Historia

Mały chłopiec [1/4]

kuro 5 2 lata temu 6 304 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Który dziś dzień? Miesiąc? Marzec? Zbyt ciepło na marzec. Rok pamiętam. Pamiętam tego sylwestra. Piłem wtedy rum, słodki, kochany rum. Chociaż picie przeze mnie rumu, wódki czy innego alkoholu nie jest niczym nadzwyczajnym, bo w sumie robię to codziennie, przez całe dnie. Ale jestem pewny, że coś z tamtego wydarzenia pamiętam.

Przewracam się na drugi bok, słysząc, jak butelki brzęczą, stukając o siebie. Wszystko się skończyło. Ani kropelki już nie ma. Po prostu, wypite wszystko. Wszystko. Niedobrze. Ból zacznie niedługo powracać. A ja nie mam alkoholu. O boże, nie mam już go.

Usiłuję powstrzymać zawroty głowy, utrzymać się w pionie przez dłużej niż sekundę. Pozbieraj myśli, ty pieprzony debilu. Nawet tak prosta czynność, jak wypowiedzenie własnego imienia jest dla mnie trudna. Odtwarzana w pętli piosenka przyprawia mnie o mdłości i w tej chwili cieszę się, że mam obok kosz na śmieci. Kurwa, ile jest stopni? Pięćdziesiąt? Czy może nareszcie umarłem i jestem tam, gdzie moje miejsce, czyli w piekle?

DAWNO, DAWNO TEMU, W PIĘKNEJ KRAINIE NICZEGO ŻYŁ SOBIE MAŁY CHŁOPIEC, KTÓRY BYŁ ALKOHOLIKIEM Z DEPRESJĄ. – W sumie niezły temat, może coś o tym napiszę. Może uczynię z własnej żałosnej tragedii rozrywkę dla jakiejś ilości osób? Czasami, kiedy popadam w chwilę powagi, zastanawiam się, jak właściwie tu trafiłem. Czemu czuję się w taki beznadziejny sposób? Przyjaciele mówią, że to jest chwilowe, że po prostu jestem głupi, że wymyślam. Mają rację. Moi bracia twierdzą, że jestem gejem, chorym człowiekiem, najgorszym, co mogło ich spotkać. Mają rację. Uzależnienia zeżarły mi mózg, ale to właśnie dzięki nim jeszcze żyję. Na początku chciałem tylko pozbyć się bólu, a to jako jedyne pozwalało mi zapomnieć.

Pukanie do drzwi. Pięć minut czekam, aż sobie pójdzie. Jest niezłomny i chamski, bo wchodzi do mojego mieszkania bez żadnych oporów.

– Alojzy!

Leżę ze wzrokiem utkwionym w pojedynczy okruszek na podłodze. Zastanawiam się, skąd się tam wziął. Wygląda na chleb, ale niech mnie chuj jasny strzeli, nie jadłem chleba od tygodni. Nawet nie pamiętaj, jak smakuje.

Okruszek ginie nagle pod podeszwą Gregorego. Postanawiam udawać martwego.

– Co to ma znaczyć? Nie mów nawet, że znów ulewasz się w trzy dupy. – chwyta puste butelki, sprawdza, czy naprawdę wszystkie są puste. Nie muszę na niego patrzeć, żeby wiedzieć, jaką ma teraz minę. Taki rozczarowany. Taki zmartwiony.

– Pierdol się. – szepczę.

– Słucham?

– Nie mów słucham, bo cię...

Dostaję po głowie. Wiem, że dzięki temu typowi jakoś funkcjonuję. Przynosi mi jedzenie, robi opłaty, zabiera do lekarzy, jednak to nie zmienia faktu, że naprawdę go nie lubię. Przejrzałem jego zdeprawowany umysł. Gregory, jak na pedała przystało, robi to wszystko tylko dlatego, że chce mnie zaliczyć. On to nazywa miłością, ja, desperacją. Jest przystojny, ale różnica wieku między nami jest tak ogromna, że mógłbym mówić do niego „tato”.

– Posprzątam tu. Idź pod prysznic, śmierdzisz.

– Nie musisz. – dźwigam ciało na łokciach. Jebać tego, kto wymyślił kaca.

– Jesteśmy przyjaciółmi, przyjaciele muszą robić takie rzeczy.

– Whisky jest jedynym moim przyjacielem i nie chcę innego.

– Postradałeś zmysły. – prycha, pomagając mi wstać. Idziemy w stronę łazienki.

– Vicodin mają mądrością, jedyną prawdziwą miłością.

– Niezła poezja.

Zostaję wepchnięty do wanny. Boleśnie uderzam się w głowę, a zimno nagle bierze mnie w swoje objęcia. Gregory mówi, że kiedy wróci mam być wykąpany i trzeźwy. Inaczej dzwoni po policję. Odpowiadam, że skoro tak to wygląda, to do zobaczenia na izbie wytrzeźwień, z której będzie mnie odbierał.

Przewraca oczami i wychodzi. Sięgam po fajkę. Jak dobrze, że przynajmniej papierosy mi się nie kończą. Są porozrzucane po całym mieszkaniu, tak abym w czasie kryzysu, takim jak ten, mógł sobie ulżyć. Wypalenie paczki lub dwóch nigdy nie było dla mnie problemem.

Dym papierosowy wypełnia moje płuca. Chwytam za pisemko playboya, które znalazło się w moim domu całkowicie przez przypadek. Serio nie mam z tym nic wspólnego. Przecież jestem jebanym pedałem. Przerzucam kartki pełne cycków. Nie wiem, jak te magazyny mogą odbierać dziewictwo milionom mężczyzn. Mnie mojego nie odebrały. Niestety.

– Co to jest?

Nie rozpraszam swojej uwagi, dalej oglądam pełne piersi celebrytek, których nazwiska są mi obce.

– Mówiłeś, że z tym skończyłeś!

– Oj, ktoś tu nie szanuje czyjejś przestrzeni osobistej.

Zostaję podniesiony za kołnierzyk koszuli.

– Nie igraj ze mną w ten sposób. – Gregory podtyka mi ulotkę pod nos. – Byłeś tam ostatnio?

Przesuwam wzrokiem po kolorowej grafice logo klubu, w którym bywam praktycznie codziennie. Później patrzę Gregoremu w oczy.

– Nie.

– Kłamiesz.

– Może.

Puszcza mnie. Padam bezwładnie, omamiony przez nagłą ciemność przed oczami. No kurwa, zapomniałem to schować, no co poradzę? No nic nie poradzę. Trzymam tę ulotkę ze względów sentymentalnych. Od kiedy dostałem ją na ulicy od jakiegoś zapryszczonego chłopca, odnalazłem miejsce, do którego chociaż trochę pasuję. Wracałem wtedy z imprezy, pobity, na największym kacu w życiu, paląc skręta z niewiadomą zawartością. Klin w tamtym momencie był dla mnie zbawieniem, więc wstąpiłem i właśnie wtedy zauroczył mnie depresyjny klimat tego miejsca. Ta ulotka przypomina mi dobre chwile w moim cholernie nudnym życiu. Nigdy jej nie wyrzucę. A Gregory, jak zawsze wpada w szał, bo ja się dobrze bawię. Bez niego.

– Mówiłem ci, że przebywając z tymi ludźmi, nie poprawisz swojego samopoczucia. Cała terapia pójdzie na marne. Musisz wziąć się w garść.

– Dobra, zamknij ryj.

Gregory patrzy na mnie tym wzrokiem. Wzrokiem mówiącym, że przegiąłem. Odwraca się na pięcie, odchodzi. Przedtem jeszcze rzuca we mnie zgniecioną kartką, która trafia w moją klatkę piersiową. Księżniczka ostentacyjnie strzeliła focha. No nieźle. I kto teraz posprząta mi mieszkanie?

