Pan Zygmunt

Dodane przez: abbadon 99, 7.07.2018, 20:52
Reklama:

Jestem malarzem. Kształcę się w tym zawodzie już ponad dziesięć lat i wkrótce mam zamiar skończyć ostatnie egzaminy na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Zawód artysty to niezwykłe zajęcie i choć wciąż jeszcze się uczę, to w ciągu swojej artystycznej kariery miałem już okazję spotkać się z dziesiątkami dziwnych osób oraz zjawisk, które trudno wyjaśnić, czy nawet samemu zrozumieć. Niezrozumiałe zjawiska, kuriozalne pomysły, niemożliwe do nazwania idee, sofizmaty, a także wiele, wiele więcej. Dzisiaj jednak chciałbym wam opowiedzieć o czymś, co wydaje mi się, dalece wyprzedza wszystko inne, co spotkało mnie na mojej drodze malarza. Jedną, szczególną sytuację, która na zawsze sprawiła, że nic nie wydaje mi się już dziwne, ani żadna historia nie jest dla mnie przerażająca. Miało to miejsce kilkanaście lat temu, w pierwszym domu kultury, do którego kiedykolwiek uczęszczałem, będącym niemalże kolebką mojej pasji. Tym samym domu kultury, który bez oglądania sie za siebie opuściłem na zawsze zaraz po tym wydarzeniu.

Wszystko zaczęło się pewnego marcowego poranka, gdy na krótko po zakończeniu zajęć w ostatniej już klasie mojego liceum, udałem się niemal pędem do mojego ukochanego sanktuarium. Wtedy, jak każdego dnia, wszedłem przez obszerne drzwi strzegące dostępu do budynku, wszedłem w długi, obszerny, wysoki hol, wpadłem w jeden z licznych korytarzy, który od niego wychodził i szybkim krokiem przeszedłem obok kilkunastu par nie mających dla mnie znaczenia drzwi, by zaraz być już w swojej ukochanej pracowni, gdzie każdego dnia wylewałem z siebie krew, pot i łzy, tworząc kolejne dzieła.

-Dzień dobry panie Zygmuncie! – zawołałem już od progu, przekraczając granicę sali plastycznej, w której trwał już trzeci rok mojej pilnej nauki. Dosyć głośne powitanie, z jakim wpadłem, zagłuszyło ogólną ciszę, panującą w pomieszczeniu. Kilka innych osób pracujących mrówczo w pomieszczeniu podniosło szybko głowy i spojrzało na źródło dźwięku, ale widząc, że to tylko ja, zaraz wróciło do swoich poprzednich pozycji, z powrotem pochylając się nad kartkami lub sztalugami, mrucząc tylko cicho różne powitania lub złorzeczenia na brak spokoju.

Pracownia, do której codziennie przychodziłem, była dużym, dobrze wyposażonym i eleganckim pomieszczeniem, wypełnionym dwoma równymi rzędami sztalug po prawej, kilkoma stołami do szkicowania po lewej i pokaźną kolekcją prac na wszystkich ścianach oraz naprawdę dużą biblioteczką pełną rozmaitych książek, umieszczoną na tyłach pokoju. Przychodziły tam bardzo różne osoby. Młode i stare, mężczyźni i kobiety, pasjonaci, amatorzy, realiści, twórcy komiksów, karykatur, ekspresjoniści, autorzy wyłącznie tradycyjni, architekci, autorzy portretów, aktów, pejzaży i mang; słowem, cała plejada różnych osobistości. Większość z nich pojawiała się tylko raz, może dwa na tydzień. Tylko ja przychodziłem tam codziennie, od trzech lat nie ominąwszy prawie żadnego dnia. Sprawiało to, że miałem pewien szacunek u pana Zygmunta, jedynego i bardzo oddanego opiekuna całego stada przychodzących tu ludzi. Przez te trzy lata, wypełnione ciężką pracą i masą coraz lepszych projektów, zdążyłem już stać się jego nieukrywanym pupilem, nieraz przyjmowanym z dobrym słowem i pochwałą, a czasem, przy małym ruchu, także herbatą czy kilkoma ciastkami. Czasem dawał mi cukierki albo gładził mnie po głowie i komplementował, nie mogąc, lub może nie chcąc zrozumieć że dla osiemnastolatka jest to po prostu żenujące. Był po prostu takim typem człowieka. Jednym z tych, którzy nigdy nie uzna nikogo poniżej trzydziestu lat za cokolwiek innego niż dziecko.

Nie inaczej było tego dnia. Gdy tylko przekroczyłem próg wypełnionego biurkami pokoju, mój nauczyciel zaraz spojrzał na mnie z błyskiem w oczach. Jego starą twarz w jednej chwili rozciągnął wesoły uśmiech, on wstał zza biurka i szybkim krokiem podszedł do mnie, wyciągając dłoń na oczach kilku rzędów ludzi, pracujących w ławkach. Każdego innego witał po prostu skinieniem głowy, ale wszyscy jego uczniowie dawno przywykli już tego jawnego nepotyzmu.

-Och, Igor! Witam! Wiesz, już co będziesz dzisiaj rysować? Ostatni rysunek Trzech Gracji wyszedł ci naprawdę wspaniale, muszę cię szczerze pochwalić.

-Dziękuję panu. - mówię, jak zawsze lekko zakłopotany tak wylewnym powitaniem. - Starałem się użyć nieco innej techniki cieniowania, tak jak mi pan doradził. Ale sam nie wiem, czy obraz naprawdę na tym zyskał...

-Ależ zyskał, uwierz mi! To niesamowite, ile potrafią zmienić takie drobne poprawki! Jeszcze trochę i ludzie zaczną mylić twoje dzieła z prawdziwym Rembrandtem!

-Dziękuję bardzo. Cieszę się, że tak mnie pan docenia. - odpowiadam, choć w gruncie rzeczy wiem, że pan Zygmunt powiedziałby to samo, gdybym po prostu rzucił kulą błota w sztalugę i upierał się, że to rekonstrukcja Stworzenia Adama. Mimo to ucieszyłem się z komplementu, pomimo że wątpiłem, by był obiektywny. - A jeśli chodzi o moje nowe dzieło, to jeszcze nie zdecydowałem. Chciałbym narysować coś tajemniczego, niezwykłego, z odrobiną grozy. Coś, co byłoby niepokojące i straszne. Może jakąś postać? Albo samą sylwetkę? Sam nie wiem. Dobrze by było, gdyby pokazał mi pan jakąś książkę na ten temat. Na pewno mamy w zbiorach taką książkę, co nie?

-Ekhm, no cóż... – odpowiedział mój nauczyciel, zdając się zaskakująco strapiony tą prośbą. - Coś niepokojącego mówisz? Sam nie wiem. A nie wolałbyś może narysować jakiejś reprodukcji? Martwa natura nieźle ci ostatnio idzie.

-Dziękuję, ale raczej nie mam ochoty. - odpowiedziałem, dziwiąc się bardzo zachowaniem pana Zygmunta. To był dosłownie pierwszy raz w życiu, gdy choćby zasugerował mi, że nie powinienem czegoś rysować. - Znudziła mnie już martwa natura. Nie ma tu żadnej książki na podobny temat? Czegoś o malowidłach naskalnych albo starych legendach? Nasza biblioteczka jest całkiem spora, mogę sam poszukać, jeśli pan nie wie.

-NIE! Znaczy, nie, nie, nie ma takiej potrzeby. - powiedział szybko mój nauczyciel. Jego zachowanie było naprawdę nietypowe. Nigdy nie wydawał się tak poddenerwowany niczym związanym z rysowaniem. - Postaram się pomóc ci poszukać czegoś ciekawego. Chodź za mną.

Poszedłem. Po krótkiej chwili, dochodziliśmy już na niemalże sam koniec długiego rzędu regałów, na których leżały dumnie setki tomów książek poświęconych obrazom, szkicom, rzeźbiarstwu i wszystkiemu co z tym związane. Mieliśmy w naszej salce sieć Wi-Fi, ale większość z nas i tak decydowała się na przerysowywanie obrazów i czerpanie rad z książek, a nie internetu.

Gdy doszliśmy na sam skraj długiego rzędu półek, pan Zygmunt zaprezentował mi kilka tytułów, które mogłyby mnie zainteresować. Były wśród nich między innymi "Ucieleśnienia Śmierci w Kulturach", "Historia Malowideł Naskalnych", " Dzieła Nierozszyfrowane" i jeszcze kilka innych zbiorów o podobnych tytułach, wraz ze sporą liczbą antologii nieznanych mi twórców. Otworzyłem pierwszy z brzegu tom i zajrzałem do środka. Obrazki będące w środku zdawały się odpowiada temu, co chciałem namalować. Ciemne, niepokojące postacie, dziwaczne potwory, przerażeni ludzie, demony, diabły, wszystko celowo odpychające i brzydkie, niepokojące i turpistycznie straszne. Świetnie. Wziąłem do ręki jeszcze kilka innych książek, jak to miałem w zwyczaju, gdy zabierałem się za nowe dzieło, gdy nagle zauważyłem, że pan Zygmunt zdaje się szukać czegoś wzrokiem. Robił to w dodatku bardzo nerwowo, jakby bał się, że znajdę to pierwszy. I na własne nieszczęście, znalazłem. Była to mała, dosyć już stara, kompletnie czarna, obita sztuczną skórą książeczka, grubości na oko jakiś stu stron. Nie było to zbyt wiele jak na książkę poświęconą obrazom, siłą rzeczy muszącą przecież zabierać obrazki.

Wiem, że pan Zygmunt szukał właśnie tej książki, bo gdy tylko wziąłem ją do ręki, wciągnął gwałtownie powietrze, jakby stało się właśnie to, czego najbardziej się bał. Zastanawiam się, czemu wtedy nie wyrwał mi zeszytu z rąk i nie zabrał ze sobą. Być może liczył na to, że jeżeli nic nie powie, to ja, mając w rękach tyle innych książek, nie zajmę się zbytnio tą jedną, albo że zdążę wybrać już sobie coś z pierwszej, pozostałych nawet nie otwierając. Z reguły tak właśnie zresztą robiłem, miał więc podstawy by myśleć, że tak też będzie tym razem. Niestety, nie było.

Gdy tylko wziąłem do rąk ostatnią książkę i chciałem udać się na swoje miejsce przy którymś z biurek, pan Zygmunt zaraz dotknął mojego ramienia i pokazał drżącym lekko palcem na któreś z opasłych tomisk, które niosłem.

-Spróbuj tej. - powiedział, wyraźnie starając się jak tylko mógł, by jego głos brzmiał naturalnie. Niestety, jasno było słychać w nim totalne zdenerwowanie. - Znajdziesz tam mnóstwo niepokojących obrazów, które świetnie będą pasować do twojego dzieła.

-Dziękuję. - powiedziałem, kiwając pośpiesznie głową i odchodząc do najbliższego wolnego biurka. Wszystkie miejsca pracy były jednoosobowe, by nikogo nie rozpraszać, nie musiałem więc kłopotać się z szukaniem takiego, przy którym nie będę miał sąsiada. Usiadłem wygodnie przy jednym z biurek znajdujących się jak najbliżej tylnej części pomieszczenia i natychmiast otworzyłem jedno z wielkich tomisk, po czym zacząłem rysować pierwszy z brzegu obrazek, którego teraz nawet nie pamiętam. Nie byłem głupi, wiedziałem, że pan Zygmunt obserwuje każdy mój ruch, trzęsąc się z niepokoju. Gdyby chodziło o cokolwiek innego, być może współczułbym mu wtedy całego tego przerażenia i stresu, które wyraźnie przeżywał, w tamtym momencie jednak potrafiłem myśleć tylko i wyłącznie o tym, co mogła zawierać ta mała, czarna książeczka, której tak bał się mój pierwszy mentor. Zabawne jest to, że gdyby tylko on nie stresował się nią tak bardzo, na pewno zabrałbym się zamiast tego za wskazaną mi przez niego książkę i nawet nie otworzył tej, o której teraz nie mogłem przestać myśleć. Ludzka ciekawość potrafi jednak wypaczyć nie tylko przyzwoitość i uprzejmość, ale nawet proste poczucie instynktu samozachowawczego, który u mnie poszedł się chyba wtedy zdrzemnąć.

