Wyspa Mgieł

Dodane przez: drzewiej, 20.08.2018, 13:21
Reklama:

Magamenia, wyspa Lihakam. słynna Wieża Mgieł. Rok 1574, dzień nieznany. Piszę ten list, ponieważ na pewno nie zdołam zrobić nic innego. Na pewno nie przez te cholerne potwory. Niech je sztorm pochłonie!

Na pewno słyszałeś o Wieży Mgieł leżącej na wyspie Likaham. Nie bez powodu ma ona złą sławę. Ogromna, stara latarnia morska. Wnętrze usłane pajęczynami i stosami kości. Gdzieś po kątach ścieka krew. Moja krew. Wysoka na kilkunastu mężów. Wszędzie śmierdzi starą posoką i zbutwiałym drewnem. U szczytu mająca źródło ognia – dawno, bardzo dawno nierozpalanego. Dziesiątki statków zniknęło już w jej okolicach. Nikt nie zdołał ustalić przyczyny zaginięć. Przyjeżdżały wyszkolone ekipy najemników, duchowni. Swego czasu przybył tam nawet oddział magameńskiego wojska – lecz również o nim słuch zaginął. Od tej pory statki omijały wyspę szerokim łukiem – nawet kosztem parogodzinnego nadłożenia drogi. Za tą wyspą znajduje się bowiem port w Hailgardzie – największy w Magamenii, a sama wyspa jest przedzielona na pół oceanem. Obie części łączy most. Niektórzy z szczęśliwców, którzy przeżyli przepłynięcie w jej okolicach, opowiadali o dziwnej mgle, która spowija budynek i okolice zawsze wtedy, kiedy w jej pobliżu przepływa statek. Nie wierzyłem w te brednie. Zresztą - co mogło się stać korsarzom zaprawionym w bojach? Z takim podejściem zdecydowaliśmy, że popłyniemy do Wieży Mgieł i zbierzemy łup z zatopionych statków. Plan wydawał się prosty, łatwiejszy niż napad na statek kupiecki – wszak trupy nie mają zwykle w sposobności się bronić w jakikolwiek sposób.

- Dopływamy! Wieża na horyzoncie! - usłyszałem krzyk majtka. Ucieszyłem się srogo – perspektywa łatwego łupu, dzięki któremu prawdopodobnie będę mógł porzucić to znienawidzone zajęcie, dodawała mi sił. W końcu mógłbym z czystym sumieniem wrócić w rodzinne strony, do Terrahamenii, do kochającej żony. O ile nie nadłożyła kogoś innego. Rzadko wszak bywałem w domu. Myślę, że byłbym skłonny jej wybaczyć...

Ale stało się coś strasznego. Coś, co wyrwało mnie z zamyślenia. Coś, w co nie miałem ochoty uwierzyć. Naszą "Lenę" spowiła mgła. Gęsta jak mleko. Pomyślałem, że to przypadek – wszak przypadki chodzą po ludziach, lepsze lub gorsze. Ale to, co usłyszałem potem, zamroziło mi krew w żyłach. Usłyszałem śpiew – piękny, damski głos, gdzieś z głębi wyspy. Taki sam, jak w bajaniach ludzi. Zahipnotyzował mnie, stałem przestraszony i sparaliżowany. To było najgorsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doznałem. Patrzyłem, jak "Lena" rozbija się o skały. Cały pieprzony statek szedł na dno! Nasza „Lena”... Byłem zmuszony do oglądania, jak toną moi towarzysze, z którymi pływałem przez blisko ćwierć wieku... W końcu siła wyrzuciła mnie wysoko w górę. Upadłem, straciłem przytomność i osunąłem się w ciemność...

Kiedy się obudziłem – obudziłem się, nie umarłem, to był cud – zobaczyłem, że mgła ustąpiła. Byłem oszołomiony. Słyszałem jakieś odgłosy, coś jakby głośne mlaskanie i dźwięk łamanych kości, ale przez ten okropny ból głowy nie mogłem ufać swoim uszom. Zdecydowałem więc, że pójdę na plażę, żeby zbadać sytuację. Może któryś z moich kamratów przeżył? Wspólnie może zdołalibyśmy dopłynąć do Hailgardu na jakiejś tratwie. Lecz żeby w ogóle przekonać się, czy ktoś jeszcze przeżył, musiałem w końcu ruszyć się z miejsca. Bałem się, ale co może stać się rosłemu, barczystemu mężczyżnie z niespełna dwoma metrami wzrostu? Przez to zamieszanie nie zauważyłem, że straciłem moje bujne, rude włosy, które sięgały do ramion. Musiały zaczepić się o połamane deski i po prostu oderwały się od mojej głowy. To tłumaczyłoby ten okropny ból. Moja głowa krwawiła, nie zauważyłem tego wcześniej. To pewnie przez szok. Tyle czasu poświęcione na ich zapuszczenie zostało zaprzepaszczone! Całe dwadzieścia lat! W moich zielonych oczach pojawiły się łzy. Może ci się to wydać dziwne, ale na swój sposób kochałem moje włosy. Były dla mnie jak żona, którą zostawiłem w domu, daleko stąd. Jak bardzo chciałbym się tam znaleźć! Nie wyobrażasz sobie tego!

Z takimi myślami i duszą na ramieniu doszedłem na plażę. Zobaczyłem coś strasznego! Jakieś potwory jadły jednego z moich towarzyszy. Wszędzie pełno krwi i powywlekanych wnętrzności. Myślałem, że zwymiotuję. Nagle jeden z stworów obrócił się w moją stronę. Zobaczyłem jego paskudną mordę, całą we krwi! Na pierwszy rzut oka przypominał kobietę, ale przez zdeformowaną twarz pokrytą bliznami i kłami ciężko było ocenić. Na głowie kudły porozrzucane niedbale. Spojrzałem nieco niżej... Ta cholera miała tors kobiety! A jeszcze niżej... Po prostu mnie to sparaliżowało. Drugą część ciała stanowił ogon. Syrena? Tylko to przychodziło mi do głowy. Ale syreny to nie potwory! Nie tak opisują je baśnie! A tymczasem właśnie one konsumują moich towarzyszy. Stworzenie zawyło przeciągle, i nagle z wraku mojego statku wyłoniło się ich jeszcze więcej. Było ich, na bogów się klnę, że nie kłamię, około czterdziestu!

Zacząłem biec, co sił w nogach! Dotarłem do latarni i zaryglowałem drzwi. Mam nadzieję, że wytrzymają. W końcu wyglądają na bardzo solidnie. Chociaż nigdy nie wiadomo. Na wszelki wypadek chciałem przesunąć jakiś stary stół pod drzwi, ale gdy tylko go dotknąłem, rozpadł się. Uciekłem na najwyższe piętro. Tam siedzę już drugi dzień, pisząc tą historię. Nie dziw się tak! Mam czym pisać i bynajmniej nie jest to jakiś węgielek. Za atrament posłużyła mi własna krew, a za pióro – kawałek drewna. Cholera, jestem bardzo zestresowany. Boję się. Nigdy nie doświadczyłem tego uczucia w taki sposób. Zawsze bałem się, gdy atakowaliśmy statek, ale nigdy nie byłem zmuszony do zastanawiania się, czy przeżyję kolejną dobę. Z tego wszystkiego ból głowy jeszcze bardziej się nasila i powoduje wymioty, a one cały czas są na dole, przed wieżą. Zawodzą, pięknie śpiewają – chcą, abym wyszedł. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Może dzień, może dwa. Zależy, jak szybko wykończy mnie głód, pragnienie wody i snu – bowiem nie da się zasnąć przy zawodzeniach tych czarcich pomiotów... Omijaj plażę dalekim łukiem. Najlepiej zacumuj statek po drugiej stronie wyspy. Tam też jest plaża, ale całkowicie pusta.

Jednak szczęście nie całkiem mnie opuściło. Znalazłem zakorkowaną butelkę. Cud, że się nie rozbiła. Dlatego wrzucę ten list w morze, może dotrze do kogoś i będzie przestrogą, aby omijać to przeklęte miejsce z daleka – albo wreszcie podjąć ofensywne działania. Szczęśliwcu, który znalazłeś tę wiadomość - przekaż ten list do wojska stacjonującego w Hailgardzie – trzeba wreszcie zabić te potwory! Musisz...

- Cholera, dalszy fragment jest nieczytelny! Cholerni piraci, skrobią jak jakaś kura pazurem i liczą, że ktoś się nabierze na te ich bajki... - krzyknął Leks, kupiec, którego statek również się rozbił. Ale nie przez mityczną mgłę, albo jakieś wymyślone potwory. Jego sternik się upił i wprowadził statek na skały.

- No i gdzie te potwory? - spytał sam siebie Leks. Schował list z powrotem do butelki, zakorkował i począł iść przed siebie, na plażę. Wtedy poczuł oddech na swoich plecach. Powoli się odwrócił i ujrzał syrenę. Jedyne, co zdążył zrobić, to wyrzucenie znalezionego listu w morze. Potem czuł tylko kły w swoim ciele, rozrywające go żywcem na kawałki...

Źródło: Autorstwa Drzewieja
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!