Parapet

Dodane przez: siemieniaka, 16.07.2018, 13:09
Reklama:

Jennifer weszła do pokoju chwiejnym krokiem, ocierając resztki łez pozostałe po pogrzebie. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co zaszło w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Jak osoba tak silna i pełna życia, mogła odejść tak szybko.

- Kochany Matthew... - powiedziała przekraczając próg pomieszczenia. Jej twarz była pełna żalu, psychika strachu, a dusza tęsknoty.

Obserwowała nietknięty jeszcze przez siły czasu pokój, którego mieszkaniec już nigdy nie zawita, wszystkie zgromadzone tam sprzęty, wspominała każdy wspólny moment; zabawę, dorastanie. Łzy znów zaczęły wypływać z jej oczu strumieniami. Uczucie pustki było dla niej zbyt silne. Pragnęła jeszcze raz położyć się na wygodnym łóżku, które pamięta przecież tak doskonale.

Sprężyny skromnego i świeżo posłanego łóżka zaskrzypiały pod naciskiem ciała dziewczyny. Zapadła się głęboko w pościeli i wówczas przypomniała sobie jak komfortowo było w nim leżeć i czytać książki. Przez moment patrzyła prosto w biały sufit, mocząc posłanie potokiem łez. Bezbarwna ciecz delikatnie spływała po jej policzkach, tworząc sporej wielkości ślady po obu stronach poduszki. Nagle zerwała się ryknąwszy przeraźliwym płaczem, któremu towarzyszył cichy szept imienia. Okryła oczy rękoma, próbując w jakiś sposób opanować postrzępione nerwy. Wciągnęła w płuca haust powietrza, po czym szybko wypuściła je z powrotem. Jej zaczerwieniona twarz skierowana była w stronę wysokiego regału na książki.

- Ukochane książki małego Matthew. - Pomyślała, po czym wstała z łóżka i pozbawionym energii krokiem podeszła do nich.

Wodziła powoli oczami półka po półce w poszukiwaniu tej jedynej, którą tak bardzo kochał. Delikatne dłonie, opuszkami palców przesuwały się po garbach książek, wyczuwając każdą bruzdę i wgłębienie w pozłacanych tytułach. W końcu trafiła wzrokiem na oprawioną w czerwoną skórę pozycję. Przejechała palcem po wnętrzu książki, po czym złapała ją i szybkim ruchem wysunęła z pomiędzy innych jej podobnych. Szarpnięcie okazało się zbyt gwałtowne, ponieważ książka z hukiem upadła na drewnianą podłogę, otwierając się na przypadkowej stronie. Delikatny kurz towarzyszący uderzeniu wzbił się w powietrze, a na wyświechtane od czytania kartki spadły krople łez.

Jennifer upadła na kolana i zaczęła wertować strony jedna za drugą, nawet ich nie czytając. Przerzucała je z co raz większą siłą i złością. Jakby były winne tego, że jej ukochany kuzyn nie żyje. Po zatrzymaniu się na ostatniej stronie chwyciła książkę, a następnie z całej siły cisnęła nią o ścianę. Siedząc tak chwilę, wpatrywała się w miejsce, gdzie przed sekundą leżała powieść. Mizerne światło lało się przez nie do końca zaciągnięte firanki. W przypływie rozgoryczenia zerwała się na równe nogi, a na jej twarzy rysowały się nienawiść i żal. Owładnięta szałem poczęła wymachiwać rękoma, zrzucając wszystkie książki z regału na podłogę. Kopała je, rzucała, a nawet darła okładki. Złapała nożyczki z pobliskiego biurka i wydzierała nimi rany na pożółkłych stronach. Gdy emocje opadły i zdała sobie sprawę co zrobiła, usiadła na łóżku, a dłonie kolejny raz zacisnęły się na jej oczach powstrzymując łzy, które płynęły coraz mocniej.

Krople przeciekały przez palce kapiąc na podłogę. Zastanawiała się, czemu postąpiła w ten sposób. Zamiast pielęgnować jego pamięć, niszczyła to co po nim zostało. Gdy Jennifer ochłonęła, spojrzała na bałagan na podłodze. Zaczęła sprzątać, aby doprowadzić pokój do pierwotnego stanu. Wsuwając książki na półkę, zauważyła coś dziwnego w głębi regału. Mały, czarny obiekt przylepiony srebrną taśmą do tylnej ścianki. Jeszcze chwilę oglądała go pod różnymi kątami, nie oderwawszy taśmy. Podeszła do sytuacji z dystansem, wyczekiwała reakcji, ale nie mogła ona nadejść do martwego obiektu. Zebrała się w sobie i szybkim ruchem ręki oderwała tajemnicę, którą skrywał mrok regału. Jej oczom ukazał się dyktafon. Kompaktowy sprzęt elektroniczny, który podarowała Matthew na urodziny przeszło dwa lata temu, kiedy oświadczył, że chciałby przeprowadzać wywiady ze znanymi ludźmi.

Jennifer bez chwili zawahania, ale drżącą ręką, nacisnęła przycisk, który wprawił w ruch szpulę kasety i cofnął ją do samego początku. W ułamku sekundy pokój na nowo wypełnił słodki głos młodego chłopca. Dyktafon wydawał z siebie śmiechy, pokrzykiwania młodzieńca, ale zawierał też wywiady, które Matthew rzeczywiście przeprowadzał. Nie były to jednak znane osoby, ale bliskie jego otoczeniu. Rozmowy z rodzicami, listonoszem, Panem Trevorem - sąsiadem z naprzeciwka, nauczycielami, a nawet burmistrzem miasteczka. Dziewczyna śmiała się przez łzy słuchając dźwięków płynących z głośnika. W jej głowie ciągle szumiało wspomnienie tamtych urodzin, kiedy wręczyła mu sprzęt w prezencie. Matthew dosłownie skakał z radości, był szczęśliwy i zaciekawiony. Przez cały wieczór opowiadał jej o możliwościach jakie otwiera przed nim ten prosty kawałek elektroniki. Nagle znowu nastała cisza. Głos chłopca umarł razem z końcem kasety, a uśmiech, który Jennifer nosiła od momentu odkrycia jej zawartości zniknął. Po chwili jednak uświadomiła sobie, że każda szpula zawiera jeszcze stronę B. Nie czekając ani chwili, bez zastanowienia uderzyła palcem w przycisk "Eject" i szufladka dyktafonu wyskoczyła ochoczo, oferując jej możliwość przerzucenia kasety, aby dalej słuchać głosu kuzyna.

- 19.11.2008, Godzina 9:00 - wydał z siebie głośnik dyktafonu.

Jennifer z przerażenia zatrzymała kasetę.

- To jakiś tydzień przed jego śmiercią. - pomyślała, a następnie puściła kasetę, aby posłuchać kolejnych słów.

- Miałem wczoraj niesamowicie dziwny sen... - powiedział Matthew.

Dziewczyna szybko zatrzymała nagranie, wrzuciła dyktafon do torebki i wybiegła z pokoju, poprawiając jedynie łóżko z szacunku do zmarłego chłopca. Zbiegła schodami do samochodu, a następnie jak najszybciej udała się do domu, aby tam w spokoju odkryć co kryje w sobie nagranie.

Zanim dotarła do swojego mieszkania było już późno, więc odrzuciła myśl o kolacji. Skupiła swoją uwagę na stoliku pośrodku kuchni, gdzie przesiadywała większość swojego czasu spędzanego w domu. Zapaliła światło, a żyrandol zawieszony tuż nad stolikiem błysnął szerokim snopem światła. Jedyne oświetlone miejsce w domu, stolik, wydawał się być niczym scena z pojedynczym reflektorem. Jennifer rzuciła swoją torebkę na stół i zaczęła wygrzebywać z niej rzeczy. Wyciągnęła komórkę i dyktafon, po czym wlała do szklanki soku i usiadła na krześle. Po chwili mieszkanie wypełniał jedynie głos chłopca z kasety.

- 19.11.2008, Godzina 9:00.

Miałem wczoraj niesamowicie dziwny sen. Praktycznie jak co wieczór siedziałem przy komputerze do późnych godzin nocnych, a gdy pora była odpowiednia, kładłem się spać, ponieważ zawsze wstaję bardzo wcześnie do szkoły. Tak też zrobiłem poprzedniego wieczoru. Wyłączyłem komputer i ustawiłem krzesło oparciem w stronę okna. Położyłem na nim telefon, który służył mi również jako budzik. Mijały godziny, a ja z jakiejś dziwnej przyczyny nie mogłem spać. Wiatr, który szalał na dworze, nie dawał mi spokoju. Nigdy nie robiłem problemów z tak błahego powodu, ale huczenie za oknem było na tyle nieznośne, że zakryłem się poduszką. Udało mi się w końcu zasnąć z wycieńczenia. Sen, który miałem wydawał mi się zbyt realistyczny, zbyt naturalny jak na dotychczasowe projekcje. Głównym elementem był mój pokój z perspektywy łóżka, mogłem się po nim swobodnie rozglądać. Dostrzegłem, że wszystkie meble były idealnie odwzorowane, a stojąca naprzeciwko domu latarnia wkradała się do pomieszczenia swoim blaskiem. Byłem nawet w stanie wyczuć przyjemne ciepło bijące z pobliskiego kaloryfera. Leżałem tak i czekałem, sam nie wiem na co, aż do momentu kiedy jeden z cieni w bardzo nienaturalny sposób zaczął rosnąć i przybierać dziwaczną formę. Kształtem przypominał postać w kapturze, która zajmowała co raz większą powierzchnię ściany, następnie sufitu, aż finalnie zdawała się wyłaniać w moją stronę. Z przerażenia zakryłem twarz kołdrą i czekałem z zaciśniętymi oczami, aż towarzyszące temu rytmiczne stukanie w parapet ustanie. Rano obudziłem się kompletnie mokry i zdyszany. To był najgorszy sen mojego życia, istny koszmar. Długo po przebudzeniu nie mogłem zrozumieć co było sensem tego snu. Na pewno to wytwór mojego zmęczonego umysłu, ale tym zajmę się później. Najwyższa pora wybierać się do szkoły.

- 19.11.2008, Godzina 21:12

Cały dzisiejszy dzień spędziłem w szkole. Typowe sprawy: lekcje, zajęcia dodatkowe, potem powrót do domu i obiad. Wieczór ponownie marnuję przy komputerze. Nie mogę przestać myśleć o wczorajszym cieniu, który spowijał moją ścianę. Poszperałem trochę w sieci z nadzieją, że znajdę osoby z podobnymi przeżyciami lub jakieś wyjaśnienie tego snu. Na moje nieszczęście nikt nigdy nie spotkał się z podobną sytuacją, jednak wiele osób twierdzi, że słyszało taki sam rytmiczny stukot o parapet. Iskierka nadziei zrodziła się w moim umyśle, kiedy przeczytałem komentarz jednej z osób pod pewnym artykułem. Podsunęła mi świetny pomysł - kamera. To jest to! Akurat kupiliśmy ją ostatnio, aby nagrać zbliżające się święta. Ojciec zdążył już ją rozpakować, więc wydaje mi się, że mogę spokojnie z niej korzystać. Liczę, że rodzice na mnie nie nakrzyczą, że biorę o tej porze drogi sprzęt bez pozwolenia.

Dyktafon wydał z siebie dźwięk przerwanego nagrywania. Dosłownie chwilę później odtwarzanie zostaje wznowione.

- OK! - powiedział zdyszany Matthew. - Wszystko przygotowałem z najdrobniejszymi detalami, a samą kamerę ustawiłem w rogu pokoju tak, aby idealnie wychwytywała całe okno oraz ściany po bokach i moje łóżko. Liczę, że uda mi się nagrać kolejny raz podobną sytuację. Chociaż z drugiej strony może to być jednorazowy incydent i nigdy więcej już tego nie zobaczę. Przekonam się jutro. Specjalnie nastawiłem sobie budzik, żeby wstać wcześniej i obejrzeć nagranie przed szkołą. Liczę, że na coś trafię.

- 20.11.2008, Godzina 5:30...

Jestem cholernie zmęczony. Czuje się jakby ktoś wyssał ze mnie chęć do życia. Wstałem właśnie z łóżka. W nocy, nie działo się nic nadzwyczajnego, niewyjaśnionego. Spałem jak zabity, a cień się nie pojawił. Jednak nie oglądałem jeszcze nagrań z kamery. Za oknem konkretna ciemnica. Osobiście nigdy nie wstawałem o tej porze, ale dla ukojenia nerwów warto się poświęcić chociaż ten jeden raz. Czekam właśnie, aż komputer się uruchomi. Stary grat tak rzęzi, że może obudzić rodziców w pokoju na piętrze. Założę się, że jest głośniejszy niż to co akurat nagrywam. O tej porze w domu panuje przecież kompletna cisza i wyczuwalny jest każdy szmer...

Jak tak pomyślę, zbliżają się święta. Może dostanę nowy komputer? Kto go tam wie.

Dobra! Ruszył... Podłączam właśnie kamerę i zacząłem zrzucać pliki na dysk. Trwa to trochę, więc mam czas na dodatkowe oglądanie filmików w internecie. Zaraz wracam.

//Przerwa nagrania//

Oglądam właśnie to co udało mi się uchwycić poprzedniej nocy. Głupia kamera była ustawiona na jakieś limity i podzieliło mi film na dwa... Pierwszy filmik od godziny dwudziestej drugiej do drugiej w nocy kompletnie nic nie wykazał. Widzę tylko siebie śpiącego w łóżku i nic więcej. Przewracam się z boku na bok jak głupi. Jakaś parodia, a nie horror...

Za to ten od drugiej do czwartej jest już kompletnie inny. Pokój jak zawsze wypełniało światło latarni rzucając te same cienie na moją ścianę. Dosłownie parę minut po trzeciej, cień biurka znów zaczął rosnąć i stawał się jakby materialny. Przestaje mnie to bawić! Przeraziłem się okropnie i na chwilę zatrzymałem filmik. Nie wiem czy chcę to oglądać. Obawiam się, że zobaczę coś czego moje oczy nie powinny widzieć, ale z drugiej strony nie potrafiłbym się kłaść co noc wiedząc, że on może przyjść. Przecież nie będę czekał, aż mnie zmasakruje...

Rosnący cień, po raz kolejny przybrał kształt wielkiej postaci w kapturze. Tym razem jednak oderwał się od ściany i stał na środku mojego pokoju. Rozglądał się na boki i sprawdzał chyba czy pozostawał niezauważony. Widzę jak podchodzi do mnie i nachyla się unosząc szatę. Nagle! Słychać kroki na korytarzu. To chyba mama schodziła do łazienki na dole. Upiór obrócił głowę w stronę drzwi kiedy usłyszał stukot stóp i szybko zerwał się do ucieczki w stronę ściany. Dosłownie w nią wskoczył... A cień biurka na nowo stał się normalny...

//Przerwa nagrania//

Siedziałem tak chwilę i oglądałem całe to zdarzenie jeszcze parę razy, aby dokładnie zrozumieć co zobaczyłem, a raczej co nagrałem. Na pewno nie był to człowiek. Udostępniam właśnie ten fragment filmiku na forum dla osób zainteresowanych rzeczami paranormalnymi. Liczę, że po szkole otrzymam jakieś odpowiedzi pod nagraniem lub ktoś podeśle mi prywatną wiadomość. Jeżeli nie, to ta noc będzie pierwszą z wielu bezsennych. Sam nie wiem ile takich nocy bez snu wytrzymam. Boję się nawet siedzieć przy tym nawiedzonym biurku. Może jest przeklęte? Kupiłem przeklęte biurko... w Ikei? Nie... To głupota.

- 20.11.2008, Godzina 16:33...

Wróciłem do domu i od razu otrzymałem niepokojącą wiadomość. Rodzice wyjeżdżają na weekend do ciotki. A to oznacza, że zostanę w domu sam z tym czymś… Zastanawia mnie czy od dawna pojawia się w moim pokoju. Może był tam od zawsze, ale nigdy nie zwróciłem na niego uwagi. Może byłem za młody, aby zrozumieć lub uznawałem jego obecność za wytwór mojej dziecięcej wyobraźni.

Wszedłem na forum paranormalne, gdzie umieściłem filmik z poprzedniej nocy. Zrobił furorę, muszę przyznać, lecz niczego konkretnego się nie dowiedziałem. Same bluzgi, śmiechy i oskarżenia o fotomontaż lub kolegę w przebraniu. "Świetne efekty specjalnie" napisał Augustyn22.

Skoro pomoc nie nadeszła z internetu, to zmuszony jestem zająć się tym osobiście. Muszę przecież bronić się przed tą zjawą za wszelką cenę. Albo ona albo ja, bo w życiu nie ma nic pomiędzy.

Znajdę zaraz parę konkretnych zaklęć ochronnych i pułapki na duchy. W serialach zawsze dawali radę odpędzić w jakiś sposób złe moce, a to forum wręcz pęka w szwach od dziwactw tego typu, które aż proszą się o wykorzystanie dzisiejszej nocy.

- 20.11.2008, Godzina 18:30...

Zostałem w domu sam. Rodzice właśnie odjechali z naszego podjazdu. Pora więc wziąć się do roboty i nasmarować te znaki, gdzie tylko się da.

//Przerwa nagrania//

Ale śmierdzi! No chyba się porzygam. Narysowałem jakieś symbole nawet własną uryną byle odstraszyć upiora. Będę musiał jutro wywietrzyć ten odór, inaczej matka mnie zabije, wskrzesi i zabije jeszcze raz... Dla świętego spokoju ustawię też kamerę, aby nagrać jego zachowanie i reakcję na pułapki. Nad łóżkiem, zaraz nad poduszką powiesiłem indiański łapacz snów. Jeżeli w jakiś sposób zdoła ominąć te pułapki to będę w niezłych tarapatach. Zamknę jeszcze cały dom szczelnie, aby nie uciekł w razie czego.

//Przerwa nagrania//

Jest 00:15. Leżę w łóżku i wącham ten smród z pułapek. Dobijam się jeszcze tymi lawendowymi kadzidełkami, które śmierdzą trupem. Mimo, że miałem szczelnie zaryglować dom to uchylenie okna chyba nie zaszkodzi. Tylko na chwilę. Zanim zasnę. Zanim... on...

W głośniku zapadła cisza. Kaseta wciąż grała przez jakiś czas, aż w końcu szmery ucichły. Jennifer siedziała przy stole oniemiała, a zarazem zaintrygowana opowieścią kuzyna. Nagranie wydawało się realistyczne, ale też mocno fantastyczne, ponieważ była przekonana, że nie istnieją takie rzeczy jak zjawy i upiory. Były to dla niej tylko głupie bajki, używane do straszenia lub karania małych, nieposłusznych dzieci. Przez chwilę zastanawiała się czy Matthew po prostu nie zwariował i w tej manii wyobrażeń i strachu, nie zrobił sobie krzywdy, która doprowadziła do jego śmierci.

Wstała. Odsuwane krzesło bardzo głośno zabrzmiało, rysując podłogę wyłożoną panelami. Nie zwracając kompletnie uwagi na szkodę, udała się do łazienki, a resztę kasety zostawiła sobie na następny dzień.

Noc wcale nie była dla niej łaskawa, wręcz przeciwnie, dźwięki z kasety nawiedzały ją we śnie, a opowieść o zjawie zafundowały Jennifer koszmary, w których widziała swojego kuzyna pożeranego mrokiem bestii. Stała w jego pokoju sparaliżowana krzykami Matthew, bez możliwości jakiejkolwiek reakcji na to co widziała. Czuła ogromne przerażenie i strach. Krople potu spływały z jej czoła, gdy nagle obudziła się w łóżku, cała mokra i dysząca. Budzik na szafce wskazywał jedenastą.

- Cholera! Jestem spóźniona do pracy! - krzyknęła Jennifer, po czym zerwała się z łóżka i wybiegła z pokoju.

Po całym dniu wróciła do mieszkania i od razu zwróciła uwagę na mały, czarny dyktafon leżący na stoliku w kuchni. Wiedziała, że musi stawić czoła dalszej części kasety, ponieważ jedynie w taki sposób zrozumie co przytrafiło się jej rodzinie.

- 21.11.2008, Godzina 9:20

Zasnąłem... Okno nie było uchylone, a otwarte. Czuję się fatalnie, jestem zmęczony, boli mnie głowa i mam mdłości. Nie mam siły podnieść się z łóżka, ale muszę obejrzeć nagranie. Może udało mi się go odpędzić którymś zaklęciem lub symbolem. Sprawdzę to, tylko najpierw coś zjem...

//Przerwa nagrania//

Po jakimś czasie udało mi się wstać i zjeść śniadanie. Niestety, żołądek szybko zwrócił swoją zawartość chwilę później. Drżą mi ręce, nogi odmawiają posłuszeństwa, a powieki wydają się być wykute z ołowiu. Zebrałem w sobie ostatki sił i usiadłem przed komputerem, żeby obejrzeć co zaszło poprzedniej nocy. Czuję w środku, że ani pułapki, ani symbole namazane na ścianach nic nie dały. Identycznie jak poprzednio, delikatnie po trzeciej, zjawa znów się ukazała. Bez przeszkód udało się jej przybrać materialną formę i spokojnie podejść do mojego łóżka. Na nic zdała się wiedza z internetu. Jej koścista ręka złapała za szatę i szybkim ruchem uniosła ku górze, całkowicie zasłaniając łóżko, a tym samym uniemożliwiając nagranie całego zdarzenia ze szczegółami. Widzę błękitną poświatę wychodzącą spod całunu. Gdy jest już po wszystkim, upiór, jak gdyby nigdy nic podnosi się, odchodzi w stronę biurka i z powrotem wskakuje w ścianę. W momencie stapiania się wraz z cieniem zdążyła jeszcze przesunąć palcem po biurku. Wyraźnie widać jej kościstą dłoń, której odcień przypominał bardziej jasny brąz niż biel szkieletu.

Obróciłem głowę w stronę tego miejsca i zauważyłem ślad po palcu. Wypalona kreska, której wgłębienie bardzo przypominało pirografie. Nie jest to ani strzałka, ani jakiś symbol. Pokusiłem się nawet dotknąć tego miejsca. Pozostało jeszcze ciepłe, nawet parę godzin po całym zdarzeniu. Dopiero to dało mi do myślenia z jakimi siłami nadprzyrodzonymi mam do czynienia. Czyżby śmierć we własnej osobie? Co do tego stwierdzenia mam jednak wątpliwości, ponieważ ona przychodzi raz, zadaje zdecydowany cios kosą i kończy swoją działalność. Moim jedynym ratunkiem jest wiedza ze standardowych książek, a w ostateczności wizyta duchownego. To coś musiało mnie wybrać i czuję, że nie jestem jedyny.

//Przerwa nagrania//

Wróciłem właśnie z biblioteki i zabrałem do domu wszystko co było w moim zasięgu na ten temat. Niestety, miejska biblioteka nie oferuje za wiele, ale nawet tak znikoma ilość musi wystarczyć. Natknąłem się na stertę podań i wierzeń, jednak nic konkretnego co mogłoby mi pomóc w zwalczeniu tego potwora. Wizyta księdza jest ostatecznością, ale nie ma nic gorszego, niż narażenie mojej rodziny na śmieszność. Zwłaszcza w tak małej społeczności jak nasza, gdzie każdy z każdym doskonale się zna.

- 21.11.2008, Godzina 22:02

Tę noc planuję spędzić całkowicie przy komputerze. Da mi to pewność, że nie zasnę do przyjazdu rodziców, a tym samym szansę na ucieczkę, gdyby pojawił się upiór. Jak do tej pory wszystko czego próbowałem zawiodło. Nie mam zbyt optymistycznych nadziei na rozwiązanie problemu i jeżeli ta noc powtórzy się tym samym rezultatem co ostatnia, nie pozostanie mi nic jak pokazanie mojego nagrania rodzicom oraz uświadomienie ich w jak wielkim niebezpieczeństwie żyjemy. A co jeżeli upiór chce tylko mnie? Usłyszymy się rano. Dobranoc!

- 22.11.2008, Godzinka 19:05

Jestem wykończony po całej nocy bez snu, ale umysł mam czysty. Ani upiora, ani wymiotów. Zjadłem spokojnie śniadanie, jednak jest ze mną coś nie tak. Wszelka chęć do działania, zabawy czy zwykłego tracenia czasu przed komputerem zniknęła. Już na progu matka zauważyła, że mój organizm funkcjonuje inaczej. Wyczuła zmęczenie, roztargnienie, stres i ogólny zamęt jaki panował w mojej głowie przez ostatnie dni. Jak zawsze jej receptą na wszystko było łóżko, ciepły koc, rosół i sen. Dużo snu. Tyle, że ja nie chcę do łóżka, nie chcę koca, ani rosołu. A już na pewno nie chcę snu. Nie chcę, bo tam czai się to coś. Jak tylko zamknę oczy na dłuższy niekontrolowany moment, on to wykorzysta. Chociaż może lepiej się prześpię z godzinkę. Jest w miarę wcześnie, a dzięki budzikowi wstanę za chwilę i dalej będę czuwał.

- 23.11.2008, Godzina 6:25

Obudziłem się cały mokry. Miałem koszmarny sen! To było chore. Cholerny budzik miał zadzwonić za godzinę, a tu nic… Telefon się rozładował. Jak perfekcyjnie do pełna naładowana bateria mogła się rozładować!?

Moje biurko nie jest już takie samo. Pojawiła się kolejna kreska, co tylko potwierdza mój sen. On tu był! Widziałem go i wcale nie spałem. Wyrósł kolejny raz ze ściany i zbliżył się do mnie. Jego… twarz… o ile mogę to tak nazwać, była niczym innym jak czaszką pokrytą przezroczystą powłoką podobną do skóry. Zamiast oczu miał niebieskie płomyczki, które zwiększały swój blask jak tylko zbliżał się do mnie. Pogładził mnie po głowie, a potem przykrył oczy ręką. Poczułem tylko powietrze uchodzące z mojego ciała. Nie oddychałem, po prostu ulatywało, a gdy odchodził przejechał kolejny raz palcem po moim biurku. Najwyższa pora opowiedzieć o tym rodzicom, ponieważ przestaje to być zabawne. Boję się o swoje życie. Co stanie się, gdy przyjdzie po raz trzeci? I tak już praktycznie nie dam rady się poruszać…

- 23.11.2008, Godzina 10:32

Rozmawiałem właśnie z matką. Jak mogłem się domyślić, nie uwierzyła w żadne moje słowo. Ani jedno, nawet najdrobniejsze. Tłumaczy mój stan wirusem, który obecnie panuje i zaraża wszystkich. Nigdy nie wierzyłem w bzdury jakie rozsiewają media o epidemiach i chorobach. Za godzinę ma przyjechać znajomy lekarz. Przebada mnie i wystawi diagnozę. Liczę, że chociaż on zobaczy, że to nie choroba, że naprawdę coś jest ze mną nie tak. Chociaż on…

- 23.11.2008, Godzina 13:02

Lekarze to idioci. „Wasz drogi Matthew ma problem z układem immunologicznym i złapał wirusa”. Nie wierzę sam, że mógł powiedzieć taką bzdurę dla moich rodziców. Czy naprawdę nikt mi nie wierzy? Co znaczą te kreski? Przecież sam tego nie narysowałem. A ten cholerny ślad na parapecie? Takich rzeczy nie da się wytłumaczyć problemami zdrowotnymi! Stop! Matka idzie…

- 23.11.2008, Godzina 13:28

Jennifer! Adresuję tą kasetę do ciebie. Wiem, że ją znajdziesz. Chowam ją tam, gdzie była nasza kryjówka. Zabierają mnie do szpitala, gdzie z pewnością dostanę leki nasenne Nie przeżyję następnej nocy. Wiem to! Słyszę jak matka rozmawia z tobą przez telefon. Liczę, że zobaczymy się wieczorem.

Dyktafon zaskrzypiał przerywając nagranie, zaciągając ze szpuli dodatkowy fragment białej taśmy.

Jennifer odłożyła sprzęt na stolik i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w niego tępym wzrokiem. Starała się poukładać myśli i przypomnieć sobie bieg wydarzeń z tamtego dnia, kiedy Matthew trafił do szpitala.

Był to ponury, deszczowy dzień, wręcz idealny na cios, który zadało jej życie. Pędziła samochodem na oślep po wąskich uliczkach miasta, aby dotrzeć do szpitala im. Świętego Piotra. To co utkwiło jej w pamięci to wielki hol i biel, masa bieli. Korytarze zdawały się się ciągnąć kilometrami, a dziesiątki pokoi rozsiane po każdym z nich zwiększały obawy, że nie znajdzie na czas swojego kuzyna. Bała się okrutnej diagnozy typu rak czy białaczka. W końcu wpadła do pokoju, a jej oczom ukazał się na wpół żywy chłopiec, którego żyły poprzebijano igłami, aby doprowadzić kroplówkę. Dyszał ciężko, pocił się i był okrutnie wycieńczony, ale starczyło mu sił na rozmowę z Jennifer w cztery oczy. Zgodnie z wolą Matthew, podeszła wtedy do łóżka i dokładnie zapamiętała jego słowa.

- Elektronika w cieniu literatury – wyszeptał chłopiec.

- Tak Matthew, w cieniu, a teraz odpoczywaj.

Wtedy tego nie rozumiała. Uważała to za majaczenie oczytanego chłopca, którego organizm zaczyna się buntować. Gdyby jednak wiedziała, że to ich ostatnia rozmowa, na pewno powiedziałaby coś mądrzejszego, okazała mu jeszcze więcej troski i uczucia. Prawie cały czas czuwała przy łóżku, aż do pierwszej, kiedy to lekarze wyprosili ją na korytarz w celu napicia się kawy bądź przespania na pobliskiej kanapie. Parę minut po trzeciej na oddziale rozległ się głośny pisk maszyny monitorującej prace serca. Matthew zmarł. Zmarł nagle, bez żadnych poprzedzających sygnałów. Życie z niego po prostu uleciało. Zapanowała rozpacz, żal, a rodzina zaczęła wylewać tony łez, powoli przygotowując się na najbliższe dni i wszelkie sprawunki związane z pochówkiem.

Dzień pogrzebu nie należał do słonecznych. Tak, jak w dniu śmierci, tak i w dniu pochówku padał deszcz. Silne, grube deszczysko, które zmywało makijaże z twarzy kobiet, a mężczyznom, wiatr zdmuchiwał z głów czarne kaszkiety. Wszyscy żałobnicy zgromadzili się wokół mogiły Matthew, który za chwilę miał zostać spuszczony do głębokiego dołu. Spojrzenia każdej z osób przenikały się wzajemnie w żalu i agonii. Przybyli nawet „znani ludzie”, których chłopiec podziwiał – sąsiedzi, burmistrz i cała reszta. Po ceremonii ostały się tylko matka chłopca wraz z Jennifer. Stały w bezruchu naprzeciwko świeżo zakopanego grobu, usłanego naokoło bukietami kwiatów. Dziewczyna ujęła kobietę pod rękę i razem pospacerowały w stronę wyjścia z cmentarza. Obie udały się do rodzinnego domu, gdzie w pokoju chłopca dała upust swojej agonii.

Wróciła świadomością do stanu obecnego, wciąż mając w pamięci słowa Matthew - „Elektronika w cieniu literatury”. Pobiegła do pokoju, aby wziąć kartkę i coś do pisania, po czym szybko wróciła do stolika. Dokładnie rozpisała bieg wydarzeń, który miał miejsce w ostatnim tygodniu życia kuzyna. Słuchała uważnie każdego zdania, skrupulatnie spisując spostrzeżenia, a nawet nasłuchując dziwnych szmerów w tle. Szukała czegokolwiek, co mogłoby pomoc w poznaniu nietypowej przyczyny śmierci.

- Lekarze rozkładali ręce, ale ja się nie poddam – pomyślała cofając kolejny raz kasetę.

Drążąc temat, w końcu trafiła na rzecz, którą do tej pory omijała. Bardzo drobny szczegół, nie mający wcześniej znaczenia. Ubrała się pakując dyktafon i czym prędzej pojechała kolejny raz do domu kuzyna pod pretekstem pożyczenia książki z jego pokoju. Matka chłopca, mimo późnej pory, wpuściła ją do środka, a ta czym prędzej wbiegła po schodach wprost do celu. Przymknęła delikatnie brązowe, drewniane drzwi, aby w spokoju przyjrzeć się wszystkiemu jeszcze raz. Zaraz po tym ruszyła w stronę okna i otworzyła je na oścież. Nadal tam był. Wielki, czarny wypalony ślad po gorącej kościstej dłoni, który zostawił upiór. Nie mogła uwierzyć, że przeoczyła tak ważny element. Na pięcie odwróciła się w stronę biurka, gdzie na rogu, rzeczywiście widniały dwie czarne kreski, fakturą podobne do śladu na parapecie, ale wydawały się nie mieć związku ze sobą. W głowie wciąż dudniły słowa - „Elektronika w cieniu literatury”. Niczym impuls, grom z jasnego nieba, uderzyła ją myśl - rozwiązanie. Podbiegła do regału, aby zajrzeć w miejsce, gdzie wisiał przyklejony dyktafon. Wyjęła go z torebki i przyłożyła do tylnej ścianki, cień dyktafonu padał na książkę, której Matthew był wielkim fanem. Złapała ją czym prędzej i otworzyła w miejscu oddzielonym zakładką. Widniał tam wielki napis „Strzyga”.

Jej twarz pobladła, nogi zmiękły, zrobiło się jej słabo. Nie mogła uwierzyć, że jakiś pradawny potwór z wierzeń słowiańskich, mógł zabić Matthew.

- Przecież to nonsens – pomyślała.

- To idiotyzm! - krzyknęła z całych sił rzucając książkę o ziemię.

Matka chłopca zwabiona do pokoju krzykami i hukiem upadającego na podłogę dzieła, pojawiła się zdziwiona w progu pokoju. Wpatrywała się ze zmartwioną miną na Jennifer, której oczy łzawiły kolejny raz.

- Co się stało? - zapytała.

- Nic, kompletnie nic! OK? - odpowiedziała dziewczyna, po czym szybko wybiegła z pokoju przewracając niechcący ciotkę.

Usiadła w zaparkowanym samochodzie opierając ręce na kierownicy. Silnik zaryczał rozjuszony obrotem kluczyka w stacyjce. Noga Jennifer stała się ciężka, opony wydały głośny pisk, a rura wydechowa wyrzuciła spaliny z dużą prędkością. Jechała na oślep, byle szybciej do domu. Do jedynego miejsca, gdzie może być spokojna. Gdzie wszystko wydaje się proste i przejrzyste.

Bieg po klatce i zamek drzwi. Był tam, ten jedyny stolik, który zapewniał jej spokój i uczucie ciepła. Wiedziała, że w tym momencie żadnego z nich nie doświadczy, ponieważ stała oko w oko z zagadką, która nadal nie miała rozwiązania. Spojrzała na torebkę z której wystawała gruba książka w czerwonej, skórzanej okładce. Im bardziej wgłębiała się w jej treść, tym bardziej straciła zmysł racjonalnego myślenia. Po pewnym czasie wszystko stało się proste. Jedynym sposobem na zrozumienie co spotkało jej kuzyna, była konfrontacja ze strzygą.

Spędziła parę godzin wertując strona po stronie w poszukiwaniu wskazówki jak zwabić strzygę. W wielu wierzeniach, była to przeklęta kobieta, a w innych osoba o dwóch duszach i podwójnym zestawie zębów. Cokolwiek miało odwiedzić ją najbliżej nocy, to właśnie ono zabiło Matthew. Stwór żywił się krwią swoich ofiar, powoli wysysając z ich energię życiową, więc jedynym sensownym wyjściem było wykorzystanie własnej krwi do zwabienia potwora.

Jennifer udała się do kuchni, szybko chwyciła nóż leżący na blacie i bez wahania rozcięta wewnętrzną stronę dłoni zaciskając pięść na ostrzu. Powoli sącząca się krew spływała do szklanki, a kiedy poczuła się osłabiona, zaczęła tamować ranę owijając ją bandażem.

- Tyle powinno wystarczyć - pomyślała i prędko pobiegła do swojego pokoju.

Nim wszystkie przygotowania dobiegły końca, Jennifer zastała późna noc. Framugi okien i parapet wysmarowane były jej krwią od zewnętrznej strony. Jej ręce pokrywała gruba, zaschnięta warstwa czerwonej posoki. Nie mogła już uciec, położyła się na łóżku i czekała. Mijały minuty, godziny, aż w końcu zasnęła.

Obudziła się nad ranem, ale nie w swoim domu. Pomieszczenie wydawało się jaśniejsze niż jej pokój. Lekko zaćmiony wzrok starał się wyłapać choćby jeden szczegółowy element otoczenia. Zdawała się widzieć postać siedzącą obok jej łóżka. Starała się wyciągnąć do niej rękę, aby za chwilę znów zemdleć.

- Gdzie jestem!? - poderwała się Jennifer

Dziewczyna z krzykiem obudziła się w sali lokalnego szpitala. Obok niej siedziała ciotka, matka Matthew.

- Spokojnie Jenny. Jesteś w dobrych rękach – odpowiedziała – Straciłaś dużo krwi.

- Jak się tu znalazłam? - zapytała Jenny

- Sama cię tu zawiozłam. Wybiegłaś z domu tak szybko, czułam, że coś jest nie tak. Dopiero później zdobyłam się w sobie, żeby pojechać do ciebie.

- Jak weszłaś do domu?

- Głuptasie, przecież dałaś mi zapasowe klucze, a jeden dodatkowy trzymasz zawsze pod wycieraczką. Nie martw się tym teraz i odpoczywaj, a ja przyniosę nam coś do picia. - uśmiechnęła się wychodząc z pokoju

Jennifer czuła się osłabiona, przytłumiona od ilości leków i kroplówek. Starała się przypomnieć sobie choćby jeden szczegół z ostatniej nocy, której nie pamięta. Leżąc w szpitalnym łóżku rozmyślała nad zdarzeniami, które działy się przez ostatnie dni. Nie chciała dopuścić do siebie myśli o chorobie psychicznej, o traumie z powodu śmierci kuzyna.

- Przecież nie zwariowałam – pomyślała pocierając czoło

- Już jestem – zaświergotała ciotka wnosząc do pokoju dwa kubki z kawą

- Czy rozmawiałaś z lekarzami? Jak długo tu będę?

- Nie długo głuptasie. Chcą cię zostawić na obserwację. Ta rana była głęboka, więc parę dni odpoczynku bardzo ci się przyda.

W tym samym momencie do pokoju weszła pielęgniarka.

- Jak się miewa nasza pacjentka?

- Nie za dobrze siostro. Mam nudności. - odpowiedziała Jenny

- Przez kawę, której zdecydowanie zabroniłam – stwierdziła pielęgniarka patrząc karzącym wzrokiem na krewną dziewczyny

- To ja już sobie pójdę. - oznajmiła ciotka, której najwidoczniej zrobiło się głupio – Jesteś w dobrych rękach. Prześpij się. Do jutra!

Po czym wyszła najszybciej jako to możliwe wyrzucając prawie pełny kubek kawy do kosza. Nie umknęło to oczom Jennifer, która natychmiast odstawiła swoją kawę w obawie, że jest zatruta.

- Pani ciocia zachowuje się dziwnie. Czy na pewno wszystko z nią w porządku? - zapytała pielęgniarka nakładając igłę na strzykawkę

- Tak, chyba tak. Niedawno straciła syna. To dla niej wielki cios. Dla nas obojga. - odparła

- Rozumiem. Zrobimy tylko szybkie badanie krwi i zostawię panią w spokoju. Dobrze?

- Tak, przyda mi się trochę odpoczynku.

Kiedy pielęgniarka pobrała krew Jennifer, dziewczyna znów poczuła się słabo i zasnęła. Mijały dni obserwacji, a jej stan wcale się nie poprawiał. Za każdym razem, gdy ciotka przychodziła w odwiedziny, Jennifer czuła się co raz gorzej, jej nudności stawały się silniejsze, a bóle mięśni uniemożliwiały poruszanie. Po tygodniu była już przykuta do łóżka i dożywiana przez słomkę.

Zaczęła popadać w paranoję. Wierzyła, że ktoś ją podtruwa, co raz mniej wierzyła w te bajki o zjawach, a więcej w myśl, że ciotka zabiła własnego syna, a teraz chce pozbyć się jej, ponieważ ta wie za dużo. Nastał wieczór kolejnego już dnia pobytu. Jennifer ledwo trzymała głowę w pionie. Jej wzrok wędrował na boki, kołysząc się niczym statek podczas sztormu. Wybiła dwunasta, pora obchodu. To ostatni przed wieczorną zmianą personelu. Jak zawsze o tej porze zawitała w pokoju pielęgniarka, która od początku opiekowała się Jennifer.

- Jak się miewasz kochana? - zapytała

- Słabo, mój stan kompletnie się nie zmienia.

- I nie zmieni, moja droga. - odpowiedziała pielęgniarka przekręcając zamek w drzwiach

Jennifer wiedziała, że coś jest nie tak. Mimo rozkołysanego wzroku była w stanie wyłapać ruchy pielęgniarki przechadzającej się po pokoju. Sanitariuszka podeszła do umywalki i dokładnie przyjrzała się sobie w lustrze.

- Myślisz, że łatwo jest żyć takim jak my? Ludzie w nas nie wierzą. Pisarze kreują nas na potwory, a my, my jesteśmy tylko strażnikami równowagi.

Słabi giną z zasady albo przez wciskanie nosa w nie swoje sprawy! - krzyknęła pielęgniarka robiąc nadnaturalny skok na łóżko dziewczyny.

Jennifer odczuła impet lądującego ciała pielęgniarki.

- Dlaczego to robisz? Dlaczego ja? - wyskomlała zalewając się łzami

- Dla przetrwania, moja droga. Dla przetrwania. - odpowiedziała pielęgniarka zatapiając dwa rzędy ostrych zębów w ramię Jennifer.

Źródło: własne
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!