogromnych drzwi prowadzących na korytarz wybiegł jeden z gości. Nim zajął się już Marcin. Po drodze na ostatnie piętro przydarzyło nam się jeszcze kilka takich sytuacji. Ciągle zerkałam do tyłu za goniącym mnie chłopakiem. Gdy wbiegłam na samą górę, Marcin był tylko pół piętra za mną. Zastrzeliłam dwóch zarażonych, spacerujących po korytarzu i już miałam złapać za klamkę od pierwszego pokoju, kiedy mnie dogonił. Chwycił mnie za talię jak przy naszym pierwszym spotkaniu, jednak tym razem nie towarzyszył temu strach, a zadowolenie. Zbliżył usta do mojego ucha.

– Znowu mi uciekasz? – spytał ciepłym głosem.

Obróciłam głowę w jego stronę. To spotkanie naszych ust było najbardziej namiętnym z dotychczasowych. Oparłam się o drzwi i zaczęłam odpowiadać na jego coraz bardziej łapczywe pocałunki, jednak po chwili wpadłam na coś lepszego. Przyłożyłam dwa palce do jego ust. Gdybym mu nie przerwała, wszystko rozwinęłoby się zbyt szybko. Spojrzał na mnie pytająco.

– Na nagrodę trzeba chwilę poczekać – odparłam i uśmiechnęłam się zalotnie.

Pociągnięciem za klamkę otworzyłam drzwi od apartamentu, system magnetyczny nie miał dodatkowego zasilania. Weszliśmy do środka. Wielkie okna sprawiały, że pomieszczenie było wręcz świetliste. Uczucie to potęgowało jasne wyposażenie i ogrom wolnej przestrzeni. Wszystko wyglądało wręcz idealnie, by spędzić tutaj ostanie chwile życia. Jedynym zniszczonym elementem był szklany stolik, stojący kilka metrów od wejścia. Ktoś musiał go stłuc, kiedy uciekał z hotelu. Wystarczyło na chwilę zamilknąć i posłuchać ciszy, by stwierdzić, że jesteśmy tutaj sami. Zgarnęliśmy odłamki pod ścianę i podeszliśmy do balkonu. Gdyby nie panujący na dworze mróz, wyszlibyśmy na zewnątrz, ale i stąd widok zapierał dech w piersiach. Miasto wyglądało, jakby zapadło w zimowy sen. Promienie słońca zbliżającego się do horyzontu były rozpraszane przez rozciągnięte kilometrami tysiące budynków pokrytych lodem. Stąd nie było widać czających się za każdym rogiem zarażonych ani pojedynczych ludzi, którzy przetrwali jak my. Aż ciężko było uwierzyć, że za kilka godzin to miejsce zostanie zniszczone.

– Pójdziesz spojrzeć, czy mamy w ogóle bieżącą wodę? Jeśli wszystko jest w porządku, powinniśmy się umyć, bo mam już dosyć tego całego potu. Ja tymczasem zobaczę, czy mamy w lodówce coś dobrego do picia.

– Jasne, już idę.

Przeszłam do barku, umieszczonego po prawej stronie pomieszczenia. Lodówka już dawno przestała działać, jednak jej wnętrze było dosyć chłodne. Przejrzałam jej zawartość i na sam początek wybrałam butelkę szampana. Zaczęłam rozglądać się za kieliszkami, jednak szybko odwiódł mnie od tego wrzask zarażonego, krzyk Marcina i trzaśnięcie drzwi. Pobiegłam w stronę łazienki. Po drodze wzięłam Walthera z szafki przy wejściu.

To, co zauważyłam, sprawiło, że coś we mnie umarło. Chłopak siedział oparty o drzwi, a jego lewą rękę znaczyły głębokie ślady po pazurach.

– Skurwysyn siedział w środku – jęknął. – Był tak cicho, że nawet go nie usłyszeliśmy. Jakby specjalnie czekał, aż ktoś wejdzie do łazienki. Nie zdążyłem się wycofać. Przepraszam.

– Nie… – mój głos zaczął się łamać. Czułam łzy napływające do oczy. – Dlaczego… Nie tak mieliśmy skończyć! Nie w ten sposób!

– Musisz mnie zabić – powiedział ciężko. Spojrzał na siniejącą rękę. Pierwszy raz ujrzałam na jego policzkach łzy. – Przestaję już cokolwiek czuć.

Klęknęłam obok niego.

– Nie potrafię tego zrobić...

– Dasz radę. Nie pozwolę na to, bym cię skrzywdził. Za bardzo cię kocham.

Chwycił prawą ręką dłoń, w której trzymałam Walthera. Jego uścisk był coraz słabszy.

– Proszę, nie zmuszaj mnie do tego… – wyłkałam.

Zaczął podnosić moją dłoń. Lufa przylgnęła do jego głowy. Położył swój palec na tym, który trzymałam na spuście.

– Żegnaj, kochanie – westchnął i po prostu przycisnął palec.

Ta jedna kula zabrała najbliższą mi osobę. Całkowicie zalałam się łzami. Zaraza odebrała mi wszystko, nawet godną śmierć z ukochanym. Leżałam obok niego, wtulając się w nieruchomą już pierś. Przed zamkniętymi oczami ujrzałam błysk światła. Uznałam to za impuls do działania. Pragnęłam wyłącznie zemsty.

Chwyciłam ze stolika karabin Marcina, żeby nafaszerować zarażonego jak największą ilością kul. Otworzyłam drzwi od łazienki i wystrzeliłam serię przed siebie, jednak wszystkie pociski uderzyły w ścianę. Zarażony leżał nieruchomo na podłodze, chociaż nie znaczyła go żadna rana. Postrzeliłam go w rękę, ale nie zareagował. Był martwy. A więc odebrano mi nawet zemstę.

Żal rozsadzał mnie od środka. Wyszłam na korytarz i zaczęłam krzyczeć tak głośno, jak tylko mogłam.

– Zabierzcie i mnie, nie chcę już żyć!

Nie usłyszałam nawet warknięcia. Absolutna cisza. Wróciłam do pokoju i wyszłam na balkon, nie rozumiejąc, co się dzieje. Zimny wiatr przeszywał mnie na wskroś. Spojrzałam na dół. Wszyscy zarażeni, którzy wcześniej nieprzerwanie szwendali się po ulicach, leżeli martwi. Zaraza opuściła zamarznięte ciała, jakby nigdy nie istniała. I to wszystko chwilę po tym, jak zabiłam Marcina. W tym momencie uległ zniszczeniu ostatni fragment mojej psychiki. Chciałam już po prostu z tym wszystkim skończyć.

Oddałam się wiatrowi, który powoli zamieniał się w wichurę. Jego mroźny dotyk łagodził ból. Wystarczyło zrobić jeden krok. Przechyliłam się za barierkę.

Jedyną rzeczą, jaką byłam jeszcze w stanie odczuwać, były łzy rozpływające się po całej twarzy, gdy zbliżałam się na spotkanie ze śmiercią.



Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień, jeżeli opowiadanie się spodobało. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania. ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.
https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor Panopticum
Źródło: Cząstka mojej wyobraźni
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!