Historia

Konsumpcja cywilizacyjna

pariah777 2 7 lat temu 5 432 odsłon Czas czytania: ~7 minut

– No to zabłysnęliście – mruknął Marczewski. – Chwała i oklaski wam, wandale uliczni.

Wpatrywał się w napis umieszczony sprayem na ścianie budynku. Między palcami ściskał papierosa, ale od dłuższej chwili już w ogóle się nim nie interesował, nałóg przeszedł na drugi plan, wypchnięty przez poetycką pasję.

– Pan się nie rusza – zawołał mężczyzna do bezdomnego.

Tamten był nieprzytomny, więc nawet nie zareagował. Leżał na chodniku. Możliwe, iż spał, gdyż oczy miał zamknięte, a ruszał jedynie ustami, jakby coś szeptał przez sen. Marczewski chłonął ten obraz oczami, jak tylko mógł. Chciał go wyryć sobie w pamięci, a potem, już w domowym zaciszu, umiejętnie przenieść słowami na kartkę. Ostatecznie stwierdził, że lepiej będzie, jeśli dodatkowo udokumentuje całą sytuację, w razie gdyby zapomniał jakiegoś detalu. Toteż wyrzucił papierosa, chwycił telefon i zrobił zdjęcie.

– Mógłby pan być modelem – rzucił zadowolony do łachmaniarza.

I już się odwracał, chcąc znów ruszyć w drogę, lecz został zatrzymany przez kilka zupełnie nieoczekiwanych słów, które wymknęły się z ust biedaka:

– Trzeba o nas mówić.

Marczewski zbliżył się do niego o parę kroków i przyjrzał mu się uważniej, po czym spoglądając to na napis, to na bezdomnego, zapytał:

– A więc mam przyjemność z autorem?

– Trzeba o nas mówić – odburknął leżący, znowu powtarzając treść graffiti.

– Umiem czytać – oznajmił poeta. – Ale celowo akurat tutaj sobie leżakujesz? To jakiś performance?

Łachmaniarz znieruchomiał kompletnie, ucinając i tak kiepską konwersację. Marczewski natomiast, zaintrygowany całym zajściem, chwilę jeszcze postał, po czym odszedł z pewnym niedosytem, pogrążony w myślach.

Próbował odgadnąć związek między bezdomnym a napisem. Zerkał co jakiś czas na zdjęcie, a następnie zawieszał wzrok na czymś odległym oraz zupełnie nieistotnym i szedł ślepo naprzód. Im dłużej się nad tym głowił, tym większa frustracja go ogarniała, gdyż chciał czym prędzej chwycić uśpiony w zdarzeniu potencjał, lecz ten wciąż wydawał mu się niedostępny. Sam napisał, a potem się pod tym położył – tłumaczył sobie. – Ale kto widział starego, brudnego dziadka bawiącego się w bazgranie po ścianach?

Każda postawiona przez niego teza ostatecznie musiała uznać wyższość kontrargumentów i się rozpaść. Jedyne w pełni logiczne wyjaśnienie mógł stanowić zbieg okoliczności, stwierdził wreszcie Marczewski, lecz ta interpretacja faktów w pewien sposób burzyła magiczny ich charakter, przez co nie było mowy o czerpaniu z nich natchnienia.

– Cholerna zabawa w poetę... – westchnął.

Nieco oprzytomniał i powrócił do rzeczywistości. Wytężył wzrok, próbując dostrzec w ciemności wskazówki na tarczy zegarka. Była dwudziesta. Zaniepokoił się, zauważywszy, iż wieczorny, nie do końca legalny spacer po mieście z papierosem przedłużył się o prawie godzinę. Rozejrzał się, chcąc ustalić swoje dokładne położenie, ale okolicy nie rozpoznał. Zresztą we wszechobecnym mroku ciężko mu było cokolwiek dojrzeć. Na ulicy brakowało lamp, nawet za oknami budynków nie paliło się światło.

– Co jest? – warknął oburzony.

Nic się nie ruszało. Cisza panowała w parze z bezruchem. Marczewski, zaniepokojony stanem rzeczy, wyciągnął z kieszeni telefon.

– Bez jaj, błagam – zdenerwował się, spostrzegłszy, że komórka się rozładowała.

Nie przypuszczał, iż wyświetlanie co chwila tego samego zdjęcia może obciążyć urządzenie na tyle, by to padło z wycieńczenia. Nie mając innych możliwości, rozejrzał się ponownie. Stare, obdrapane kamienice tonące w czerni osaczały go z dwóch stron. Wyglądały niczym zębiska, czekające tylko na odpowiedni moment, aby pochwycić ofiarę. Mężczyznę poczuł wzbierający w głębi umysłu lęk i, nie chcąc panikować, odwrócił się i po prostu zaczął iść w stronę, z której przyszedł.

Po kilku krokach się jednak zatrzymał. Zmrużył oczy, odruchowo zacisnął dłonie w pięści. Coś stało przed nim, na samym środku ulicy. Przypominało człowieka.

– Trzeba o nas mówić – wymamrotało.

Marczewskiego obleciał dreszcz. Poeta cofnął się o kilka kroków do tyłu.

– Trzeba o nas mówić – powtórzyło, podążając za mężczyzną, tym samym nie pozwalając mu się oddalić.

Walczyć? Brać nogi za pas? Nie był pewien, którą z tych możliwości wybrać, a łomoczące serce nagliło do podjęcia decyzji. Pod tą presją tchórzostwo przeważyło. Artysta rzucił się biegiem w paszczę obcego, mrocznego miasta. Nawet nie patrzył, po czym stąpa, przez co kilkukrotnie by się przewrócił, lecz za każdym razem udało mu się magicznym sposobem zachować równowagę. Ta brawurowa ucieczka wcale nie trwała długo, gdyż już po chwili kolka zmusiła mężczyznę do zatrzymania się. Ten, dojrzawszy akurat boczny zaułek, postanowił się w nim na moment zaszyć. Wdepnął w kałużę nieznanej mu cieczy, otarł się o stertę rupieci, a następnie zwinnie przykląkł za kontenerem na odpady, ciężko sapiąc.

Gdy już nieco uspokoił oddech, zaczął nasłuchiwać. I znów – cisza. Zero ruchu. Dziecinne umknięcie tajemniczej postaci nie wystarczyło, by ukoić jego nerwy, a wręcz przeciwnie, dostarczyło nowych zmartwień. W wąskiej uliczce śmierdziało, mrok był jeszcze gęstszy niż gdziekolwiek indziej, a i brakowało dalszej rozsądnej drogi odwrotu. Marczewski mógł albo wrócić na ulicę i tam ewentualnie skonfrontować się z dziwadłem, albo brnąć głębiej w labirynt alejek. Nocowanie pośród śmieci, choć w pewien sposób kuszące pozornym bezpieczeństwem, nie wchodziło w grę.

Nim poeta zdążył rozstrzygnąć swój dylemat, pewien głos przyszedł mu z ratunkiem.

– Widzę cię, kochanieńki – delikatny, wręcz uwodzicielski szept przeniknął mężczyźnie do świadomości.

Dobiegał on z głębi budynku, znajdującego się tuż przy kontenerze.

– No chodź, chodź...

Słodycz tych słów nazbyt kontrastowała z wrogością miasta, by nie ulec ich czarowi. Artysta, nieco otępiały, po omacku odnalazł odpowiednie drzwi i wkroczył do zaciemnionej sali. Przez chwilę wpatrywał się w czerń pochłaniającą wszystko wokół, aż wreszcie wyłoniły się z niej kontury. Spostrzegł, że znalazł się w czymś na kształt knajpy. Za barem stała kobieta. Uśmiechała się przyjaźnie i gestem zachęciła nowo przybyłego do zajęcia miejsca. Marczewski, nie mogąc oderwać wzroku od jej rozmytej w mroku sylwetki, potykając się, dotarł do jednego ze stołów i usiadł przy nim.

– Biedaku.

Wzdrygnął się, słysząc męski głos. Spojrzał w bok i ujrzał zarośniętą twarz mężczyzny niewiele starszego od niego. Nieznajomy wystukiwał palcami rytm, a głowę miał zwieszoną.

– Miło, że się dosiadłeś – oznajmił.

Dało się wyczuć, iż jest lekko wstawiony. Artysta chciał czym prędzej się poderwać i wyjść z lokalu albo chociaż zmienić miejsce, lecz na myśl o jeszcze ciemniejszych ulicach zrobiło mu się słabo.

– Tkwimy w tym samym bagnie – kontynuował pijak. – Nawet nie wiesz, z czym my mamy do czynienia. Ale biologia to mój żywioł, więc chodź bliżej, coś ci powiem.

Marczewski nawet nie drgnął, za to jego rozmówca nachylił się i mówił dalej, ściszonym głosem:

– To drapieżnik. Zwabia wybitne jednostki i na nich ucztuje. Powoli wysysa z nich soki. Przykro mi, że ty też tak skończyłeś...

Zamyślił się, po czym nagle rzucił barmance nienawistne spojrzenie i gdy się znów odezwał, aż kipiał z wściekłości.

– Zabrało mi wszystko – syczał nienawistnie. – Wszystko! A mnie skazało na powolne konanie, draństwo! Zresztą ciebie też to czeka.

– O czym ty... – zaczął poeta, lecz rozmówca nie pozwolił mu skończyć.

– O mieście! To żywy organizm – tłumaczył, dziko przy tym gestykulując. – Idziesz sobie, idziesz, a tu nagle słońce zachodzi i hyc! Już jesteś w sidłach. Pośrodku niczego. Modlisz się o ratunek, ale w mózg wpełza ci mrok. Spójrz na nich!

Ni skąd ni zowąd do baru zaczęli schodzić się inni. Wkraczali do środka i sadowili się przy pierwszym lepszym stoliku, a następnie trwali tak w marazmie.

– Są wypaczeni, miasto wyssało z nich energię. Zajmuję się tym zjawiskiem odkąd pewnego dnia usłyszałem szum krwi dochodzący ze ścian w moim domu. Wyszedłem na ulicę, przysłuchiwałem się każdej kostce brukowej, każdemu słupowi, aż wreszcie nastała noc. No i jestem!

Cały swój wywód zwieńczył wybuchem obłąkańczego śmiechu.

– A ty, jak tutaj się dostałeś? – zapytał, uspokoiwszy się.

Marczewski nie zdołał odpowiedzieć. Zajęty był przetwarzaniem informacji. Kiedy uzmysłowił sobie, iż wpadł w poważne tarapaty, wstał od stołu i ruszył w kierunku barmanki. Z każdym krokiem odczuwał coraz większą złość. Stanąwszy przed kobietą, nie mógł się już pohamować i uderzył ją w twarz. Ta runęła na podłogę niczym kukła. Poeta, po chwili bacznej obserwacji, stwierdził, że istotnie ma do czynienia z kukłą. Poczuł się kompletnie bezradny. Wszystkie te gęby przyprawiały go o mdłości i nie miał już ochoty ich oglądać. Ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał go na moment pijak.

– Nie dasz rady się uwolnić. Cywilizacja na nas żeruje, cywilizacja jest cholernym drapieżnikiem!

Artysta go odepchnął i wyszedł przed knajpę, po czym zaczął maszerować w losowym kierunku pośród nieprzeniknionej czerni.

– Próbowałem! – rozległ się krzyk za jego plecami. – Ale na nic! Na nic! My jesteśmy już skazani na taki los!

Wreszcie przestał słyszeć cokolwiek prócz bicia własnego serca. Przemierzał ulice, starał się wreszcie dotrzeć do znajomej okolicy, lecz na próżno. Poruszał się coraz wolniej, aż wreszcie upadł i nie potrafił się już bronić przed mrokiem, który powoli sączył się w jego umysł. Mężczyzna się poddał, zamykając oczy.

Miał przebłyski świadomości. Czasem widział mijających go ludzi, rażące słońce lub błękitne niebo. Czasem ktoś go szturchnął i na moment wybudził z tej śpiączki. Wtedy Marczewski starał się odnaleźć w ciemności tego kogoś, ale nie mógł. Jedyne, co mu wychodziło, to powtarzanie jednego zdania:

– Trzeba o nas mówić.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Trzeba też mówić o moim nowym profilu autorskim – Szymon Sentkowski, zapraszam! ;)
Odpowiedz
super
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje