Historia

Zewnętrzny Blask

nieprawicz 0 1 rok temu 41 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Słońce zaszło już dawno za horyzontem, niebo pokryło się szarawą ołowianą barwą zaś ulice

miasta Poznania rozjarzyły się swym elektrycznym blaskiem. Zaułki ulic wypełnione

były czernią zaś pośród ich trzewi od czasu do czasu przemykał się cień człowieka.

To właśnie tutaj, na Starym Rynku niedaleko Pijalni Wódki i Piwa spacerował

Henryk Opaliński, student pierwszego roku na wydziale Leśnym. Szczęśliwie składało się

iż nie miał nic do roboty. Mijając Plac Wolności zatrzymał się przy niewielkich rozmiarów

gablocie pełniącej funkcji biblioteczki publicznej gdzie to można były składować

i wypożyczać książki bez żadnego nadzoru. Powodowało to sytuację w której obiekty te świeciły

pustkami zaś książki były w opłakanym stanie.

-Medal dla debila, który to wymyślił. -powiedział pod nosem student spoglądając

na rozgardiasz aż w końcu dostrzegł osobliwy tom.

Książka miała czerwoną, mocną okładkę na której to wypisany był literami tytuł, który nic Opalińskiemu nie mówił.

-"Zewnętrzny Blask". Hmm...

To mówiąc Henryk chwycił grzbiet książki i przewertował kilka stron. To co znalazł zaciekawiło go niezmiernie. Do tego stopnia iż postanowił ją wypożyczyć. I tak niszczyłaby się w szklanej

gablocie.

Tak zaopatrzywszy się w dość słusznych rozmiarów lekturę Opaliński poszedł w drogę powrotną do wynajmowanego przez siebie mieszkania. Nie w głowie mu było odurzać się alkoholem aby zaraz

potem wymiotować na ulicy i zbudzić się z potężnym kacem na następny dzień.

Jego kawalerka była niewielkich rozmiarów, ot jeden pokój sypialny, toaleta i kuchnia. Nic ponad standard 500 złotych czynszu. Opaliński nie miał w zwyczaju zbyt często sprzątać po sobie, toteż zlew był zawalony garami zaś zakurzone okna skutecznie odstręczały od wyglądania przez nie na blokową dzielnicę.

Student odłożył książkę na blat swojego sosnowego biurka i zająć się ogarnianiem w miarę możliwości syfu jaki zdołał wokół siebie nagromadzić. Oględnie omiótł całe mieszkanie i wymył

zalegające w zlewie talerze. Po tejże jakże wyczerpującej działalności powrócił do swojego pokoju gdzie czekała na niego lektura.

"Zewnętrzny Blask" prezentował się świetnie jak na starą i podniszczoną książkę. Sama treść,

napawała czytelnika nieokreślonym dreszczem. Jakoby z każdą linijką tekstu i każdym wersem czytelnik zapadał się w otchłań niezbadanych, niepojętych tajemnic. To właśnie w tym dziele

Opaliński poznał sekrety kodowania, mityczne znaki sięgające dalej w głąb czasu, nieznane nawet archeologom opisy przywodzące na myśl najstarsze mity o których nikt ochoczo się nie wypowiadał.

Dla Henryka sama książka była dobrą fantastyką, niczym więcej. Autor o dziwo nie był wymieniony na żadnej ze stron, zaś emblem wydawnictwa które wydrukowało to rękodzieło zwyczajnie nie istniało. W końcu kolejny dział książki do której dobrną czytelnik reprezentował inkantacje o jakich milczała nawet Czarna Biblia.

***

Następnego dnia gdzieś w okolicach 10-tej nad ranem Henryk opuścił swoje mieszkanie w pośpiechu. Nie wiedział dokąd się udać. Ostatni rozdział "Zewnętrznego Blasku" wrzynał mu się

w pamięć niczym głęboko zakorzenione larwy gzów. Nie sposób mu było pozbyć się narastających

z każdą chwilą obaw które przerodziły się z czasem w słyszalne tylko dla niego głosy.

Nie dalej jak o 16-tej został znaleziony na ulicy Sierocej w stanie odurzenia alkoholowego.

Tam też, Henryk został od transportowany ambulansem do punktu odwykowego na ul. Szpitalnej

gdzie spędził noc.

Ranek przywitał go rażącymi promieniami słońca. Początkowo Opaliński nie wiedział gdzie się znajduje. Jego głowa huczała wręcz od napływu krwi. Z majak sennych niewiele pamiętał.

-Gdzie, gdzie ja jestem?

-W wariatkowie -odparł szyderczo głos po jego prawej stronie.

Należał do dość wychudłego pacjenta ogolonego na łyso o wyłupiastych oczach.

-Jak ja tu trafiłem?

-JA to mam wiedzieć? Wczoraj cię tu przywieziono. W nocy. Te...helmucik a fajki to ty masz?!

-Nie, nie palę...

-To szkoda bo bez tego naprawdę można tu oszaleć.

Istotnie papierosy tak samo jak kawa czy herbata wchodziły w skład tych towarów które są najbardziej pożądanymi, szczególnie w zakładzie psychiatrycznym gdzie pielęgniarzy jest pełno

zaś posiłki są mierne i bynajmniej nie sycą. Tymczasem nowo napotkany znajomy Henryka szczerzył swoje zęby wiedząc co spotka naturszczyka.

-No kiepsko kolego, nie masz kawy, ni herbaty, pieniądze chociaż masz?

Henryk zajrzał do kieszeni swoich spodni. Nic nie miał poza ubraniem. Nawet dowodu osobistego.

-Nic nie mam

-Szkoda, szkoda...a kogoś kto będzie cię odwiedzać? MAsz kogoś takiego?

-Nie, żyję samotnie.

-No to panie dzieje mała kiszka ale to jeszcze nic straconego, w południe jemy objad. Nie zapomnij swojego kubka, o tu...-to mówiąc wyupiasto-oki wskazał na szary kubek leżący na kredensie.- miej go zawsze przy sobie, bo nowych ci nie wydadzą.

To mówiąc nowy znajomy opuścił salę na której znajdował się Henryk pozostawiając go samemu sobie. Pogoda na zewnątrz nie zapowiadała się na słoneczną. Ołowiane chmury kłęąbiły się nad dachem ośrodka a duszna atmosfera wskazywała na to że lada chwila może zacząć padać. Opaliński wstał i podszedł powolnym chwiejnym krokiem do recepcji skąd poprosił o niewielkich rozmiarów notatnik i długopis w którym miał zamiar rozpocząć pisanie swoich notatek. Swego rodzaju dziennik.

5 marca 2017 roku

Nazywam się Henryk Opaliński. I wczoraj obudziłem się ze snu. Przerażające rzeczy działy się

w moim mieszkaniu. Te...symbole, przestrogi, Zewnętrzny Blask...to wszystko ma swoje znaczenie. Oby nikt po mnie nie doznał tego co ja sam przeżyłem. Znajduję się w jakimś szpitalu. Na szczęście nie jestem sam.

6 marca 2017 roku

Posiłki są wydawane oszczędnie. Nie idzie się nimi najeść. W nocy dokucza mi jakieś strzykanie. Rozchodzi się po wentylacji. Dochodzi z daleka. Jakoby z Zewnątrz. Boże miłosierny spraw tylko by Ich wzrok nie spoczął na mej śmiertelnej powłoce. Dopomóż abym przetrwał chociaż miesiąc z dala od tych upodlonych myśli. Nie dają mi spokoju. Wiją się niczym węże.

Widzę Ich. Widzę Ich ponad czasem i przestrzenią. Spoglądam w Ich ziejące pustką oczy.

Szemrają między sobą...widzą...widzą mnie. "In nomine Patris et fili et spiritus sancti"

7 marca 2017 roku

Strzykanie z wentylacji świdruje mój umysł. To Oni. Szydzą ze mnie w piekielnych frazesach.

Czuję Ich obecność. Boże dopomóż. To nie jest to czego chciałem. Zewnętrzny Blask. Muszę wrócić po książkę. Odczynić to co zrobiłem.

13 marca 2017 roku

Mróz. Zimno. Przynajmniej strzykanie ustało. Wczorajsze próba ucieczki skończyła się niepowodzeniem, mają wyjątkowo czujnych pielęgniarzy. Jestem wciąż na oddziale zamkniętym.

Nie dostałem jeszcze możliwości wyjścia, do sali z telewizorem. Wszystko wokół mnie śmierdzi mimo iż każdego dnia biorę prysznic.

15 marca 2017

Nie mam kawy ani herbaty. Posiłki mi nie wystarczają. Chcę stąd wyjść, wydostać się na wolność

ani myślę wracać z przepustki jeżeli jakąkolwiek dostanę. Oni ciągle mnie obserwują, czekają na moją decyzję...jaką...decyzję. Jaką decyzję?! Boli mnie głowa, cieknie krew z nosa. To już

długo nie potrwa. Zewnętrzny Blask niedługo mnie pochłonie, a stamtąd nie będzie drogi powrotnej. Czuję ból...ból...Nazywam się Henryk...O P A L I Ń S K I. I dzisiaj obudziłem się ze snu...

[The End]

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje