Narośl

Dodane przez: nieprawicz, 20.02.2018, 17:41
Reklama:

Do prosektorium weszła dwójka patologów. Mieli dziś na rozkładzie pociąć ostatnie truchło jakie wyłowione z Wisły przez policyjnych nurków znaleziono niedaleko obrzeży Warszawy. Byli to Ignacy Trepiński oraz Adam Ruczyn. Trepiński, mężczyzna wyraźnie po pięćdziesiątce i świeżo po drugim rozwodzie chodził z ponurą miną, zły niczym osa zaś mimika jego twarzy wyrażała jedną prostą sentencję: "Ta kurwa nigdy mnie nie kochała". Ruczyn zaś w przeciwieństwie do niego nosił dalece neutralny wyraz twarzy, który uzupełniany był przenikliwym badawczym wzrokiem oraz kalkulacyjnym, wręcz wyrachowanym podejściem do życia.

-Dzisiaj mamy topielca na składzie.

-Coś nadzwyczajnego?

-Niby nie ale ponoć trup ma wielką bulwę na brzuchu. -odparł lapidarnie Ignacy podchodząc do

zasłoniętego specjalnym prześcieradłem cielska zwłok.

Wprawne ręce Adama zerwały białą zasłonę odkrywając ciało smukłej kobiety o rudych i dość długich włosach.

-Fiuuuuu...-zagwizdał cicho Ruczyn

-Opanowałbyś swoje lędźwia moronie. Trochę kurwa godności, ja zacznę ty nagrasz raport z sekcji.

To mówiąc, Trepiński, wcisnął w ręce, młodszego od siebie o dekadę, wspólnika dyktafon z załączoną taśmą.

-Jak pan zacznie ciąć panie Trepiński w takim stanie to nie będzie to sekcja tylko rzeźnia.

-Ani waż mi się przypominać o moim gównianym szczęściu!

-Jak pan uważa...-odparł niewzruszony Adam. Już wielokrotnie w przeszłości zauważył iż było z nim coś nie tak. Nie ulegał emocjom, nie odczuwał ich, a przynajmniej nie w takim stopniu jak normalny człowiek. Tam gdzie inni z nerwów i pod presją tracili resztki zdrowego rozsądku tam on podziwiał jak czerwona twarz zarządcy czy jakiegokolwiek innego "szefa" zraszała go nieprzeliczoną kaskadą wyzwisk, obelg i innego soczyście wysmażonego mięsa, od którego uszy mogły więdnąć. Nie znaczyło to jednak iż nie mógł przewidywać reakcji dlatego też Ruczyn powstrzymał się od wkurzania swojego wspólnika. Nacisnął dyktafon i dokonał powierzchownych oględzin.

-13 grudnia 2016 roku godzina 21:35. Zmarła niejaka Ewelina Piachowiak, 24-latka, studentka prawa karnego. Widać liczne ślady zadane tępym narzędziem w okolicach pięt od strony Ścięgna Achillesa. Oczy przekrwione zaś tęczówki rozszerzone, prawdopodobna przyczyna śmierci, utonięcie. Obecność dość sporej i napuchniętej czerwonej narośli na brzuchu...

-Dobra teraz, pomóż mi. -poprosił szorstko Trepiński zaś Adam wyłączył nagrywanie i podszedł służąc mu pomocą. -cholerna zimna skóra, ciężko się tnie.

Stosowne nacięcia na obojczyku zostały wykonane lecz wtedy Ignacy dostrzegł coś niepokojącego i odskoczył jak oparzony.

-Widziałeś?

-Tak, narośl. Być może to od płynów ustrojowych.

Nie ulegało kwestii iż karmazynowe znamię poruszyło się. Obaj patolodzy nakierowali na nie snop światła, które wyłuskało z tego nieokreślonego obiektu pewne rysy. To co zobaczyli sparaliżowało ich do szczętu. Narośl imitowała pomarszczoną wykrzywioną w przebrzydłym grymasie, twarz o zwartych źrenicach.

-O kurna...

-O ja pierdole, bym rzekł nawet. -dokończył Ruczyn przyglądając się tworowi- może stosownie by było wyciąć to najpierw i zrobić rozszerzone sprawozdanie.

-Dobra...posuń się.

Ignacy obrysował delikatnie flamastrem miejsce nacięcia wokół czerwonej bulwy. Planował ją wciąż i następnie rozciąć już na oddzielnym stoliku. Kiedy precyzyjne i wysterylizowane ostrze skalpela poczęło ciąć pierwsze grube fałdy grubej masy skórnej nastąpił skurcz.

Głowę tnącego fachowca spowił całun czerwonych, nicieniowatych odnóży pośród, których utonął jego krzyk. Adam odskoczył, mimo iż nie odczuwał emocji podświadomie jego jestestwo poczęło obawiać się o swoje życie. Odszedł cichcem w kąt biorąc za ochronę sobie blaszaną płytę na której spoczywały narzędzia wraz z ręczną piłą, której miniaturowe zęby spojone były do postaci mizernej nici naciągniętej na dwa dokręcane uchwyty. Tymczasem pasożytujące bluźnierstwo odlepiło się od ciała nosiciela i spadło na podłogę. Szkaradna kupa mięsa, ścięgien i innej nieokreślonej krwistej formy poczęła zmieniać kształty próbując nadać sobie najkorzystniejszą formę lecz bez szkieletu ani pancerza zamysły kreatury spełzały na niczym. W końcu, bulwiasta i przysadzista struktura wytworzyła pierwsze elastyczne, nicieniowate kończyny. Swoiste macki, które skręcając się i smagając chaotycznie powietrze próbowały wybadać otaczający je obszar.

Jakoby tego jeszcze było mało z cielska wychynęła inna struktura która uformowała się w dość szerokie, postrzępione usta. Na powierzchnię wychynęły malutkie, białawe ślepia nadając poczwarze jeszcze bardziej groteskowego i obelżywego wyglądu. Roztańczona masa poczęła mozolnie pełznać po śliskiej i gładkiej podłodze wyłożonej kafelkami ślizgając się to na prawo, to na lewo z powodu kleistej, cuchnącej mazi, która nie różniła się barwą zapachową zbytnio od stęchłego górskiego, na którego woń, można było zwymiotować.

-Gul...Gul..gyo...

Zabulgotała szkaradna bestia przybliżając się zachłannie do cofającego się patologa, któremu to wystąpił już pot na twarzy. Szczęśliwie dla niego, dojrzał kontem oka słoik z kwasem solnym. Nie namyślając się zbytnio rzucił w bok swój wątły oręż pozostawiając jedynie metalową blachę i dobierając gość słusznych rozmiarów słoik cisnął w pobliżu zaabsorbowanej nowym obiektem kreatury słoik z zawartością.

-GHHHHyyaaaa!!!

Adam usłyszał wrzask „mackonoga”. Biegł przez korytarz jak opętany, przewracając za sobą parę obiektów codziennego użytku. W końcu wypadł na zewnątrz. W przeciągu następnej godziny do prosektorium wparowała policja wraz z białymi kombinezonami. Zdezynfekowano całą salę, przesłuchano wszystkich świadków poczynając od Adama Ruczyna którem postawiono też zarzuty spowodowania śmierci Trepińskiego. Z braku poszlak oraz bezpośredniej winy sąd skazał go na karę pozbawienia wolności do 15 lat po czym skrócił wyrok do 10 głównie za sprawą marnych argumentów ze strony prokuratora i braku jakiegokolwiek motywu. Sam Ruczyn odpowiadał na przedstawione mu zarzuty i pytania bardzo spokojnie zaś badania wariografem niczego nie wykazały żadnych anomalii znamiennych dla kłamstwa. Ruczyn rzeczywiście zobaczył coś co próbowało go zabić.

Była godzina 23:40. Warszawa już dawno pogrążyła się w mroku rozświetlanym przez senne kanonady lamp i wysokopiennych budynków. Gdzieś w bardziej z plugawych dzielnic w ustronnym zaułku spacerowała kobieta odziana w czerń równą najczarniejszemu kamieniu węgielnemu na którego skroniach wolnomularze budowali niegdyś fundamenty katedr. Trzymała w ręku dość sporą butelkę lubelskiego cydru który miała spożytkować w szczytnym celu samo konsumpcji. Przystanęła gdy z otwartego włazu kanałowego dobiegł Ją zduszony jęk miażdżonego człowieka. Nieroztropnie zbliżyła się do włazu wylotowego przyćmiewając gwiaździsty nieboskłon tlących się jeszcze ciał niebieskich. Z mroku trzewi monumentalnego miasta dobiegł ją odgłos którego źródło znajdowało się tuż n końcu spuszczonej w dół drabiny.

-Ghyyy Ghul gul gul...

-Paskudny z Ciebie typ. -odparła bladolica uśmiechając się szeroko.

[The End]

Źródło: mój mózg
Oceń:
0
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!