Historia

Zebrzydka

maciekzolnowski 0 7 lat temu 971 odsłon Czas czytania: ~6 minut
Pod nogami mieniły się ślicznie pożółkłe i gdzieniegdzie sczerniałe liście, gdy raz jesienią trawersował zbocza Zebrzydki. Tak, tak, sczerniałe liście. Niby normalna rzecz, w końcu idzie zima, myślał. A jednak ta plamistość listowia zaciekawiła go niezmiernie. Wyglądało na to, że małe czarne dziury, czarne punkty na liściu, pożerają w nim stopniowo wszystko, co jeszcze do niedawna tak radośnie i ekspansywnie żyło, kwitło, rosło i rozrastało się. Czarna materia stawała się w jego oczach symbolem przemijania, obracania się w to, co telluryczne: popiół, proch marny, pył i ziemię. I być może pod wpływem jakiegoś impulsu lub tak zwyczajnie, tak po prostu zszedł ze szlaku i wszedł w ciemny las.
Wciąż patrzył pod nogi i na bieżąco analizował to, co widzi. I zauważył, choć nie od razu, że plamy na opadłym listowiu stają się bardziej czarne w miarę przesuwania się w jednym konkretnym kierunku, po gradiencie. Rozejrzał się. Plamy na poszczególnych listkach zaczynały zajmować coraz większą część ich normalnie pożółkłej powierzchni. I teraz po tych dziesięciu, piętnastu metrach odległości, jaką przebył, były już naprawdę wielkie. Ta prawidłowość dotyczyła zarówno tego, co było po prawej, jak i tego, co miał po swej lewej stronie. Słowem, musiało istnieć gdzieś jakieś centrum, jakaś czerń czerni, wokół której rozsiane były owe listki: bardziej zaczernione od strony tego właśnie centrum, a „klasycznie” pożółkłe im dalej od niego się znajdywały. Przetarł oczy, a gdy je otworzył i się rozejrzał, zaobserwował zakrwawione liście i mnóstwo martwych ptaków leżących wśród mchów i porostów. Na samym zaś środku pobliskiego strumyka, na jego dnie, tkwiło sarnie truchło opłukiwane przez wody z resztek jątrzącej się jeszcze juchy.
Przywidzenie? Urojenie? Majak? Oczom nie wierzył, więc przetarł je ponownie. I co? Ano wszystko było teraz po bożemu: przebrzmiałe opadłe liście – na swoim miejscu; łyse drzewa – na swoim; nagie gdzieniegdzie skały – na swoim. Chyba nie muszę nic mówić o skutkach doznanej halucynacji, tutaj, w tych dzikich ostępach. Dla niego owa wizja oznaczała przyspieszone bicie serca, płytki oddech i... na razie tylko tyle. Była jak grom z jasnego nieba. Błąkający się po lesie, spragniony przygód i niesamowitych wrażeń wędrowiec tylko czeka na podobne historie, na podobne historie i podobne doznania, które go dosięgają jak wspomniany grom z jasnego nieba. A co dziwniejsze nic w tej kniei nie bzyczało ani nie buczało, nie śpiewały ptaki i nie szumiały drzewa.
Tak na marginesie, to ciekawe, kto jaki obraz lasu nosi w sobie i kiedy ów las jawi mu się jako miejsce pełne życia, a kiedy jako miejsce pełne smutku i wszelkiej martwoty niczym kostnica albo przycmentarna krypta? Kiedy leśna cisza bywa straszna i złowieszcza, a kiedy wprawia nas w błogostan i stan dionizyjskiej beztroski? Kiedy szumiące drzewa grają kołysankę, a kiedy intonują „Króla Olch” albo „Być bliżej Ciebie chcę”? Może lepiej, kiedy wcale nie szumią... te stare buki, jodły i świerki? Może lepiej, kiedy w ogóle nic nie szumi i nic nie gra?
I oto doszedł wędrowiec do epicentrum zszarzałej materii listnej, gdzie poczuł się, jakby zmienił strefę klimatyczną i wstąpił na chwilę, cofnął się z powrotem do lata. Są, to znaczy zdarzają się niekiedy takie oazy ciepła, solarne ekspozytury Południa, ostatnie bastiony najgorętszej z pór roku.
Spojrzał przed siebie, a tam na środku niewielkiej śródleśnej polanki znajdował się krzak czarnej jagody, taka roślinka jak z broszurki Świadków Jehowy, malowana i śliczna. Jako wytrawny zielarz i zbieracz runa leśnego rozpoznał go od razu: po listkach i po łodyżce. I serce zaczęło mu bić mocniej. Oniemiał. Dojrzałe borówki? Ale o tej porze? Tu w Beskidach, w umiarkowanym naszym klimacie? Nie, to nie może być prawda! Wtem, gdy się tak bił z myślami, ktoś znienacka położył mu lodowatą dłoń na ramieniu, ktoś stojący za nim, kogo twarzy nie widział, a obecności nie wyczuł, bo i wyczuć nie mógł. Wnet zerwał się silny wiatr i właśnie wiatr był tym, co zapamiętał nim puściła mu się krew z nosa i stracił przytomność.
Obudził się następnego dnia o świcie w swoim łóżku z początku nic nie pamiętając. Jednak wiejskie śniadanie – chleb, jajecznica i świeże, jeszcze ciepłe mleko prosto od krowy – oraz poranna toaleta z kubełkiem wody studziennej w roli głównej przywróciły mu pamięć. Nie mógł uwierzyć w to, co mu się ledwie co przytrafiło, ani w to, co mu się w kniei przywidziało. Postanowił co rychlej wywiązać się ze swych domowych obowiązków i około południa najszybciej jak mógł pogalopował w to samo, znajdujące się w głębokiej dziczy miejsce, w którym rósł ów tajemniczy krzew.
Tym razem nie zważał już na telluryczne oblicze natury, na martwą tkankę „tradycyjnie” pożółkłego listowia, na proces obumierania, nie myślał o rozpadzie, rozkładzie ani o krwi. Nie było na to czasu, gdyż bezlitosny las skrywał coś, czego nie można było odkładać na potem. Nie rozpraszał się, lecz biegł, gnał niczym gna wicher po halach i równiach prędziuchno. I w końcu dotarł na miejsce. I ujrzał to, co ujrzał.
Na środku niewielkiej śródleśnej polanki znajdował się krzak czarnej jagody, nazywanej przez miejscowych borówką, wraz ze smakowitymi owocami. Dopiero teraz serce zaczęło mu łomotać, a niezrozumienie, które zdominowało cały jego umysł, powoli przechodziło w oniemienie, a nawet w osłupienie, by po chwili ustąpić miejsca czemuś, co można nazwać lękiem przed nieznanym. Zdołał jednakże opanować się na tyle, by móc zmusić się do działania, do jakiejś formy aktywności. Zerwał z krzaka, a następnie skosztował od razu parę jagódek na raz, kierując się instynktem wytrawnego zbieracza i niepohamowanego smakosza owoców leśnych. Te – były wyjątkowo słodkie i właśnie mięsiste, niewypowiedzianie wprost soczyste. Nagle położył mu ktoś zimną kościstą dłoń na ramieniu, ktoś, kto przyczaił się z tyłu. Domyślił się, że musiała to być ta sama istota, którą na swe nieszczęście spotkał wczoraj tuż przed feralną utratą świadomości. I wnet znów zerwał się halny. I właśnie wiatr był tym, co zapamiętał nim ponownie urwał mu się film.
Ocknął się po dłuższej fermacie w jakiejś wilgotnej pieczarze, pełnej stalaktytów i stalagmitów; w ciemnej, zimnej, przestronnej, efektownej jaskini. No może nie były to przysłowiowe egipskie ciemności; coś tam jednak było widać, a jego oczy, adaptujące się, zaczynały wyciągać z tej czerni kolory – wszystkie ciemne i szare. Nie przestał się bać, no ba! Każdy by się bał, znalazłszy się w okolicznościach, w jakich przyszło mu to piękno naturalne podziwiać – owo piękno, zrodzone bez pomocy pędzla i dłuta w jakiś, zdać by się mogło, magiczny sposób. Są na tym świecie – jak mniemam – zadumane nad sobą miejsca, które istnieją wyłącznie dla siebie i obserwatorów ni żadnych świadków nie potrzebują.
Tymczasem z głębi pieczary poczęła się wyłaniać tajemnicza postać o zapadniętych licach i zzieleniałej, wysuszonej twarzy, o sylwetce, która naprzemiennie przybierała postać: raz po raz a to pięknej dziewicy, a to znowu zdeformowanego humanoida, takiego z wężami i robalami miast włosów. Gdyby ktoś był wredny i niemiły, mógłby zadać kreaturze pytanie „no co tam, próchniejemy?” i czekać na respons. Ale nasz bohater nie był wredny, nie był wredny ani nie był głupio odważny. I gdy się zbliżyła na odległość oddechu, odczuł niemalże, że ku niemu pełzają i go obłażą, że go te włosy bez mała pożerają. A fetor z jej ust – z tej plugawej jamy, gdzie powinny się owe usta znajdować – napawał go niekłamaną wprost odrazą.
Ale pal diabli jamę! Grunt to optymizm! Postarajmy się być pozytywni. Teraz przynajmniej wiemy, co go w tym mateczniku natury naprawdę zachwyciło, co mu się w tej czarownej otchłani tak bardzo spodobało. To, czego natomiast nie wiemy, to – po pierwsze – jaka jest natura owej czarciej baby i – po drugie – jakie są motywy jej działania. Spieszę z wypełnieniem luki w kolejnych frazach i akapitach tej klechdy, choć – tak po prawdzie – niewiedza jest czasem lepsza od wiedzy, a w tym przypadku niewiedza jest tym, co mogę zaoferować najlepszego. Zresztą niczego konkretnego powiedzieć nie mogę, nikt nie może. Nie może powiedzieć nawet matka tego nieszczęśnika, który miał pecha stać się bohaterem skromnej tej opowiastki. Musimy poprzestać więc na domysłach...
Oto, co głosi miejscowa legenda do znudzenia powtarzana przy kominku w starej, drewnianej, zapyziałej karczmie „Pod Zebrzydką” przy trzecim, czwartym i piątym piwku. Głosi, że nieszczęśnik po wsze czasy uwięziony został przez okrutną czarownicę, która te góry zamieszkiwała od wieków. Uprawiała ona różne zioła o zupełnie nadnaturalnych właściwościach wykraczających daleko poza granice botaniki klasycznej. A strzegła swych upraw zazdrośnie i uparcie. I kiedy przychodził czas pełni, upuszczała krew swej ofierze podług swych pasożytniczych, diabolicznych potrzeb. I zapewne ją piła, tak sądzą niektórzy (wliczając autora tej skromnej gawędy). On zaś, nieborak, przynajmniej raz w miesiącu, niezależnie od pory roku, dostawał dzban pełen najwspanialszych jagód, które go w magiczny sposób podtrzymywały przy życiu aż do kolejnej pełni, czyli nocy ofiarowania. I tak wkoło Macieju odprawiany i powtarzany był ten chory rytuał.
Starzy ludzie spod Zebrzydki powiadają, że czasem, kiedy burzy się surowy, zimny Boreasz, da się usłyszeć w borze przeciągłe wołanie „mamo, mamo”. I że to wołanie jest bardzo smutne i przepełnione tęsknotą. A nade wszystko pojawia się szloch.
Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje