W blasku ogniska

Dodane przez: mrocznywilk, 19.08.2018, 01:19
Panopticum
Reklama:

Byliśmy u celu. Gdy autokar tylko wjechał na obszerny parking ośrodka wypoczynkowego, wszyscy zerwali się z miejsc.

– Zaklep nam jakiś dobry domek – rzuciłem do wychodzącego Marka. Sam nie miałem zamiaru się przeciskać przez ten tłum, wiedząc, że moja walizka i tak leży na samym dnie bagażnika przykryta górą tobołów.

– Się robi – odpowiedział, ale zanim ruszył przed siebie, zawołał go siedzący za mną Łukasz.

– Zaczekaj na mnie, pokażę ci, gdzie iść. Przejrzałem cały teren na mapach i zdjęciach. Wezmę bagaże i postaram się namierzyć nasze laski. Jak dobrze pójdzie, to będziemy mieli idealne bazy wypadowe na noc.

„A ten skubaniec pewnie jak zwykle ma już gotowy cały plan ” – pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem. Spędzałem z tymi ludźmi wakacje już czwarty rok z rzędu, chociaż na co dzień każdy wiódł niezależne życie w innej części Warszawy. Gdy chodziłem do gimnazjum, rodzice stwierdzili, że powinienem odpocząć od miasta i chociaż tę letnią przerwę spędzić bliżej natury. Zapisali mnie na wyjazd w Bieszczady. Na samym początku narzekałem, chciałem zmusić rodziców do zmiany zdania. Miałem masę gier, które czekały na przejście. Nie widziało mi się włóczenie po jakichś górach, ale oni byli nieugięci. I wyszło mi to na dobre! Właśnie wtedy zaprzyjaźniłem się z Łukaszem, Wiktorią i Zuzą. Byli to ludzie, którzy wydawali się wypełnieni energią. Nawet po całodniowych wycieczkach, kiedy inni padali ze zmęczenia, my obmyślaliśmy działania na później. To właśnie tą niezłomnością najbardziej mi imponowali. Marek dołączył do naszej paczki rok później, podczas wyjazdu nad morze. Tamtej nocy było tak gorąco, że nawet otwarte na oścież okna nie pomagały mu w przewietrzeniu dusznego pokoju. Nie mogąc zasnąć, postanowił zrobić sobie spacer. Na nic zdało się to, że wybraliśmy molo oddalone o około pół kilometra od hotelu. Zauważył nas i, popędzony samotnością, postanowił dołączyć. Podszedł tak cicho, że nie zdążyliśmy schować piwa. Nie było już wyjścia, musieliśmy go poczęstować, żeby nas nie wsypał.

Od tamtej pory trzymaliśmy się razem. Co roku jeździliśmy z tym samym biurem podróży. Nasi rodzice o tym nie wiedzieli, ale zawsze wybieraliśmy wycieczki, na które jechali panowie Jarosław i Krzysztof. Mieli oni wspólną cechę, na której najbardziej nam zależało: nawet stojący za oknem chór przygłuchych dewotek nie byłby ich w stanie obudzić. Kiedyś sprawdziliśmy to, wchodząc w nocy do ich pokoju i podmieniając zawartość żelu do włosów jednego z nich na złoty klej brokatowy. Przez cały czas towarzyszyło nam donośne chrapanie opiekunów. Nie zaprzestali swojego koncertu nawet wtedy, gdy strzelił zamek zamykanych drzwi od łazienki. Ciekawiło nas, czy po tak mocnym śnie da się zauważyć zmianę wyglądu żelu. Przez kolejne dni we włosach pana Krzyśka wciąż dało się dojrzeć złocisty blask, który świadczył o tym, że jednak nie.

Wreszcie mogłem spokojnie wyjść. Wewnątrz autokaru zostało jeszcze parę niemogących się zebrać osób, ale te już nie przeszkadzały. Wyskoczyłem z pojazdu i chwyciłem niebieską walizkę wyciągniętą przez tłum na samą krawędź bagażnika. Na szczęście na jej wierzchu widniała przypinka z moim imieniem i nazwiskiem, co nie pozwalało nikomu na pomyłkę. Zawsze lepiej było wydać parę złotych na ten drobiazg, niż później szukać.

Ruszyłem w stronę Marka stojącego przy ostatnim z ciągu połączonych ze sobą czterech domków trzyosobowych. Każdy kolejny budynek był przesunięty do tyłu o jakieś pół metra względem poprzedniego, dzięki czemu całość nie tworzyła jednolitej, brzydkiej bryły. Prostopadle do tego rzędu domków stał kolejny, składający się z pięciu, ale mniejszych domków dwuosobowych. Ku mojemu zadowoleniu budynki były murowane, nie drewniane. Oznaczało to, że nawet w wypadku upałów nie będą się tak bardzo nagrzewać.

Wszedłem do środka, podświadomie przewidując nie najlepszy stan wyposażenia. Od pierwszych kroków czułem zapach stęchlizny. Przeszedłem przez skromną kuchnię, składającą się z małego aneksu i lodówki, minąłem drzwi do łazienki i stanąłem w sypialni, gdzie Marek i Łukasz już rozkładali swoje rzeczy.

– Niezła chujnia, co nie? – mruknął Łukasz, wrzucając ubrania do stojącej obok wejścia, trzydrzwiowej szafy.

Przy lewej ścianie stały dwa wąskie łóżka, po prawej jeszcze jedno, a obok niego mały stolik z dwoma taboretami. Poza nimi jeszcze jednym meblem była półka wisząca pomiędzy łóżkami po lewej, na której stało radio pamiętające pewnie jeszcze czasy PRL-u.

– Ano chujnia – jęknąłem zażenowany stanem budynku. –Takiej porażki chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy.

– Dobra, wy się tutaj duście, a ja zobaczę, co u dziewczyn – stwierdził mijający mnie Marek. – Ciekawe, czy udało im się dorwać tę dwuosobówkę na końcu.

– Jeśli nie, to pomóż im się zamienić – nakazał Łukasz. – Jakby był problem, to wołaj, najwyżej użyjemy „delikatnej perswazji”. Mam już pomysł na dzisiejszy wieczór i nie damy jakimś gamoniom go zepsuć.

Gdy wyciągałem zawartość swojej walizki, nieprzerwanie czułem doprowadzający do kaszlu smród. Gdybym chciał, bez trudu odszukałbym za starymi sprzętami siedliska grzyba, ale nie miałem zamiaru psuć sobie wakacji takimi pierdołami. Przecież i tak planowałem spędzać większość czasu poza domkiem. Trzeba było pamiętać jedynie o tym, by porządnie wywietrzyć sypialnię przed snem.

Kilkanaście minut później przyszedł pan Jarek, zapisujący, kto mieszka w domku. Przy okazji przekazał nam, że na dzisiaj nie mamy żadnych planów. Mogliśmy robić, co tylko chcieliśmy, byleby nie opuszczać terenu ośrodka, a ten był dosyć rozległy i wliczała się do niego też plaża z dużą powierzchnią jeziora Łobez oznaczoną czerwonymi bojami , wypełnioną molem, łódkami, rowerami wodnymi i innymi atrakcjami tego typu. Nad wszystkim czuwali ratownicy, tak że mogliśmy korzystać ze wszystkiego bez obaw. Dopiero o 19. wszyscy mieli zebrać się na kolację w głównym budynku, otoczonym przez rzędy domków.

– Zawijamy się stąd – stwierdził Łukasz. – Jeśli chcemy wszystko ogarnąć, to nie mamy już aż tak dużo czasu.

– Ale jest dopiero po piętnastej – zauważyłem. – Gdzie ci się tak spieszy?

– Uwierz mi, trochę się z tym zejdzie. Wszystko wyjaśnię u dziewczyn, nie będę gadał tego samego dwa razy.

Chwyciłem wiszące na wieszaku przy wejściu klucze i rzuciłem Łukaszowi jedną sztukę.

– O, przynajmniej tyle – krzyknął zaskoczony kolega – nie będzie trzeba za sobą cały czas łazić.

Nagle usłyszałem skrzypnięcie zawiasów i piskliwy głos jednej z koleżanek wchodzącej z impetem do środka:

– Siema, frajerzy!

Nim zdążyłem się obrócić, oberwałem drzwiami w skroń. Uderzenie było na tyle silne, że przez moment przed oczami widziałem tylko czarne plamy.

– Kurwa, Zuza! – warknąłem zirytowany.

– Ups? – bąknęła, rozkładając ręce. Na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech wyraźnie zdominowany przez zakłopotanie.

Do środka wparowała Wiktoria i spojrzała na współlokatorkę z rozbawieniem.

– Co już nawywijałaś, sieroto? – zaśmiała się, po czym skierowała wzrok w moją stronę. Przyciskałem dłoń do bolącej głowy, więc w jednej chwili zrozumiała, co się stało. – Macie coś w lodówce? – zapytała Łukasza. Ten zajrzał do środka i pokręcił przecząco głową. Wiktoria złapała mnie za rękę i pociągnęła do wyjścia. – Chodź, od razu po przyjeździe wrzuciłam u nas butelkę wody. Trzeba ci ją przyłożyć, bo inaczej będziesz miał guza jak ta lala.

Poszedłem za nią, czując rosnącą pod ręką gulę. Zapowiadały się niezłe wakacje, skoro tak pechowo rozpoczynałem wyjazd. Wiktoria ruszyła w stronę lodówki i kazała mi usiąść na krześle stojącym obok aneksu. Wnętrze domku dziewczyn wyglądało bardzo podobnie do naszego, tylko wszystko było jeszcze mniejsze. Niestety nie zmniejszył się poziom smrodu, który dochodził zza mebli.

Przyjaciółka podeszła do mnie z półlitrową butelką i przyłożyła mi ją do skroni, uśmierzając promieniujący ból.

– Przepraszam cię za tę ofiarę – zagaiła.

– To nic takiego – odpowiedziałem, ukrywając niemalejącą irytację na Zuzę. – Wypadki się zdarzają.

– Ale mogłaby chociaż zapukać, zanim gdzieś wpadnie jak postrzelona – stwierdziła i pogładziła mnie wolną, lewą ręką po policzku. – Aj, biedactwo… Co powiesz na małe odszkodowanie za ten niechwalebny czyn?

– A co jesteś mi w stanie zaproponować, moja śliczna pani ubezpieczyciel? – zapytałem i zrobiłem poważną minę, udając niewzruszonego uroczym uśmiechem malującym się na jej twarzy.

– Coś specjalnego, może trochę przekraczającego warunki naszej umowy. Ale najpierw musisz zamknąć oczy.

– Nie wiem, czy mogę ci aż tak bardzo zaufać… Zaraz gdzieś znikniesz i będzie po odszkodowaniu. No dobra, niech będzie, zaryzykuję.

Zamknąłem oczy, oczekując na dotyk ust Wiktorii, jednak zanim ta się do mnie zbliżyła, usłyszałem trzaśnięcie zamka otwieranych drzwi. Uniosłem powieki i ujrzałem wchodzącego do domku Łukasza. Jego oczy przez chwilę błądziły po pomieszczeniu. Starał się udawać, że niczego nie zauważył.

– Jak stary, żyjesz? – spytał lekko zmieszany.

– Taaa, wszystko jest okej – odparłem – jakoś to przeboleję.

– To dobrze, wróćcie do naszego domku, jak już się ogarniesz. My zaczniemy obgadywać plan, bo czas ucieka.

– Jasne, zaraz przyjdziemy – odpowiedziała Wiktoria.

Gdy tylko Łukasz wyszedł, zaczęliśmy się szeroko uśmiechać, powstrzymując głośny śmiech.

– Widziałaś jego spojrzenie? – prychnąłem. – Nie miał pojęcia, jak się zachować.

– W końcu o niczym nie wiedział – odpowiedziała i położyła dłoń na moim ramieniu. – Chyba nie damy rady już dłużej się z tym ukrywać. Lepiej chodźmy, zanim zaczną nas obgadywać.

Wróciliśmy do drugiego domku. Reszta grupy widocznie już wszystko uzgodniła i czekała tylko na nas, bo zastała nas cisza.

– Dobra, plan wygląda tak – zaczął Łukasz. – Mamy dookoła wspaniały las i szkoda byłoby go nie wykorzystać. Chciałbym zorganizować w nocy małe ognisko, tylko wszystko trzeba zacząć przygotowywać już teraz. Ja pójdę z Zuzą ogarnąć dobre miejsce i przygotować opał. Z tym raczej nikt nie będzie się spierał? W końcu jako były harcerz mam w tym najwięcej doświadczenia, a dla Zuzy to będzie taka mała kara. Wy w tym czasie pójdziecie wzdłuż jeziora w stronę rynku. Gdzieś tam powinien być Lewiatan. Trzeba kupić trochę żarła, no i oczywiście jeszcze coś mocniejszego, żeby dobrze się trawiło.

– W tym już moja głowa – oznajmił Marek, któremu ta część planu pasowała chyba najbardziej.

I jak uzgodniliśmy, tak też zrobiliśmy. Aby mieć pewność, że opiekunowie nas nie zobaczą, wymknęliśmy się przez las i ruszyliśmy do centrum Białego Boru. Bez problemu znaleźliśmy sklep, stojący tuż obok dużej remizy OSP. Jednak tam udało nam się kupić tylko jedzenie i plastikowe kubeczki. Ekspedientka powiedziała, że nie ma szans, by sprzedała nam jakikolwiek alkohol, jeśli nie mamy przy sobie dowodów, które rzekomo zostawiliśmy w hotelu. Nie próbowaliśmy nawet jej przekonać. Od razu poszliśmy do zauważonego wcześniej sklepiku niemającego żadnej konkretnej nazwy. W takim miejscu najłatwiej było przekonać sprzedawcę, który był zazwyczaj również właścicielem. Tym razem się przeliczyliśmy. Trafiliśmy na starszą sklepową, która twierdziła, że normalnie sprzedała by nam wódkę bez problemu, ale ostatnio groził jej jeden z sąsiadów, stary zgred, według niej wręcz pasjonujący się psuciem krwi innym ludziom. Kobieta rozłożyła ręce i zostawiła nas z niczym.

Wyszliśmy ze sklepu, myśląc, że nie uda nam się niczego zdobyć, kiedy wybiegł za nami mężczyzna stojący dopiero co w kolejce. Widocznie był jakimś znajomym sklepowej, skoro tak otwarcie przy nim o wszystkim mówiła.

– Zaczekajcie, mogę wam coś załatwić – zawołał za nami. Wszyscy odwróciliśmy się w jego stronę z zaciekawieniem. – Co prawda, nie kupię wam alkoholu, bo ludzie zobaczą, skąd idziecie i będą gadać, a nie chcę robić pani Marysi problemów. Ale mogę wam sprzedać trochę księżycówki, jeśli lubicie takie trunki.

Na słowa o bimbrze na twarzy Marka pojawił się bestialski uśmiech. Sam chciałem zapytać mężczyznę o zakup alkoholu w drugim sklepie, ale rozochocony kolega od razu przystał na propozycję, nawet nie pytając nas o zdanie. Kilkanaście minut później wracaliśmy do domku z dwoma litrami mocnego alkoholu.

Nikt nawet nie zauważył naszego zniknięcia. Po drodze trafiliśmy na Łukasza i Zuzę, siedzących pod jedną z dużych altan. Wszystko było gotowe. Schowaliśmy zakupy do szafy, a bimber zawinięty w reklamówki do małej zamrażarki w lodówce. Korzystając z wolnego czasu, do samej kolacji pływaliśmy w nagrzanym przez cały dzień jeziorze.

Grając w karty, poczekaliśmy na sprawdzenie obecności w domkach, i zaczęliśmy szykować się do wyjścia. Z niecierpliwością wypatrywaliśmy, aż zgaśnie światło u opiekunów. Gdy wreszcie nastał ten moment, dla bezpieczeństwa przesiedzieliśmy jeszcze kwadrans.

Narzuciliśmy na ramiona wypełnione plecaki i, zamknąwszy domek, poszliśmy po dziewczyny. Niezauważeni zniknęliśmy w mroku panującym tuż za budynkami. Latarki zapaliliśmy dopiero gdy weszliśmy w leśne gęstwiny. Nie chcieliśmy, by ktokolwiek zainteresował się naszym nocnym wypadem. Podążaliśmy drogą wyznaczoną przez cięcia na drzewach, które zostawił Łukasz.

Ognisko znajdywało się parę minut drogi od naszych domków, w miejscu położonym niżej od terenu ośrodka, co utrudniało zauważenie nas po jego rozpaleniu. Obok przygotowanego opału leżały dwa bale, mające służyć za prowizoryczne ławki. O stojący parę kroków dalej dąb oparte były naostrzone kijki do pieczenia kiełbasek. Trochę dalej leżała sterta drewna do podkładania z nożem byłego harcerza wbitym w sam szczyt. Takie warunki nam wystarczały, by dobrze się bawić.

Łukasz zajął się podpalaniem stosiku gałęzi otoczonego kamieniami, a my w tym czasie wyładowaliśmy plecaki. Gdy wszystko było już gotowe, usiedliśmy przy strzelającym ognisku. W sklepie nie było plastikowych kieliszków, więc każdy wziął dwa kubeczki. Marek chwycił pierwszą flaszkę, a Wiktoria w tym czasie rozlała karton soku pomarańczowego.

– Coś ty, kto zapija pierwszą kolejkę? – żachnął się Łukasz. – Trzeba poczuć, co się pije!

Spojrzałem na Wiktorię, która uśmiechała się pod nosem. Oboje wiedzieliśmy już, kto pierwszy odleci. Marek zawsze miał największą chrapkę na alkohol, ale to właśnie nasz były harcerz najbardziej lubił się popisywać, chociaż nie miał tak mocnej głowy, jak mu się wydawało. Zazwyczaj to on kończył następnego dnia z największym kacem.

Unieśliśmy kubeczki zalane do jakiejś jednej piątej bimbrem i stuknęliśmy się nimi nad samym środkiem ogniska.

– Nasze zdrowie! – huknął Łukasz.

Jednym łykiem pochłonąłem zawartość kubeczka i od razu zbliżyłem do ust drugi, mając wrażenie, jakby żywy ogień palił mi gardło. Alkohol był dobry, nie cuchnął jak to czasami bywało z bimbrem. Dało się w nim nawet wyczuć lekko słodkawy posmak, ale to było nic przy tylu procentach. Nagle rozległ się głośny kaszel. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, kiedy uświadomiliśmy sobie, że to Łukasz. Marek chciał poratować go swoją popitką, ale chłopak uniósł się honorem i tylko machnął ręką.

– Mocne cholerstwo, ale jak mówiłem, że nie popijam, to tego nie zrobię – prychnął.

Usiadłem z Wiktorią po jednej stronie ogniska, a reszta po drugiej. Zabraliśmy się za pieczenie kiełbasek i chleba, czując rosnący głód. Niosące się zapachy tylko jeszcze bardziej wzmagały apetyt. Czekają na jedzenie zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim, co spotkało nas przez ubiegły rok, o naszych sukcesach i porażkach. Prawie nie spotykaliśmy się poza wakacjami, każdy był zajęty własnym życiem. To czyniło wszystkie historie jeszcze ciekawszymi.

Po zjedzeniu po parę kiełbasek i wypiciu kilku kolejek Łukasz wyciągnął z kieszeni harmonijkę i zaczął grać prostą, spokojną melodię, która jeszcze bardziej potęgowała klimat ogniska w ciemnym, szumiącym lesie.

– Czemu tak w ogóle odszedłeś z harcerstwa? – spytałem, gdy skończył grać.

– Tak wyszło – mruknął. Czekałem na ciąg dalszy, ale chłopak milczał.

– Wyjebali cię? – zaśmiałem się. Oburzenie malujące się na twarzy kolegi wprawiało mnie w jeszcze większe rozbawienie. Nigdy nie rozumiałem, co on w tym widział. Dla mnie to była zabawa dla zniewieściałych chłopców, lubiących błazeńskie stroje i wpieprzanie szyszek na śniadanie. – Stary, bez jaj, jak można wylecieć z harcerstwa? Wykorzystywałeś stopień do zaimponowania młodszym koleżankom? Może pokazywałeś im swoje „odznaki”?

– Weź się odpierdol, nie twój interes – warknął, przez co poczułem, że trafiłem w czuły punkt.

Zamierzałem kontynuować droczenie się z kolegą, ale powstrzymała mnie Wiktoria siedząca obok. Dźgnęła mnie lekko łokciem w żebra, kiedy tylko otworzyłem usta. Odwróciłem się w jej stronę, chcąc zapytać, w czym ma problem, ale wystarczyło jej groźne spojrzenie, bym zrozumiał, że nie życzy sobie, bym mówił cokolwiek więcej. Zamilkłem. Nie miałem ochoty na kłótnie z nią, szczególnie tego dnia, bo trwałoby to pewnie do końca wyjazdu. A tego zdecydowanie nie chciałem.

Zapadła niekomfortowa cisza. Nikt nie wiedział, jak zacząć jakiś temat. Co chwilę, wciąż rozbawiony, zerkałem na patrzącego na mnie spod byka Łukasza. Byłem pewien, że następnego dnia nie będzie już o tym pamiętał, tym bardziej po wypiciu jeszcze kilku kolejek. Siedząca naprzeciwko Zuza patrzyła się w ognisko, pogrążona w swoich myślach. Nerwowo zawijała swoje długie, kruczoczarne włosy wokół palca wskazującego, jak zwykle, kiedy próbowała sobie coś przypomnieć.

– Zagrajmy w „nigdy nie”! – wybuchła podekscytowana.

– Że w co, proszę? – zapytał Marek, który zaczynał już przysypiać.

– „Nigdy nie”, prosta gra. Jedna osoba mówi zdanie o tym, czego nigdy nie robiła, a ci, którzy to robili, piją kolejkę. Na przykład, jakbyś ty powiedział, że nigdy wcześniej w to nie grałeś, to ja bym piła. Chyba wszystko jasne? Dobra, to ja zaczynam. Nigdy nie robiłam sobie zdjęć nago.

Ze zdziwieniem patrzyliśmy na Marka, który opróżnił kubeczek.

– Miałeś pić, jeśli coś zrobiłeś, a nie na odwrót – powiedziała Zuza, ale dziwna mina kolegi świadczyła o tym, że jednak zrozumiał zasady. – Zaraz, co? – spytała zdezorientowana Zuza i zaczęła się śmiać. – Po tobie tego się nie spodziewałam.

– Lepiej nie wnikać, nie chcecie wiedzieć – zarżał i odchylił się do tyłu, po czym zleciał z gałęzi.

Rozbawiony Łukasz pomógł mu się podnieść, a Zuza prowadziła grę dalej:

– Wiktoria, twoja kolej.

– Niech no pomyślę… Nigdy nie ćpałam.

Znowu pił Marek, ale tym razem dołączyła do niego Zuza.

– Zuza, serio? – zapytała zdziwiona Wiktoria.

– Marek to już stary degenerat – stwierdziłem – ale ty? Niech cię diabli.

– Nie ma to jak się wkopać własnym pomysłem na grę… – mruknęła. – No dobra, zdarzyło mi się, ale to dosłownie raz. No, może dwa. Ale dosyć o tym, teraz ty.

Spojrzałem na wciąż oburzonego Łukasza i wręcz nie mogłem się powstrzymać, by znowu go nie zdenerwować.

– Nigdy nie srałem w lesie – powiedziałem, patrząc znacząco na kolegę, który w końcu uległ presji i wypił kolejkę.

– Dobra, skoro tak chcesz się bawić – warknął i założył ręce. – Nigdy nie przelizałem się z Zuzą.

Zatkało mnie. Skąd on o tym wiedział?! Owszem, zdarzyło się to kiedyś, jak byliśmy trochę wstawieni. Tylko że nikt tego nie widział. Ale nawet jeśli powiedziała mu o tym Zuza, to jak śmiał to teraz wyciągać?! Dupek patrzył na mnie bez przerwy, czekając, aż wypiję. Ale gorsze było świdrujące spojrzenie Wiktorii, które widziałem tylko kątem oka. Skurwysyn zrobił to specjalnie, wiedział, że jesteśmy razem. Miałem ochotę go zamordować.

– To ja pójdę się odlać – rzucił Marek, który ulatniał się zwykle, gdy dochodziło do większych sporów.

– No, co jest, czemu nie pijesz? – dociekał Łukasz. – Boisz się, co na to powie Wiktoria?

W tej samej chwili Zuza rzuciła w niego kubeczkiem z napojem, który trafił prosto twarz chłopaka. Łukasz przetarł oczy dłonią i warknął zirytowany. Dziewczyna była cała czerwona. Czułem, że zaraz wybuchnie.

– Jesteś zwykłym chamem, Łukasz! – krzyknęła. – Powiedziałam ci to w tajemnicy. Jak mogłeś?!

Kątem oka widziałem, że Wiktoria zaczyna płakać. Zdrada była czymś, czego nienawidziła najbardziej. Była zbyt zszokowana, by cokolwiek powiedzieć. Nie mogłem już dłużej wytrzymać. Wykorzystałem moment i rzuciłem się na chłopaka z pięściami. Powaliłem go na ziemię i zacząłem okładać po twarzy. Po chwilowej dezorientacji Łukasz odwdzięczył się i uderzył mnie nogą prosto w brzuch. To wystarczyło, by role się odwróciły, teraz ja byłem przygnieciony do ziemi. Zanim przeciwnik zdążył zaatakować, trzasnąłem go głową w nos. Ze satysfakcją usłyszałem odgłos pękającej kości. Po chwili na moją twarz zaczęła kapać krew Łukasza. Zrzuciłem go z siebie i zacząłem tłuc gdzie popadnie. Może i był silniejszy, ale teraz nie miał szans. Opanował mnie istny szał. Wiedziałem, że nie przestanę, póki przeciwnik nie padnie pozbawiony sił.

W pewnej chwili zbliżyliśmy się niebezpiecznie blisko do ogniska. Przewalony przez Łukasza zaczepiłem ręką o rozgrzane kamienie. Tego było już za wiele. Rozwścieczony chwyciłem jego głowę i, niezrażony gradem ciosów, pchałem ją prosto w stronę ognia. Wszystkiemu towarzyszyły niezrozumiałe wrzaski dziewczyn. Nagle poczułem silne uderzenie w żebra. Sparaliżowany bólem puściłem Łukasza, którego ktoś odciągnął za kołnierz i pchnął na ziemię kawałek dalej.

– Czy wy już całkiem zwariowaliście?! – krzyknął jakiś mężczyzna. Głos był znajomy, ale dopiero po przetarciu zakrwawionej twarzy zorientowałem się że to pan Jarosław, jeden z opiekunów.

Nie mogłem w to uwierzyć. Skąd on się tutaj wziął? W amoku nawet nie zauważyłem, kiedy przyszedł. Całkowicie zgłupiałem, w głowie miałem jeden wielki chaos. Nie miałem pojęcia, jak zareagować, tak samo reszta znajomych. Kiedy mężczyzna zaczął ciskać gromy, nikt nie był w stanie wypowiedzieć choćby słowa.

– Wiedziałem, że lubicie sobie wypić w nocy, w końcu też kiedyś byłem młody. Nieraz czułem zapach alkoholu w waszych pokojach o poranku. Ale to – powiedział, po czym wskazał ręką ognisko i butelki, a następnie spojrzał na mnie i Łukasza – to już gruba przesada! Było was słychać aż w ośrodku. Wcześniej obywało się bez konsekwencji, ale teraz czeka was sąd rodzinny i najprawdopodobniej poprawczak.

– Co?! – wykrztusiła Zuza, a jej wypełnione przerażeniem oczy zaszkliły się. – Nie, nie może pan. Moi rodzice… Oni nigdy mi nie wybaczą. Proszę, błagam pana, zrobię wszystko.

– Było myśleć, zanim postanowiliście tutaj przyjść.

– Nie da się załatwić tego jakoś inaczej? – wydukał Łukasz. – Obiecujemy, że po tym ognisku nie pozostanie nawet ślad. Do końca wyjazdu w nocy nie wyściubimy nosa z naszych domków.

– Tak? Spójrz na siebie i twojego kolegę, chłopcze. Wyglądacie jak po jakiejś katastrofie. Jakby nie ja, to byście się pozabijali. Nie, to już koniec. Nie mam zamiaru dłużej narażać się na branie odpowiedzialności za waszą głupotę.

– Ale proszę dać nam chociaż szansę – zacząłem.

– Dość! – przerwał mi. – Będziecie się tłumaczyć przed policją, nie przede mną – powiedział i wyciągnął telefon.

– Jak pan może nam to robić?! – wrzasnął Łukasz, który zerwał się na równe nogi i ruszył w stronę opiekuna. – Wie pan, jakie to będzie miało dla nas skutki w przyszłości?!

– Już za późno, by się nad tym zastanawiać – stwierdził mężczyzna, po czym zaczął wpisywać numer.

Nagle Łukasz rzucił się na opiekuna i uderzył go w dłoń, w której trzymał telefon. Urządzenie upadło parę metrów dalej. Pan Jarosław bez zastanowienia uderzył chłopaka pięścią w twarz, tak mocno, że aż ten się przewrócił.

– To się doigrałeś – warknął mężczyzna. – Zadbam o to, żebyś został ukarany najbardziej z tej patologicznej bandy.

Patrzyłem na to wszystko jak sparaliżowany. Mężczyzna poszedł po upuszczony telefon, a ja nie byłem w stanie nawet się podnieść. Nie miałem pojęcia, co robić. Każdy ruch wydawał się tylko pogarszać naszą sytuację. Z otumanienia wyrwał mnie rumor wywołany przez Łukasza, który wpadł w stertę drewna przygotowanego na opał. Gdy się obrócił, ujrzałem błysk noża w jego ręce.

– Nie zniszczysz nam życia, skurwysynu! – krzyknął, biegnąć w stronę pana Jarosława schylającego się po telefon.

Zanim opiekun zauważył, co się dzieje, długie ostrze utkwiło w jego karku. Oczy mężczyzny otworzyły się nienaturalnie szeroko; miałem wrażenie, że zaraz wyjdą mu na wierzch. Pan Jarosław chwycił swoją szyję obiema dłońmi i zaczął się krztusić. Łukasz jednym kopnięciem powalił go na ziemię, po czym wyrwał nóż i w szale zaczął go wbijać raz po raz w plecy opiekuna. Dopiero gdy mężczyzna przestał się ruszać, Łukasz zerwał się z przygniatanego dotychczas ciała. Chłopak podniósł telefon i ostatkiem sił doczłapał się do jednego z bali, na którym z usiadł, opierają się drżącymi dłońmi. Przez jakąś minutę siedział z opuszczoną głową, próbując złapać oddech. Kiedy udało mu się trochę opanować, spojrzał na trzymany w dłoniach telefon. Obrócił urządzenie parę razy nerwowo, po czym ostentacyjnie wrzucił je do ogniska. Pociągnął parę łyków z leżącej obok butelki i głośno zakaszlał. Uderzył się parę razy w twarz otwartą dłonią, po czym zaszklonym wzrokiem ogarnął wszystkich przerażonych członków naszej ekipy, w tym Marka, który dopiero teraz postanowił wrócić i stał otępiały na granicy widoczności przy jednym z drzew.

– Problem z głowy – oznajmił Łukasz, przerywając mroczną ciszę, która zapadła po śmierci opiekuna. – Tylko co zrobimy teraz? – spytał łamiącym się głosem i gorzko zapłakał.

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Panopticum
Źródło: Cząstka mojej wyobraźnI
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!