Szept

Dodane przez: spitterisglitter, 21.09.2017, 22:46
Reklama:
Dorota wróciła do domu zmęczona, jak zawsze, kiedy musiała spędzić osiem godzin w szkole, oddalonej o ponad dwadzieścia kilometrów.

Przywitała się cicho z mamą i od razu rzuciła torbę w kąt, chcąc bez zwlekania położyć się na łóżku i po prostu odpocząć, przynajmniej przez chwilę.

Była środa. Za Dorotą — ciężkie trzy dni w szkole, kilka prac graficznych oddanych na zaliczenie, nieprzespane noce, spędzone na projektowaniu. Przed nią — długi weekend z młodszą siostrą cioteczną, która miała przyjechać nazajutrz. Cztery dni słodkiego lenistwa.

Zapowiadał się piękny wypoczynek.

**

Przez resztę wieczoru Dorota oglądała telewizję w salonie, gdzie było chłodniej. Upalne letnie dni przyprawiały ją niemal o myśli samobójcze. Nie lubiła, gdy było aż tak gorąco. Nie miała na to jednak wpływu, więc starała się przynajmniej przystosować do panujących warunków.

Dom stał pusty — mama Doroty poszła do „sąsiadów”, czyli rodziny taty Doroty, którzy mieszkali za płotem, a tata Doroty był w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. Dorota mieszkała na wsi, nie jednak w kompletnej dziurze cywilizacyjnej. Jej miejsce zamieszkania można było nawet nazwać niewielkim miasteczkiem. Wystarczyło pokonać niezbyt przyjemną, ale krótką drogę pod górę i można już było zrobić przyzwoite zakupy. Tylko mieszkańcy tego miasteczka nie należeli do zbyt przyjaznych — większość z rówieśników Doroty to ludzie bez matury czy nawet ukończonego gimnazjum, a starsze pokolenie krzywo spoglądało na wszystko, co spotkało na swojej drodze. Dało się jednak wytrzymać, zwłaszcza wtedy, kiedy nie zwracało się uwagi na ludzi, a na samo miejsce, które urzekało swoimi malowniczymi polami, lasami, łąkami i rzekami. Okolica zachwycała swoim pięknem i nigdy nie zawiodła Doroty ani jej młodszej siostry, kiedy chciały oderwać się od rzeczywistości.

Gdy wróciła mama Doroty, dziewczyna przeniosła się do swojego pokoju. Wciąż w myślach narzekała na lejący się z nieba żar. Nie chciała włączać komputera; miała go już dość po ostatnich długich godzinach nurkowania w programach graficznych, a poza tym obawiała się, że będzie jej jeszcze goręcej. Wyciągnęła więc pierwszą lepszą książkę z półki i postanowiła przynajmniej przez godzinę zająć się czytaniem. Pomyślała, że potem może przejdzie się ze swoimi psami na spacer albo wyjdzie na podwórko, gdy już zrobi się chłodniej.

Książka, którą Dorota wybrała, wydawała się całkiem ciekawa. Dorota zerknęła na nazwisko autora — Alfred Flüstern. Nic jej to nie mówiło, otworzyła więc książkę na pierwszej stronie, pełna obaw co do jakości wybranej lektury. Przeczytała kilka pierwszych stron i spodobał jej się styl pisarza, przesycony ciekawymi metaforami i porównaniami. Utwór traktował póki co o kobiecie, która przechodziła ciężki okres w swoim życiu. Próbowała wiązać naukę w szkole z mieszkaniem w trudno dostępnej miejscowości. Chciała się wyrwać z rodzinnego miasta, gdzie nie widziała dla siebie perspektyw. „Prawie jak ja”, myślała Dorota podczas czytania.

Dziewczyna naprawdę zaciekawiła się tą książką i nie mogła się od niej oderwać przez następne dwie godziny. Na dworze zdążyło zrobić się całkiem chłodno, a słońce zaczęło powoli sunąć w dół po nieboskłonie. Gdy spojrzała za okno, uśmiechnęła się sama do siebie. Czas minął jej szybciej, niż się spodziewała. Na całe szczęście.

**

Dorota położyła się spać, gdy na zegarze pojawiła się północ.

Zazwyczaj siedziała dłużej i albo coś rysowała, albo w coś grała, ewentualnie odrabiała kolejną pracę domową. Tego dnia jednak sen zmorzył ją szybciej i trudno jej się dziwić. Rano wyjechała autobusem o siódmej, by na ósmą zdążyć do szkoły. W technikum, gdzie kształciła się na grafika komputerowego, miała lekcje do szesnastej. Później musiała jeszcze pojechać na dworzec autobusowy, skąd wróciła na siedemnastą do domu. Taki rozkład dnia stał się dla niej rutyną; gdy jednak zdarzała się jej okazja, kiedy nie miała żadnych zajęć w domu i mogła wcześniej się położyć, korzystała z tego.

Sen jednak, o dziwo, nie nadchodził. Dorota jeszcze przez dłuższy czas leżała w łóżku, przekręcając się z boku na bok i uparcie zaciskając powieki, ale wszystko to na nic. Nie mogła zasnąć.

W końcu położyła się na plecach, odetchnęła głęboko i zaczęła wpatrywać się w sufit. Wsłuchiwała się w ciszę panującą w całym mieszkaniu.

Nagle coś usłyszała.

Szept.

Nie było to nic bardzo wyraźnego, po prostu jakby ktoś w pokoju obok powiedział coś bardzo poufale, nie chcąc zbudzić śpiących domowników.

Dorota podniosła się powoli do pozycji siedzącej i skierowała wzrok na drzwi do swojego pokoju.

Spojrzała na zegarek. Było kilka minut po pierwszej. Kto mógł o tej porze rozmawiać w jej domu? Rodzice spali, zresztą, nawet za dnia nie rozmawiają ze sobą za dużo. I po rozmawialiby szeptem? Z reguły wieczorami mówili przyciszonym tonem, ale nigdy szeptem.

Szept się nie powtórzył. Dorota siedziała tak jeszcze przez chwilę, patrząc na drzwi do pokoju, ale w końcu znowu się położyła i uznała to za majak zmęczonego umysłu.

**

Siostra cioteczna — Wiktoria — przyjechała przed południem. Obie na swój widok uśmiechnęły się szeroko. To był dom, kiedy były razem.

Od razu po przyjeździe obie usiadły w pokoju Doroty, gdzie ta opowiedziała Wiktorii o dziwnym wydarzeniu z nocy.

— Brzmi naprawdę nieciekawie — odparła Wiktoria, kręcąc głową. — Mogło ci się w sumie tylko wydawać… Ale to nadal dość niepokojące.

— Ale potem się nie powtórzyło. Może któryś z psów się poruszył przez sen i tak to dziwnie zabrzmiało — skwitowała Dorota, a potem już nie wracały do tematu.

Dzień minął im na, jak Dorota przewidywała, lenieniu się na wszelkie sposoby. Obejrzały film, przeszły się na dłuższy spacer, pobawiły się ze zwierzętami. Wiktoria nawet w pewnym momencie wzięła się za tę książkę, którą poprzedniego dnia czytała Dorota, a Dorota przez ten czas pracowała przy komputerze. Przebywały przy sobie niemal bez przerwy i cieszyły się swoją obecnością. Tego im brakowało. Przez szkołę nie miały czasu, a przez brak czasu widywały się naprawdę rzadko. Dlatego starały się takie chwile wykorzystywać w pełni i doceniać je, i nigdy ich nie zapominać.

**

Ich noce zawsze wyglądały podobnie. Zanim zasnęły, musiały jeszcze długo porozmawiać w ciszy i ciemności o tym, co wydarzyło się za dnia, o problemach, które ich męczyły, o planach na przyszłość. Leżały, przytulone, wpatrując się w ciemność, słuchając nawzajem najpierw swoich słów, potem swoich oddechów. Tej nocy nie było inaczej.

W końcu jednak Dorota poruszyła się niespokojnie, po czym usiadła na łóżku. Wiktoria od razu do niej dołączyła.

— Co jest? — zapytała młodsza po cichu.

— Znów coś słyszałam, jak wczoraj — wyjaśniła Dorota.

— Szept?

— Tak.

Przez chwilę znowu siedziały w grobowej ciszy, nasłuchując. I nagle obie to usłyszały: istotnie, brzmiało to jakby ktoś w drugim pokoju szeptał coś, jednak nie potrafiły rozszyfrować, co to były za słowa.

— Słyszałaś…? — zapytała Dorota i nie dokończyła pytania, widząc kiwnięcie Wiktorii.

— Pójdę to sprawdzić — zaproponowała Wiktoria i ruszyła się, by wstać z łóżka, ale Dorota od razu ją zatrzymała.

— To się może źle skończyć — powiedziała cicho.

— Nic złego nie może się stać — odparła Wiktoria. — Pewnie to tylko jeden z psów, ale wolę się upewnić.

Dorota puściła ją. Wiktoria otworzyła po cichu drzwi pokoju i wyjrzała. Dorota jednak, zanim Wiktoria zdążyła wyjść z pokoju, wstała i podeszła do siostry. Nie puszczę cię samej — zdawało się mówić jej spojrzenie, gdy wyszła zaraz po Wiktorii.

W domu, niewielkim zresztą, nie działo się nic podejrzanego. Rodzice Doroty spali, psy spały, cały dom zdawał się spać, pogrążony w ciszy. Szepty, czymkolwiek były i od kogokolwiek pochodziły, ustały.

Dziewczyny wróciły do pokoju Doroty. Nie rozmawiały już o tym dużo. Obie zgodziły się, że nakręciły się przez historię Doroty i doszukiwały się potwierdzenia swojej teorii o szeptach w każdym szmerze usłyszanym w nocy w domu, a przecież w nocy w domu najprościej jest usłyszeć coś takiego, gdyż panuje cisza. Wszelkie odgłosy życia codziennego zastygają, znikają, prawie jakby nigdy ich nie było.

**

Dziewczyny od rana były same w domu, jak i poprzedniego dnia, gdyż rodzice Doroty byli w pracy. Nie przeszkadzało im to. W domu było przynajmniej cicho i spokojnie, nikomu nie przeszkadzały głośną rozmową, słuchaniem muzyki czy rozmaitymi zajęciami, które wychodziły poza pokój Doroty.

Dorota przygotowywała obiad, a Wiktoria siedziała zaczytana.

— Aż tak podoba Ci się ta książka? — zapytała Dorota, przechodząc przez pokój i widząc Wiktorię z nosem w utworze tajemniczego Flüsterna.

— Podoba mi się, że ta książka jest prawie o mnie — uśmiechnęła się Wiktoria, podnosząc wzrok znad lektury.

— Przecież nie mieszkasz gdzieś na odludziu z dala od swojej szkoły.

— Chyba pomyliłaś książki — odparła Wiktoria i znów przeniosła wzrok na karty powieści.

Dorota wzruszyła ramionami i poszła dalej robić obiad.

A obiad był pyszny. Dorota lubowała się w daniach z ryżem, więc ten kurczak z warzywami i ryżem spokojnie zdobyłby jakąś nagrodę w konkursie kucharskim. Smakował na równi i dziewczynom, i mamie Doroty. Tylko tata był jakiś sceptyczny, może dlatego, że preferował cięższe, tłustsze obiady, bardziej „tradycyjne”.

**

Kolejna noc zdawała się dziewczynom być taką samą, jak wszystkie ich wspólne noce.

Oglądały na komputerze jakiś tani horror, który, zamiast przerażać fabułą i klimatem, bawił swoją nieporadnością. Obie komentowały wszystkie wydarzenia. Lubiły tak spędzać czas. Stało się to dla nich już pewną tradycją. Przy każdym spotkaniu musiały obejrzeć przynajmniej jeden taki film.

Za oknem szalał deszcz, od czasu do czasu niebo przeszywała błyskawica, a chwilę potem dało się słyszeć grzmot. To jednak nie przeszkadzało. Dorota tylko obawiała się wyłączenia prądu — w jej miejscowości bardzo szybko go wyłączano, kiedy przychodziła burza.

I tym razem nie było inaczej. Nagle komputer ucichł, monitor zgasł, tak samo jak mała lampka przy biurku. Zapanowała absolutna ciemność i cisza, którą przerywał jedynie stukot kropel deszczu uderzających o parapet okna.

— Idealnie — skomentowała cicho Wiktoria, uśmiechając się półgębkiem.

— Może niedługo włączą — Dorota odparła zrezygnowana, jednak sama chyba w to nie wierzyła.

Usiadły obie na łóżku, zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Wiktoria przygryzła dolną wargę i westchnęła.

— Jaką książkę dzisiaj czytałaś? — zapytała Dorota, w ciemności przyglądając się siostrze.

Nie zdążyła jednak otrzymać odpowiedzi, bo od razu po tym pytaniu obie usłyszały, poza kroplami deszczu, szept.

Tuż za drzwiami do pokoju Doroty.

Obie spojrzały od razu w tamtym kierunku.

Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz, mimo że ten tkwił w zamku. Ktokolwiek stał po drugiej stronie, mógł je od razu otworzyć, po prostu naciskając klamkę.

Dorota przełknęła ślinę. Oczywiście od razu pomyślała o rodzicach. Ale po co staliby pod drzwiami do jej pokoju i szeptali? Gdyby zaś okazało się, że to ktoś obcy, ktoś, kto włamał się do domu — tata od razu by zareagował, bo nie ma tak mocnego snu. Zorientowałby się, że ktoś przeszedł przez pół domu.

Wiktoria jako pierwsza podniosła się, żeby podejść do drzwi, ale Dorota od razu do niej dołączyła. Nie zamierzała zostawiać siostry samej, nawet jeśli sama się bała i najchętniej schowałaby się pod łóżkiem, udając, że nie istnieje.

Podeszły we dwie do drzwi. Stanęły przed nimi, zastanawiając się, co zrobić. Wiktoria wzrokiem szukała czegoś ciężkiego, czym mogłaby się bronić, gdyby ktoś z drugiej strony chciał ją zaatakować.

Wiktoria sięgnęła po leżący na półce ciężarek dwukilogramowy. I od razu po tym siostry usłyszały kolejny szmer za drzwiami.

Dziewczyny drgnęły.

Wiktoria podniosła ciężarek, a Dorota przyłożyła ucho do drzwi.

Wiktoria mogła dostrzec, jak do oczu Doroty cisną się łzy — łzy bezsilności i niewypowiedzianego przerażenia. Dorota zaczęła cała drżeć.

— Dorota? — zwróciła się do siostry od razu, łapiąc ją za ramię. — Dorota? Co słyszysz?

— Ktoś szepcze moje imię — wydukała Dorota i zaczęła gwałtownie łapać powietrze.

Wiktoria ściągnęła brwi. Samo szeptanie imienia nie może być przecież takie straszne, żeby wywołać aż taką reakcję, taką niemal panikę.

Przyłożyła ucho do drzwi.

I zrozumiała.

Szept, który rozlegał się za drzwiami, wzywał jej imię — powtarzał ciągle „Wiktoria”, jak jakąś mantrę. Na początku było to bardzo ciche, szybko jednak stawało się coraz głośniejsze, coraz bardziej zdecydowane, to znowu wracało do cichego szeptu, a osoba, która to mówiła, zdecydowanie nie miała najprzyjemniejszego głosu. To brzmiało bardziej jak jakieś skrzeczenie pomieszane z piskiem, trochę jakby ktoś przeciągał paznokciem po styropianie albo po szkolnej tablicy. I nie ustępowało ani na chwilę. W kółko powtarzało imię Wiktorii.

Obie dziewczyny odsunęły się od drzwi w niemym przerażeniu.

Złapały się za ręce, patrząc na drzwi. To jednak nie miało już żadnego związku z drzwiami — szept zaczął być słyszalny wszędzie wokół nich. Nie potrafiłyby określić, skąd pochodził, gdzie się znajdowało jego źródło, szept po prostu był w ścianach, w podłodze, w suficie, w meblach, w powietrzu, w nich samych. I ciągle tylko je wołał, a żadna z dziewczyn nie słyszała niczego poza swoim własnym imieniem.

Głos stawał się coraz bardziej natarczywy, a dziewczyny czuły się coraz bardziej przytłoczone. Dorota, trzymając się za uszy, osunęła się na podłogę, a Wiktoria zacisnęła mocno powieki i oparła się czołem o ścianę.

Syreny wzywały i zwodziły żeglarzy swoim pięknym śpiewem. Nie było osoby, która potrafiłaby im się oprzeć, gdy już je usłyszała. Ta istota działała odwrotnie — nie można się oprzeć, by nie kazać jej zniknąć.

— Błagam… błagam… — zaczęła Dorota, szlochając i drżąc, i wpatrując się w sufit. — Błagam… przestań. Przestań się do mnie odzywać. Przestań. Przestań!

I w tej samej chwili, choć zdawało się to być najbardziej nierealnym scenariuszem — szepty ustały.

Jeszcze dłuższą chwilę zajęło Wiktorii zorientowanie się, że zapadła cisza. Że jedynym dźwiękiem, który słyszała, było stukanie kropel deszczu o parapet i swój własny, zdecydowanie za głośny oddech.

— Dorota? Czy ty też… już nic nie słyszysz? — zapytała cicho po minucie, mimo że zdawało jej się, jakby minęło kilka lat.

Nie usłyszała żadnej odpowiedzi.

Otworzyła w końcu oczy i odsunęła twarz od ściany. Wyprostowała się i od razu wzrokiem zaczęła szukać Doroty. Spojrzała na podłogę, w miejsce, w którym Dorota się położyła, gdy pojawiły się szepty.

Doroty jednak nie było. Ani w tym miejscu, ani w żadnym innym miejscu w pokoju.

— Dorota? — wydukała Wiktoria, rozglądając się gorączkowo po pokoju, zaglądając w każdy kąt. — Dorota, gdzie jesteś?!

Nie mogła przecież wyjść z pokoju. Wiktoria usłyszałaby otwieranie drzwi.

Powtarzała jeszcze, powoli wpadając w panikę, imię swojej siostry, rozglądała się po pokoju, zaglądała wszędzie po kilka razy, licząc na to, że jednak gdzieś się ukryła, że schowała się przed tymi szeptami. Szepty rozlegały się wszędzie, w całym istnieniu obu sióstr tuż przed chwilą, a teraz odeszły jakby bezpowrotnie. Wiktorii zdałoby się to pewnie surrealistyczne, ale nie miała nawet siły na myślenie o czymkolwiek innym niż o Dorocie.

W końcu zaczynało do niej docierać. Starała się zaprzeczyć tej informacji, wyprzeć ją, pozbyć się jej z głowy. Ale bała się, jak prawdziwa jest.

Istota, szepczący człowiek, dopadła Dorotę. Zabrała ją. Zabrała ją, bo ją zlokalizowała.

— Wróćcie po mnie — Wiktoria wyszeptała w końcu, siadając na brzegu łóżka. — Wróćcie po mnie… Zostawcie ją i wróćcie po mnie!

Zapaliło się światło. Wrócił prąd.

— Wróćcie po mnie! — powtarzała dalej, nie bacząc na to, że może zaraz kogoś obudzić. Istotnie zresztą, tak się stało.

Drzwi gwałtownie się otworzyły i do pokoju wparowała mama Doroty.

— Wiktoria? Dlaczego nie śpisz? Coś się stało? — zapytała od razu, mrużąc oczy przez światło.

— „Coś się stało”? — zapytała Wiktoria, zdenerwowana i bezsilna. — „Coś się stało”? Gdzie jest Dorota?!

Mama Doroty uśmiechnęła się lekko.

— Jaka Dorota?

Wiktoria otworzyła szeroko oczy.

— „Jaka Dorota”?! Twoja córka, Dorota, moja siostra, Dorota. TA Dorota! Gdzie jest Dorota?!

Mama Doroty podeszła do Wiktorii, kręcąc głową. Przyłożyła dłoń do czoła Wiktorii.

— Jesteś cała rozpalona — wyrzekła zatroskana. — Zaraz dam ci coś na gorączkę. To pewnie stąd te majaki. Przecież ja nie mam żadnej córki — uśmiechnęła się lekko, gładząc Wiktorię po ramieniu.

A Wiktorii odebrało mowę. Wpatrywała się tylko w ciocię szeroko otwartymi oczami, nie mogąc wydusić nawet pojedynczej głoski.

— Kładź się, zaraz przyniosę jakiś syrop. I na dzisiaj już koniec czytania — dodała mama Doroty, wskazując na książkę, leżącą na łóżku, za Wiktorią.

Wiktoria, oddychając ciężko, pełna obaw i lęku, obróciła się za siebie powoli i spojrzała na książkę.

To była ta sama książka, którą obie z Dorotą czytały w ostatnich dniach. Książka Alfreda Flüsterna.

— Zabawne — odezwała się jeszcze ciocia, która chyba przestała być ciocią, zanim wyszła z pokoju. Przystanęła w progu. — To niemieckie nazwisko. Uczyłam się kiedyś niemieckiego. Wiesz, co to słowo oznacza?

Wiktoria nie wiedziała.
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!