Spędzam około godziny, siedząc w wannie, umierając na śmiertelne skutki przepojenia alkoholowego zeszłej nocy. Liczę na to, że kiedyś stężenie etanolu mnie zabije. W sumie na coś trzeba umrzeć. W sumie to podciąłbym sobie teraz żyły, ale to raczej w niczym mi nie pomoże.

Ja pierdolę. Życie, daj mi spokój.

Kiedy w końcu staję na nogi, postanawiam się przebrać. Wygrzebuję jeszcze parę czystych ubrań spod warstwy papierów. Pijańskie zapiski. Szkoda, że wszystkie te słowa są bezsensu. Zakładam czarne jeansy, koszule, przeczesuję włosy. Po takich niewielkich upiększeniach wyglądam naprawdę bosko.

Widzę, że mój drogi przyjaciel zaczął układać ubrania. Ulotka musiała wypaść z kieszeni.

Resztę dnia spędzam na siedzeniu przed komputerem i usiłowaniu napisania artykułu, za który mógłbym kupić artykuły pierwszej potrzeby. Trochę jestem głodny. I spragniony. Tak, jestem okropnie spragniony. Wódka pomogłaby mi zebrać myśli.

Patrzę na białą stronę, kompletnie nie wiedząc, jakie pierwsze słowo byłoby właściwe do rozpoczęcia monologu. Mam w sobie strach, że pogubię się we własnym świecie, że zapomnę o czymś ważnym, co chciałem przekazać tekstem. Boję się, że zacznę zdanie i go nie skończę, ponieważ nie znajdę odpowiedniego słowa. Nie istnieje już przestrzeń twórcza, w której tak bardzo kochałem przebywać. Upadły literat. Dlatego piję. Czy tylko dlatego? Nie. Piję, bo codziennie budzę się przerażony tym uczuciem, które mówi mi, że nie należę do tego miejsca, że nie powinienem tu być, że jestem nikim. I jestem zbyt słaby, aby znaleźć ukojenie w pisaniu.

Ponownie sprawdzam wszystkie butelki, szukając choćby kropelki alkoholu. Nic jednak nie znajduję. Irytuje mnie to. Fajki nie pomagają. W dodatku ten pieprzony laptop, ta jebana pusta strona...

Nagle czuję przypływ dzikiej wściekłości. Nie kontroluję swoich ruchów, wszystko niszczę, rozrzucam, krzyczę. Jedyne, o czym potrafię myśleć to, jak bardzo jestem zły. Bez opamiętania rzucam szkłem i ubraniami. Słyszę, jak laptop spada na podłogę. Na ekranie pojawiają się plamy. Później martwa czerń pochłania pustą stronę.

Osuwam się po ścianie. Mam ochotę płakać. W skulonej pozycji prawie zasypiam, wyczerpany tamtym przypływem szału, ale z miłego na swój sposób odrętwienia wyrywa mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Znajduję telefon dopiero po kilku minutach. Nieodebrane połączenia, kilka wiadomości. Wszystko od Gregorego. Czytam te przeprosiny. Żałośnie przyznaje, że się o mnie martwi. Godzinę temu zaproponował wspólny wieczór. Dwie minuty temu wysłał wiadomość „Już jadę”.

Patrzę na zegarek. Jest po dziewiętnastej, a mój ukochany klub otwierają równo o dwudziestej. Dziś tylko mocne shoty pomogą mi pozbierać odłamki psychiki, więc wymyślam naiwną wymówkę i nie czekając na odpowiedź, zbieram się do wyjścia. Przez chwilę panikuję, ponieważ nie znajduję żadnych pieniędzy w portfelu, ale przypominam sobie, że kilka banknotów schowałem w kieszeni kurtki. Łykam tabletki przed opuszczeniem mieszkania. One sprawiają, że naprawdę rozkwitam. Wychodzę.

Klatka schodowa wita mnie przyjemnym chłodem, jednak to wspaniałe uczucie znika, kiedy słyszę swoje imię. No pięknie, teraz będę musiał skłamać mu prosto w oczy.

– Wychodzisz? – Gregory zaciska palce w pięść.

– Mam sprawę do załatwienia.

– Znów zamierzasz pić?

Wygładzam materiał koszuli. Zauważam na niej kilka plam z poprzedniego wyjścia. Mam nadzieję, że ta lepiąca maź to likier kokosowy. Czasami upijam się bez opamiętania, aż urwie mi się film.

– Ja nie piję, ja degustuję.

– Czemu nie widzisz tego problemu? Jesteś uzależniony. Martwię się o ciebie. Musisz się leczyć.

Mijam go, machając leniwie ręką.

– Ta, wiem.

– Alojzy, kocham cię.

Nieruchomieję. Coś ściska moje serce. Zdusza bicie, uciszając również oddech.

– To też wiem.

Odchodzę, nie mówiąc już kompletnie nic.

***

Zadymione pomieszczenia, tłum, zapachy libacji. A jest dopiero kilka minut po dwudziestej. Zająłem miejsce przy barze, gdzie w samotności i, co ważniejsze, w spokoju dopijam drinka. Kostki lodu przyjemnie obijają się o szkło, tworząc melodie, której mógłbym słuchać do końca pieprzonych dni. Jest coś poetyckiego w wódce, ogólnie w alkoholach. Są jak ukojenie, albo raczej pobudzenie dla umysłu. Pijąc, człowiek zaczyna fascynować się rzeczami, które na trzeźwo nie wzbudziłyby żadnego zainteresowania.

Moim zainteresowaniem w obecnej chwili jest ta kobietka, siedząca naprzeciwko. Rozmawia z jakimś przymulonym gościem, ale już dawno zauważyłem, że na mnie zerka. Szuka kontaktu. Boże. Tylko nie kobieta. Kobiety są złe.

– Poproszę jeszcze raz to samo. – podsuwam szklankę do barmana. – Tylko trochę mocniejsze.

Kiedy barman wykonuje swoją robotę, nie mam gdzie zawiesić oczu. Zazwyczaj wpatruję się w tafle napoju. Wszystko, oby tylko nie wejść w kontakt wzrokowy z obcymi. Nie szukam towarzystwa, a tym bardziej kłopotów. Jeszcze brakuje, żeby jakiś najebany gość wybił mi jedynki. Kocham ten klub, ale moja miłość ma granice w samotnym topieniu myśli.

Mimowolnie kieruję wzrok w tamtą stronę, gdzie siedziała kobieta. Tak, właśnie. Siedziała, bo już jej tam nie ma.

– Alkoholizm nie oszczędza?

Wzdrygam się, słysząc łagodny głos nad uchem. Przysiada się. Biedny ja, nie znajduję argumentu, dla którego miałbym chcieć ją stąd przepłoszyć.

– Ja alkoholikiem? – udaję oburzenie. – Popatrz tam, to dopiero jest cierpiąca dusza nienasyconego męczennika.

Kiwam głową w stronę pijanego mężczyzny, który kładzie się na ladzie baru, prosząc o kolejną kolejkę, krzycząc, że odda za to swoją duszę. Pewnie nie ma już pieniędzy. Wątpię też, że ktokolwiek chciałby jego duszę.

– Jesteś artystą?

– Dodaj „młodym i biednym” to przyznam ci rację.

Uśmiecha się. Ma piękne włosy, ognistego koloru. Gdyby wena mi wróciła, a depresja minęła, opisałbym ją jako uosobienie płomienia. Spragnionego, skrzącego się ciepłą ciekawością dla mojej osoby. Jej oczy natomiast są pięknymi jeziorami, w których można odczytać pradawne zapiski idealnego piękna. Te dwa żywioły, przeciwstawne, a jednak połączone w jednej kobiecie, wzbudzają moje pożądanie. No ale niestety moja wena nie wróciła, a w depresji wciąż tkwię, więc ujmując jej wygląd prościej, to zajebista z niej dupa.

– Więc, co sobą produkujesz, Panie Młody Biedny Artysto?

Boże. Nie wierzę. Jest tak blisko mnie, czuję jej oddech na policzku.

Chyba właśnie przestałem być gejem.

Odchrząkam. Dotąd nie czułem czegoś takiego. W dodatku do kobiety? Przecież wszyscy wokół twierdzili, że jestem pedałem. Nawet mi przyklaskiwali, kiedy ujawniłem swoje podejrzenia. A teraz? Kurwa, teraz homoseksualizm to dla mnie mit.

– Mów mi Alojz.

Zapada cisza. Czuję krople potu spływające w dół moich pleców. Drżę, kiedy ona patrzy na mnie. Prześlizguje soczewkami po mojej twarzy, jakby szukała odpowiedzi, a ja nie mam nawet pojęcia na jakie pytanie.

– Wszystkowiedzący? Trudny z ciebie mężczyzna. Dwojaka natura.

– Skarbie – odważam się położyć dłoń na jej policzku. – Jeśli chcesz bawić się w znaczenie imion, to wyjaw mi swoje. Musi być fair.

Czuję pod kciukiem miękkość jej skóry. Nie chcę przestawać jej dotykać. Jest taka...

– Liliana.

– O. Pasuje do Ciebie. – biorę łyk tequili. – Nie będę udawać, że coś wiem na temat tego imienia.

– Przerost ambicji nad możliwościami. Zdana na intuicje, ale zawsze doprowadza sprawy do końca.

– Jesteś kwiatkiem, tyle wiem.

Przysuwam szklankę w jej stronę. Zerka na mnie tymi swoimi pięknymi oczami i upija łyk.

– A więc Lili, każdy tu jest jebanym wrakiem tego, czym kiedyś chciał być. Powiedz mi, co sprowadza tak olśniewającą kobietę, jak ty, do takiego miejsca.

Słyszę kogoś za plecami. Ten ktoś chyba rzyga albo się dusi, tak jakby chciał poprzeć moje stwierdzenie przykładem.

– Nie jestem klientem, pracuję tu.

Unoszę brwi.

– W sensie mam tu swoje biznesy.

– Narkotyki? – pytam bez skrępowania.

– Też.

– Też? Czyli jesteś dilerem jeszcze czegoś mocniejszego?

– Chciałbyś zobaczyć, o czym mówię?

Czuję jej palce, bawiące się moimi włosami. Pożar trawi wnętrze klatki piersiowej. Stwierdzam, że to było o jeden drink zbyt dużo, bo pragnę ją pocałować. Prowadzę dłoń w stronę jej twarzy, aby unieść podbródek i wpić się w te różowe usta.

Głośna muzyka rozłupuje moją głowę, potężne basy kołyszą ciała ludzi na parkiecie, a ja nie mogę zrozumieć, jakim cudem tak szybko mnie kupiła. Jestem dość trzeźwy, by poczuć wyrzuty sumienia, by ta pustka w środku znów zapytała o moją osobowość, ale zbyt pijany, aby szukać odpowiedzi. Miałem kiedyś bliski kontakt z dziewczyną, jednak nie było to tak znaczące, jak jest teraz. Nagle chcę ją rozebrać, spędzić z nią noc, całe życie.

– Mam nadzieję, że zostaniesz tu jeszcze trochę, hm?

– Dla ciebie nawet zatańczę. – prycham – Ale najpierw proponuję sobie pomóc.

Wyciągam specjalną torebkę, na specjalne okazje. Podaję Lili jedną tabletkę, drugą biorę sam. I tak czekamy aż AH-7921 zacznie odbierać nam zmysły.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Everybody gets high, why the hell can't I?
Odpowiedz
Dokładnie tą piosenką się inspirowałam XD
Odpowiedz
Julia Kierepka Bardzo dobrze, zajebista piosenka, zajebiste opowiadanie :)
Odpowiedz
Kuro kocham cie za te opowiadania <3 więczej takich pisz. Są świetne. *_*
Odpowiedz
Ciekawe heh
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje