Historia

Wrak

fugi 0 4 lata temu 811 odsłon Czas czytania: ~40 minut

Przetarł dłonią pokryte potem czoło. Skwar lejący się z nieba ledwo pozwalał na oddychanie, a maszty okrętu nie dawały prawie żadnego cienia. Bosman wytarł mokre ręce w boki swoich krótkich, wojskowych spodni. Poprawił pokrytą jeszcze świeżymi plamami smaru czapkę.

Najchętniej spędziłby ten dzień w jednym z pokoi hotelu Buena Vista. Jego okręt zacumował w porcie kubańskiej stolicy i po dłuższych negocjacjach z kapitanem zdecydowali się zostać tam na dwutygodniowy odpoczynek. Załoga potrzebowała zejść na ląd.

Zatrzymał się tam kilka dni temu. Mimo starej, hawańskiej zabudowy hotel nadganiał ducha czasu i mógł dorównywać większości miejsc noclegowych lat pięćdziesiątych XX wieku. Od razu pożałował, że nie wynajął tam pokoju na całe dwa tygodnie.

Zatęsknił za okrągłym barem z dziesiątkami różnych kolorowych butelek wypełnionych alkoholem. Przymknął oczy i znów usłyszał grający na żywo zespół starszych Kubańczyków. Ich senna muzyka zostawała w głowie na długie godziny. I ta latynoska, w kręconych brązowych włosach popijająca Cuba Libre w wysokiej szklance. Siedziała dwa miejsca obok, co jakiś czas poprawiając zakrywający jej opalone nogi materiał czerwonej sukienki. Najpierw uśmiech, to zapraszające spojrzenie zainteresowania, następny drink, a potem...

- Nurek gotowy! - głos technika wyrwał brodatego bosmana z zadumy. Obrócił się do marynarza.

- Przygotować skafander - burknął do wytatuowanego Rosjanina w biało-niebieskim podkoszulku. Nie lubił, gdy ktoś go sprowadzał na ziemię.

Tak, najchętniej leżałby teraz pod białą kołdrą z Mariją i pod kręcącym się wiatrakiem podwieszonym do sufitu i zastanawiał się co zamówić na śniadanie. To brzmiało znacznie lepiej, niż kolejna zmiana na nagrzanym od kubańskiego słońca okręcie wydobywczym.

Jednak coś mu podpowiadało, że ten dzień będzie inny niż wszystkie.

(Marija)

Ciekawe, czy to jej prawdziwe imię.

Pewnie nie, ale czy to miało znaczenie?

Otrząsnął się.

(Praca)

(Weź się w garść)

Sięgnął po paczkę Cameli schowaną w kieszeni jego białej marynarskiej koszuli. Po chwili zaczął grzebać w spodniach w poszukiwaniu zapalniczki. Zaklął i zawołał za oddalającym się marynarzem.

- Dimitri, daj ognia.

- Ta jest, panie bosman!

Brodacz parsknął śmiechem i pokręcił głową. Chłopak próbował udawać angielską gwarę, ale powstała z jego syberyjskim akcentem mieszanka zawsze kończyła się wybuchem wesołego rechotu wśród reszty załogi.

Pracował już z młodym ruskiem dobre dwa lata. Uciekinier z komunistycznego kraju musiał tam nieźle nabroić. Nigdy nie pytał co tam się stało, wystarczył mu jego widok, gdy dwudziestotrzyletni przybysz prosił, a wręcz błagał go o pracę na Lucilli. Twarz, szyja i ramiona pokryte dopiero co zagojonymi bliznami i te rozbiegane oczy, które widziały zbyt wiele, wszystko to mówiło samo za siebie. Był pewien, że ogolonemu na łyso mężczyźnie nie przeszkadzałoby, gdyby miał szorować kible przez całą podróż po Atlantyku. Na jego szczęście, był specem od skafandrów nurkowych. A takich ludzi w załodze mu było trzeba.

Wziął od marynarza metalową zapalniczkę i zapalił papierosa. Zaciągnął się dymem. Popatrzył na opuszczany dźwigiem skafander. Płócienny strój z okutymi metalem butami i wykonanym z miedzi hełmem dotknął pokładu okrętu. Jeden z techników rozwijał przypominający wykorzystywany przez strażaków wąż ze stalowym zaciskiem na jednym końcu. Drugi był podłączony do pompy powietrznej schowanej w maszynie umieszczonej na środku statku.

- Zdążyłeś przeglądnąć nity mocujące? - odezwał się nie odrywając wzroku od cudu techniki dwudziestego wieku. Podrapał się po czarnej brodzie. Kłuła go jak diabli.

Rusek pokiwał głową i skrzyżował ręce na piersi. Podprapał się po tatuażu z czarno-białym tygrysem pokrywającym całe jego prawe ramię.

- Ta jest, panie bosman. Sprawdzałem wszystko do czwartej nad ranem. Wymieniłem pas ściągający i pordzewiałe elementy.

- Nie będzie przeciekać?

Technik zarechotał.

- Panie bosman, jak nurkowi na Syberii skafander podlodowy przecieka, to później na powierzchni spec ma taki wpierdol, że następne dwa dni mordą w śniegu leży.

Brodacz zakrztusił się dymem. Kątem oka zauważył, że dwóch stojących obok majtków także zanosiło się śmiechem. Tak, wszyscy lubili Dimitri'ego.

- Sprawdzę co z nurkiem - odpowiedział i ruszył w stronę długiej ławki przymocowanej do prawej burty.

Wokół krzątali się ludzie z jego załogi. Na Lucilli pracowało dwudziestu pięciu marynarzy. Okręt miał już najlepsze lata za sobą, ale połączenie napędu żaglowego z wielocylindrowym silnikiem schowanym pod pokładem czynił z niej uniwersalny okręt dla każdych warunków. Jedynym nieprzemyślanym rozwiązaniem było wykorzystanie metalowego poszycia na podłodze statku.

Szedł wzdłuż długiego pokładu walcząc ze sobą, żeby nie podskakiwać z bólu na przypominającym żarzące się węgle metalowym podłożu. Wyrzucił niedopałek papierosa za burtę.

Siedzący na ławce mężczyzna obrócił głowę w jego stronę. Miał na sobie lekki skafander ocieplający. Technicy dopasowywali kołnierz ochronny do jego szyi. Nurek nie mógł sobie liczyć więcej niż trzydzieści lat, ale liczne przekroczenia limitów dekompresyjnych i setki godzin spędzonych pod wodą wpłynęły na jego ciało. Strój wydawał się zbyt duży na jego wychudzoną sylwetkę. Jedynie wytrenowane podczas lat ćwiczeń mięśnie sprawiały wrażenie, że mężczyzna da radę unieść się w pełnym skafandrze nurkowym. Jego twarz była pokryta zmarszczkami rzadko spotykanymi u ludzi w jego wieku. Na lewym boku krótko ostrzyżonej głowy ciągnęła się długa blizna.

- Co dzisiaj znajdziemy, bosmanie? - zagadnął.

Brodacz uśmiechnął się. Eddie był jak zawsze w dobrym humorze, gdy schodził pod powierzchnię.

- Wyprostuj się - mruknął jeden z techników. Po chwili nałożył skórzany kołnierz wokół szyi nurka i zaczął zakręcać miniaturowe śrubki. Bosman nie mógł odpędzić się od wrażenia jakby szykowali go na stryczek. Wzdrygnął się.

- Oby nie to co ostatnio - wysilił się na uśmiech - jeśli wierzyć wyliczeniom i ostatnim zapiskom, mamy pod sobą Elenoorę.

Technicy przerwali pracę i spojrzeli na niego. Eddie zamrugał oczami.

- Elenoorę? Ten hiszpański transportowiec?

Kiwnął głową.

Wiedział, że ta informacja ich zaskoczy. Od kilku miesięcy wraz z kapitanem studiowali mapy i znalezione dzienniki żeglarskie. Dopiero niedawno trafili na prawie pewną lokalizację zaginionego okrętu przewożącego złoto z Kuby na półwysep Iberyjski.

Nurek badał go wzrokiem przez dłuższą chwilę. Nie zwracał uwagi na kropelki potu kapiące z czoła. Czarny skafander ocieplający podnosił temperaturę ciała o kilka stopni. W końcu się odezwał.

- Ale... on zaginął na Trójkącie Bermudzkim, tak? Podobno... został przeklęty?

Ostatnie słowo wymówił powoli, mierząc go dziwnym spojrzeniem.

Bosman spodziewał się tego pytania. Obszar pomiędzy Kubą, a Florydą zasłynął wśród marynarzy jako miejsce niewyjaśnionych katastrof i zaginięć. Wielu z nich nadal nie udało się wyjaśnić. Krążyły najróżniejsze historie od bardziej prawdopodobnych sztormów, nierównych pól magnetycznych, po potwory morskie, działalność UFO i inne wyjaśnienia rodem z powieści Science-Fiction.

Nieważne, czym to jest, wszyscy marynarze uważają to miejsce za bardzo pechowe. Z kapitanem do dziś ukrywali cel podróży, żeby nie niszczyć morale ludzi. Ostatnie czego mu brakowało, to załoga ogarnięta strachem przed gigantyczną kałamarnicą.

Nie wierzył w te wszystkie historie, ale statystyki nie kłamią - zginęły tu setki, jeśli nie tysiące marynarzy. I jakiś cichy głos w głowie ciągle mu podszeptywał, że powinni wynosić się stąd jak najszybciej.

Postarał się odpowiedzieć najpewniejszym głosem jakim potrafił.

- Tak, zaginął właśnie tutaj. Jesteśmy na obrzeżach Trójkąta. Najniebezpieczniejsze obszary są jakieś dziesięć mil morskich stąd. Znajdujemy się na często uczęszczanym szlaku morskim - nabrał powietrza - Co do bajek o klątwach... Zostawcie je niepewnego pochodzenia dzieciakom waszych kobitek i siostrzyczek.

Zerknął po twarzach zgromadzonych sprawdzając, jak zareagowali na jego słowa.

Sprawiali wrażenie, jakby mu uwierzyli. Technicy wrócili do pracy, a nurek wyprostował się ułatwiając im montaż sprzętu.

Brodacz usiadł na ławce obok mężczyzny.

- Wszystko w porządku, Eddie? - zagadnął wyciągając następnego papierosa z paczki. Po chwili skierował ją w stronę rozmówcy.

- A coś ma nie być? - odpowiedział częstując się Camelem - a kiedykolwiek było?

Bosman uśmiechnął się. Razem ukończyli wojskową szkołę nurkową. Przeszli przez piekło wielokilometrowych biegów, wyławiania cegieł z mulistego dna, dygotania z zimna w kanadyjskich wodach i montowania sprzętu w ciemności. Dwa lata podwodnych zmagań i żołd jak dla kaprala na jakimś zadupiu. Bardzo szybko zaczęli pracować na własną rękę.

Jeden z techników wyciągnął zapalniczkę i przypalił im papierosy, osłaniając dłonią ogień od wiatru.

- To trójkąt, Hank. Nie powinniśmy tutaj być. Słyszałeś co się stało w zeszłym roku z załogą Hummy'ego? - przyłożył skręta do ust - znaleźli tylko jedno ciało. Słyszysz? Jedno.

- Mamy coś dużego, chłopie. Tam może być ponad dwa tysiące sztabek złota.

Eddie zapomniał o zaciągnięciu się tytoniem. Spojrzał na niego, sprawdzając czy nie żartuje.

- ILE?

- Dwa. tysiące. pierdolonych. sztabek złota. Rozumiesz? - wśród jego czarnej brody wyszczerzył białe zęby - jeśli to znajdziesz, to jesteśmy ustawieni na jakieś dziesięć, piętnaście lat.

Nurek nie odezwał się i zajął się paleniem papierosa. Trawił to co właśnie usłyszał.

- Gotowy? - Bosman klepnął w ramię przyjaciela.

- Urodziłem się gotowy - odpowiedział wstając i wyrzucając peta za siebie.

Hank uśmiechnął się słysząc nurkowe zawołanie z czasów ich szkolenia.

Miał świetnych ludzi w załodze. Cieszył się, że to jego dobry przyjaciel zejdzie pod wodę. Mógł mu zaufać. Powinien sam się tam wybrać, ale ponad roku już nie był pod powierzchnią.

Eddie ruszył w stronę podczepionego do dźwigu skafandra nurkowego. Jeden z techników podstawił drabinkę żeby nurek mógł wejść do środka. Następny marynarz odwrócił się i podniósł w obu rękach prawie czterdziestokilogramowy hełm nurkowy połączony z wężem. Odbijająca promienie słoneczne miedziana kula miała szklaną, okrągłą szybkę wzmocnioną metalowymi prętami.

Po kilku minutach nurek miał już na sobie skafander, a spece za pomocą nitów zaczęli montować hełm do reszty sprzętu. Bosman stanął przed nim. Przez otwór widział twarz przyjaciela.

- Pamiętaj, wrak powinien być na czterdzieści sześciu metrach. Powinieneś przejść około dwadzieścia metrów na północ. Schodzisz na czterdzieści pięć minut i ani chwili dłużej, dobra?

Twarz niknęła w ciemnych czeluściach zbrojonego hełmu. Widział tylko świecące się oczy nurka.

- Jasne, czterdzieści pięć minut. A potem otwieram tawernę i wpadasz na piwo i cizie.

Śmiejąc się zamknął okrągłą przyłbicę i dokręcił zasuwę zasysającą. Machnął dłonią dając znać operatorowi dźwigu, że może zacząć podnoszenie.

Ramię dźwigu zazgrzytało, z mechanizmu obrotowego buchnęły kłęby pary. Skafander zaczął się unosić i lewitować w stronę lewej burty okrętu.

Ludzie krzątali się wokół przygotowując do opuszczenia poszukiwacza. Bosman zręcznie ominął biegających i wydających komendy ludzi i podszedł do stojącego na mostku kapitana. Dowódca śledził wzrokiem przenoszony skafander.

Spomiędzy białej brody starego mężczyzny wystawała drewniana, zdobiona fajka. Już z odległości kilku metrów poczuł gryzący zapach ciężkiego tytoniu. Czapka kapitańska, jedyny nienagannie czysty element stroju mężczyzny, mieniła się bielą w karaibskim słońcu. Jako jedyny z załogi miał na sobie niebieską kurtkę marynarską, sprawiając wrażenie jakby lejący się z nieba żar w ogóle nie robił na nim wrażenia.

Stanął obok swojego przełożonego i zarazem starego przyjaciela i także podążył wzrokiem za odbijającym słoneczne promienie skafandrem.

Obaj byli dumni z ostatniego zakupu. Nowy sprzęt został zaprojektowany zaraz po II wojnie światowej, a potem przez sześć lat wisiał w magazynie. Łut szczęścia sprawił, że podczas jednej z pijackich nocy w bostońskiej tawernie, poznali pułkownika, który chciał wyczyścić wojskową zbrojownię. Nie byli pewni, czy jego przełożeni o tym wiedzieli. Po transakcji wciąż pijany oficer bredził coś o Bahamach. Nie miało to dla nich większego znaczenia, w końcu niewiele jednostek wydobywczych działających na początku burzliwych lat pięćdziesiątych mogłoby się pochwalić posiadaniem tak zaawansowanego akwalungu.

- Myślisz, że na dole będzie złoto? - spytał stary wyga.

- Nie wiem - odpowiedział - ale czuję, że coś tam znajdziemy.

Eddie zanurzył się w błękitnej wodzie i uchwyt dźwigu wydał głośne kliknięcie. Spod wody buchnęły kłęby pary i bąbelków powietrza. Podwodniak wyrównywał powietrze wewnątrz suchego uniformu.

- Nurek w wodzie!

Zaczep puścił, a liny grubości pięści naprężyły się. Z jękiem naciąganych wrzecion zaczęły rozwijać się i podążać za opadającym w ciemną toń poszukiwaczem.

*******************************

- Ile minut?

Bosman spojrzał na zegarek. Pocił się bardziej niż zwykle. Popołudniowe słońce nie było tego powodem.

(za długo)

- Czterdzieści dziewięć minut - odpowiedział nie patrząc na kapitana.

Czuł, że starzec także się niepokoi. Coś było nie tak.

Rzucił niedopałek papierosa do zapełnionej już popielniczki zrobionej ze starego, wojskowego kanistra.

Maszyna pompująca powietrze dla nurka ledwo pracowała. Przegrzane elementy terkotały znacznie głośniej niż zwykle. Marynarze polewali ją wodą z wiader, jednak każdy już wiedział, że to ostatnie minuty jej działania. Musi zostać chociaż na chwilę wyłączona.

- Jeszcze minuta i wyciągamy - zdecydował kapitan. Machnął zapałką o draskę i przypalił fajkę. Hank zawsze podziwiał dowódcę za jego opanowanie w każdej sytuacji. Nigdy nie chciał dać po sobie poznać, że coś go niepokoi. Prawdopodobnie mógłby w tej chwili właśnie wyskoczyć z morskiej głębi sam Posejdon, a on by tylko spytał, czy ma ognia.

Czuł na sobie pytające spojrzenia załogi. Czekali na rozkaz.

Z biciem serca odliczył ostatnie ruchy wskazówki na jego zegarku i krzyknął:

- WYCIĄGAĆ!

Liny szarpnęły, maszyna zawyła i zaczęła wciągać sznur na pokład. Powoli okręcały się wokół drewnianego koła.

(za wolno)

Bosman podszedł do lewej burty i zaczął wypatrywać w morskiej głębi kształtu skafandra.

Już myślał, że lina nie będzie miała końca, gdy nagle zobaczył żółtawy kształt. Po chwili powierzchnię wody przeciął miedziany hełm.

- NUREK NA POWIERZCHNI!

(szybciej)

Spodziewał się najgorszego.

Klamra dźwigu pochwyciła pas na plecach nurka. Ramię naprężyło się i z rykiem poszybowało w górę.

Skafander zwisał bezwładnie, tak jakby nurek był nieprzytomny.

Dwóch ludzi przeskoczyło z burty na dźwig, żeby od razu zacząć demontaż pasów mocujących.

Brodacz podszedł bliżej.

Ociekający wodą uniform został opuszczony na pokład statku. Gdyby nie wsparcie dźwigu, nurek z całym sprzętem padłby na ziemię. Wokół pojawiła się ciągle rosnąca kałuża słonej wody.

(nieprzytomny, kurwa, nieprzytomny)

To już zdarzało się wcześniej - nazywana potocznie chorobą dekompresyjną dolegliwość była dopiero badanym i nowo odkrytym urazem. Bąbelki azotu we wdychanym, skompresowanym powietrzu zaczynają blokować naczynia tętnicze i przepływ krwi do mózgu, co może skutkować utratą przytomności, a nawet śmiercią.

Kilku marynarzy podbiegło do skafandra. Jeden z nich zaczął odkręcać zasuwę okrągłej szybki. Zassawka odpuściła i okno otworzyło się. Ze środka buchnęła skłębiona woda i wylała się na pokład okrętu.

(o kurwa)

Jak mogło go zalać? To miał być nieprzemakalny skafander. Czy Dimitri mógł aż tak spierdolić?

Woda przestała wypływać z otworu.

Przez głowę bosmana przeleciała tylko jedna myśl.

(trup)

Zaczął przeciskać się wśród zebranych ludzi. Zgromadzeni zasłaniali mu widok. Wokół niego podniecone głosy zlewały się w jeden potok słów.

- Widzisz coś?

- Co jest... Kurwa, wiedziałem, że to zły pomysł, wiedzia...

- To Bermudzki chłopie, to nie nasze...

Łokciami wywalczył sobie drogę przez tłum.

- Co z nim? CO Z NIM?

Marynarze rozstąpili się i jego oczom ukazał się bezwładnie zwisający akwalung nurkowy. Jeden z marynarzy stał na drabince i zaglądał przez otwór do środka hełmu.

- Żyje? - zawołał przystając przy podwyższeniu.

- Panie bosmanie - młody majtek w wojskowej czapce wyciągnął głowę z wnętrza skafandra i obrócił się w jego stronę, miał zaskoczoną minę - tam nikogo nie ma.

Cisza zapanowała na pokładzie.

Przez chwilę Hank myślał, że się przesłyszał.

- Co powiedziałeś?

Marynarz z wojskową czapką ledwo trzymał równowagę na wąskich szczeblach.

- Panie Bosmanie, nurka tutaj nie ma.

Brodacz rzucił się w stronę skafandra i zepchnął młodego chłopaka z drabiny. Ten padł na pokład rzucając wymyślnymi przekleństwami po holendersku.

Wspiął się na trzeci szczebel i zerknął do środka hełmu. Zobaczył ciemność.

Skafander był pusty.

Pytania zaczęły wirować w jego głowie. Odwrócił się do załogi. Wszystkie pary oczu świdrowały go. Zerknął na kapitana. Drewniana fajka zwisała z kącika jego ust. Nabrał powietrza.

- Szykować drugi skafander - zawołał Bosman.

**********************************

Prawdopodobnie pobił rekord czasu potrzebnego do ubrania całego oporządzenia. W ciągu kilku minut siedział na ławce w skafandrze ocieplającym i patrzył na opuszczany zapasowy skafander nurkowy.

Marynarze właśnie przestali chłodzić maszynę pompującą. Stos białych wiader, którymi oblewali buchającą gorącą parą maszynę piętrzył się przy prawej burcie. Wymienili filtry na nowe i uruchamiali sekwencję startową.

Kapitan usiadł obok niego i oparł ręce na kolanach. Przez chwilę obaj milczeli podążając wzrokiem za ramieniem dźwigu.

- Nie musisz tam schodzić - powiedział w końcu.

- Muszę - odrzekł starając się ukryć drżenie dłoni - dla Eddiego.

Starzec pokiwał głową. Rozumiał. Przypalił fajkę i zaciągnął się głęboko.

Hank spojrzał na niego.

- Rozumiesz coś z tego?

Mężczyzna w kapitańskiej kurtce pykał z drewnianego kawałka drewna. Wokół jego twarzy pojawiły się kłęby dymu. Nie odrywał wzroku od skafandra.

- Ni psiego chuja, chłopcze - pokręcił głową - nigdy czegoś takiego nie widziałem.

- Ja też nie.

Przez kilka sekund żaden z nich się odzywał.

Nagle starszy mężczyzna wstał.

- Wróć na górę, potrzebujemy cię tutaj - kapitan klepnął go po ramieniu i ruszył w stronę mostku.

Chwilę później metalowy hełm zamknął wszelki dopływ światła wokół jego głowy. Tylko mały okrągły otwór naprzeciw twarzy pozwalał mu na jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym.

- Nurek gotowy? - głos technika zadudnił wewnątrz metalowej kuli. Miał wrażenie jakby dopłynął zza grubej ściany.

- Gotowy.

Ktoś trzy razy załomotał pięścią w hełm.

Dong! Dong! Dong!

Zwielokrotnione echo zadudniło w jego uszach. Szybka się zamknęła, metaliczny dźwięk oznaczał zakręcenie zasuwy.

Nagle w poprzecinanej metalowymi prętami szybce pojawiła się twarz Dimitri'ego.

Z tej perspektywy wyglądał jakby siedział za kratkami. Pokiwał głową z uznaniem. Musiał docenić decyzję przełożonego. Jako jeden z niewielu wiedział, że bosman nie schodził pod wodę od ponad roku czasu. Także znał powód dlaczego. I w zaistniałej sytuacji tym bardziej nie chciał dać po sobie poznać, że zna ten sekret.

- Panie bosman, tylko niech pan pamięta - jak najgłębiej i zawsze na powierzchnię.

- O to się nie martw, Dimitri - zawołał, zamknięty szczelnie hełm odbił jego słowa - jak skafander będzie przeciekał, to cię znajdę nawet na Kamczatce.

Rosjanin zaniósł się śmiechem ukazując braki w swoim uzębieniu. Krótka myśl przebiegła przez głowę bosmana, że ktoś mu je wybił. Albo zostały wyrwane.

- Czekamy tu na pana!

Huknął trzy razy w hełm zdecydowanie za mocno. Mężczyźnie zakręciło się w głowie.

- PODNOSIĆ!

Potężna siła uniosła go w powietrze. Dźwięk dźwigu wprawiał metal hełmu i butów w przyjemne drżenie.

W wizjerze pokład statku zastąpiło czyste niebo Karaibów. Zaczął sunąć na wysięgniku poza pokład. Na dole szybki zaczęła migotać powierzchnia morza.

- OPUSZCZAĆ!

Wysięgnik zawył i ruszył w dół. Poczuł jak jego nogi zaczynają znajdować się w innym stanie skupienia. Po chwili był już po pas w wodzie. Nabrał powietrza. Sprężony gaz wypełnił jego płuca. Poczuł lekki posmak metalu i materiału z węża powietrznego.

- NUREK W WODZIE!

Głośne kliknięcie za jego plecami oznaczało koniec wycieczki. Ciężar kilkudziesięciu kilogramów nagle pociągnął go w dół.

Natychmiast morska toń zakryła szybę.

Schodził w stronę dna. Naprężone dwie liny przymocowane na wysokości jego łopatek kontrolowały zanurzanie skafandra.

Przez chwilę pomyślał, że niedawno marzył o jeszcze jednej nocy spędzonej z Mariją. Sypialnia z białą pościelą i kręcącym się wiatrakiem pod sufitem wydała mu się teraz niosiągalnie odległa.

Zatkało mu uszy. Bolesny ucisk wgryzł się po obu stronach jego czaszki. Wiedział, że co każde dziesięć metrów ciśnienie zmienia się o jeden bar. Brak reakcji oprócz coraz bardziej piorunującego bólu może skutkować nieodwracalnym zniszczeniem bębenków usznych i utratą słuchu.

Poruszył żuchwą na prawą i lewo. Głuchy pisk i nagłe uczucie ulgi wypełniły jego głowę. Wyrównał ciśnienie i odetkał uszy. Znów słyszał normalnie.

Wysunął prawą rękę przed szybę wizjera hełmu nurkowego. Na małym, okrągłym ekranie zobaczył wielką rękawicę trzymającą cienką linkę z węzłami zawiązanymi w równomiernych odstępach. Do każdego była przyczepiona miniaturowa płytka. Na pokrytym korozją metalowym kwadraciku wyryta była liczba "14".

- Jeszcze trzydzieści dwa metry - powiedział sam do siebie. Jego głos odbił się od ścian miedzianego hełmu. Poczuł jak pot pokrywa jego plecy. - wytrzymaj, chłopie.

Nie wiedział, czy mówi bardziej do siebie, czy do jego kumpla. Jednego był pewien - ten dzień na pewno nie miał tak wyglądać.

Kolejne supły przewijały się przez jego rękawicę. Linka na kołowrocie przytroczonym do pasa rozwijała się wydając cichy szum. Zobaczył małe cyferki układające się w liczbę trzydzieści jeden.

Przed jego małym okienkiem na świat zewnętrzny mignęła ryba. Bez jakiegokolwiek zainteresowania opancerzonym przybyszem machnęła parę razy ogonem i zniknęła w morskiej głębi.

Ciśnienie tworzyło coraz większy nacisk. Poczuł jak jego oddech przybiera na sile. Z każdym metrem pobierał więcej sprężonego powietrza. Metalowe elementy suchego skafandra, zassane przez kurczący się gaz, zaczęły wbijać się w jego ciało. Fizyka podwodnego świata dawała o sobie znać nieproszonemu gościowi.

Postarał się wyrównać oddech. Pompa na statku wduszała kolejne partie powietrza do węża połączonego z jego hełmem. Miał świadomość, że z każdą minutą będzie pracować coraz słabiej. Jej mocy nie starczy na dłużej niż jakąś godzinę pracy.

Jeśli będzie systematycznie chłodzona.

Nagle stało się coś nieoczekiwanego. Poczuł jak coś ociera się o jego stopy. Wzdrygnął się. Zaskoczony spojrzał w dół.

W tym samym momencie zielone macki przesunęły się po jego wizjerze.

Grube na szerokość pięści łodygi glonów niknęły w ciemnej toni. Musiały mieć ponad dziesięć metrów długości.

Zaczął opadać wzdłuż ogromnych roślin. Przyciągnął do siebie wszystkie elementy ekwipunku, żeby zapobiec zaplątaniu się w tej monstrualnych rozmiarów podwodnej dżungli.

Całą przestrzeń zasłoniły glony. Morską pustkę zapełniały unoszące się drobinki planktonu i nasion. Widoczność spadła praktycznie do zera. Przypomniało mu to śniegową burzę z jego dziecięcych lat w Kanadzie.

Długie łodygi ocierały się o jego skafander. Przeszedł go dreszcz, gdy usłyszał głuche szuranie zgniłych liści po hełmie nurkowym.

W pewnym momencie jego stopy natrafiły na grunt. Wokół niego wzniósł się wirujący pył podrzucony z miękkiego podłoża. Znalazł się na dnie morskiego lasu. Odetchnął z ulgą.

(Dotarł do dna)

Ostrożnie znalazł stabilną pozycję i zakręcił okręgi każdą stopą po kolei. Zdawał sobie sprawę, że w stroju nurkowym musi teraz wyglądać jak słoń próbujący zrobić rozgrzewkę przed zajęciami z pilatesu, ale musiał być pewny, że jego noga wytrzyma tę nieoczekiwaną wyprawę.

Nie bez powodu odpuścił nurkowanie w skafandrze. Jeden wypadek może przekreślić całą jego karierę. Od ponad roku nie założył na siebie podwodnego uniformu. To było zbyt niebezpieczne, mógł skończyć na wózku i ponurkować co najwyżej w basenie szpitalnym. Jednak jakaś ukryta część siebie nie pozwalała mu tego przed sobą przyznać. Duma? Strach przed utratą ukochanego, niezbadanego świata? Nie miał pojęcia, ale ciągle wierzył, że w jakiś bliżej nieokreślony sposób wróci do nurkowania.

Parsknął śmiechem.

No i wrócił. Tylko nie tak, to sobie kurwa, wyobrażał.

Zerknął w górę przez miniaturowe, pokryte kratami okienko.

Pnącza niknęły w mroku. Nigdy nie widział tak wielkich glonów.

Zdał sobie sprawę, że oddycha za szybko. Natychmiast wyrównał hausty pobieranego powietrza.

Podniósł lewą rękę do wizjera. Ledwo ją dostrzegł w podwodnej zamieci. Wmontowany w górną część rękawicy kompas natychmiast obrócił się i wskazał północ. Skorygował ostatni znany kurs obrany przez jego zaginionego przyjaciela. Sprawdził węzły na sznurku. Znajdował się na czterdziestu dwóch metrach.

Był blisko.

Nie widział dalej niż na dwa metry. Ciemność zlewała się w jedną, nieprzeniknioną ścianę. Sięgnął po latarkę przytroczoną do pasa balastowego i chwycił ją lewą rękawicą. Metalowe, kanciaste pudełko miało jedną szklaną ściankę. Kliknął przycisk na obudowie i dżunglę oświetlił snop sztucznego światła. W jasnym promieniu lewitowały miniaturowe kawałki planktonu i glonów. Akumulator wielkości pudełka zapałek terkotał miarowo, dodając otuchy samotnemu przybyszowi.

Ruszył przed siebie. Drzewa morskiego świata ocierały się o niego i blokowały jakikolwiek dopływ światła z powierzchni. Jego zbrojone buty balastowe dudniły przy każdym kroku wzniecając wokół kłęby drobin piasku.

Ostrożnie odsuwał ogromne rośliny torując sobie drogę. Gdyby znalazł się w podobnej sytuacji na powierzchni, żałowałby, że nie wziął ze sobą maczety. Jednak nigdy nie pomyślałby, że będzie mu potrzebna pod wodą.

Nagle kątem oka zauważył ruch. Coś przemknęło po jego lewej stronie. Natychmiast się odwrócił i skierował tam promień światła latarki.

Łodygi kilku roślin poruszały się w morskiej toni. Zmrużył oczy. Nie czuł żadnego prądu morskiego. Reszta wielkich glonów pozostawała bez ruchu. Po chwili podwodny świat znów zastygł w miejscu, a on słyszał tylko odgłos swojego oddechu.

"Pewnie ryba", pomyślał. Jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś go obserwuje. Ruszył dalej.

Bez przerwy lustrował dno. Starał się wypatrzyć swojego przyjaciela w pokrytej mułem toni.

(Eddie)

Zdawał sobie sprawę, wszystkie znaki na niebie (a w tym przypadku na lustrze powierzchni, mruknął sam do siebie) wskazywały, że szukał ciała. Przeszły go ciarki na myśl o zobaczeniu nadętego resztkami powietrza i wodą zbielałego trupa jego kolegi z lat młodości. Może już być nadgryzione przez ryby.

Widział już trupy, oj tak... Ale jest to widok, do którego nigdy się nie przyzwyczai.

Nawet jeśli nie żyje, to musi go znaleźć. Teraz. Wiedział, że jeśli nie zrobi tego podczas tego zejścia pod powierzchnię, to ponowne szanse spadną praktycznie do zera.

Sprowadzi je do domu. Dla matki jego niespokrewnionego brata. Straciła swoich trzech synów na dopiero co skończonej wojnie. Eddie był ostatni. Podpisany rozejm z Japończykami dwa dni przed wyruszeniem na front uchronił go przed piekłem walk na Pacyfiku. Czuł, że biedna kobieta nie wytrzyma nowiny, że jej ostatni żywy syn zginął w akcji, ciała nie znaleziono i znowu nie może należycie urządzić tradycyjnego pogrzebu z kompletnym ciałem w trumnie.

(kompletnym)

Wzdrygnął się. Nie.

Nie mógłby jej spojrzeć w oczy. Eddie schodził pod wodę za niego. Chociaż tyle może zrobić.

Akumulator latarki terkotał z coraz częstszymi przerwami. Wiedział, co to oznacza. Za kilkanaście minut straci jedyne źródło światła.

Rozsunął na boki grubości pięści łodygi glonów i stanął jak wryty.

Podwodny las skończył się ukazując ogromną piaszczystą polanę. Tylko gdzieniegdzie z dna wystawały kamienne głazy. Widoczność natychmiast się poprawiła. W odległości jakiś dwunastu metrów zobaczył rysujący się kontur burty ogromnego wraku. Zafascynowany oświetlił latarką przód okrętu. Przy jej dziobie widniały wyblakłe litery układające się w napis

(Elenoora)

Stał oniemiały i patrzył się na okręt. Potężny kadłub niknął gdzieś w otchłani morza. Na pokładzie wieże artyleryjskie z początku XX wieku były ustawione w pozycji bojowej. Porastały je glony i morskie rośliny.

Tyle lat go szukali. W środku musiał być skarb. Wszystkie zapiski wskazywały, że ładownię wypełniały skrzynie pełne złota.

Zawahał się.

Przyszedł tu po przyjaciela. Ale...

Złoto.

Mógłby przekazać je na pogrzeb Eddiego.

Mógłby dać je mamie zaginionego.

Mógłby...

Miałby pieniądze na operację swojej nogi. Wróciłby do nurkowania. Nowoczesny zabieg wstawienia metalowych wsporników dla zwiększenia stabilizacji dolnych kończyn był jego marzeniem od czasów ostatniej diagnozy.

"Znajdziemy złoto i wstawisz sobie w nogi te pierdolone metalowe tyczki, Hank", powiedział mu kiedyś Eddie podczas portowej popijawy, ledwo trzymając się zalanego śmierdzącym alkoholem stołu, "a potem kupimy ci piracki kapelusz i papugę". Chciał chyba jeszcze coś dodać, ale zamiast tego pierdnął, a po chwili wymiotował rumem i czymś co przypominało ostatnią kolację.

Otrząsnął się. Teraz był tutaj, na dnie, w skafandrze i szukał swojego przyjaciela.

Nagle znów poczuł się obserwowany. Niewytłumaczalny dreszcz przebiegł mu po plecach. Obrócił się w stronę ściany gloniastej dżungli i oświetlił ją snopem światła latarki. Zobaczył tylko pierwsze rośliny, reszta niknęła w czarnym mroku. Chwilę stał w bezruchu, słysząc swój odbijający się od ścian hełmu oddech. Niczego nie zauważył. Wrócił znów do znaleziska.

Nie miał pojęcia jak długi może być kadłub statku. I jak wielka jest ładownia.

(może tam tylko zerknąć... wziąć kilka)

Tylko zerknie. Otworzy drzwi ładowni.

Eddie by tego chciał.

Kiwnął głową sam do siebie i ruszył naprzód. Nagle jego prawy metalowy but natrafił na jakąś przeszkodę. Zachłysnął się powietrzem. Rzuciło nim do przodu. Zamachał rękami próbując złapać równowagę i runął jak długi na dno. Latarka wypadła z jego rękawicy i poszybowała kilka metrów dalej. Opadła na dno i zastygła w mule. Promień światła zatrzymał się na wraku okrętu.

Hełm uderzył w pokryte naroślą podwodne kamienie. Zderzenie metalu z twardym dnem wywołało świdrujący uszy rezonans, jakby akurat wszyscy tybetańscy mnisi wpadli na pomysł, żeby urządzić koncert na ich świątynnych gongach.

Eksplozja bólu ogarnęła kostkę jego prawej stopy. Zawył i chwycił swoją nogę, lecz sztywny metalowy but i rękawice nie pozwoliły rozmasować miejsca przeszywającego cierpienia.

Powstrzymał cisnące się w oczach łzy. Starał się uciskiem chociaż odrobinę zmniejszyć potworny ból. Bezskutecznie.

(więc mieli rację)

Pierdoleni lekarze. Czemu nigdy się nie mylą?

"Nie możesz nurkować, tak."

"Twój staw skokowy nie wytrzyma nacisku ponad sześćdziesięciu kilogramów ciężkiego sprzętu."

"Starzejesz się, Hank, o tak. Nie ryzykuj. Nie zrób z siebie inwalidy. Potem tylko wózek"

Zacisnął zęby, żeby chociaż trochę zmniejszyć przeszywający niczym tysiące wbitych igieł ból złamanej kości.

"Słyszysz, Hank? Wózek, WÓZEK!"

- KUUUUUUUURWA! - ryknął w morską otchłań. Miedziany hełm zadrżał i zagłuszył jego wrzask.

(pierdolona chciwość)

Babka zawsze przed nią ostrzegała. A on jak zwykle nie słuchał. Kretyn z ciebie, Hank.

Właśnie znajdował się sam ponad czterdzieści metrów pod powierzchnią wody, podłączony do pierdolonej rurki podtrzymującej go przy życiu, jego kumpel zaginął w tej przegniłej, kurwa mać, dżungli, a teraz prawdopodobnie będzie mógł co najwyżej kuśtykać po jakimś śmierdzącym uryną starych dziadków sanatorium.

- Kurwa... - szepnął. Łzy bólu pociekły mu po policzkach.

To nie tak miało wyglądać.

(może być gorzej?)

Zbierz się do kupy.

Oparł ręce o dno. Wokół rękawic wzniósł się kłąb lewitującego piasku.

Zebrał wszystkie siły, żeby podnieść się z ziemi. Ogromny hełm dociskał go do ziemi. Zaparł się kolanem zdrowej nogi i odepchnął się od piaskowego gruntu.

Okolice stawu skokowego znów pochłonął ból. Syknął. Ledwo złapał równowagę. Przeniósł ciężar ciała na zdrową nogę.

"Przynajmniej teraz papuga będzie pasować", parsknął ponurym śmiechem.

Obejrzał się za siebie. Chciał chociaż wiedzieć, co sprawiło, że zapewne przez resztę życia będzie pobierał zasiłki dla inwalidów.

Wybałuszył oczy. Okrągły wizjer pokrył się parą.

Zobaczył Eddiego. Mężczyzna leżał na dnie zaplątany w łodygi najbliższych glonów. To dlatego go nie spostrzegł. Miał na sobie materiałową piankę ocieplającą, które zawsze zakłada się przed ubraniem skafandra nurkowego. Jego oczy były otwarte, patrzył w stronę powierzchni. Skóra na jego ciele wyglądała jak nadmuchana. Otwarte usta zatrzymały się w niemym krzyku. Jednak nie to było najdziwniejsze.

Chłopak był rozciągnięty.

Hank nie potrafił inaczej tego nazwać. Wyglądał jakby ktoś przywiązał go do dwóch sznurów i zaczął nim grać w przeciąganie liny. Całe ciało sprawiało wrażenie wydłużonego, mogło mieć teraz nawet dwa i pół, trzy metry długości. Nienaturalnie chudy, przypominał bosmanowi zdjęcia wieloletnich więźniów obozów koncetracyjnych z Europy. Ręce i nogi, niczym sprasowane, powoli unosiły się i opadały w morskiej toni.

W ostatniej chwili Hank powstrzymał odruch wymiotny. Kwaśny smród jego oddechu w wąskiej przestrzeni hełmu nie pozwalał nabrać powietrza. Nigdy czegoś takiego nie widział. Zamknął oczy i podkuśtykał do morskiego trupa. Każdy krok kończył się następnym kłującym atakiem bólu w prawej stopie. Pot zalewał jego czoło.

Starał się nie patrzeć na wypełnionego zzieleniałą wodą przyjaciela. Niezgrabnie pochylił się i wielką rękawicą chwycił go pod ramię. Materiał pokrywał oślizgły osad, przypominający powłokę na łuskach ryb. Obrzydzenie sięgnęło zenitu. Omal go nie upuścił.

Nic z tego nie rozumiał. Nic kurwa nie rozumiał. Ważne, że go znalazł.

(wracaj)

Jebać złoto. Jebać to miejsce. Świat w okrągłym ekranie nigdy nie wydał mu się tak obcy i przerażający. Chciał jak najszybciej znaleźć się na zbawiennej powierzchni.

Prawie całe pokryte miedzianą kratką okienko hełmu było zaparowane. Podniósł głowę i przez wąski, przejrzysty skraj szybki rozejrzał się w poszukiwaniu sznurka.

Wyciągnął wolną rękę w stronę kołowrotu przymocowanym do pasa balastowego. Położył ją na skórzanym materiale i na oślep przesunął w prawo. Wystarczyło, że pociągnie pokryty węzłami i metalowymi prostokątami sznur i da znać załodze na powierzchni, że mogą rozpocząć wyciąganie. Rękaw skafandra utrudniał znalezienie cienkiej linki.

Odetchnął z ulgą, gdy wymacał materiał. Czas wracać.

(najwyższy czas)

Pociągnął za sznurek. W okienku wizjera pojawił się kawałek liny. I jego koniec. Lewitował na wysokości jego oczu.

Zrozumiał dopiero po kilku sekundach. Linka była przerwana. Dostrzegł idealnie naciętą końcówkę.

(przecięta ostrym narzędziem)

Nagle ogromna siła uderzyła go w prawy bok. Impetu uderzenia nie powstrzymały ołowiane odważniki wokół jego pasa. Odleciał kilka metrów w stronę ciemnego gąszczu glonów. Długa na prawie dwa metry, sprasowana ręka przyjaciela wyślizgnęła się z jego uścisku. Trup opadł na piasek.

Zaskoczony uderzył w dno. Światło zniknęło i wizjer zakrył piasek podwodnego gruntu. Morska toń zamortyzowała upadek, ale nie powstrzymała bólu w jego kostce. Wrzasnął. Cała stopa pulsowała.

(co do...)

Obrócił się i w ostatniej chwili powstrzymał uderzenie. Refleks z wojskowego treningu ocalił jego życie. Żelazny, pokryty rdzą harpun zatrzymał się kilka centymetrów od szybki hełmu. Nie mógł oderwać wzroku od wycelowanego w niego ostrego jak brzytwa skorodowanego narzędzia.

Napastnik spojrzał ze zdziwieniem na zbrojoną rękawicę trzymającą jego broń. Bosman był pewien, że spojrzał, gdyby

(miał oczy)

Hank poczuł, że skafander zaczął przeciekać w dolnej części ciała.

(Nie)

Zlał się w piankę. Puste oczodoły łypały w jego kierunku. Zgniła narośl pokrywająca coś co kiedyś można by nazwać człowiekiem pokrywała skórę atakującego. Poruszająca się naga szczęka była wypełniona pożółkłymi zębami. Zębami, jakby

(spiłowanymi)

Wrzody na zzieleniałej skórze pulsowały. Część kości wystawało ponad prześwitującą powłokę.

Zaskoczony przeciwnik nie dał mu więcej czasu. Pociągnął harpun próbując wyrwać się z uścisku.

Drugą ręką złapał wizjer jego hełmu. Szponiaste palce zasłoniły prawie cały widok. Długie pazury skrobały szybkę, wydając wywołujący dreszcze dźwięk. Zgniła dłoń złapała zasuwę zasysającą i starała się podnieść ją.

(chce otworzyć)

Niewiele myśląc, Hank zamachnął się ręką w kierunku potwora. Złożona w pięść, zbrojona rękawica trafiła w ramię przeciwnika. Monstrum wypuściło strumień bąbli powietrza i poleciało w bok. Odleciało kilka metrów, odbiło się od dna wzniecając tuman piasku i wpadło w gąszcz kilkunastometrowych glonów.

Harpun wypadł ze szponiastych dłoni potwora i wbił się w grunt kilka metrów dalej.

Nurek wytężył wszystkie siły i powstał z dna. Dyszał ciężko, żałował, że nie może przetrzeć pokrytej parą okrągłej szybki.

Koślawo ustawił się w pozycji obronnej. Przeniósł cały ciężar na zdrową nogę.

Nagły wrzask rozdarł jego uszy. Spojrzał w górę przygotowując się na uderzenie.

Pomylił się.

W ponad ośmiusetkrotnie gęstszej niż powietrze wodzie dźwięk rozchodzi się czterokrotnie szybciej. A to sprawia, że dźwięk zawsze dochodzi do nurka z góry i...

Nim resztka podręcznikowej definicji dotarła do jego głowy zielony kształt wystrzelił z gloniastej dżungli, machnął podobnymi do płetw nogami i od dołu staranował nurka. Troglodycia głowa uderzyła go w brzuch.

Zgiął się w pół. Impet uderzenia podrzucił go do góry. Odleciał w kierunku wraku. Zaczął obracać się wokół własnej osi. Podwodny świat wirował w jego okrągłym okienku. Przez kratkę zobaczył pokrytą rdzą i glonami burtę transportowca. Stanowczo za blisko.

(o, kurwa)

Z całej siły przywalił w pokrytą nitami ścianę. Ryknął z bólu. Opadł na dno tuż przy okręcie.

Przewrócił się na bok i napiął wszystkie mięśnie, żeby podnieść ponad czterdziestokilogramowy hełm.

W pokrytej parą szybce spostrzegł zbliżające się monstrum. Zielony stwór pikował na niego z zawrotną prędkością. Sięgnął do pasa. Przeciwnik był kilka metrów od niego.

Odpiął zaczep i wyciągnął przed siebie nóż nurkowy. Napastnik nie zdążył wyhamować. Wyposażona w kilka ostrzy klinga do cięcia lin w całości weszła w łeb potwora. Zatrzymał się kawałek od jego twarzy. Oczodoły rozszerzyły się, w niemym zdziwieniu. Kościana szczęka poruszała się w górę i w dół, jakby chciał mu coś powiedzieć.

Nagle monstrum wypuściło chmarę bąbli powietrza i opadło na dno. Ciemna ciecz, przypominająca ropę, wypłynęła z rany na czole i zaczęła unosić się w górę.

Postarał się wyrównać oddech. Cały dyszał. Prawie nic nie widział przez miniaturowe okienko.

(co...to... kurwa... było)

Ominął szerokim kołem krwawiące truchło i ruszył w stronę ciała przyjaciela. Włóczył za sobą złamaną nogę. Z każdym krokiem obraz ciemniał mu przed oczami. Nadal trzymał nóż w pozycji gotowej do ciosu, jakby bał się, że przeciwnik nagle ożyje i znów się na niego rzuci. Niczego nie mógł być pewien.

Nagły ryk wydobył się z wnętrza okrętu. Natychmiast się odwrócił, ledwo utrzymując równowagę.

Coś poruszało się w środku wraku. Z porozbijanych okien transportowca buchnęły chmury bąbli uciekających w stronę powierzchni.

Zrobił krok do tyłu. Nóż w jego ręce wydał mu się niebezpiecznie mały.

Podwodną toń rozdarł zgrzyt metalu. Nagle kilka nitów wystrzeliło z kadłubu statku. Jeden niczym pocisk przemknął obok głowy bosmana. Następny trafił w hełm. Metalowa puszka zadrżała w rezonansie. Zarzuciło nim od siły uderzenia. Stalowy pręt zrykoszetował i pomknął gdzieś w lewo.

Huk rozdzieranego ciężkiego tworzywa wyrwał go z otępienia. Otrząsnął się i obrócił się w stronę ogromnego wraku.

Na sekundę zapomniał o oddychaniu. Metal rozdarł się na dwie części. Dwie ogromne zielone dłonie rozginały stalowe płyty tworząc coraz większą dziurę w burcie statku.

Z otworu buchnęły setki okrągłych baniek wypełnionych powietrzem, a po chwili reszta nitów puściła i metalowe poszycie opadło na piaskowe dno.

Cofnął się o krok. Stopa nie wytrzymała i padł na plecy. Nawet zapomniał wrzasnąć z bólu.

Owalna głowa wysunęła się z prawie trzymetrowej dziury.

- To... To... To... - zająkał.

Dwie pokryte wodnym śluzem dłonie wsparły się na ścianach. Pordzewiały but przekroczył kadłub. Z chmury bąbli uciekających przez otwór niczym szczury z tonącego okrętu wyłonił się

(On chyba śni)

Musi śnić.

Najbardziej pijacki, niezrozumiały, przerażający koszmar jego życia.

Nigdy nie widział go na własne oczy. Jednak od razu go rozpoznał. Ryciny z podręczników kanadyjskiej szkoły nurkowej przeleciały mu przed twarzą.

Drugi but wyłonił się z czarnej czeluści statku i głucho opadł na piaskowe dno. Hank miał wrażenie, że podłoże zadrżało.

Miał przed sobą najprawdziwszy zestaw Klingerta. Pionowy walec metalu z otworami na ręce i nogi chybotał się na prawo i lewo. Surowy mechanizm z XIX wieku buchał parą i sprężonym powietrzem z miejsc złączeń metalowych płyt. Do korpusu miał doczepione odważniki z rzymskimi cyframi określającymi wagę ołowianych cylindrów. Ponad dwumetrowy, pierwszy podwodny skafander do nurkowań głębokościowych przerażał swoją prostotą wykonania.

Wieńczyła go żeliwna kopuła przypominająca głowę stępionego pocisku stanowiąca ochronę dla nurka. Dwie okrągłe, uwypuklone na wzór oczu muchy, szybki znajdowały się na poziomie wzroku operatora skafandra. Miniaturowe wizjery musiały ograniczać pole widzenia do minimum.

Bosman nie miał pojęcia jak ktoś mógł utrzymać taki ciężar w wertykalnej pozycji. I co mógł robić na takiej głębokości.

Jednak od razu pozbawił się wszelkich złudzeń, że pod wygiętym hełmem znajdował się inny nurek. Obie szybki żarzyły się czerwonym światłem, jakby ktoś podsunął do nich od środka rozgrzane do czerwoności grudy węgla. Z obu oczodołów buchały bąble wrzątku. Hełm wyglądał jakby

(parował z gorąca)

Mimo to gorsze były nagie ręce i nogi przybysza. Pokryte łuskami i śluzem zgniło zielone kończyny pulsowały miarowo, jakby oddychały samodzielnie. Dostrzegł kilka ostryg dosłownie wtopionych w coś co kiedyś można było nazwać skórą.

Cały skafander obrócił się w jego stronę. Czerwone ślepia stalowego potwora wlepiały się w nurka z powierzchni. Zadrżał. Poczuł się niewyobrażalnie mały.

Warkot podobny do dźwięku pracującej na niskich obrotach śruby motorowej wydobył się z wnętrza dzięwietnastowiecznego skafandra. Ruszył w jego stronę.

Na pewno nie będzie chciał się z nim jedynie przywitać i wymienić uścisk dłoni. O nie. Nagle coś dostrzegł za plecami potwora

Z czarnej dziury w kadłubie statku wysunął się wąż doprowadzający powietrze do wnętrza skafandra mutanta.

Nóż upadł na ziemię.

(tego już było za wiele)

Koniec wykonanej ze skóry rury wypłynął w ślad za monstrum i lewitował w morskiej toni.

(on... on nie potrzebuje powietrza)

Dość.

Zwariował.

Pierdoli to.

(jestem czubkiem)

Koniec z ekspedycjami. Koniec z nurkowaniem. Koniec.

Wiej stąd

(WIEJ STĄD!)

Stalowy potwór kroczył w jego stronę. Był już niecałe osiem metrów od niego. Nie ucieknie mu z ranną nogą.

Ma jeszcze szansę.

Nie uda mu się sięgnąć do lin opustowych na łopatkach. Zresztą i tak nic to nie da, są ciągle napięte.

Wystarczy, że pociągnie za wąż powietrzny. Zobaczą ten sygnał awaryjny na powierzchni. Musi się wynosić. Tylko na chwilę straci dopływ powietrza, ale go wyciągną. Pierdolić złoto. Wybacz Eddie. Weźmie duży wdech i... i...

(czterdzieści sześć metrów)

Podwodnej wycieczki windą wprost na powierzchnię. Wytrzyma?

Jebać to.

Drżącą dłonią sięgnął do czubka swojego hełmu. Po omacku zaczął szukać jego jedynej deski ratunku. Potwór zbliżał się. Spod jego pordzewiałych butów buchały kłęby pyłu. Dno drżało przy każdym kroku.

Poczuł materiał węża w swojej rękawicy. Ścisnął dłoń w pięść.

(kurwa!)

Wymsknął się. Pot lał się z niego strumieniami. Znów podążył ręką po powierzchni hełmu szukając jakiejkolwiek obecności miękkiego materiału.

Pokryte łuskami dłonie chwyciły go za materiał skafandra. Poczuł jak unosi się kilka centymetrów nad dno.

W okratowanej szybce zobaczył szklane ślepia podwodnego demona. Płonące żywym ogniem, pozbawione źrenic oczodoły wlepiały się w niego. Przez sekundę przebiegła mu przez głowę myśl

(śmieje się?)

Potwór uderzył go z dyni. Brzdęk zderzających się metali rozszedł się wśród morskiej toni. Hank odleciał kilka metrów w tył. Powierzchnia hełmu wygięła się w jego stronę. Na jego szklanym okienku zobaczył drobne pęknięcia. Podwodny świat pokrył się pajęczyną pęknięć. Głowa wibrowała od ciągłego rezonansu rozchodzącego się po całym akwalungu.

Padł na dno wzniecając chmurę pyłu prawie całkowicie zakłócając widoczność. Otrząsnął się.

Mgła opadała na dno i zobaczył przed sobą, jak na wyciągnięcie ręki

(Eddie)

Trup nadal leżał na dnie z miną tępego zaskoczenia. Wydłużone kończyny unosiły się w podwodnej głębi.

Nagle wśród wirującego piasku dostrzegł także drugą postać.

Zamrugał oczami.

Puste oczodoły łypały w jego stronę. Pogniłe dłonie puszczały i zaciskały się na pokrytym korozją harpunie. Bliźniak pierwszego potwora leżał za ciałem jego przyjaciela. Nagie kości szczęki poruszały się w miarowych odstępach.

Wciągnął powietrze. Z każdym oddechem było go coraz mniej.

(nóż)

Klinga leżała przy wraku statku. Na nic mu się teraz nie przyda.

Nagle potwór odbił się od dna i rzucił się na nurka. Wylądował na jego hełmie i przygniótł go do ziemi. Zaskoczony ciężarem podwodnego potwora padł wizjerem w dno. Napastnik zaczął uderzać w tył metalowej kopuły harpunem. Głuchy stukot przy każdym ciosie rozbrzmiewał w uszach bosmana.

Wytężył wszystkie siły i obrócił się na plecy. Podwodny potwór uniósł się niecały metr w górę i znowu wylądował na nurku. Uderzył jeszcze raz. Harpun odbił się od miedzianej osłony.

Przeciwnik spojrzał na swoją broń i przeniósł wzrok na hełm. Musiał zrozumieć, że jest bezużyteczna w starciu z dwudziestowieczną zbroją.

Zanim Hank zdążył zareagować potwór odrzucił broń i łapami chwycił obudowę jego wizjera. Zaczął mocować się z klamrą zaciskową. Jedynie wytworzone głębią ciśnienie nie pozwalało mu otworzyć szybki.

- HEJ! - ryknął.

Monstrum zatrzymało się zaskoczone nie puszczając mechanizmu otwierającego. Puste oczodoły próbowały zobaczyć cokolwiek przez czerń popękanej szyby hełmu.

Na ten moment tylko czekał. Wypracowanym w barowych bijatykach sierpowym zdzielił przeciwnika w bok pokrytej wrzodami głowy. Zbrojona rękawica weszła głęboko w miękkie cielsko. Potwór poleciał w lewo i zniknął z jego pola widzenia.

Obrócił się i zobaczył harpun leżący na piasku. Opadł na dno niecały metr od ciała Eddiego. Wyciągnął rękę w jego stronę.

Nagła siła uniosła go w górę. W pęknięciach okratowanej szyby znów pojawiło się Klingartowe monstrum. Kilka centymetrów od jego twarzy czerwone ślepia pulsowały jeszcze jaśniejszym blaskiem.

Pokryta zmutowaną naroślą dłoń chwyciła klamrę zaciskową jego hełmu. Muskularne ramię napięło się próbując pokonać blokujące ciśnienie. Kilka ostryg wystrzeliło w morską toń pod naciskiem trących o siebie łusek. Wewnętrza ściana zaczęła wyginać się w kuriozalnym kształcie.

Cichy syk rozbrzmiał wewnątrz ciemności bosmańskiego skafandra. Zadrżał.

(otworzy to)

Nabrał kilka dużych haustów, żeby zmagazynować w płucach jak największą ilość powietrza. Metalowy materiał zaskrzypiał.

Nagle pokryty kratką wizjer odskoczył na zawiasie. Mulista woda buchnęła prosto w jego twarz. Natychmiast poczuł smak słonej cieczy.

Przerażająca myśl, smak śmierci

(czterdzieści sześć metrów)

Zimna woda wypełniła wnętrze skafandra. Poczuł jak całe jego ciało ogarniają ciarki.

Tracąc wyporność powietrza wypełniającego podwodny strój, natychmiast zyskał kilka kilogramów masy. Chwycił potwora i pociągnął go na dno. Ten zaskoczony zachwiał się na łuskowatych nogach i padł na twarz obok niego.

Złamana kostka znów dała o sobie znać. Zacisnął zęby, żeby nie wypuścić resztki powietrza z płuc.

Ostatni oddech kończył się. Czuł jak jego głowa zaczyna miarowo pulsować. Jego mózg silnym impulsem domagał się chociaż odrobiny tlenu. Obraz jeszcze bardziej pociemniał.

Nagle przed jego twarzą pojawił się wąż powietrzny. Pociągnięty pędem upadku zawirował kilka centymetrów od otwartego wizjera. Niemal wpłynął do środka hełmu.

Natychmiast go chwycił i pociągnął w dół. Materiał naprężył się.

(Muszą to poczuć)

Muszą.

Muszą.

Pociągnął jeszcze raz.

Muszą!!!

Potwór otrząsnął się z zaskoczenia. Przygwoździł go ziemi. Złapał obudowę hełmu i włożył rękę do środka. Szponiasta dłoń chwyciła twarz Bosmana. Wzdrygnął się, gdy zasłoniła cały jego miniaturowy wizjer na świat zewnętrzny.

Znowu wypuścił z dłoni jedyną możliwość kontaktu z załogą na powierzchni.

Odór przypominający smród zgniłej ryby, tak często wyczuwalny w portowych dokach, wypełnił jego nozdrza.

Nagle mutant zaparł się i pociągnął go do siebie. Zaskoczony mężczyzna rozpłaszczył się czołem i policzkami na okrągłym otworze.

(co do...)

Co on chce zrobić? Nagle widok nienaturalnie rozciągniętego ciała jego kolegi przeleciał mu przed oczami. Zakwiczał zdając sobie sprawę jaki czeka go koniec.

Wytężył wszystkie siły próbując się zaprzeć o wewnętrzne ścianki metalowej puszki. Uścisk stał się jeszcze mocniejszy. Ramy otworu boleśnie wrzynały się w skórę.

Machał ramionami próbując dosięgnąć przeciwnika. Po kilku sekundach poczuł jak traci siły. Ręce opadły na piasek. Nagle dłoń natrafiła na rękojeść.

Chwycił harpun i wykorzystał resztki powietrza w płucach do wyprowadzenia ciosu na oślep. Stalowa broń przecięła morską głębię i trafiła w przerdziewiałe złącze płyt. Trzask pękającego metalu rozszedł się po podwodnym dnie.

Potwór zawył. Ręka wysunęła się z okienka odsłaniając niebieską toń. Zobaczył potężne cielsko podwodnego monstrum. Z jego prawego boku buchały tysiące bąbli unoszących się w stronę powierzchni. Wraz z nimi wypłynęła czarna, kleista substancja przypominająca smołę.

Nagle liny opustowe na jego plecach naprężyły się.

(zobaczyli!)

Wiedział, że ma tylko sekundę.

Ostatkiem sił odwrócił się i złapał wydłużone ramię Eddie'ego.

Ogromna moc pociągnęła go w stronę powierzchni.

Pokryte wrzodami ręce zatoczyły koło próbując złapać nurka. Spóźniły się tylko o sekundę i trafiły w pustkę.

Był już jakieś dziesięć metrów od dna. Spojrzał w dół. Zakrztusił się wodą.

Wokół potwora zaczęły kłębić się cienie. Wypływały z lasu potężnych glonów i kręciły się wokół rannego monstrum, niczym małe asteroidy naokoło wielkiej planety. Ostatkiem świadomości rozpoznał mutanty. W ich dłoniach błyszczały harpuny.

Demon w metalowym skafandrze podniósł ogromne łapy do góry jakby chciał go złapać w niedźwiedzim uścisku i wypuścił chmarę bąbli. Ostrze harpuna wystawało z jego boku, otoczone milionami uciekających pęcherzyków powietrza. Z każdą sekundą stawał się coraz mniejszy.

Wyprostował rękę w stronę potwora i pokazał mu środkowy palec. Wybuchnął śmiechem. W otwarte usta wlała mu się woda. Słony posmak substancji wypełnił jego gardło i nozdrza.

(To nic)

I tak już nie miał więcej powietrza w płucach.

Mknął w stronę powierzchni.

W pewnym sensie był przygotowany na to co go czeka. Nie ma już czym oddychać, ale teraz to najmniejszy problem. Mózg obumiera nieodwracalnie dopiero po czterech minutach, a on w tym czasie będzie już na pokładzie statku. Za to znacznie większym niebezpieczeństwem jest już nieunikniona choroba dekompresyjna, która dopadnie go w ciągu dwudziestu minut. Jak tylko resztki azotu całkowicie zablokują dopływ zbawiennego tlenu do jego mózgu, straci przytomność i może tylko mieć nadzieję, że jego załoga zdąży go przetransportować na stały ląd. Jeśli na czas dowiozą go do szpitala i zostanie poddany rekompresji...

(jeśli)

Był na ich łasce.

Poczuł jak ciśnienie rozpiera jego czaszkę. Wynurzał się za szybko.

(Tsssyk)

Nagły trzask w uszach oznaczał kolejny uraz bębenków.

Stalowy potwór był już teraz wielkości mrówki. Morska głębia stawała się coraz jaśniejsza. Mimo to obraz w małym okienku hełmu stawał się z każdą sekundą ciemniejszy. Poczuł jak jego powieki powoli się zamykają. Zdusił odruch wymiotny. Organizm przestawał pracować. Zaczął odpływać. Jego ciało się rozluźniło.

Nagle ciało jego przyjaciela

(zafalowało)

Pokryty oślizgłą naroślą skafander ocieplający wysunął się z jego dłoni.

(Nie, nie, nie, nie, nie!)

Zamachnął się próbując złapać trupa. Minął je o centymetr. Liny nieubłaganie ciągnęły go w stronę lustra powierzchni.

Ciało wyglądające jakby ktoś przejechał je walcem opadało w stronę dna. Eddie miał nadal otwarte w niemym krzyku usta.

I otwarte oczy.

Popatrzył na niknącego w morskiej głębi przyjaciela.

Nie sprowadzi go z powrotem.

A zarazem nie potwierdzi, nie będzie miał żadnego dowodu, że to co widział, to co się zdarzyło było

(naprawdę)

Zaharczał. Ostatnie bąble wyleciały przez okrągłe okienko.

(TSSSSSSSK)

Kolejny trzask w uchu. Potworny ból oznaczał tylko jedno - bębenki uszne pękły.

Nagle morska toń rozstąpiła się. W miniaturowym wizjerze zastąpiło je czyste niebo karaibskiego morza.

Woda wylała się z wnętrza hełmu. Otworzył usta i wypluł ciecz z gardła. Półprzytomny był prawie pewien, że widział w niej małą rybkę.

Dosłownie wessał ogromny haust powietrza do płuc. Myślał, że już nigdy więcej go nie poczuje. Od razu zakrztusił się i znowu wymiotował wodą.

Zaczął się śmiać. Wybuchnął wesołym rechotem radości godnej człowieka, któremu właśnie udało się uniknąć niechybnej śmierci. Nawet nie zwrócił uwagi, że go nie słyszy.

Ramię dźwigu zaczepiło się o klamrę na tyle jego skafandra. Uniósł się ponad lustro wody.

Zaczęło mu się kręcić w głowie. Obraz widział jak przez mgłę. To zbyt szybko rozprężone cząsteczki azotu zaczęły blokować jego tętnice.

(Zaczęło się)

Niedotleniony mózg pracował na ostatkach sił. Zaraz zemdleje. Czuł to. Obraz w wizjerze jeszcze bardziej się rozmazał.

Obróciło go. Wisząc na zbrojonej linie przypominając wisielca na stryczku zobaczył zachodzące nad horyzontem słońce. Było całe

(krwisto)

czerwone.

Kiedyś słyszał, że czerwone słońce oznaczało czyjąś śmierć. Tak, omen śmierci.

Nagle zdał sobie sprawę, że cały świat widzi na czerwono. Zablokowana i ściśnięta przez azot krew napłynęła do jego oczu. Krwista mgła pokryła cały obraz.

(umiera)

Na pewno umiera.

Znowu go obróciło. W jego małym okienku na świat zobaczył pokład statku. Po mostku biegały rozmazane sylwetki marynarzy, nie rozpoznawał ich twarzy, machali w jego stronę, coś krzyczeli, ale on ich

(nie słyszał)

Otaczała go cisza.

Do oczu napłynęły mu łzy. Były zmieszane z krwią.

(Stracił słuch)

Nie będzie już latynoskiej muzyki.

Nie będzie odgłosu pobierającego powietrze automatu oddechowego.

Nie będzie uroczego śmiechu Mariji.

A jego przyjaciel Eddie...

(Eddie)

W ciszy metalowe buty skafandra dotknęły pokładu. Potworny ból przypomniał o jego skruszonej kostce. Zawył. Ale nic nie usłyszał.

Hak dźwigu puścił. Wycieńczony nie wytrzymał nagłego nacisku kilkudziesięciu kilogramów. Poleciał do przodu w stronę ziemi i uderzył hełmem o metalową powierzchnię. Światło zgasło i czarny ekran znów wypełnił jego okienko.

Ktoś chwycił materiał skafandra i obrócił go na plecy. Rozmazane, pokryte czerwienią twarze wypełniły cały widok. Coś mówiły, krzyczały. Potrząsały nim. Nic nie słyszał.

(Nic KURWA nie słyszał)

Rozpoznał Dimitri'ego. W krwistym odcieniu wyglądał jakby właśnie skończył całodniową zmianę w rzeźni. Pochylił się nad nim z kluczem francuskim i zaczął odkręcać śruby z hełmu.

Chciał coś powiedzieć. Ostrzec ich. Nie są tutaj bezpieczni. Muszą płynąć.

Otworzył usta i powiedział o Eddie'em, wyrzucił z siebie wszystko o jego śmierci, nienaturalnie wydłużonym ciele, o harpunach, potworze z wraku, żądnym śmierci strasznym monstrum, że muszą uciekać, uciekać, wiać, kurwa spierdalać stąd ile sił w nogach!!!

Nie słyszał swojego głosu. Marynarze tylko go poklepywali nie przerywając pracy przy ściąganiu hełmu. Coś mówili. Chyba go pocieszali.

Nagle czarna otchłań i małe okienko zniknęło. Jasne promienie słońca zalały jego twarz. Musiał zmrużyć oczy. Hełm upadł bezgłośnie obok jego głowy. Tłum ludzi otaczał go ze wszystkich stron. Patrzyli na niego z góry.

Technicy zabrali się za skafander. Dimitri zaczął ściągać odważniki balastowe.

Zebrał resztki sił i złapał rosyjskiego technika za fraki. Nie zdołał się podnieść, przyciągnął go do siebie.

- W...ie..e.my! - wybąkał mając nadzieję, że Rosjanin go zrozumie.

Łysy rusek chwycił go za rękaw skafandra i powiedział coś. Jego usta poruszały się bezgłośnie.

Bosman zdążył wyłapać tylko słowa "spokojnie", "krew", "dekompresja" i "domu".

Padł na pokład. Był wśród swoich, pomogą mu. Wiedzą co robić. Starał się złapać normalny oddech.

Nagle Dimitri przestał odczepiać pas balastowy i wstał. Popatrzył w lewo, w stronę burty. Coś powiedział i wskazał palcem.

Hank nie miał siły odwrócić całej głowy. Spojrzał kątem oka w stronę, którą wskazywał młody marynarz. Ostatkiem świadomości zobaczył w krwistym odcieniu zielone ramię przerzucone przez burtę. Wrzody pulsowały. Przemieszczały się, niczym bąble powietrza pod pokrytą lodem powierzchnią. Miał wrażenie, że coś w ich środku żyło.

Szponiasta dłoń trzymała się relingu, na pokład kapały krople morskiej wody.

Ostatnie co zobaczył to dołączająca do niej druga ręka trzymająca pordzewiały harpun.

Zamknął oczy i odpłynął wśród niemych krzyków załogi statku.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje