Mały chłopiec [3/4]

Dodane przez: kuro, 22.12.2017, 02:51
Panopticum
Reklama:
Nie wiem, jak określić miejsce, do którego zostałem zaprowadzony. Duszne, ciemne. Powiedziałbym, że to piwnica, gdyby powierzchnia nie była aż tak ogromna. To jak drugi klub. Klub pod klubem, jednak mimo podobieństw, takich jak tłum tańczących ludzi, bar i stoliki dla elity, zauważam jedną wyraźną różnicę. Na środku jest wielka scena. Patrzę na nią, kiedy trzech przerośniętych ochroniarzy ciągnie mnie za alfonsem i całą tą cholerną bandą.

Zostaję popchnięty w stronę krzesła. Każą mi siadać. Więc siadam, usiłując uwydatnić swoją wściekłość, by zatuszować narastające uczucie strachu. Zdecydowanie trafiłem na złych ludzi. Cholerny pech.
– I jak ci się podoba...? – Alfons sugeruje, że czas ujawnić swoje imię, na co oczywiście nie mam ochoty.

– Benedykt. – kłamię. Jednak moje kłamstwo jest zbyt naiwne, bo mężczyzna daje znak ochroniarzom. Zostaję podniesiony, przeszukany. Jeden ze sługusów zabiera mój dowód osobisty, po czym podaje go mężczyźnie.

Przez kilka sekund trwa cisza. Staram się nie rozglądać, ale muszę wybadać, gdzie jest Liliana. Chcę zobaczyć jej twarz. Spojrzeć w oczy. Chcę, żeby mi wytłumaczyła, co właściwie dzieje się wokół.

– A więc od nowa. Jak ci się podoba moje królestwo, Alojzy?

– Niezłe.

– Niezłe? I to wszystko?

Prycham pogardliwie, choć nie jestem pewien, czy to dobry pomysł okazywać tak swobodnie swoją niechęć. Zaczynam zmyślać. Mówię, że nie mam czasu, że śpieszę się do żony i dzieci, jednak sarkazm w głosie, którego ukryć nie mogę, mnie pogrąża.

– Jestem strasznie zawiedziony.

– Słuchaj koleś. – próbuję utrzymać kontakt wzrokowy, by nie wyjść na przestraszonego szczyla – Ja nie szukam kłopotów.

– Ale przyjacielu, przez kilkoma minutami znokautowałeś jednego z moich znajomych, a gra musi toczyć się dalej. Dlatego nie mogę cię nigdzie wypuścić, bo brakuje nam gracza.

Nic nie rozumiem. Pod wpływem chwili patrzę w bok, gdzie znajoma sylwetka niecierpliwie drepcze w miejscu. Lili nie patrzy na mnie, ale widzę w jej twarzy coś niepokojącego. Widać, jak walczy ze zdenerwowaniem.

Nagle czuję napływającą adrenalinę znikąd.

– Co to za gra?

Przenikliwe spojrzenie jest odpowiedzią na moje pytanie. Nie rozumiem, czemu w ogóle się odezwałem. Żałuję, chciałbym cofnąć czas, ale przecież to niemożliwe, tak samo, jak zachowanie spokoju w tym momencie. Dłonie mi się pocą. Oddech urywa, a ten typ ciągle na mnie patrzy. Jakby zaglądał do mojej duszy.

Nabawiam się paranoi.

– Zasady są proste. – wyjmuje talię kart. – Cztery kolory. Bezpieczne to karo, kier i trefl. Kiedy znajdziesz się w gronie osób posiadających jakąkolwiek kartę pikową, jesteś w dalszym etapie.

Słucham jego słów, ale i tak gówno do mnie dociera. Chcę zapytać o ten dalszy etap, jednak ucisza mnie. Wstaje, obchodzi stolik, przy którym siedzimy. Kiedy jest już blisko, pochyla się, mówiąc szeptem:

– Liczę na to, że dziś wypełnisz miejsce mojego niedyspozycyjnego kolegi. Resztę zasad wytłumaczy ci nasza droga Lili. Zobaczymy, czy masz tyle odwagi, żeby sięgnąć po kartę?

Z jego ust wypełza zapach tytoniu zatopionego w kilku kieliszkach wódki. Odwracam twarz w przeciwną stronę, aby nie musieć wdychać tego smrodu. Modlę się o chwilę, w której idzie sobie w cholerę. Alfons znika w tłumie razem ze swoimi sługusami na sterydach.

Patrzę przed siebie, nie mogąc wykrztusić żadnego słowa. Mija dłuższa chwila, przesiąknięta niezręcznością, zanim Lili chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą. Powietrze jest słone od potu. Przepychamy się przez tłum, aż do wąskiego korytarzyka, gdzie oprócz nas jest jeszcze obściskująca się para. Kiedy tracimy kontakt cielesny, mam wrażenie, że patrzę na kompletnie obcą osobę. Liliana stoi tyłem, kuląc się nieco. Jestem zobowiązany do powiedzenia czegoś, ale co niby mam powiedzieć? Mam ją przeprosić? Nie wiem.

– Lili, ja... – zaczynam niepewnie, ale mocne uderzenie w twarz nie pozwala mi dokończyć.

Chwieję się. Zataczam w tył. Niezły cios jak na kogoś tak wątłej budowy. Znajduję oparcie w ścianie. Daję sobie chwilę, na zamazanie bólu i zastąpienie rozdrażnienia opanowaniem, które jednak jest tylko złudzeniem.

– Nie powinieneś był tu nawet przychodzić. – warczy. Nie poznaję jej. Nie poznaję tego majaczącego szału w jej oczach. – Nawet nie masz pojęcia, w co się wpakowałeś.

Przeczesuje palcami włosy. Panika w głosie Liliany powoduje przypływ lęku, który ściska mnie za gardło.

– Czemu właśnie dziś? Tylko na chwilę weszłam do klubu, a ty musiałeś mnie zobaczyć. Przecież to jakiś jebany żart.

Siadam obok niej na schodach, prowadzących na górę. Przez chwilę mam ochotę po prostu wybiec i nigdy więcej tu nie wracać, ale sumienie nie pozwala mi odejść.

Niepewnie kładę dłoń na ramieniu Liliany. Ona jednak odrzuca próbę uspokojenia.

– Ja... ja nie wiem, co mam powiedzieć.

– Nic nie musisz mówić, po prostu nie zagrasz. Co by się nie działo, nie można ci wziąć karty do ręki.

– O co chodzi z tą grą?

– Nieważne. – warczy. – Im mniej wiesz, tym lepiej.

Siedzimy w milczeniu, słuchając muzyki i krzyków szalejącego tłumu. Wczuwam się w rytm własnego serca. Próbuję oddychać swobodnie, ale nie potrafię się na niczym skupić. Nawet układanie myśli jest zbyt trudne. Chciałbym po prostu cofnąć czas i nie pojawić się dziś w klubie. I to nie ze względu na to, że zadarłem z niewłaściwymi ludźmi, którzy każą mi grać w jakąś głupią karciankę, ale dlatego, że widzę Lili kompletnie przerażoną moją obecnością tutaj. A jej przerażenie przeraża mnie jeszcze bardziej.

***

Kiedy wybija północ, zostaję zaprowadzony do vip'owskiej strefy, gdzie wita mnie grono ludzi. Wzbudzają potencjalne zaufanie. Porządni obywatele jak na pierwszy rzut oka. Starsi, młodsi. Wszyscy ubrani elegancko, co powoduje, że odstaję od tej grupy. Bardzo. Nawet za bardzo.

– Dziś ten oto młodzieniec zastąpi nam jednego gracza, którego nieobecność spowodowana jest chwilową niedyspozycją zdrowotną.

Alfons patrzy na mnie, jakbym był nową zabawką w kolekcji. Nie słyszę w jego głosie oskarżycielskiego tonu. Raczej podekscytowanie. Reszta osób zerka ukradkiem, jakby nie mogli powstrzymać chęci poznania czegoś niezwykłego. Czuję się żałośnie bezbronny. Lili, która do tej pory była obok, nagle znalazła się po przeciwnej stronie stolika. Nie pozwala mi złapać kontaktu. Skupia całą uwagę na tasowaniu kart.

Alfons każe wszystkim siadać i wszyscy siadają. Więc siadam i ja. Postanawiam naśladować zachowania zgromadzonych, żeby przynajmniej nie zrobić z siebie większego debila. Jakaś kobieta po pięćdziesiątce, ubrana w czarny płaszcz głaszcze moje kolano. Rzucam jej spojrzenie pełne obrzydzenia, na co ona uśmiecha się zalotnie i muszę przyznać, że jakby miała te trzydzieści lat mniej, to nawet bym się skusił. Jednak rzeczywistość jest okrutna, a ja jeszcze nie zwariowałem, żeby flirtować z kobietą, która jest jedną nogą w grobie.

– Zaczynamy więc kolejną partię. Tydzień temu mieliśmy okazję zobaczyć piękne przedstawienie, a dziś, ze względu na naszego nowego towarzysza, zmienimy trochę plan rozgrywki.

– W sensie? – pyta chłopak w okrągłych okularach. Zgaduję, że jesteśmy w podobnym wieku.

– To znaczy, że sięgniemy po karty, kiedy dzisiejszy as pokaże nam Damę.

– Panie Borczyk, zmiana...

– Jak moglibyśmy zagrać, jeśli choćby jedna osoba nie znała zasad?

Zagryzam wewnętrzną stronę policzka. Borczyk. A więc tam nazywa się ten sukinsyn. Czuję, że wszystkie oczy właśnie skupiły się na mnie.

– Alojzy, zechcesz zaszczycić nas swoją obecnością?

– A mam wybór?

Zebrani wybuchają śmiechem.

– Nikogo nie zmuszamy, ale miło by było, gdybyś odpłacił się grając. Oczywiście masz inne opcje.

Patrzę na ochroniarza, który za pasem ma sporej wielkości nóż. Pewnie pod marynarką chowa jeszcze pistolet. Boże. W jakie gówno się wpakowałem? Pozbawili mnie własnej woli. Kompletnie. Klimat w klubie robi się cięższy. Zupełnie jakby powietrze zgęstniało. Światła przygasły, tylko jeden jupiter poraża blaskiem środek wielkiej sceny. O co chodzi? Nie wiem, ale wnioskując po zachowaniu tłumu, to co się zaraz stanie, było wyczekiwane z niecierpliwością.

Stoję. Ściśnięty przez ciała, nie mogę się ruszyć. Z trudem oddycham. Niespodziewanie ktoś ściska moją dłoń. Niestety ten gest jest tak szybki, że prawie nie zdążam go odnotować i zastanawiam się, czy przypadkiem sobie tego nie zmyśliłem.

– Nie dotykaj kart.

Szept w mojej głowie? Czy panika zaczęła do mnie mówić? Jeśli tak, to panika ma głos Liliany. Kątem oka widzę, jak prześlizguje się na tył, kiedy ja zostaję popchnięty do przodu. Borczyk każe mi podejść do balustrady. Chwytam zimną metalową poręcz. Ludzie kilka metrów pod nami skandują, wrzeszczą, śmieją się. Stojąc na tym małym balkonie, mam świetny widok na całą scenę.

– Zaraz się zacznie. Mam nadzieję, że nie masz słabych nerwów.

Odpowiadam mu milczeniem.

Kłębowisko ciał rozstępuje się, jakby Mojżesz wszystkich klubów, stuknął swoją laską o parkiet. Drętwieją mi czubki palców. Przełykam gorzką ślinę, usiłując utrzymać oddech w normie. Dostrzegam ubranego na czarno mężczyznę, który ciągnie za sobą ciało. Hałas narasta z każdą sekundą. To wygląda jak prowadzenie na ścięcie przez kata. Ofiara stawia opór, wije się i rzuca. Siłą zostaje wciągnięta po schodkach, po czym worek zostaje ściągnięty z jej głowy. Kobieta jest całkowicie naga. Całkowicie roztrzęsiona. Całkowicie bezbronna. Ku uciesze tłumu, zaczyna płakać.

– Oto i nasza Dama. – przenoszę spojrzenie na mężczyznę. Zauważam w nim iskrę chorej fascynacji. – Przypatrz się uważnie, chłopcze.

Kilka osób wskakuje na scenę. Obezwładniają dziewczynę, pętając jej nadgarstki. Teraz krzyki są tak donośne, jakby w tej chwili kończył się świat. Niepewnie patrzę na ten cały cyrk, szukając jakiegokolwiek sensu.

Kat, czyli typek w czerni, który przyprowadził kobietę, unosi ręce. Wrzeszczy niezrozumiałe słowa, a później odwraca się, otwiera dłoń i wdmuchuje pył w twarz ofiary. Zaczynam rozumieć, że jestem właśnie światkiem odurzania kogoś bez jego zgody.

– Skopolamina dla rozluźnienia. Wcześniej metaamfetamina, żeby zminimalizować wrażliwość nerwów.

Zaczynam drżeć, kiedy widzę, jak ciało kobiety robi się wiotkie. Mam wrażenie, że zasłabła, ale później rozlega się jej śmiech. Chrapliwy i szaleńczy.

– Znasz taki specyfik jak Alpha pvp? Zamienia ludzi w marionetki. Oto nasze skromne przedstawienie, Alojzy. Jeśli wygrasz, też będziesz mieć okazję, aby zaprezentować nam swoje dzieła. – szepcze mi do ucha.

Z realnym niepokojem patrzę na kobietę, która teraz czołga się po podłodze, a ludzie z „widowni” lgną do niej. Jakby była ich ocaleniem. Jakby potrzebowali jej bardziej niż powietrza. Głosy przynajmniej setki ludzi chwytają mnie za gardło. Patrzę, jak krew pokrywa białe ciało. Boże. Boże, czy oni zaczynają ją jeść?

Z trudem powstrzymuję wymioty. Kolejne kęsy, kolejne krwawe plamy. I nikt nie reaguje. Nikt nie panikuje. Nikt nie wzywa pomocy. Pochłaniają ją. A ona się śmieje. Jakby nie czuła bólu. Chichocze, plując krwią. Wszystko dzieje się tak szybko. Zanim metaliczny zapach uderza w moje nozdrza, puszczam pierwszego pawia z balkonu. Opierając się o barierę, patrzę w dół, na nich. Tańczą, całują się. Śpiewają. Co to ma być? Kurwa. Czy ja wjebałem się w sam środek jakiejś jebanej sekty?

Zostaję szarpnięty za włosy. Borczyk podnosi moją głowę. Czuję jego gorący oddech na karku.

– Dama oddana, pora na Króla.

Kiedy mnie puszcza, osuwam się na podłogę. W uszach dźwięczy ciągle śmiech dziewczyny, pożeranej przez tłum za moimi plecami. Jezu. Jezu. To nie może być prawda. Przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. To niemożliwe. Niemożliwe.

Chowam twarz w objęciach. Drżę, zbyt mocno, aby utrzymać się w pionie, dlatego dwóch sługusów podnosi mnie. Wpadam w histerię, gdy ciągnął mnie do stolika. W głowie mam słowa Lili, nie mogę zagrać. Co za chorzy ludzie. Nie mogę w tym uczestniczyć.

– Muszę powiedzieć, że osobiście jestem zadowolony.

– Przyznaję, ofiara jak najbardziej godna.

– Alojz.

– Rozdajmy karty.

– Możemy zaczynać?

– Alojz.

– Tasuję.

– Alojzy, przyjacielu.

Głosy tańczą wokół, rozbijając resztki rozsądku, jaki mi pozostał. Zwariuję zaraz. Zwariuję.

– Twoja kolej. Wybierz dwie karty.

Nie dotykaj kart. Nie dotykaj kart. Odmów. Odmów gry. Nie mogę zagrać.

Nagły skurcz w żołądku uświadamia mi, że nadal mam ciało i nadal jestem w potrzasku. Podnoszę wzrok. Twarze, pary oczu spoglądają na mnie w oczekiwaniu. Naprzeciwko odnajduję te niebieskie tęczówki, które skrzą się strachem.

– Musisz wybrać karty. – mówi głos. Ktoś prowadzi moją dłoń. Zaciskam palce prawej dłoni, gnąc papierowe prostokąty. Jestem całkowicie otępiały. Nie mogę odnaleźć własnego umysłu.

Zanim się orientuję, już trzymam dwie karty w dłoni. Ktoś mówi, że muszę wyłożyć jedną, odsłaniając jej kolor i figurę. Mam wrażenie, że świat na chwilę przestaje się kręcić. Kładę na blacie kartę.

Wszyscy najpierw patrzą na stół, później przenoszą spojrzenie na mnie.

– Gratulacje. Trójka przechodzi do następnego etapu.

Dama pik.

Patrzę na faceta siedzącego po mojej prawej. As pik. Wszyscy pozostali wylosowali czerwone karty. Damy, króle, asy. Ale skoro trójka miała przejść, to kto jest trzecim zawodnikiem?

– Walet pik – mówi znajomy głos. – Odpadam, ponieważ pora na króla.

Liliana odsuwa kartę, po czym odwraca się i odchodzi. Znika zupełnie, jakby była duchem. Może nim jest? Może tak naprawdę nic, co widziałem, nie było prawdziwe. To tylko złudzenie. Złudzenie. Chciałbym przynajmniej rozumieć, o co chodzi w tej grze.

– Za dwa dni zapraszam na ostatnią rundę. Myślę, że miło byłoby, gdyby nasz nowy przyjaciel miał okazję przygotować dla nas coś specjalnego, by wgryźć się bardziej w nasze towarzystwo.

Dwa lekkie klepnięcia w ramię. Borczyk posyła mi krzywy uśmiech. W tym samym momencie przypominam sobie, że przecież za wszelką cenę miałem nie dotykać kart.


***

Leżę, chłonąc zimno, które bije od płytek. Tyle razy już wymiotowałem, że zabrakło mi siły nawet na oddychanie. Dreszcze przecinają skórę. Obejmuję sedes, szukając pocieszenia, kiedy zachłystuję się strachem. Odstawili mnie na drugim końcu miasta. Wciąż nie wiem jakim sposobem dotarłem do domu, ale na szczęście dałem radę. Mój mózg nie obejmuje rzeczy, które tam widziałem. Ciągle popadam w obłęd. Nie umiem sobie wytłumaczyć po co, dlaczego, w jakim celu... ja po prostu nie wierzę.

Resztkami sił, podnoszę ciało z podłogi. Sięgam po papierosa. Po pierwszym zaciągnięciu zauważam, jak paskudny smak mają te fajki. Jednak mimo wszystko nikotyna uspokaja mnie w zadowalającym stopniu. Drżenie osłabło, a odruchy wymiotne są rzadsze.

Kurwa, w jakie gówno się wpakowałem.

Nagle między jednym sztachnięciem a drugim, słyszę pukanie. W pierwszej chwili nieruchomieję, przesiąknięty obawami, że wrócili po mnie z jakiegoś powodu i tym razem ja wyląduję na miejscu tej kobiety. Postanawiam to ignorować, udawać, że jestem głuchy, że mnie nie ma. Nie otwieraj drzwi. Nie otwieraj drzwi.

Uderzenia przybierają na sile. Wychodzę z łazienki ostrożnie, wypatrując zagrożenia, jakbym spodziewał się kogoś z tej jebanej sekty w mieszkaniu. W myślach układam najczarniejsze scenariusze przyszłości, podsycając tym uśpioną na chwilę panikę.

– Alojz. – słyszę. – Otwórz mi. Wiem, że tam jesteś.

Wstrzymuję oddech. Niepewnie idę w stronę drzwi. Kładę dłoń na klamce.

Liliana. To naprawdę ona. Jest ubrana inaczej. W ogóle nie przypomina tej kobiety, z którą spędzałem wieczory na upijaniu się do nieprzytomności. Jej włosy są starannie ułożone, a sam fakt, że ma na sobie eleganckie spodnie i koszulę, całkowicie zbija mnie z tropu.

– Mogę wejść?

Kiwam głową, bo nie znajduję żadnych słów. Ktoś ojebał mnie z całego słownika.

– Pytanie o samopoczucie chyba nie jest na miejscu, hm?

Wymuszony śmiech.

Siadam na oparciu fotela. Proponuję, żeby Lili też sobie gdzieś usiadła, ale zauważam jaki burdel mam w mieszkaniu. Nie ma nawet gdzie postawić stopy. Wtedy też przypominam sobie, że po powrocie wpadłem w coś w stylu szoku i wszystko rozrzucałem. Nie wiem czemu. Po prostu, żeby wyładować zdenerwowanie.

– Wpadłam na chwilę. W sumie to nie wiem, jak mam zacząć.

– Po prostu powiedz, co to było.

Milczenie.

– W sensie?

– Nie udawaj głupiej. – sączę przez zęby. – Ona nie żyje. Ta kobieta w klubie... oni ją tak po prostu pożarli.

Mimo starań mój głos ulega załamaniu.

– Prosiłam cię, żebyś nie dotykał kart.

– Gówno mnie obchodzi, o co prosiłaś! Tam została zamordowana kobieta! Kurwa!

– I to niby moja wina? Ja ją zamordowałam?!

Zaczynamy krzyczeć. Mam ochotę ją uderzyć. Albo przynajmniej poddusić.

– O co w tym chodzi? Czemu?

Lili ucieka wzrokiem. Złość nagle przybiera na sile.

– Do cholery, czy możesz mi odpowiedzieć?!

– To skomplikowane.

– Nie jestem debilem, postaram się zrozumieć. O ile można to kurwa zrozumieć. Powinienem od razu zadzwonić na policje. Przecież to kanibalizm, to chore. Chore, rozumiesz?

– Policja? – chichocze. – Myślisz, że mogliby coś zrobić? Myślisz, że gracze to losowi ludzie, że trafili tam przez przypadek, jak ty?

Tak. Tak właśnie myślałem. Grupa pojebów, którzy zbiegli z psychiatryka – to właśnie rozumiem przez pojęcie „gracze”.

– Gdybyś spróbował skontaktować się z psami, zniknąłbyś. Nie radzę więc tego robić. Niestety mnie nie posłuchałeś, jebany debilu, a gdybyś to zrobił, nie byłoby problemu. Teraz już nie możesz się wycofać.

– O nie. Nie. Nie nie nie. Nie będę w tym uczestniczyć.

– Też bym chciała, żebyś nie musiał. Odmawiając gry, najgorsze, co by cię spotkało, to pobicie tak mocno, żebyś omijał ten klub szerokim łukiem. Ale sam zdecydowałeś. I teraz jesteś w tym i nie możesz się wycofać.

– Pobicie? Mówisz to tak, jakby to nie było niczym wielkim!

Liliana podchodzi do mnie.

– Gdzie masz kartę?

Patrzę w jej niebieskie oczy, wsuwając dłoń do spodni. Wyciągam pikową damę.

– Nie fair, że nie wyjaśnił ci wszystkiego. – kręci głową. – Gra zaczyna się od wtasowania czterech kart pikowych, czyli Waleta, Króla, Damy i Asa do talii kart złożonej z tych samych figur, ale różnych kolorów. Gracze kolejno losują dwie karty. Później każdy wykłada jedną i jeśli minimum dwóch graczy ma kartę pikową, zamyka się pierwsza runda.

– A jeśli nie?

– Jeśli nie, to wykładane są karty drugiego doboru. Wtedy cztery osoby przechodzą dalej.

Usiłuję nadążyć. Poukładać to sobie w głowie. To znaczy, że jest ośmiu graczy, to znaczy, że karty pikowe są jak joker. Naznaczone.

– Jeśli w pierwszym wyłożeniu są przykładowo dama i król pik, druga runda polega na losowaniu wygranego. Ale jeśli pojawi się as pik, tak jak w naszym przypadku, druga runda wygląda inaczej.

– Co to za gra? Przecież wszystko zależy od szczęścia. To jak rosyjska ruletka.

– Bo tak naprawdę nią jest. Jeśli masz szczęście, zostaniesz jedynie obserwatorem, jeśli nie, wybierasz ofiarę, którą własnoręcznie przyprowadzisz do klubu, i za której śmierć będziesz odpowiedzialny. Selekcja odbywa się według trzech figur w kartach. Jak widziałeś, wczoraj załatwiono damę. Następny będzie król.

Lili podsuwa mi kartę pod nos.

– Popatrz. Wylosowałeś damę pik. Tak samo, jak ja wylosowałam waleta pik. Niestety padł też as pik, który jest najsilniejszy. I niestety, wyłożył go najgorszy dupek. Teoretycznie jesteśmy we trójkę w kolejnym etapie gry, jednak ofiarą może być tylko mężczyzna po dwudziestym piątym roku życia, a as pik może wybrać ofiarę z grona graczy.

Zaczynają do mnie docierać reguły.

– A skoro as może zadecydować spośród posiadaczy pikowych kart i w gronie tym jest ktoś, kto odpowiada kolejce figur ofiarnych...

– Jestem kolejną ofiarą. – szepczę.

Lili odsuwa się. Przełyka ślinę zbyt głośno.

Wyobraźnia postanawia mnie zniszczyć, snując bez pozwolenia wizję mojej egzekucji. Wprowadzą mnie na scenę. Odurzą. Pozwolą, bym delektował się własną śmiercią w męczarniach. Jezu. Jezu.

– Nie! – wrzeszczę. – To jakiś żart! To się kurwa nie dzieje...

Mam wrażenie, że płuca nagle się kurczą. Nie mogę oddychać. Nie mogę oddychać. Nie mogę oddychać.

– Alojzy. As pik może wybrać, ale nie musi. – Lili przytrzymuje moją twarz. Patrzy mi głęboko w oczy. – Częściej przyprowadzają kogoś z zewnątrz.

Trochę się uspokajam. Niestety to nie trwa długo.

– Jednak ty jesteś zbędny w tym gronie. I odpowiadasz wymaganiom kolejki. Dlatego prawdopodobieństwo, że będziesz ofiarą, jest wielkie, ale możesz skorzystać z zasady odbierania kart. Możesz poprosić o dostanie pikowego asa. Jeśli posiadacz asa się zgodzi, jesteś bezpieczny, ale wtedy nie możesz wskazać ofiary z grona graczy.

Odpycham ją. Co ona pierdoli? Przecież jeśli zamienię się za karty, to ja będę musiał kogoś przyprowadzić. Nie zrobię tego. Przecież to chore.

– Chcesz, żebym posłał kogoś na śmierć? Tylko ze względu na jakąś głupią grę? O chuj chodzi?

– Zrobisz, jak będziesz uważać. Wybierasz teraz między swoim życiem a życiem kogoś obcego.

Moje mięśnie nie wytrzymują. Pozwalam grawitacji pociągnąć mnie w dół. Mam ochotę zapłakać, ale resztki rozsądku zatrzymują piekące łzy pod powiekami.

– Wiem, że to dla ciebie nowe. Też przeżywałam to samo, tylko z innej perspektywy. Nawet gorszej, niż twoja. – smutny uśmiech na jej twarzy zatrzymuje bicie mojego serca.

– Dlaczego? – wykrztuszam. – Dlaczego to robicie?

– Dla rozrywki.

Wybucham sarkastycznym śmiechem.

– Chcesz mi powiedzieć, że zabijanie jest rozrywką?

– Porównaj to do Toreadorów w Hiszpanii. Przerażony byk, jest przez nich poważnie raniony kilkaset razy. Zwierzę przechodzi długą drogę, pełną męczarni, aż w końcu zostaje brutalnie pozbawiony życia na oczach tysięcy. A ludzie wtedy się śmieją. Podziwiają. Jakby bezpodstawna śmierć nie wzbudzała w nich smutku, tylko radość. Dokładnie tak samo jest tutaj. Wszystko ku uciesze tłumu.

– To chore...

– Tacy już jesteśmy z natury. – chrząka. – Gdybym mogła, odeszłabym. Ale nikt nie może opuścić gry. Dlatego w trosce o własną psychikę, spróbuję nazwać to zabawą. Tobie też radzę zacząć.

Liliana wypuszcza kartę z dłoni. Niewielki prostokąt utrzymuje się przez sekundę w powietrzu, po czym ląduję tuż obok moich stóp. Słyszę jej kroki na korytarzu. Za parę sekund wyjdzie. Zostanę tu sam. Sam z tymi myślami. Sam jak chuj na planecie Wenus. Samotność jest najgorszym, co może mnie teraz spotkać.

– I jeszcze jedno... – zatrzymuje się w progu. – Pamiętaj, że przed nimi nie ma ucieczki. Panopticum
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!