Historia

Istota z lasu: II

niebiesky 1 3 lata temu 2 564 odsłon Czas czytania: ~13 minut

Był mglisty, jesienny poranek. Temperatura nie przekraczała pięciu stopni powyżej zera. Powoli toczyliśmy się radiowozem po jednej z podmiejskich dróg krajowych. Przed odprawą wypiłem tylko jedną kawę, byłem jeszcze nieco zaspany. W podobnym stanie był Patryk, który obejmował w tej chwili rolę kierowcy. Nawet się do siebie nie odzywaliśmy, kierowaliśmy się na pobliską stację, kupić więcej kawy i jakąś kanapkę. Plany te pokrzyżował nam jednak głos dyżurnego.

-451-85 zgłoś się dla 00! - odezwała się radiostacja. Sięgnąłem po mikrofon.

-Zgłasza się 85 - odpowiedziałem.

-Udaj się pilnie na drogę w kierunku Orska, na piętnastym kilometrze po prawej stronie znajdziecie rozbity samochód. Zgłaszającego nie będzie na miejscu, spieszył się do pracy. Sprawdź czy taka sytuacja ma miejsce i podejmij odpowiednie działania.

-Przyjął, udaję się. - odpowiedziałem, po czym skierowaliśmy się we wskazane przez dyżurnego miejsce.

W ciągu kilku minut dojechaliśmy na piętnasty kilometr. Po pokonaniu jeszcze kilkudziesięciu metrów zauważyłem rozbite auto. Zjechaliśmy na pobocze, włączyłem koguta i wyszliśmy na rozeznanie.

Poniżej drogi stało rozbite o drzewo Volvo V40. Kierowca jechał raczej szybko, wóz był mocno uszkodzony. Powiedzmy, że auto skróciło się o maskę.

-Sprawdź, czy otwarty - rzucił do mnie Patryk, odwracając się w kierunku drogi - Zobaczę czy są ślady hamowania.

Tak też zrobiłem. Pociągnąłem za klamkę i - o dziwo - samochód faktycznie nie był zamknięty. Na przednich siedzeniach znajdowały się resztki szyby. Poza tym w aucie nie było absolutnie nic - śmieci, paragonów za paliwo czy mapy. Kiedy cofałem się po zajrzeniu do schowka zauważyłem jednak coś zaskakującego. W stacyjce znajdowały się kluczyki.

Wyszedłem z auta i zamknąłem drzwi. Patryk stał przy bagażniku.

-Widać niewyraźny ślad, albo wybiegł mu jakiś zwierz, albo najebany

-Raczej to drugie, w stacyjce są kluczyki

Wróciłem do radiowozu i patrząc na mojego partnera, próbującego zajrzeć pod auto odezwałem się do radiostacji:

-00 zgłoś się dla 85.

-Zgłaszam.

-Dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy ten samochód. Na drodze są ślady hamowania, ale w stacyjce są kluczyki. Sprawdź mi po blachach jak możesz.

-Podawaj.

Kiedy dyktowałem dyżurnemu tablice, Patryk otworzył bagażnik rozbitego auta. Tak, jak się spodziewałem, nie znalazł tam absolutnie nic.

-85, słuchaj, samochód zarejestrowany jest na Daniela Marciniaka. Zamieszkały Tymin 17, także macie blisko. Posłałem do was lawetę, jak się uporają to podjedźcie na ten adres i podejmijcie czynności.

-Przyjął. - odpowiedziałem dyżurnemu.

-No pięknie To teraz sobie godzinkę tu posiedzimy.

-Palisz? Jak nie hot dog to chociaż fajka. - zaproponowałem.

W teorii nie powinniśmy palić na służbie, zwłaszcza umundurowani. Nikt nam tego jednak nie zakazał, więc stanęliśmy przy radiowozie i obserwując przejeżdżające auta zaciągaliśmy się dymem z czerwonych Marlboro.

Wypaliliśmy chyba po 3 papierosy, kiedy za naszą zmarnowaną Kią stanęła laweta. Sprawa trochę się skomplikowała, bo kierowca musiałby stanąć w poprzek, żeby wyciągnąć auto. Patryk przestawił więc radiowóz za lawetę i zatrzymał ruch. Po niespełna dziesięciu minutach rozbite Volvo odjechało w stronę miasta a my przenieśliśmy się z powrotem na pobocze. Kończyliśmy już papierkową robotę, kiedy Patryk wygramolił się na zewnątrz.

-Siadaj za kółko, mnie omdliło mnie po tych fajkach. Odleję się i wracam! - powiedział i skierował się w stronę lasu przy drodze.

Przesiadłem się na fotel kierowcy. Wyjąłem telefon, sprawdziłem powiadomienia. Messenger. Angelika wysłała mi zdjęcie naszej córki, Leokadii, przyszykowanej do przedszkola. "Już pyta gdzie tatuś ;)" - pisała.

Nie zdążyłem odpowiedzieć. W tym właśnie momencie ktoś z dużą siłą otworzył drzwi pasażera.

-Dawid, dawaj za mną, chyba coś mam. - powiedział zdenerwowany Patryk.

-Użarła cię wiewiórka? Daj mi odpisać żonie.

-Nie gadaj, chodź. Żona musi jeszcze poczekać.

Zszedłem z nim do lasu. Przeszliśmy raptem kilka metrów wgłąb, kiedy mój partner zatrzymał się i wskazał mi palcem leżące na ziemi liście.

-Patrz, to nie krew? - zapytał patrząc na mnie.

Pochyliłem się. Faktycznie, na pożółkłych liściach widać było czerwoną, nieco wyblakłą plamę. Tuż obok dostrzegłem kolejną a dalej następną.

-Chodź powoli wgłąb lasu, może jest tego więcej - powiedziałem.

Niestety w promieniu następnych kilkudziesięciu metrów nie znaleźliśmy już żadnych śladów. Cofnęliśmy się do radiowozu.

-Ściągamy technika? - zapytałem Patryka.

-Nie wiem. To mógł być jakiś potrącony dzik, cokolwiek.

-Trudno, trzeba to sprawdzić. Lepiej dmuchać na zimne.

Dyżurny wysłał do nas grupę dochodzeniowo - śledczą. Na szczęście nie czekaliśmy na nich długo, bo w ciągu pół godziny obok nas zatrzymała się nieoznakowana Skoda.

-Ciężko będzie teraz coś stwierdzić, ale przeszukamy dokładnie okolicę. - powiedział mi technik. - Zgłoście nasz przyjazd i wracajcie do czynności.

Załadowałem się do radiowozu, w którym siedział już Patryk. Był sierżantem niskiego wzrostu, na patrolu ostatnio trafiał mi się do pary dość często. Był w porządku, chociaż jego sposób rozmowy czasem potrafił wyprowadzić z równowagi.

-Jedziemy do właściciela auta? - zapytał mnie.

-Tak, to w stronę miasta.

-Nie wydaje ci się to dziwne?

-Co takiego?

-Jeśli jechał pod wpływem, to powinien się kierować do domu od strony miasta, a nie z domu na jakieś zadupia. - zauważył.

-Sami go zapytamy.

Do samego Tymina dojechaliśmy w milczeniu. Znaleźliśmy dom numer 17, wjechaliśmy na podjazd i poszliśmy do drzwi. Otworzyła nam starsza kobieta.

-Policja? A co się dzieje? - zapytała nieco przestraszona.

-Dzień dobry pani, starszy sierżant Dawid Wojnicki, mieszka tutaj może Daniel Marciniak?

-Tak, to mój syn, ale nie ma go teraz.

-Nie wie pani gdzie jest, albo kiedy wróci? - wypytał Patryk.

-Rano słyszałam tylko że krząta się po swoim pokoju, chyba mu się spieszyło. Koło piątej rano pojechał samochodem, nawet nie wiem gdzie. A dlaczego pytacie?

-Znaleźliśmy jego rozbity samochód na drodze w kierunku Orska. W samochodzie nie było jego rzeczy, tylko kluczyki w stacyjce. Pił coś może wczoraj?

-O Boże nie, cały wieczór spędził w domu i nic nie pił... Wcześniej był w lesie, ale jak wrócił był trzeźwy. Wiecie coś, szukacie go? - zapytała przestraszona kobieta.

