Karmazynowy Gród

Dodane przez: nieprawicz, 12.09.2018, 19:36
Reklama:

Jeżeli kiedykolwiek ktoś odważyłby się zapuścić pośród pierwotnych, dzikich kresów Rzeczpospolitej zapewne odbył by podróż pośród dziewiczej natury, rzadko skalanej piętnem cywilizacji. Tamtejsze ziemie przesiąknięte terrorem spisanym na kartach historii, trzymają w swych trzewiach nieprzeliczone pokolenia ludzkiego znoju, tragedii i horroru ciągnącego się od Wojen Napoleońskich po zmierzch Drugiej Wojny Światowej. Tam też w Województwie Podkarpackim nie dalej niż 90 km na Północ od Ustryków Dolnych wybudowana została posiadłość, która popadała w ruinę, miała zostać przejęta w lepsze ręce. Ustronne, wręcz odizolowane miejsce od świata, okraszone knieją i pospolitymi, wyboistymi drogami prezentowało się nad wyraz dogodnie dla kogokolwiek chcącego mieć święty spokój od miejskiego zgiełku. Rezydencja nie posiadała okolicznej wsi w promieniu kilkudziesięciu mil, toteż ów zabytek musiał być w dużej mierze samowystarczalny. Nie dalej jednak jak rok temu nieruchomość owa została kupiona niejakiej Nadii Skorniszewskiej. Kobiety, której uroda zdawała się zatrzymać w momencie jej najbujniejszego rozkwitu.

Niewiele ludzi wiedziało o jej zamożności ale czymkolwiek się by nie zajmowała, zarabiała znaczną wartość o wiele przekraczającą dochody zwykłego, miernego obywatela tego kraju. Jej usposobienie było nader introwertyczne i od czasu nabycia nieruchomości próżno było stwierdzić czy w ogóle kontaktowała się ze światem zewnętrznym. W relacjach personalnych charakteryzowała się raczej obmierzłym podejściem połączonym z niebywałą oszczędnością słów. Niekiedy też zdarzyło się iż do Posiadłości licho przywiało ludzi rozmaitych maści. A to by zaoferować umowę sprzedaży, kupna, zawarcia polisy czy też zrobienia krótkiego reportażu historycznego na temat budynku. Wszyscy jak jeden mąż wkraczali śmiali i pewni przychylności gospodarza. Problem tkwił jednak w tym iż żaden z nich nie wrócił. Policja niejednokrotnie zdążyła już przeczesać kompleks mieszkalny jednak nie znaleźli absolutnie nic. Nawet skrawka papieru, płótna obrania czy portfela. Nienaganny stan wnętrza, odrestaurowany i zakonserwowany wprawiał w niemy podziw. Nikt nawet jeżeli miał ku temu powody nie podejrzewał jak dalece szkaradne i bluźniercze sekrety kryją się w skrętnie zatajonych wnętrzach fundamentów. Sama właścicielka dawała również bardzo oczywiste i niepodważalne zeznania przy czym utrzymywała jakoby nigdy nie wpuściła nikogo do środka. Wszyscy ponoć odjeżdżali na skutek coraz to drętwej i obskurnej postawy rozmówczyni co rozdrażniony ton Skorniszewskiej zdawał się tylko potwierdzać. Policja co prawda próbowała nasyłać tam swoich ludzi ubranych po cywilu lub prywatnych znajomych z posada detektywa lub dziennikarza jednak wszyscy wracali z niczym.

Nadia pozostawała enigmą o tyle frustrująca do rozszyfrowania iż nie szczędziła zgryźliwych przycinek słownych. Sytuacja nie prezentowała się inaczej gdy podczas dość sporej nawałnicy deszczu z gradem do Jej drzwi zapukał pewien młody mężczyzna.

-Przepraszam...przepraszam...

Zapadka w drzwiach odsunęła się ujawniając parę zielonych głębokich oczu. Mężczyzna nieco zdumiał się na bezsłowną odpowiedź i począł wyjaśniacz czemu burzy spokój właścicielki.

-Najmocniej przepraszam, złapałem gumę a nie mam już zapasowej opony bo jest na innym kole. Ma może pani coś na zbytku...

-Nie jeżdżę samochodem. Do widzenia.

-Proszę zaczekać!

Zapadka została zamknięta co spowodowało kakofonię dobijania się do drzwi. Oczy kobiety znów pojawiły się w drewnianej, prostokątnej przestrzeni.

-Nie mógłbym u pani przenocować? Zapłacę ile będzie trzeba.

-Wymień oponę.

-Już mówiłem, że nie mam zapasowej. Niech pani mnie wpuści.

-Bo?

-Bo mam w portfelu 4 bańki i jestem skłonny zapłacić za pobyt.

Uparte targowanie się poskutkowało. Kobieta otworzyła drzwi dla przemoczonego podróżnika sama ubrana dość gruby, biały szlafrok. Jej obuwie składało się zaś z kapci spowitych niebieskawym, kwiatowym wzorem.

-Zapraszam. -odparła zamykając za przybłąkanym drzwi. Jej brunatne sięgające do pasa włosy rozwiane zostały nieco przez wiatr. Przybysz zaś spoglądający na skalę sali witającą gości skamieniał w niemym podziwie. Jego zachwyt nie trwał jednak zbyt długo. Przed jego postacią spadł na ziemię obszerny ręcznik.

-Niech pan zdejmuje buty i całe tałatajstwo. Dam Panu coś na zmianę.

Wybawiony chciał protestować ale gniewna postawa Kobiety skutecznie wybiła mu dalsze zażalenia z głowy. W krótce zaś zmuszony był do paradowania w nieco obcisłych jeansach, którego nogawki kończyły się jakieś 3 centymetry nad kostkami i krótkiej koszulce, na którą przywdział szary, wełniany sweter. Czuł się wdzięczny i upokorzony. Wszelkie ubranie zostało zaniesione do miejsca, które równie dobrze mogłoby robić za pralnię. Po tej prostej czynności, nastąpiło poinformowanie nowo przybyłego o paru istotnych wiadomościach.

-Tutaj jest kuchnia, wraz z pełną lodówką, jak pan chce może pan spróbować makowca. Mojej roboty, na tym parterze oraz pierwszym piętrze toaleta znajduje się zawsze na końcu tego korytarza po prawej stronie. Jest parę pomieszczeń do których nie chciałabym by pan wchodził, są to biblioteka, kotłownia oraz mój pokój. -wymieniła właścicielka ze zblazowanym wyrazem twarzy, wodząc palcem po rozkładzie plan budynku, który znajdował się w każdym większym pomieszczeniu. -Rozumie Pan?

-Jak najbardziej...proszę Pani. Nazywam się...

-Nazywasz się 400 złotych. -odparła Nadia wyciągając swoją lewą rękę do otrzymania daniny.

-Jestem Marek Adrianowicz. -dokończył uparcie Mężczyzna wręczając przyobiecaną zapłatę.

Kwota podana w dwóch setkach, jednej pięćdziesiątce, 7 dwudziestkach oraz wymiętej mizernej dziesiątce została przyjęta bez zarzutów. Kobieta podała Adrianowiczowi klucz do jednego z pokoi na górze.

-Pański pokój, jedzenie, ciepła woda wliczona w rachunek. Zostaje tu Pan tylko na jedną noc. Jutro nie chciałabym znajdować tu Pana dalej niżeli do południa. Woda w bojlerach zostanie podgrzana za półtorej godziny, zazwyczaj włączam generator prądu o dwudziestej więc proszę skorzystać do tego czasu z tych lampionów, kiedy naprawdę będzie ciemno jak w dupie.

-A jak mam się do Pani zwracać?

Nastąpiła chwila konsternacji po której nastała równie niechętna odpowiedź:

-Nadia Skorniszewska. -to powiedziawszy Właścicielka pozostawiła nowo przybyłego w drzwiach swojego pokoju idąc licho wie dokąd.

Grad bynajmniej nie odpuszczał zaś Markowi prezencja jakby nie patrzeć powabnej i kształtnej kobiety poczęła brzydnąć. Był to jednak aż nazbyt srogi eufemizm. Adrianowicz nie cierpiał tego typu płci pięknej. Zimnego, patrzącego na wszystko z góry i nadużywającego protekcjonalnego tonu. Nie dało się ukryć iż był na jej łasce ale nie musiała czynić tego aż tak oczywistym. Ulokowawszy się w swoim pokoju począł wydzwaniać do swoich przyjaciół, którzy stacjonując nie dalej jak w Przemyślu uspokoili go zapewniając mu transport na jutrzejszy dzień nie dalej jak o 10-tej ze względu na trudno przejezdne drogi.

-Świetnie kurwa, przynajmniej nie będę musiał czekać na ostatnią chwilę do południa.

Stwierdził Adrianowicz, kładąc się na łóżku. Było wygodne, i mogło pomieścić dwójkę osób. Nie wiele robiąc sobie z przykrego doświadczenia, zapalił lampion który rozbłyzwszy żywym światłem spowił wnętrze herbacianą poświatą. Pudełko zapałek jak i źródło światła, spoczęły na stoliku. Marek ciepnął się na łóżko. Miał dość przygód jak na jeden dzień. Niedokończony reportaż o tragedii w jakieś zapadłej dziurze nad Uralem, przypadek nietypowej choroby roślinnej dziesiątkującej drzewa liściaste, wszystko to napawało go odrazą do swojego zawodu reportera. Nie zamierzał się zwierzać ze swojej profesji Nadii głównie dlatego iż zdawał sobie sprawę że wraz z przyznaniem się do tego niechlubnego zawodu nie zostałby tutaj wpuszczony z całą stanowczością. Nieubłaganie jego znużone powieki zamknęły się. Jaźń Marka spowił całun snu który może i trwałby do następnego ranka gdyby nie manewry prowadzone w Kotłowni, po których wszelkie instalacje rur wodociągowych rozbrzmiały sobie znanym hurmem. Adrianowicz wybudził się na dźwięk dudnienia. Była 21-sza w nocy. Postanowił przynajmniej opłukać się w łazience. Skierował tam zatem swoje kroki lecz to co tam zobaczył wprawiło go w niemały podziw.

Na niewielkim, szczeblowatym kaloryferze wisiała para ręczników, w niewielkim metalowym koszyku zaś złożony komplet piżamy o upokarzającej różowej barwie zaś wokół zlewu zostało wyłożone, mydło w płynie, gąbka, grzebień i ręczna maszynka do golenia zarostu z dość osobliwą kartką, na której estetycznym pismem napisano:

"Niestety nie znalazłam brzytwy, by mógł Pan odejść w spokoju"

Marek skwitował tą kurtuazerię spazmatycznym śmiechem. Wyglądało na to, że przyszło mu obcować z nieco bardziej nietypową osobistością niżeli się spodziewał, choć nie wiedział iż owe zgryźliwe zachowanie wynikało z samotności czy też nieprzychylności kobiety. Narysowana uśmiechnięta buźka kazała przypuszczać na to pierwsze. Wykąpawszy się w ciepłe wodzie i skończywszy wszelkie elementy wieczornej toalety Adrianowicz przywdział piżamę i powlókł się z powrotem do pokoju. W połowie jednak drogi natknął się ponownie na Nadię.

-Może chciałby Pan coś zjeść, akurat ma pewien nadmiar w lodówce...

Dziennikarz nieco zdziwił się takiemu obrotowi spraw. Widocznie Kobieta nad wyraz dobrze odczuwała tutejsza samotność albo chciała zrekompensować niepostrzeżenie swoją obmierzłość. Nie wypadało jednak odmawiać więc przyjął ofertę pomimo późnej pory. Na kolację zaserwowano zapiekane pomidory nadziewane pieczarkami oraz obszerny talerz z tostowymi grzankami zasobnych w ser, plastry kiełbasy z dzika oraz ogórki okraszone niewielką dozą musztardy.

-Długo Pani tu już mieszka?

-Jakiś czas. A co Pana przygnało w te okolice?

-Chciałem skrócić sobie drogę do Przemyśla, wie pani...praca. Reportarze...-w tym miejscu Marek ugryzł się w język, było jednak za późno. Tajemnica jego została wydana na światło kuchennego pomieszczenia. Rozmówczyni tylko się uśmiechnęła.

-Nie jest pan tu pierwszym dziennikarzem, który chciał zrobić reportaż o tym miejscu...

-Przysięgam na wszystkie świętości, że to przypadek. -począł tłumaczyć się mężczyzna przebierając nerwowo palcami.

-Spokojnie. -odparła nieco rozbawiona Kobieta- Nie wygonię przecież Pana w środku nocy. Byle Pańska ciekawość nie sprawiła, że znajdę pana między regałami moich książek.

-Ah...bo wie Pani...człowiek mówi kim jest to wszystkie drzwi się przed nim zamykają, bo od razu ciśnie się wszystkiemu na myśl "paparazzi". A ja nie pisze dla jakiegoś wymoczkowatego czasopisma.

-To może dla Metra?

-Blisko, ale jednak nie.

-Cóż, dysortografię w takim razie mogę u pana już wykluczyć. -odparła Nadia pijąc whisky której cała butelka stała pośrodku okrągłego blatu stołu. -Niech pan wybaczy, tutejsza instalacja rurociągów nieco hałasuje.

Skorniszewska zmieniła szybko na temat co zwróciło mimowolnie uwagę Marka:

-Zna Pani historię tego miejsca?

-Ogólny zarys. Budynek powstał gdzieś w okolicach roku 1905-tego. Był wielokrotnie restaurowany przez jego spadkobierców aż w latach pięćdziesiątych został kompletnie zapomniany i stan ten utrzymywał się do 89-tego, w którym pieczę przejął nad nim jakiś dobrze ustawiony Rosjanin. Są nawet

stare papiery sporządzone w cyrylicy świadczące o tym.

-O, nie wiedziałem że ten budynek ma aż tyle dekad.

-Prawie jak każda kobieta wmawiająca Panu, że ma 25 lat.

-He he, co Pani sugeruje.

-Nic znacznego. Ot taka luźna myśl. Całkiem prawdziwa.

-Cóż, nie sposób się z tym nie zgodzić.

W porównaniu z pierwszym wrażeniem obraz zimnokrwistej suki powoli zniknął z wyobraźni Adrianowicza, podziękowawszy za lekki posiłek, Marek udał się do swojego pokoju napełniony nieco bardziej przyjazną wizją Samotniczki. Miał dość odporny na wszelkie ekscesy żołądek co było niezwykle przydatne w jego porywczym trybie pracy. W końcu powrócił na wygodne wyrko i bez większych problemów zasnął.

Tymczasem wietrzna pogoda spowita nieprzebraną czernią drzew i nocnego nieboskłonu słała w kierunku posiadłości chmury o fioletowej bluźnierczej barwie, która niczym plugawe jarzmo, jęła rozwiewać obłoki do postaci postrzępionych, obskurnych nicieni gotowych wpełzając w świadomość śmiertelników karząc ją szaleńczą obsesją zaspokojenia swoich skrytych żądz. Posiadłość, której czeluście spowite były karmazynową posoką, jeszcze raz ozwały się błagalnym krzykiem zmarłych których próżne modły głuszone były przez zastęp piekielnych kotłów.

Marek zbudził się na wpół przytomny. Była około 3 w nocy. Sennym ruchem, poczłapał w kierunku toalety wraz z uprzednio zapalonym lampionem. Nie zamierzał zapalać światła elektrycznego, które poraniłoby tylko jego wzrok. Jego jaźń zdawała się być ledwo obecna. Już miał wracać po zakończonym biznesie w toalecie gdy uszy jego przeszył nikły lecz niemniej złowrogi, grobowy syk.

"Uciekaj!"

Tak w mniemaniu dziennikarza brzmiało słowo, które pojawiło się w jego głowie. Jego umysł wypełnił się pewnymi podejrzeniami. Nie podobała mu się owa gościnność. Wprawdzie zapłacił za należycie lecz kontrast pomiędzy dwoma postawami Nadii zdawał się nie do pogodzenia. Uwagę wrócił charakterystyczny chrobot. Adrianowicz podążył za źródłem dźwięku. Niekiedy zatrzymywał się w niemym podziwie iż schodząc ku czeluściom katakumb, w których mieściła się zakazana kotłownia, nie znajdował ich końca. Wreszcie jednak dotarł do wzbronionego pomieszczenia, zza którego dobiegały najróżniejsze odgłosu buchającego płomienia i drżących rur. Otworzywszy drzwi jego oczom ukazały się dwa tytaniczne piece, w których to rozniecone do czerwoności paleniska żarzyły ogary węgla nadając mu jasno pomarańczowej aury. Wyglądało na to, że się przesłyszał i już miał wracać "do siebie" gdy przed jego oczyma wyrosła postać Skorniszewskiej, która w brutalnym akcie przemocy zdzieliła go w głowę solidnej konstrukcji łopatą. Ogłuszony i półprzytomny Marek nie zdążył nawet się zorientować, kiedy to brunatne włosy oplotły jego twarz na kształt pajęczyny, a tętnica wraz niemałym obszarem skóry na szyi, została brutalnie rozerwana. Adrianowicz był w tym momencie niczym świeżo patroszona ryba, która nieogłuszona należycie miała przyjemność doświadczać całej sekwencji patroszenia by zaraz po usunięciu wszelkich organów, majtać ciałem w błagalnych drgawkach pośmiertnych. Jego krew została miarowo wyssana aż wszystkie jego palce u ręki, nabrały bladej, nieco żółtawej barwy.

-Było nie węszyć, hieno...-podsumowała Nadia wrzucając świeże zwłoki do buchającego paleniska wraz z resztkami nieco starszych delikwentów, którzy leżeli porozrzucani w postaci kości i czaszek w różnych miejscach gdzie jeszcze nie zdążyła posprzątać.

***

Wracając na górę Kobieta usłyszała pukanie do drzwi. Nie było w głowie przyjmować jej gości o takiej porze, choć prawdę powiedziawszy był to czas o wiele bardziej adekwatny niżeli bezbożna godzina 12 nad ranem, o której prawie nigdy nie wstawała aż do wieczorowej pory.

-Cze...

-Kopę lat Nadia. -odparł gruby głos mężczyzny o popielatej brodzie.

-Czego tutaj szukasz?

-Umówiliśmy się na wymianę. -to powiedziawszy Starzec wszedł wpychając do wnętrza wózek z plastikowymi torbami wypełnionymi, karmazynową, życiodajną cieczą.- Niemały zapas w zamian za Tom Bluźnierczej Wiedzy, jak się umawialiśmy.

-A no tak...prawie wyleciało mi z głowy...

-Skleroza...

-Odpuść sobie. -zabójczyni zaprowadziła Białobrodego to biblioteki. Uprzednio zapalając światło. W krotkim czasie odnalazła długo oczekiwaną lekturę dla znajomego - Sprowadzone zza Uralu. Orginał bez wątpienia.

-Zobaczymy...hmm...wygląda zacnie. -pochwalił mężczyzna wertując zachłannie przeklęte strony zakazanej treści- Ktoś cię ostatnio odwiedza?

-Był tu przed tobą pewien szwędacz ale spuściłam z niego już ciśnienie.

-To dobrze...to bardzo dobrze...

Powiedziawszy to Osobnik sięgnął za pas i nim Nadia zdążyła zareagować, metalowy kołek przebił jej trzewia zagłębiając się w jednym z płuc. Kobieta nie zdążyła nawet jęknąć. Jej smukła sylwetka została pochwycona w mocarny uścisk napastnika. W krótkim czasie zbędne odzienie zostało z niej zdarte, zaś ona sama wijąc się niczym piskorz wypluła dawkę niestrawionej jeszcze posoki, która z dziką szybkością poczęła formować krąg, spowity nienaturalnymi sanskrytami.

-Pozwól, że zrobię z Ciebie użytek. Nie bój nic, nie wyzioniesz ducha.- tymi słowy Starzec z pasją godną najpodlejszego Czarnoksiężnika wzniósł ręce spowite nekrotycznym całunem zielonej, luminescencyjnej poświaty, zaś z jego gardzieli wyrwał się rozdzierający, bestialski głos, którego barwa tożsama była jedynie z rozgrzmianymi obłokami, które wiatr pędził w tę stronę.

-"Yagr Yagr Gan Naoh! Fer NUMBRA KRONA SAOH"- inkantacja przywołująca najczystszą grozę rozbrzmiała spiżowym hurmem wprawiając ściany w drżenie. Nadia zdołała wyciągnąć z siebie niechciane ciało obce, widząc jednak zgrozę wyłaniającą się tuż przed jej postacią, ku demonicznej uciesze przyzywającego, skuliła się w akcie przerażenia, prosząc jedynie głęboko w duchu by i tym razem ów Szaleniec oszczędził jej żywot. Tymczasem Karmazynowy Gród będący skrytą sceną jej szkaradnych morderstw rozbrzmiał złowieszczym chorałem potępionych dusz, których korowód skupiony wewnątrz kręgu począł być pożerany przez jestestwo znacznie szkaradniejsze i niebezpieczne niż frywolna fantazja Briana Storkera.

[The End]

Źródło: mój mózg
Oceń:
0
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!