Przez następne kilkadziesiąt minut pracowałem bez wytchnienia nad kompletnie nie obchodzącym mnie szkicem, którego potem nawet nie dokończyłem, ani nie chwilę nie mogąc przestać czuć na sobie czujnego spojrzenia pana Zygmunta. Książka, o której ani przez chwilę nie potrafiłem zapomnieć, leżała zaledwie kilka centymetrów ode mnie, ale równie dobrze mogłaby leżeć na innej planecie. Musiało minąć dobre półtorej godziny, w ciągu których cały czas siedziałem jak struty, nim pan Zygmunt choć na chwilę uznał, że chyba naprawdę nie mam zamiaru jej otwierać. Każdego dnia spędzałem w sali po trzy godziny, miałem więc jeszcze dużo czasu, by wreszcie przejrzeć moje cenne znalezisko. Odczekałem jeszcze chwilkę, dla pewności, że nikt mnie nie obserwuje, a gdy byłem już absolutnie pewny, przysunąłem sobie książkę bliżej i otworzyłem na pierwszej stronie. Dłonie drżały mi z podniecenia, gdy przewracałem puste strony tytułowe, po nich zaś, moim oczom ukazały się równie puste, czarne kwadraty, pozbawione wszelkich podpisów i asygnacji na zaskakująco sztywnej kartce. Zaskoczony przeglądałem dalej, szybko zrozumiałem jednak, że nie znajdę tu niczego, poza pustymi, czarnymi polami. Muszę przyznać, że poczułem się równie zdziwiony, co rozczarowany. Pomyślałem, że to pewnie jakaś sztuka nowoczesna, ale te mają z reguły jakieś tłumaczące je opracowania, ta zaś miała jedynie same czarne kwadraty, bez absolutnie czegokolwiek. Poza tym, sztuka nowoczesna cechuje się ukrytymi znaczeniami, a co to niby miałoby znaczyć? Jeden czarny kwadrat mogę zrozumieć, ale cała seria? Bez sensu. Tylko w takim razie, dlaczego mój nauczyciel tak uparcie mnie przed nią chronił? Co niby mogłyby znaczyć dla niego te puste, bezsensowne kleksy czerni? Chyba tylko tyle, że wstydził się przyznać, jak wydał pieniądze otrzymane z Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Oczywiście, nie przestałem przeglądać książeczki, mijając kolejne kwadraty, tak samo czarne i puste, jak wszystkie poprzednie. W pewnym momencie zauważyłem jednak, że odcień czerni nieco się zmienił. Pierwsze kwadraty były całkowicie czarne i nieprzeniknione, od pewnego momentu jednak, choć wciąż czarne, kartki stały się nagle znacznie jaśniejsze, jakby ktoś na szybko zastąpił drogi papier z bloku technicznego tańszym, takim, który akurat znalazł pod ręką.

Musiało minąć jeszcze kilkanaście minut, nim zrozumiałem, dlaczego tak było. Papier nie wydawał się wcale tańszy, jak przypuściłem w pierwszej chwili. On BYŁ tańszy. Zauważyłem to dopiero po jeszcze kilku dodatkowych minutach, gdy odcień czerni po raz kolejny się zmienił, tak że teraz wyglądał już, jakby ktoś po prostu zamalował czarną farbą kawałek innej kartki i ją wkleił. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że to na co patrzę to nie żadne dzieła sztuki, tylko bardzo staranie i dokładnie wklejone skrawki czarnego papieru, wprawione w kartki tak, by jak najdokładniej imitować część strony. Dotknąłem paznokciem brzegu kartki. Była doskonale ułożona, tak, że ledwie mogłem znaleźć, gdzie kończy się wklejka, a zaczyna papier. Nie było wątpliwości, że to sam pan Zygmunt przygotował tę cenzurę. Nikt inny nie mógłby zrobić tego aż tak dokładnie.

Zajęło mi to sporo czasu, nim wreszcie mi się zagiąć paznokciem kawałek kartki. Oderwałem natychmiast skrawek papieru i zacząłem ściągać kolejny. Moim oczom ukazał się malutki, żółty rożek, poprzecinany setkami czarnych nitek. Może była to tylko siła sugestii, ale natychmiast poczułem w tym coś niesamowitego. To trudne do dokładnego nazwania, ale było to coś, co kazało mi ściągać papier jeszcze szybciej, z całej siły, natychmiast, tak, że omal nie wyrywałem sobie przy tym paznokcia. Z całej siły darłem papier, oglądając kolejne fragmenty obrazu. Byłem coraz bliżej, moim oczom ukazywało się coraz więcej fragmentów z tamtej książki. Nigdy w życiu nie czułem się tak podekscytowany. Ściągałem kolejne kawałki, widząc coraz więcej i więcej. Nim jednak doszedłem do choćby jednej czwartej obrazka, tuż nad moją głową pojawił się pan Zygmunt. Zdecydowanie w całym życiu nie widziałem go równie wściekłego.

-CO MA ZNACZYĆ?!!!! Co ty robisz z tą książką do jasnej cholery?!! Co ty sobie wyobrażasz, ty gówniarzu jeden?!!! - wrzeszczał na mnie, wyrywając mi tomik z rąk i rzucając nim w swoje biurko. Potem chwycił mnie za poły koszuli i przyciągnął do siebie, jakby był kompletnie inną osobą, niż znany mi i kochany nauczyciel plastyki. - NIGDY NIE WAŻ SIĘ ZROBIĆ TEGO PONOWNIE, JASNE?!!!! NIGDY!!! NIE MASZ PRAWA URZĄDZAĆ SOBIE TAKICH ZABAW, TY CHOLERNY IDIOTO!!!!

Desperacko, mocno pokiwałem głową, modląc się do Jedynego Boga, by pan Zygmunt jak najszybciej oprzytomniał, nim zrobi mi krzywdę. I na moje szczęście, po chwili faktycznie się uspokoił. Nie puścił mnie, ale oddech wrócił mu do normy, a szalony gniew zniknął z jego twarzy i zdawał się znów rozumieć, że znajduje się w pokoju pełnym ludzi, którzy patrzą właśnie na swojego ukochanego nauczyciela z rozwartymi ze zdziwienia ustami. Przełknął niezgrabnie ślinę.

-Myślisz, że możesz ot tak niszczyć sobie nasze książki?! - krzyczał dalej, ale teraz wyraźnie próbował tylko zachować twarz i może dać ludziom jakikolwiek powód swojego wybuchu. - Nie wolno ci tego robić! Nigdy więcej nie waż się niszczyć własności biblioteki! - wykrzyknął jeszcze bez przekonania, po czym mnie puścił. Następnie podszedł do zniszczonej książki i zabrał ją, nie bacząc na żadne pytania i nic nie rozumiejące spojrzenia.

-Idź już dzisiaj do domu. Lepiej będzie, jeśli skrócisz sobie dzisiaj zajęcia. A reszta niech wraca na swoje miejsca. Nic wielkiego się nie stało, wszystko jest dobrze. Róbcie dalej swoje prace.

Tego dnia wyszedłem z pracowni szybciej, niż kiedykolwiek w życiu. Przez kolejne kilka dni nie wróciłem tam, bojąc się, co może powiedzieć pan Zygmunt. Potrzebowałem tych kilku dni, żeby zebrać się do kupy. Ale oczywiście ani przez chwilę nie przestałem myśleć o książce. Zajęty zeskrobywaniem papieru, prawie nie spojrzałem na tę ilustrację i nie miałem pojęcia, co mogła przedstawiać. Wiedziałem tylko prawie na pewno, że był to jakiś abstrakcyjny wzór. Nic więcej nie udało mi się zauważyć. Nie mogłem przestać o tym myśleć. Nawet na chwilę.

Do pracowni wróciłem po czterech dniach. Wszedłem tam wtedy cicho i nieśmiało, nie wiedząc, czy nie lepiej bym zrobił od razu uciekając z tego miejsca. Mój nauczyciel powitał mnie jak zawsze uśmiechem, ale zdawał się tym raczej starać przykryć zdenerwowanie, niż naprawdę cieszyć na mój widok. Tym razem nie wstał. Pomachał mi tylko niemrawo.

-Oh, dzień dobry Igor. Trochę cię już tu nie było. Będziesz... dalej rysować tamten obraz?

-Nie. - odrzekłem od razu, szczerze bojąc się, że pan Zygmunt z miejsca mnie wyrzuci, jeśli odpowiem inaczej. -Wolałbym zająć się jakimś zwierzęciem.

Tak też zrobiłem. Jak co dzień, od niepamiętnych czasów, pan Zygmunt wskazał mi odpowiednie książki i wrócił na swoje miejsce, a ja wziąłem je i zacząłem rysować. Rzecz jasna, nie szop, którym zająłem się tamtego, najbardziej mnie wtedy interesował. Bez przerwy szukałem wzrokiem tej jednej książki. Długo przeczesywałem wzrokiem rzędy półek, pełne po brzegi najróżniejszych dzieł sztuki, nigdzie jednak jej nie było. Tak, jakby w ogóle nie było jej już w pokoju. Ja jednak wiedziałem, że jest inaczej. Że ona musi gdzieś tam być. Po prostu musiała. Nie było innej możliwości.

W ciągu kilku godzin, które tam wtedy spędziłem, mój zwierzak niemal w ogóle nie posunął się w procesie tworzenia, wciąż pozostając jedynie parą uszu i łapek. Dopiero gdy zrezygnowany zacząłem już przypuszczać, że po ostatnim incydencie pan Zygmunt naprawdę zabrał mały tomik do swojego domu, spojrzałem jeszcze raz na jedną z ostatnich półek i zobaczyłem czarny grzbiet wystający nieśmiało zza rzędu książek, tak jakby ktoś usilnie próbował ją tam schować, nie mógł jednak w żaden sposób zakryć szczeliny między poprzednim rzędem. Gdy tylko ją zobaczyłem, cała moja przyzwoitość i szacunek do pana Zygmunta jakby uleciały. Od razu wiedziałem, że muszę położyć swoje łapy na tej książce. Że MUSZĘ zajrzeć do środka i dowiedzieć się, co tam jest, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobię.

Byłem przekonany, że dostanie się do tej książki będzie proste. Wystarczyło przecież tylko poczekać na odpowiedni moment, gdy nasz nauczyciel gdzieś wyjdzie, podejść do półki, zabrać ten tomik i odsłonić ilustrację, nim wróci.

Odpowiedni moment jednak nie nadchodził. Od dnia, w którym wydarzył się ten głupi wypadek, pan Zygmunt stał się niesamowicie ostrożny. Chyba wiedział, co chodzi po głowie mnie i kilku innym osobom z naszego kręgu. Nigdy nie wychodził z sali, nawet do łazienki, wszystkie sprawy biurowe załatwiał poza godzinami, zawsze po wyjściu zostawiał salę zamkniętą, a kiedykolwiek ktoś prosił go o pomoc albo pytał o inną książkę, równo jak w zegarku co minutę sprawdzał, czy przeklęty tomik jest na swoim miejscu. Przy każdym moim kroku podrywał się jak kot, na każde słowo reagował ukrytą nieufnością. Nie miałem żadnych szans, by dostać od niego tą książkę.

Bardzo długo czekałem, aż popełni jakiś błąd. Ani na chwilę nie potrafiłem przestać myśleć o tej przeklętej księdze, nijak nie potrafiłem opanować tej cholernej ciekawości, która we mnie narastała. Aż pewnego dnia, miarka się przebrała. Postawiłem zrobić cokolwiek, byleby wreszcie dostać się do tej pieprzonej książki i zobaczyć jej ilustracje. I tak też uczyniłem.

Następnego wieczoru, na długo po zakończeniu zajęć, wróciłem do domu kultury, w którym odbywały się lekcje, gdy na zewnątrz panował już kompletny mrok. Plan był bardzo prosty. Przeszedłem przez pusty korytarz aż pod ostatnią salę, w której odbywały się zajęcia i tam znalazłem woźną, kończącą właśnie zmywać podłogi. Powiedziałem jej, że zostawiłem w pracowni artystycznej swoją czapkę i poprosiłem, by dała mi klucz, żebym mógł zobaczyć, czy jest w środku. Woźna, stare, grube i zrzędliwe babsko, zrobiła mi długi wykład o nieodpowiedzialnej młodzieży i starych, lepszych czasach, ale zdjęła z kółka na klucze odpowiedni kawałek metalu i pozwoliła mi pójść, żebym sprawdził, co jest w pracowni. Oczywiście nie przechodząc po mokrej podłodze.

Udałem się pod salę, gdzie otworzyłem drzwi pożyczonym kluczem, a następnie omal nie zwaliłem wszystkich wadzących mi książek na ziemię. Aż do tej chwili, wszystko szło gładko. Wyjąłem tą jedną, na której tak mi zależało z półki i miałem zamiar wynieść ją z pokoju, by zabrać ją do domu i tak przejrzeć w spokoju. A jednak, gdy tylko choć zbliżyłem się do drzwi, nagle poczułem, jakby coś chwyciło mnie bezpośrednio za mózg i rzuciło nim o ścianę. Całkiem nagle poczułem, że teraz, zaraz, NATYCHMIAST muszę otworzyć tą książkę i już tutaj, na miejscu zobaczyć co jest w środku! Nie ma czasu na wynoszenie jej gdziekolwiek, nie ma czasu na nic! Muszę ją obejrzeć, już! TERAZ! Chciwie otworzyłem ją na tej samej stronie, na której ostatnio zdzierałem ilustrację. Miałem wrażenie, że puls przyśpiesza mi do nieludzkiej prędkości, a oddech po prostu znika z płuc, pozostawiając je pustymi. Otworzyłem książkę, zdarłem z niej całą czarną taśmę, razem z kawałkiem strony i kilkoma szwami okładki, po czym zajrzałem do środka. Moim oczom ukazał się widok, którego nigdy już nie zapomnę. Falujące, nieskończone, nienormalne kłębowisko linii, figur, znaków i każdego możliwego kształtu, które tam zobaczyłem wymykało się wszelkim opisom, odbierało sens każdemu słowu, zabierało wszelką myśl, tłumiło i paliło wszystkie obwody mojego mózgu, niczym żyjąca, świadoma, wszechpotężna machina, która odbiera sens całej rzeczywistości. Gdy na nie patrzyłem, czułem jakby trwało to dosłownie całą wieczność, jakby nieskończoność czasu mijała w kółko raz za razem, wszelka rzeczywistość i przestrzeń dookoła mnie na zawsze umarły i roztarły się, wszystko straciło sens, wyblakło, zniknęło. Wiedziałem, czułem, że ten niemożliwy do nazwania wzór jest kompletnie nieludzki, nie ma w sobie nic, co byłoby w naszej rzeczywistości, jest nie z tego miejsca, czasu, rzeczywistości. Gdy na niego patrzyłem, wszystko traciło sens. Wszystko, co kiedykolwiek widziałem, stało się po prostu puste. Nie było już nic, jedynie nieskończona połać chaosu i mijająca raz za razem wieczność.

W końcu jednak, choć po dziś dzień wydaje mi się to absolutnie niemożliwe, oderwałem oczy od tego nieludzkiego widoku. Pierwszym, co zobaczyłem wtedy była twarz pana Zygmunta, patrzącego z progu prosto na mnie, dyszącego, z wyrazem przerażenia, jakiego nigdy w życiu nie widziałem na ludzkiej twarzy. On skądś wiedział, że tam byłem. Nie wiem jak, ale to oczywiste.

Przez ułamek sekundy, po prostu staliśmy, patrząc na siebie. W pierwszej chwili machnąłem tylko rękami, próbując wytłumaczyć coś i wybrnąć jakoś z tej sytuacji, nim jednak udało mi sie powiedzieć cokolwiek, co miałoby jakikolwiek sens, Pan Zygmunt rzucił się na mnie, krzycząc jak oszalały, chwycił za rękę i próbował wyrwać z niej książkę. Ale ja nie zachowywałem się wtedy normalnie. W ogóle nie zachowywałem się jak ja.

Chciałem za wszelką cenę, absolutnie i bezkompromisowo obronić tę książkę, mieć to, co jest w środku tylko dla siebie, na zawsze i wiecznie.

Wykonałem tylko jeden, szybki, prawie bezwiedny ruch ręką, która jakby sama ruszyła się, by uderzyć go na oślep, nie myśląc przy tym nic. Uderzyłem go w szyję. Aż do śmierci nie zapomnę odczucia w mojej ręce, gdy poczułem rozrywające się pod skórą żyły, ustępującą miękko skórę i pękające kości, gruchotane pod moją pięścią niczym skorupka jajka. To był tylko jeden ruch, po którym pan Zygmunt upadł na podłogę i zaczął krztusić się jak opętany, wciąż ściskając w ręce tą przeklętą książkę. Przerażony i spanikowany uciekłem, nie oglądając się za siebie. Albo mówiąc bardziej dosłownie, spojrzałem za siebie raz. Ostatnim wspomnieniem, jakie miałem wynieść z tego miejsca był mój mentor, rzężący jak ranione zwierze, pełzający jak jakaś opętana dżdżownica, ostatnim tchem usiłował wrzucić książkę pod własne biurko, tak, by nikt jej już nie znalazł.

Nigdy nie wróciłem do tego miejsca. Nie zadzwoniłem ani na policję, po pogotowie, ani nigdzie indziej. Nawet o tym nie myślałem. Po prostu uciekłem stamtąd jak tchórz, modląc się, by nigdy nie dowiedziano się o tym, co uczyniłem. Nikomu aż do teraz nie opowiedziałem o tym, co miało tam miejsce.

Pan Zygmunt zmarł następnego dnia. Byłem na jego pogrzebie i szczerze płakałem nad grobem. Jego zagadkowa śmierć wywołała wiele zdziwienia i setki teorii, ale nikt na szczęście nie połączył wieczornej wizyty dzieciaka, który próbował znaleźć swoją czapkę z martwym ciałem starca, odnalezionym dopiero kilka godzin później. Policja przesłuchiwała mnie aż kilkanaście razy, ostatecznie uznała jednak, że nie mają żadnych dowodów na to, by mały, nieśmiały pupilek nauczyciela mógłby być zimnokrwistym zabójcą.

Nigdy więcej nie poszedłem już do tego domu kultury. Nie szukałem tej książki, nie rysowałem tam, nawet nie przechodziłem już w pobliżu tego przeklętego miejsca. Gdy skończyłem liceum, wyjechałem jak najdalej od tego miasta i nigdy nie myślałem już o tej sprawie. Nigdy, nawet raz. Aż do dzisiaj.

Wiecie, jest jedna rzecz, która po dziś dzień nie daje mi spokoju. Wtedy, w tamtej sali, gdy siłowałem się z panem Zygmuntem, zobaczyłem coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, ale jestem pewien, że to widziałem. Czarna okładka, która okalała tamto dzieło, również nie była oryginalna. Gdy naderwałem wtedy stronicę w moim nagłym szale, uszkodziłem także kawałek sztucznej zasłony i moim oczom ukazał się wtedy mały kawałek prawdziwej okładki, na której napisane była fraza, której dane mi były zobaczyć zaledwie dwa, niepełne słowa, wytłoczone głęboko we front książki. Pierwsze, duże i wyraźne, brzmiało „...athoth”, zaś drugie, mniejsze, zapewne będące podtytułem: „...isany.”

„...Isany” to zapewne po prostu fragment słowa „opisany”, zaś „...athoth”... Nie wiem, co mogło to znaczyć. Nie wiem i będąc szczerym, nigdy nie chciałem się nad tym zastanawiać. Teraz jednak znacie już cała moją historię. Być może któryś z was wie, co może oznaczać to tajemnicze słowo? Jeśli któremuś z was uda się dowiedzieć, proszę was bardzo, zostawcie to dla siebie. Ja nigdy nie chcę wiedzieć nic, co dotyczy tej tajemniczej historii.

Źródło: Moje własne opowiadanie. Po więcej wypocin, nie tylko hoorrorowych, zapraszam tutaj: http://www.opowi.pl/profil/abbadon/
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!