-Nic nie wiemy, będziemy go szukali. Ma pani jakieś jego zdjęcie? - spytałem.

-Tak, mam. - odparła. Panowie... Daniel był wczoraj w lesie. Był u niego kolega, słyszałam, jak mówili, że "trzeba ją wytropić". Nie wiem, co to mogło znaczyć. Kiedy wrócił, był strasznie zdenerwowany i nie chciał ze mną ogóle rozmawiać. Może w czymś wam to pomoże.

"Omega Omega, tu KP-451 podaję komunikat. W dniu dzisiejszym, około godziny piątej z miejsca zamieszkania wyjechał 19 - letni Daniel Marciniak, poruszając się pojazdem marki Volvo w kierunku miejscowości Orsk. Jego samochód znaleziono rozbity w lesie. Podaję rysopis poszukiwanego - wzrost około 180 centymetrów, średniej budowy ciała, ciemne włosy z wygolonymi bokami, brak szczegółów co do ubioru. W przypadku napotkania zatrzymać, powiadomić 00, bez kwitowania." - zabrzmiał komunikat w radiostacji kilkanaście minut po naszym wyjeździe z Tymina.

Planowaliśmy powrócić na standardowy patrol, kiedy z kieszeni Patryka zadzwonił telefon.

-Słucham? ... A co konkretnie? ... Dobra, podjedziemy do was.

-Co jest?.

-Dzwonił technik z miejsca tego wypadku, mają coś ciekawego. Musimy wjechać w tamtym rejonie w las, jakieś 200 metrów.

Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu. Mgła nieco się przerzedziła, jednak nadal unosiła się w powietrzu. Z góry świeciło ledwo widoczne słońce. Wjechaliśmy do lasu. Zatrzymaliśmy się za złotą Skodą Octavią, którą przyjechała grupa.

-Cześć, chodźcie, zerkniecie na coś ciekawego. - przywitał się technik, którego kojarzyłem z widzenia.

Weszliśmy między drzewa i podeszliśmy do reszty grupy, która oznaczała ślady i robiła zdjęcia.

-Przeszukaliśmy okolicę. Znaleźliśmy ledwo widoczne ślady krwi, które doprowadziły nas tutaj.

Na odsłoniętej ziemi było widać wiele śladów butów, częściowo zatartych. Wokół nich znajdowało się sporo czerwonych plam.

-To krew. - Ewidentnie w tym miejscu doszło do walki. Ktoś szarpał się albo z innym człowiekiem, albo ze zwierzęciem. Nie wiemy tylko czy został zraniony wcześniej czy dopiero tutaj. Zadzwońcie do gościa od lawety, żeby nie robił nic z tym rozbitym autem, porównamy sobie ślady. - nakazał.

Odszedłem parę metrów dalej. Mimo kilku prób nie mogłem dodzwonić się do kierowcy, który zabrał z okolicy "nasze" Volvo.

"Do wszystkich patroli w terenie, przeszukajcie drogę z Orska w kierunku miasta i okoliczne lasy, szukamy lawety marki Mercedes. Właściciel firmy nie ma kontaktu z kierowcą, a wieźli na nasze zlecenie uszkodzony samochód. Kamery na wjeździe do miasta nie zarejestrowały takiego pojazdu. Kto przyjął kwitować!" - rozległ się głos z ręcznej radiostacji.

-85 przyjął! - odpowiedziałem na komunikat. - Patryk! Wsiadaj!

-No to się skomplikowało - powiedziałem, gdy wjechaliśmy w któryś z kolei zjazd do lasu.

-Pamiętasz akcję z zeszłego lata? - zapytał mnie nieoczekiwanie Patryk.

-Co masz na myśli?

-No wiesz.. - Gówniarze poszli do lasu a potem po kolei ktoś ich wymordował. Matka naszego poszukiwanego też wspomniała, że był w lesie poprzedniego dnia.

-Pieprzysz głupoty, gość się napił, zawinął się na drzewie i teraz się ukrywa.

-A ta laweta?

-Zbieg okoliczności

Jechaliśmy właśnie leśną drogą za Tyminem. Drzewa rosły tu bardzo gęsto, przez wiszącą w powietrzu mgłę było dość ciemno a widoczność była ograniczona. To w tym lesie poprzedniego lata trójka dzieciaków zrobiła sobie ostatnią wycieczkę w swoim życiu. Tej samej nocy jeden z nich został znaleziony w swoim domu. Następnej nocy kolejny, a potem trzeci. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. W komputerze tego ostatniej z ofiar znaleziono coś w rodzaju pamiętnika, opisującego wyprawę tych dzieciaków do lasu. Nikt, nawet z Komendy Wojewódzkiej, która przejęła śledztwo, nie wziął tego na poważnie. Ostatecznie sprawa została zawieszona, ze względu na brak jakichkolwiek poszlak. Nikt nigdy nie wyjaśnił, dlaczego ta trójka zginęła i to w tak makabryczny sposób. Nie brałem udziału w śledztwie, ale tą historię powtarzali sobie chyba wszyscy...

-Patrz! - wyrwał mnie z zamyślenia Patryk.

Zatrzymałem samochód. Również to dostrzegłem. Wyszliśmy z radiowozu i podeszliśmy do zarośli przy drodze. W tym momencie przestałem sobie wyobrażać zeszłoroczną zbrodnię. Właśnie zobaczyłem jej powtórkę na żywo.

Pod drzewem leżały ludzkie zwłoki pozbawione ręki. W miejscu brzucha była dziura z resztkami powyrywanych wnętrzności. Ciało było pozbawione głowy. Zanim zwymiotowałem od tego widoku i unoszącego się smrodu, dostrzegłem ją kilka metrów dalej. Była oderwana od reszty zwłok i spoglądała na mnie pustymi, przerażonymi oczami.

Cofnąłem się do radiowozu i oparłem się o niego. Patryk przerażony wycofał się do środka i przez radiostację wezwał do nas posiłki.

Wyciągnąłem papierosy i trzęsącymi się rękami odpaliłem jednego. Widziałem już w swojej pracy zwłoki. Powoli przestawały na mnie robić wrażenie, jednak to, co zobaczyłem w tym lesie przerosło wszelkie moje oczekiwania. Nikomu nie życzyłbym takiego widoku, nawet najgorszemu wrogowi.

-Co z tym robimy? Przeszukujemy to... to ciało? - zapytał roztrzęsiony Patryk.

-Pierdolę to. Nie zbliżam się tam nawet. - powiedziałem do niego, zaciągając się chyba pięciokrotnie.

-To ten nasz poszukiwany? W sensie ten z... - partner urwał zdanie w połowie. - Ćśśś! Słyszałeś? - powiedział bardzo cicho.

-Słyszę tylko własne bicie serca w uszach, a co? - odpowiedziałem, kiedy papieros wypadł mi z trzęsących się rąk. - Kurwa no!

Schyliłem się po niego. Prostując się zastygłem w bezruchu.

Mój wzrok trafił prosto na wzrok tego czegoś. Obserwowało mnie zza krzaków, przy których leżały zwłoki. Widziałem tylko ogromne, czarne oczy z malutkimi, czerwonymi źrenicami i okrągły otwór gębowy, z którego wystawały ostre zęby...

-Stój w miejscu i wyjmij broń - powiedziałem bardzo powoli, nie ruszając wargami do Patryka.

Ten spojrzał na mnie, widziałem to kątem oka. Chyba mu wystarczyło, bo sięgnął ręką do kabury i chwycił za pistolet.

-Wyceluj w miejsce gdzie patrzę. POWOLI. -

-Co tam jest? - zapytał, mówiąc jakby nie do mnie. Odbezpieczył broń i powoli skierował w stronę zarośli.

-Nie mam pojęcia. Coś dużego i groźnego. Celuj dopóki nie dam ci znaku... - mówiłem przez zaciśnięte zęby.

W tym momencie postać wydała z siebie przeraźliwy okrzyk. To był najstraszniejszy odgłos, jaki słyszałem w swoim życiu. Brzmiał, jakby obdzierano kogoś żywcem ze skóry, a jednocześnie było w tym coś tak nieludzkiego... Ta istota poruszyła się w krzakach i zaczęła uciekać. Rozległy się wystrzały z broni Patryka. Strzelił trzy razy i tyle samo spudłował. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, to coś zniknęło we mgle.

-Wypierdalamy! - krzyknąłem i wskoczyłem do radiowozu. Zanim przekręciłem kluczyk w stacyjce, zobaczyłem światła we wstecznym lusterku. Dwa patrole zatrzymały się tuż za nami.

-Chłopaki, odbezpieczcie broń. Tu jest jakiś cholerny zwierzak! - krzyknąłem do przed chwilą przybyłych kolegów.

-Jaki zwierzak? A ciało?

-Ciało jest pod krzakiem, głowa parę metrów w lewo. Ale w tych zaroślach coś było, nie wyglądało jak normalne leśne zwierzę.... i krzyczało. Uciekło w tamtą stronę - pokazałem palcem.

...

-Daniel Marciniak. urodzony 15.06.1997, wszystko się zgadza. Miał przy sobie dowód rejestracyjny na czerwone Volvo V40. - powiedział Piotr, jeden z policjantów, którzy przyjechali na miejsce.

-Chodź, jedziemy do jego matki. To po drugiej stronie lasu. - rozkazałem Patrykowi.

-A, właśnie! - zatrzymał nas Piotr. - Przed chwilą odwołali poszukiwania tej zaginionej lawety, jeśli was to interesuje.

Wyjechaliśmy na drogę. Minęliśmy się z grupą techników, którzy właśnie jechali zabezpieczyć znalezione przez nas fragmenty ciała.

-Mówiłem ci, że to ta istota - odezwał się nagle Patryk.

-Co ty znów bredzisz?

-Mówię to akcji z poprzedniego lata. Wszyscy mówili że tą bandę dzieciaków zabiła istota z lasu.

-Jaka znów istota? Nic mi nie mówiłeś.

-Słuchaj. Podobno w tym lesie nad Tyminem od dawna mieszka jakiś nieznany nikomu okaz. Przed wojną byli tu jacyś naukowcy, rozmawiali z ludźmi, weszli do lasu ale już z niego nie wyszli. Po wojnie ta opowieść krążyła wśród ludzi i prawie wszyscy o niej zapomnieli, dopóki w tamtym roku trójka dzieciaków nie weszła w las i zginęła w parę dni później.

-Głupie bajki

-To jak wyjaśnisz to, co widzieliśmy?

-Nie wiem, lepiej pomyśl co powiemy matce tego młodego. -

Gdy zajechaliśmy pod dom matki ofiary, mgła była już tak gęsta, że z podjazdu ledwo było widać budynek. Weszliśmy po schodach. Okazało się, że drzwi wejściowe są uchylone.

-Wejdę pierwszy. - powiedziałem i wszedłem do ciemnego pomieszczenia. Przez niewielkie okna oraz mgłę na dworze, do wnętrza wpadało niewiele światła. Rozejrzałem się wokoło i stwierdziłem, że jestem w przedpokoju - na wieszaku wisiało kilka kurtek i parasolka.

Uchyliłem drzwi do dalszej części domu.

-Dzień dobry, policja! - zawołałem. Nikt nie odpowiedział. -Jest tu ktoś? - rzuciłem w ciemność. Przez chwilę staliśmy i nasłuchiwaliśmy. Cisza. Zrobiłem krok do przodu a wtedy usłyszałem trzask i szybkie głośne kroki.

-Osłaniaj tył, wchodzę z bronią. - powiedział mi Patryk i wyszedł przede mnie, trzymając pistolet przed sobą. Powoli przemieszczaliśmy się po, zdaje się, salonie.

-Policja, proszę się odezwać! - zawołałem kolejny raz w przestrzeń.

Widzieliśmy wszystko najdalej metr przed siebie, z powodu bardzo słabego oświetlenia i tą cholerną mgłę za oknem. Tym straszniejszy był fakt, że nie zauważyłem żadnego włącznika światła.

-Wyjmij telefon, zapal lat... - Patryk nie dokończył zdania. Z góry usłyszeliśmy głośny hałas a po chwili szybkie kroki, stawiane parami. Dwa stuki - cisza, dwa stuki - cisza. Ustały w ciągu kilku sekund.

Dotarliśmy do schodów. Obróciłem się i sprawdziłem, czy nikogo za mną nie ma. Chyba nie było, przynajmniej nie bliżej, niż metr ode mnie.

Patryk zaczął wchodzić na górę. Nagle się zatrzymał.

-Coś kapie mi na głowę! - powiedział do mnie. - Poświeć mi tutaj!

Wyjąłem telefon i skierowałem światło ekranu na jego ramię. Co pół sekundy lądowała na nim kolejna kropla czerwonej cieczy.

Zacząłem powoli kierować światło telefonu ponad nasze głowy. Klatka schodowa musiała być duża, gdyż blask nie dosięgał ścian. I wtedy ją zobaczyłem.

Kilkanaście centymetrów nad nami wisiała głowa starszej kobiety. To była matka Daniela. Jej gałki oczne były wywrócone, widzieliśmy tylko białka. Sama głowa była pozbawiona dolnej szczęki a krew ściekała po jej włosach i kapała na ramię Patryka.

-Ja pierdolę... zdążył powiedzieć mój partner.

To były jego ostatnie słowa. W momencie, w którym kończył je wypowiadać, usłyszałem ten przeraźliwy wrzask. Ten nieludzki krzyk istoty, którą widzieliśmy w lesie. Przez ułamek sekundy zobaczyłem dwa czerwone ślepia obok Patryka. Już po chwili wylądowałem na podłodze, przygnieciony jego ciałem. Usłyszałem dźwięk łamanego kręgosłupa. Wrzask powtórzył się, mieszając z krzykiem Patryka, w którego tył głowy wbiły się zęby istoty, przypominające kolce.

Musiałem coś zrobić. Nie mogłem mu pomóc, musiałem uciekać. Momentalnie zerwałem się z miejsca i zacząłem na oślep biec po domu. O coś się potknąłem, przewróciłem. Uderzyłem głową o podłogę, a na twarzy poczułem ciepło mojej krwi. Po omacku zacząłem przemieszczać się w stronę drzwi wyjściowych. Wyczułem w swojej ręce klamkę i nacisnąłem ją. Do przedpokoju wpadło trochę światła. Zobaczyłem tą postać kilka metrów ode mnie. Sięgnąłem po pistolet, ale nie było go w kaburze. Kurwa, musiał mi wypaść kiedy upadłem!

Zbiegłem ze schodów i dopadłem drzwi radiowozu. Przez krew płynącą mi po twarzy prawie nic nie widziałem. Wszedłem do środka i uruchomiłem silnik. Z piskiem opon zjechałem z podjazdu i prawie na oślep ruszyłem drogą do miasta. Pokonałem może sto metrów, kiedy w prawy bok samochodu coś uderzyło. Straciłem panowanie nad kierownicą...

...

Spod maski wydobywał się dym. Przez popękaną szybę widziałem pień drzewa, w które uderzyłem. Otworzyłem drzwi i wypadłem z radiowozu na ziemię. Nie mogłem ruszać nogami. Chciałem przeczołgać się na drogę, wezwać pomoc... Zaraz, ktoś biegnie, słyszę to. Ktoś musiał zobaczyć, co się stało i biegnie mi na pomoc! Szybciej, do cholery!

Nie dałem rady krzyknąć. Wyciągnąłem więc telefon, żeby latarką wskazać, w którym miejscu jestem. Mgła pozwalała dojrzeć cokolwiek tylko na odległość kilku metrów. Zauważyłem, że wciąż włączony jest Messenger. Miałem odpisać żonie...

Dźwięki kroków zwolniły a po sekundzie ustały całkowicie. Na trawę przede mną padł lekki cień. Podniosłem głowę.

Była przy mnie. Istota o ogromnych, czarnych oczach z czerwonymi źrenicami. Miała jasne, lecz brudne, krótkie owłosienie i okrągły, zakrwawiony otwór gębowy. Patrzyła na mnie.

"Tatusia nie będzie dziś na kolacji" - odpisałem Angelice.

Fanpage autora: http://facebook.com/jakubwolnikcreepy

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Serwus ! Druga czesc wleciala na kanal ^^ https://www.youtube.com/watch?v=LuD1nhVkBLk
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje