Cyganka

Dodane przez: jaruga, 23.01.2018, 19:30
Reklama:

19 lipca 1989 roku w całej Polsce był pięknym, słonecznym dniem. Przyroda tętniła życiem. Niebo było bezchmurne a łąki mierzwił ciepły, letni wiatr. Sielanka - mogłoby się wydawać. Nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, które miały wkrótce wyjść na jaw w jednej z małych, malowniczych wsi na Mazowszu.

Tego lipcowego poranka do kuchni Pani Rydel wbiegł jej ośmioletni syn Jacek. Z trudem łapał oddech a na jego twarzy widoczne było przerażenie. Po policzkach płynęły mu łzy żłobiąc błyszczące strumyki na matowej od kurzu twarzy. Przez ściśnięte gardło nie mógł wydusić ani słowa. Jego szeroko otwarte oczy wpatrywały się teraz w matkę. Pani Małgorzata wiedziała, że stało się coś strasznego. Jeszcze nigdy nie widziała swojego wiecznie radosnego syna w takim stanie. Oczy Jacka zdawały się do niej krzyczeć. Nie mogła jednak tego niemego krzyku zrozumieć, chociaż podejrzewała z czym może być związany.

Kilka dni temu zaginęła trójka dzieci ze wsi - dwóch chłopców w wieku 6 i 8 lat oraz 7-letnia dziewczynka. Staś Gawliński oraz Marek Dworak to chłopcy, którzy we wsi uchodzili za bardzo dobrze wychowanych i niesprawiających problemów młodzieńców. Ada Milewska, córka sąsiadów państwa Rydel była bardzo dobrą uczennicą często stawianą za wzór dla rówieśników. Zaginięcie dzieci od samego początku budziło złe przeczucia mieszkańców. Nikt nie pomyślał nawet, że jest to coś w rodzaju młodzieńczego wybryku.

Pani Małgorzata podeszła powoli do Jacka, przykucnęła przed nim i położyła dłonie na jego ramionach. Teraz ich wzrok spotkał się na tej samej wysokości.

- Co się stało Jacuś? - cicho wyszeptała.

- Wwww... Wiiidziaaałem... - wymamrotał przerażony malec.

- Co widziałeś? - dopytywała się zniecierpliwiona matka delikatnie potrząsając ramionami chłopca, który ponownie zaczął szlochać.

- Dzieci! - krzyknął zanosząc się płaczem. - Leżą nad stawem w lesie! Jest z nimi ta straszna pani! Widziała mnie! - wykrzykiwał przerażony.

Straszna pani, którą zwykło się straszyć niesforne dzieci to kobieta cygańskiego pochodzenia, która wraz z całym taborem zaraz po wojnie przywędrowała do wsi i osiedliła się na skraju lasu, w którym znajdował się nieszczęsny staw. Było to łącznie kilkanaście osób. Do tego czasu po obozowisku pozostał jeden barak, w którym mieszkała samotna kobieta.

Pani Małgorzata boso wybiegła z domu pędem kierując się do domu sąsiadów. Pani Anna Milewska, mama Ady siedziała przy stole z łokciami opartymi o blat i twarzą schowaną w dłoniach. Jej mąż Andrzej był nieobecny. Patrzył się w jakiś niewidzialny punkt. Kiedy Małgorzata Rydel wbiegła do kuchni oboje jakby ożyli.

- Szybko! Nad staw! - rzuciła hasło Pani Rydel i cała trójka wybiegła w stronę lasu, który okalał wszystkim znany zbiornik.

Wiadomość o odnalezieniu dzieci lotem błyskawicy rozeszła się po wsi. Po chwili dotąd pusta główna droga, wzdłuż której mieściło się większość gospodarstw zaroiła się od ludzi. Jedni szli szybkim krokiem, inni biegli, ktoś jechał na rowerze. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku - w stronę śródleśnego stawu.

Widok, który czekał na przybyłych dla wielu był najbardziej tragicznym przeżyciem, jakiego dotąd doświadczyli. Na brzegu leżały mokre ciała trojga dzieci. Wyglądało na to, że niedawno zostały wyciągnięte z wody. Mieszkańcy utworzyli wokół nich okrąg. Ciała chłopców miały wyraźne oznaki dłuższego przebywania pod wodą. Były sine, opuchnięte i zimne. Dziewczynka natomiast wyglądała tak jakby spała. Nie była zimna a jej skóra na twarzy była aksamitna i rumiana.

Przez tłum zaczęła przeciskać sie matka Ady wydając bliżej nieokreślone dźwięki będące oznaką histerii. Klęcząc obok dziecka podniosła jej głowę i objęła ramionami za szyję. Dziewczynka nie żyła. Pani Anna Milewska głaskała głowę swojej córeczki wydając przy tym nieludzki jęk.

Jej mąż, Pan Andrzej trzymał rękę na jej ramieniu zakrywając jednocześnie swoją twarz, na której pojawił się grymas bólu. Po chwili przez tłum przecisnęła się matka Stasia, Renata Gawlińska a chwilę później rodzice Marka, Państwo Dworakowie. Rzucili się na zimne, mokre ciało swojego dziecka. Ojciec Stasia, Ryszard Gawliński był sołtysem wsi a w czasie kiedy miały miejsce opisane wydarzenia miał ważne spotkanie.

Dało się słyszeć w ciszy odmawiane modlitwy. Nowoprzybyli ludzie widząc ciała wykonywali znak krzyża, mężczyźni zdejmowali czapki z głów. Ową ciszę raz po raz przerywały odgłosy rozpaczy rodziców martwych dzieci.

Z tłumu zaczęły dochodzić strzępki rozmów, spekulacje i teorie na temat tragedii: Kto mógł to zrobić? / Przecież okolice stawu były przeszukiwane w pierwszej kolejności. / Kto wyciągnął je z wody? / Ktoś musiał wiedzieć, że one tam są. / Podobno syn Rydlów widział starą pochyloną nad dziećmi.

*

Dwa dni później trzy białe trumienki płynęły w stronę cmentarza unoszone przez mężczyzn na ich barkach. Nikt nie ukrywał smutku. Ciszę, w której dało się słyszeć jedynie odgłos kroków konduktu żałobnego przerywało głośne zawodzenie matek dzieci.

Wszystkie twarze naznaczone były jakimś negatywnym uczuciem. Na jednych widać było rozpacz, na innych tylko smutek. Były też takie, które wskazywały na zadumę. Jedynie twarz sołtysa, pana Gawlińskiego, ojca Stasia będącego teraz w trakcie swojej ostatniej drogi nie mówiła nic. Był po prostu nieobecny. Swoimi myślami wyraźnie przebywał teraz gdzieś indziej. Zarówno podczas mszy, potem kiedy niósł trumnę swojego dziecka na barku, jeszcze później, kiedy spuszczano ją do grobu jego twarz była bez wyrazu.

Kiedy bylo juz po wszystkim i ostatnia droga Stasia, Marka i Ady dobiegła końca państwo Milewscy zaprosili rodziców chłopców na obiad, co miało być skromną konsolacją. Po posiłku mężczyźni wyszli na ganek zapalić.

Ryszard Gawliński trzęsącymi się rękami odpalił papierosa. Po każdym zaciągnięciu wypuszczał dym nosem nie chcąc tracić czasu do następnego wdechu.

- Rysiek, wszystko w porządku? - Zapytał Antoni, ojciec św. pamięci Marka.

- Słyszeliście, że stara tam była? - Zapytał obojętnym tonem sołtys.

- Tak podobno powiedział syn Rydlowej. - wtrącił Andrzej Milewski.

- Chłopcy nie żyli od dłuższego czasu a ludzie mówili, że twoja córka wyglądała tak jakby spała. - ciągnął sołtys nie zmieniając tonu. - Z nimi rozprawiła się wcześniej. Adę zostawiła na koniec. Nie wiem jak wy ale ja nie zamierzam tego tak zostawić. Cokolwiek się stało - mój syn na to nie zasłużył! - ryknął sołtys.

- Ja też nie mogę się z tym pogodzić... - przyznał ojciec Marka.

- Co chcecie zrobić? - zapytał z niepokojem ojciec Ady.

- To, co ta kurwa zrobiła z naszymi dziećmi! Albo nie! Niech kurwisko spłonie! - uniósł się sołtys.

- Ciszej, Rysiek. - zaczął go uspokajać Pan Dworak.

- Jutro o północy nad stawem. - oznajmił sołtys gasząc papierosa w popielniczce. - Nikogo nie zmuszam. Z wami, czy bez - zrobię to, co powinienem.

*

Ojciec Marka szedł szybkim krokiem w kierunku lasu. W nocnej ciszy słyszał odgłos swoich kroków, który przerywało dobiegające z oddali szczekanie psów. Noc była chłodna. Z jego ust z każdym wydechem wydobywała się delikatna mgiełka. Nie czuł chłodu. Jedyne co czuł to narastającą niepewność przed tym, co wydarzy się dzisiejszej nocy.

Było za pięć dwunasta i zastanawiał się czy dwóch pozostałych mężczyzn jest już nad stawem. Między drzewami dostrzegł żarzącego się papierosa. To znak, że sołtys już jest na miejscu. Zbliżając się zobaczył sylwetki dwóch osób. Byli w komplecie. Sołtys miał przy sobie pięciolitrową butelkę z wiadomą dla wszystkich zawartością. Zgasił papierosa podniósł butelkę z ziemi i ruszył pewnym krokiem w kierunku cygańskiego barku.

- Za mną! - rzucił dowódczo i dwaj pozostali kompani ruszyli za nim.

W oddali widzieli błyski w oknach wozu. Nie było tam prądu a światło prawdopodobnie pochodziło z palącej się świecy. Sołtys podszedł do drzwi, nacisnął klamkę a te ustąpiły i z głośnym skrzypieniem otworzyły się na oścież. Na ścianie dostrzegli wielki cień, który rzucał kot idący wzdłuż pomieszczenia. Weszli do środka. W końcu baraku siedziała czarnowłosa postać odwrócona do nich plecami. Kto wskoczył jej na kolana. Pogłaskała go po głowie i zaczęła mówić:

- Wiem po co przyszliście. Chciałam im pomóc ale zobaczył mnie ten chłopiec i nic już nie mogłam zrobić.

- Ja też ci zaraz pomogę - powiedział pod nosem sołtys i powoli odkręcił butelkę.

Podszedł do kobiety i przechylił zbiornik nad jej głową. Włosy cyganki zaczęły nasiąkać łatwopalną cieczą. Kot nerwowo próbował wydostać się z objęć właścicielki ale ta trzymała go pewnie przy sobie sama nie reagując na to co się dzieje. Strugi benzyny płynęły po jej ciele tworząc pod krzesłem, na którym siedziała rozległą kałużę. Zaczął oddalać się w kierunku drzwi malując na zakurzonej podłodze ścieżkę z benzyny.

Kobieta nagle podniosła głos. Zaczęła wymawiać ciąg słów, których mężczyźni nie rozumieli. Było w nich cos przerażającego. Świeca sama z siebie powoli zaczęła przygasać a nieproszonym gościom zaczęło brakować powietrza. Oddychali coraz szybciej z coraz większym trudem. Zaczęli sie wycofywać.

Sołtys wyjął pośpiesznie z kieszeni paczkę zapałek i nerwowo próbował odpalić jedną z nich. Bezskutecznie. Pocierając energicznie o draskę nie wykrzesał nawet jednej iskry. Chwycił ledwo już tlącą się święcę, wyszedł na zewnątrz za kompanami i wrzucił ją do środka baraku od razu zamykając drzwi.

W środku zajaśniało. Słyszeli przeraźliwe wrzaski kobiety przecinane przez odgłosy, które wydawał kot. Nie przestała wymawiać sobie tylko znanych słów. Wymawiała je coraz głośniej. Brzmiały jak zaklęcie. Po chwili ucichły i słychać było jedynie odgłos palącego sie baraku.

- To już koniec. Nikomu nie zrobi już krzywdy. - oznajmił sołtys. Mężczyźni przytaknęli mu tylko głowami.

Odeszli parę kroków od palącego się baraku. Nagle usłyszeli histeryczny śmiech. Dobiegał ze środka. Wszyscy trzej bez słowa rzucili się pędem do ucieczki. Dopiero kiedy byli już blisko wsi Ojciec Ady zmuszony był się zatrzymać a za nim zatrzymało sie pozostałych dwóch mężczyzn.

- Co to było do chuja?! - wydusił zgięty w pół z trudem łapiąc każdy kolejny oddech.

- Nie wiem ale to było straszne. Słyszeliście co mówiła? W jakim to było języku? - Dopytywał ojciec Marka.

- To brzmiało jak klątwa - powiedział sołtys. - Nikomu nie mówcie co sie wydarzyło. Miejmy nadzieję, że wszystko zostanie uznane za nieszczęśliwy wypadek.

Zamyśleni wrócili do swoich domów nie zamieniając po drodze już ani słowa.

*

Następnego dnia wszyscy mieszkańcy dowiedzieli się o pożarze. Trójka mieszkańców wsi miała nie lada problem. Nie znaleziono ciała cyganki. Z jednej strony dobrze, bo jedna z oficjalnych teorii zakładała, że to ona podpaliła barak i uciekła. Jeżeli rzeczywiście przeżyła, istniało duże prawdopodobieństwo, że zgłosi całe zajście do odpowiednich służb. Wiedzieli jednak, że nie miała szans przeżyć. To wszystko ich przerosło. Nie można było racjonalnie wytłumaczyć tego, co się stało.

Uczestnicy nocnej wyprawy spotkali się u sołtysa od razu po tym jak wieść o spłonięciu baraku rozeszła sie po wsi.

- Ktoś musiał zabrać ciało - powiedział sołtys rozpoczynając rozmowę.

- Ale kto? - I po co? - wchodzili sobie w zdanie ojcowie Ady i Marka.

- Nie wiem... - odpowiedział sołtys popadając z zamyślenie. - Cokolwiek by się działo - nikt nic nie wie! - zarządził.

*

Tego wieczora Andrzej Milewski, ojciec zmarłej Ady był sam w domu. Jego żona miała wrócić późno z pracy. Była godzina 22:00 i zamierzał niebawem położyć się do łóżka. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że zaniedbał swój wygląd. Spojrzał w łazienkowe lustro i zobaczył w nim bardzo zmęczoną twarz. I jeszcze ten zarost... Nałożył trochę pianki na pędzel i zaczął dokładnie wcierać ją w brodę. Poczuł woń spalenizny. Szybko stwierdził, że musi pochodzić z zewnątrz. W zasadzie często się zdarzało, że któryś z mieszkańców wsi palił jakieś śmieci na podwórku, więc nie było w tym nic dziwnego.

Nagle zaczęło mu się wydawać, że widzi coraz gorzej, coraz mniej a w pomieszczeniu robi się ciemniej. Powoli kierował swój wzrok ku górze. Spojrzał na żarówkę a ta opleciona była przez pęk czarnych włosów. Były na całym suficie a ich kosmyki poruszały się jak żmije. Wypełzały zaś z głowy. Jej głowy.

Stara cyganka z rozpostartymi nogami i ramionami, przyklejona do sufitu wpatrywała się teraz w niego swoimi upiornymi oczami. Poparzona skóra odklejała się od twarzy odsłaniając białe kości policzkowe. Jej usta uformowane w szyderczy uśmiech wydały z siebie histeryczny śmiech, ten sam, który słyszał z płonącego baraku. W tym samym momencie odkleiła się od sufitu i z całym impetem na niego upadła. Przygniotła go do ziemi. Jej głowa znajdowała się na wysokości jego klatki piersiowej. Uniosła głowę i ujrzał jej oczy. Zobaczył w nich gniew, nienawiść. Zamknęła powieki a kiedy otworzyła je ponownie nie zobaczył już źrenic. Widział tylko białe gałki. Jej włosy jak żywe węże pełzły po jego twarzy i zaczęły wchodzić przez nos i usta do jego ciała. Zaczął się dusić. To było coś w rodzaju włochatej gastroskopii. Jego ciało wpadło w konwulsje. Zaczęło drżeć, aż w końcu znieruchomiało a pomieszczenie znowu ogarnęła jasność.

*

W tej samej chwili z drugiej zmiany wracał Antoni Dworak swoim fiatem 125p. Słuchając radia rozmyślał o synu Marku, o starej cygance. Przypomniał sobie jej przeraźliwy krzyk, kiedy sołtys wrzucił świecę do baraku. Przeszło mu przez myśl, że może cyganka mówiła prawdę. Może rzeczywiście nie miała żadnego związku ze śmiercią dzieci i chciała im jakoś pomóc. W pewnym momencie radio zaczęło przerywać a w powietrzu unosił się zapach spalenizny. Wyłączyło się całkowicie.

- Cholera! - syknął Dworak będąc pewnym, że się spaliło.

Uchylił okno aby przewietrzyć wnętrze samochodu i wrócił do swoich rozmyślań. Znowu ten przeraźliwy krzyk palącej się kobiety huczał w jego głowie. Potem ten śmiech, który słyszeli odchodząc od palącego się baraku. Słyszał go wyraźnie, bardzo wyraźnie. Kiedy spojrzał we wsteczne lusterko zdał sobie sprawy z tego, dlaczego tak wyraźnie słyszał ten szyderczy śmiech, kóry stał się teraz o wiele głośniejszy. Jakby wyśmiewał się z jego zaskoczenia. Para oczu oprawionych w zmarszczoną od ognia skórę wpatrywała się w jego przerażone odbicie.

Zanim zdążył ocknąć się z szoku zobaczył jak po jego rękach pełzną pasma czarnych włosów. Począwszy od ramion aż do samych dłoni. Oplatały go coraz gęściej i mocniej. Gdy dojeżdżał do mostku, który rozciągał się nad niewielką rzeką jego ręce wbrew jego woli nagle skręciły kierownicą. Auto przebiło barierkę ochronną, obróciło się w powietrzu i wpadło do rzeki kołami do góry. W tym miejscu rzeka miała niespełna metr głębokości. Woda wlewająca się przez uchylone okno szybko wypełniła wnętrze samochodu. Wszystko działo się przy akompaniamencie złowieszczego śmiechu. Ostatni raz spojrzał w lusterko. Białe gałki oczne bez źrenic patrzyły na jego odbicie do samego końca.

*

Sołtys chodził spać stosunkowo wcześnie. Kiedy płuca Antoniego Dworaka z każdym zachłyśnięciem zalewała rzeczna woda, on smacznie spał już drugą godzinę.

Do jego głowy wkradł się sen. Śniła mu się trójka dzieci podążająca w radosnym nastroju w kierunku lasu. Widział jak chłopcy wskakują w ubraniach do stawu. To był chyba jakiś zakład. Wypływają na sam środek a w pewnym momencie jeden z nich - jego syn Stanisław - zaczyna się topić. W panice próbuje utrzymać się na powierzchni wody chaotycznie wymachując rękami. Kolega chce mu pomóc i podpływa na ratunek. Tonący chłopieć wciąga go jednak pod wodę i obaj znikają z widoku. Ada nie zastanawiając się ani chwili wskakuje do wody i płynie w miejsce, w którym ostatni raz widziała chłopców. Nurkuje. Dłuższy czas nic się nie dzieje a tafla wody uspokaja się tworząc lustro.

W następnej scenie dzieci leżą już na brzegu. Są sine i opuchnięte. Jest z nimi stara cyganka. Klęczy nad Adą, na jej czole kładzie swoją dłoń, spod której rozbłyska rażące światło. Twarz dziewczynki zaczyna się zmieniać. Poliki nabierają kolorów. Nagle kobieta unosi głowę, po czym zrywa się na równe nogi i znika wśród leśnych drzew. Spłoszył ją Jacek Rydel, sąsiad Ady.

Ryszard Gawliński powoli otworzył oczy. Sen, który przed chwilą mu się śnił wzbudził w nim uczucie, które było mu obce. Sumienie dawało o sobie znać. To poczucie winy w połączeniu z wrażeniem, że jest się obserwowanym sprawiło, że jego serce zaczęło bić mocniej. Oddech stał się płytszy. Podniósł głowę i zobaczył parę żółtych oczu, które wyglądały tak, jakby były zawieszone w ciemności. Wpatrywały się w niego. Okazało się, że na komodzie, która stała na wprost łóżka siedział czarny kot. W powietrzu unosiła się woń przypalonego mięsa. Sołtys odwrócił się do żony aby ją obudzić. Kiedy przekręcił głowę w jej stronę zamarł.

Drugą stronę łóżka oświetlało światło księżycowe wpadające do pomieszczenia przez nie do końca zasuniętą zasłonę. Żona sołtysa była blondynką. Tymczasem jego oczom ukazała się postać o... kruczoczarnych włosach, odwrócona do niego tyłem. Zaczęła się delikatnie trząść a towarzyszył temu cichy chichot, który z każdą z każdą kolejną chwilą stawał się coraz głośniejszy. Głowa tajemniczej postaci bardzo powoli zaczęła przekręcać się w stronę mężczyzny. Jego oczom zaczął ukazywać się profil poparzonej twarzy z dużym zakrzywionym nosem. Jedno szeroko otwarte oko już na niego spoglądało a drugie dołączyło po chwili. Ten wzrok w połączeniu z szyderczym uśmiechem odsłaniającym czarne korzenie zębów to ostatni widok jaki zobaczył w życiu.

Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!