SPRZEDAWCA BÓLU - CZĘŚĆ SIÓDMA

Dodane przez: timeisanillusion, 23.09.2018, 22:01
Reklama:

Jestem podekscytowany faktem, że przychodzę do ciebie z tym kawałkiem historii. Rozpoczynam w ten sposób opis najciekawszego dziesięciolecia, z którym obcowało moje życie, bowiem owa dekada miała najbardziej włochate jaja ze wszystkich mi pisanych. I nie były one wielkości solonych fistaszków, a wyrośniętych na GMO azjatyckich melonów.

Styczeń, 1980

Chłód parzył nam skórę, zdzierał ją i haustem soli spluwał na jej cierpienie. Stopy mi zmarły, nim zdążyłem skierować je do szewca po nowe obuwie. Powoli witałem się z amputacją.

- Cholera, jak zimno - Syknął Wall-Mart. - Gdzie ten pajac?

- Sęk nie w tym, gdzie jest, ale gdzie będzie. -pocieszyłem go.

Przed założeniem sklepu musiałem załatwić jeszcze parę niedokończonych spraw, które nie mogły zostać pominięte. Wymagała tego moja przeszłość i ludzie poznani w jej trakcie. I jak się teraz zastanawiam, to chyba nikt nigdy dobrze na tej znajomości nie wyszedł.

- Szef da znak, kiedy co i jak?

Kiwnąłem głową.

- Ręce mnie już świerzbią.

- Wytrzymaj.

- To nie on? -rzucił Luka.-Taa, to mercedes.

- Schowajcie się gdzieś w pobliżu.

Po chwili oczekiwań, obok mnie znalazł się beżowy samochód obklejony gównianymi naklejkami, które do posiłków dodawały sieci żarcia typu fast-food. Były takiej wielkości, że spokojnie można było poobklejać nimi publiczny sedes przed wypróżnianiem i chyba tylko dlatego były tam wrzucane.

- Przepraszam cię, Iks.- Powiedział otyły mężczyzna w kapeluszu. Miał mały problem z opuszczeniem pojazdu. - Yyyych! Możesz mi pomóc?

Okrążyłem samochód i chwyciłem go za ramię.

- Na cztery. - Powiedział. - Raz, dwa…

I chyba na ten trzeci uderzyłem jego głową o samochodową szybę.

- Aaach, kurwa! - Wrzasnął i wyturlał się z mercedesa. Kawałki szkła posypały się po gruncie.

- Nie łam się, mnie też boli. Boli mnie, gdy ktoś topi firmę w gęstym, lodowatym moczu. No i powiedz mi, kto to ma potem wypompowywać?

Wstał i obtarł się ze śniegu.

- O czym ty mówisz, do diabła!?

- To ty mówisz do diabła. Ale porozmawiamy na ten temat podczas innej egzekucji. - Powiedziałem poprawiając płaszcz.

Zaciął się.

- ...S...Słucham?

- Sam już nie wiem, co z tobą począć. Zobacz, co się dzieje. Co trzeba zrobić, żebym nawet ja nie wiedział, jak cię ukarać?

- Ale...Za co!? Iks, za co!?

- Był sobie człowiek, który miał umówiony transport określonego rodzaju narzędzi do Rosji. Zlecił to jednemu ze swoich ludzi, by ten załatwił zaufanego kierowcę, który dostarczy wariant i pieniądze. Ot, cała historia.

- Cholera, to dlatego się nie kontaktował! Zwiał?

- Włosy w pępku skręciły by mi się ze szczęścia, gdyby po prostu zwiał z towarem.

- To o co chodzi? Co się tam stało?

- Cóż. Sprzedał towar.

Zmarszczył brwi.

- Nie rozumiem.

- Kasa przyszła. Ale nikt nie zamawiał z powrotem pełnej ciężarówki.

- Rosja nie dostała sprzętu?

Podrapałem się po głowie.

- Jakby ci to powiedzieć...Alkoholik ma swoje używki, narkoman ma swoje używki i pedofil też je ma.

Zadrżał.

- Gdy się rozliczyliśmy, chciał odjechać tym samym pojazdem. Jeden z naszych szybko mu to odwidział, a my między czasie otworzyliśmy pakę. Związał i załadował chyba pół rosyjskiego przedszkola. Kacapy to widziały, jeden z nich nasrał już nam o tym przez słuchawkę. A skoro to widziały - klientela padła. Nikt już nic od nas nie kupi. Pedofilia nie jest nigdzie uznawana. Nawet mafie mają swoje granice. To koniec. Dziś się pożegnamy.

Zagwizdałem. Zza muru wyszło moich dwóch pracowników z gnatami w ręku.

- C-co to znaczy? Iks!

- Pakuj dupę w merca. Przejedziemy się. Jest tylko jeden winny w tej bajce.

- Gdzie mnie zabieracie!? - Darł się z zawiązanymi oczami. - Kurwa, gdzie!? Iks! Błagam, Iks!

Poprowadziłem chłopców na ładne, ziemiste pustkowie. Gdzieś w oddali zaczynały się sfery leśne. Nie było tam śniegu. Chłód jednak dalej nosił się i nie dawał o sobie zapomnieć. A im dalej w te pustkę, tym bardziej chłopaki zaczynały się dziwować.

- Szefie…? - Odezwał się Luka. - Szef to sam tak…?

- Co się dzieje? Gdzie jesteśmy!?

- Ja pierdolę. - Wyszło z ust Wall-Mart’a.

- Szef nie żartuje?

- KURWA! GDZIE MNIE ZABIERACIE, SUKINSYNY!?

Nie odzywałem się. Wyszedłem na przód.

- Iks, kurwa, zapierdolę cię jak psa!

- Cicho. - Powiedziałem mu zdejmując opaskę. - Nie przy dzieciach.

A gdy oczy jego ujrzały owy widok, nie potrafił już wyrazić słowami tego, co o mnie myśli. Mógł wyłącznie patrzeć na mnie, a ja czułem na sobie zapach wszystkich obelg świata.

Osiemnaścioro dzieci z przepaskami na oczach wkopanych było w ich przyszłe groby. Kilka godzin wcześniej związałem im ręce drutem i kazałem grzecznie czekać. Posłuchały.

- Zmodyfikowana rosyjska ruletka. - Zacząłem wyciągając rewolwer. - Stajemy przed jednym dzieckiem, zakręcamy bębenem z jednym nabojem. Do skutku, aż ktoś to zakończy.

Facet, który zawalił temat, był bliski płaczu, mimo tego, że niejedno w życiu widział. Pozostali wpatrywali się w milczące dzieci z równie cichym milczeniem.

- Lecimy alfabetem od tyłu. - Powiedziałem. - Weźmy mnie za zwykłego X-a.

Wsadziłem nabój do bębna. Zakręciłem.

- No to wio. - Powiedziałem.

Cel.

Pal.

Trafiłem dziewczynkę w lewe oko. Jej głowa zawisła w dole jak marionetce.

- A więc poszło. Z takim fartem skończymy to w dwie minuty. - Podałem pistolet Wall-Martowi. - Nie żałujcie.

Minęło piętnaście minut. Na polu został ostatni chłopczyk. Płakał i wiercił się.

- Proszę...Proszę, nie… - Jęczał. - Dom...Mama...

- Jak stoimy w tabeli? - Zapytał Luka.

Tabela:

X - 6 trafionych

Wall-Mart - 5 trafionych

Luka - 4 trafionych

Alen - 2 trafionych

- Szef jak zwykle nie chybia.

- Tak zwane szczęście do dzieci. - Mruknąłem sięgając do paczki z nabojami. - Oj.

Spojrzeli na mnie wszyscy. A ja spojrzałem na tabelę.

- Alen. - Zwróciłem się podchodząc do spoconego ze strachu mafioza. - Odjebałeś najmniej, ty się nim zajmiesz.

- Ale...C-co? Co ty mówisz?

- Wiem, że macie naboje, ale...Jeśli nie starczyło nabojów z paczki gry, to najwyraźniej tak miało się to skończyć. To jak?

Wetknęliśmy wzrok w Alena.

- Ja...Kurwa mać, Iks, bydlaku, czego ty ode mnie chcesz!?

- Co wy tu jeszcze robicie? - Rzuciłem do chłopaków. - Gra skończona.

Pokiwali głowami i odeszli.

Alen zaczął szlochać.

- Co ja tu robię...Co ja to rubię, Chryste…

- Dasz radę. Skończ to.

- Nie mogę…

- Takie rzeczy nie mogą zostać niezakończone. Popatrz teraz z perspektywy tego chłopca. Może i nie widział co się stało, ale słuch wystarczy, by do końca życia robił w gacie na myśl o tym, co przeżył w wieku sześciu lat. Nie będzie normalnym człowiekiem. Albo sam się zabije, albo komuś to pokaże. Los osądza go młodo. Nasz też nadejdzie, Alen. I niech Bóg da, żeby to był zwykły strzał w łeb.

- Iks, ja...Nie chcę tego robić...T-ty to zrób...Nie mogę tego zrobić, kurwa mać! Gdzie...Gdzie patrzysz?

- No tam. - Odpowiedziałem trzymając rękę nad czołem. - Kurde, daleko odeszli. Chyba nie chcieli cię dodatkowo stresować.

- Co do…

Huk strzałów przebił oddziały ciszy na wylot.

- Trochę taki bruderschaft, tylko że spluwami. No nic, oni swoje zrobili, teraz czas na nas.

- Iks, proszę, uwolnijmy go.

- Teraz? Po tym wszystkim?

- Chcę do domu. Chcę wyrżnąć się w trupa i nic nie pamiętać z dzisiejszego dnia…

- Ciekawe. Gdzie chcesz go puścić?

- Wolno. Niech biegnie. W świat, lepszy świat...

Pokiwałem głową. Poszedłem za chłopca i zacząłem kombinować z drutem.

- Wiesz. - Mówił dalej. - Nawet nie wiem, czy to nie lepiej, że tak się to skończyło. Już po pierwszym szefie myślałem, że będzie po nas, a ty jeszcze dałeś radę pociągnąć to dalej. Między nami, moje gratulacje.

- Cholera, palcami nie pójdzie...Ta, dzięki!

- Cieszę się, że już po tym. Tylko jakim cudem ten kierowca okazał się takim świrem? Wydawał się taki spokojny, opanowany, w sam raz do takiej roboty! Przywieźć, wróc...IKS, KURWA!

Wstałem z zakrwawionymi rękami.

- CO...CO TY ZROBIŁEŚ!?

- Chciałem przeciąć drut nożem...Chyba mu podciąłem tętnice…

Alen zająknął się i upadł na ziemię. W tle jego jęków oglądałem moment, jak czas małego człowieka bladł i zmieniał się w proch. Nawet przy głośniejszych ryknięciach Alena, ciche jęknięcia chłopca bardziej przebijały się w moją stronę, tak jakby chciały mi pokazać, że to ja jestem ich sprawą. I że jako jedyne wiedzą, że całe to gówno nie zostało niechcący ulepione. To twoja wina. Twoja, skurwysynu. Tak, był tylko jeden winny w tej bajce.

- Tak między nami... - Zacząłem. -...Twój prawdziwy kierowca też tu gdzieś leży, podmieniłem go na śmiecia, któremu umorzyli sprawę. Też chciałem to wszystko zakończyć. Skasować pamięć o tej działalności w najbardziej zdecydowany sposób, utopić temat. Nie mam już siły się tak bawić. Potrzeba mi czegoś spokojniejszego.

- To po co ta szopka...Niewinne dzieci...Po co to wszystko… - Dukał zalany łzami.

- Być może rozwiązanie nieco zbyt brutalne A być może nie. - Powiedziałem bawiąc się rewolwerem. - Chciałbyś wrócić do domu, prawda?

Pokiwał głową.

- Wstań.

Spojrzał na mnie spode łba, zebrał się i podniósł. Pokręciłem mu spluwą przed nosem i złapałem za rękojeść.

- Wpakowałem tu niechcący dwie kule. Dzieciak zginął w męczarniach, ale to już nieważne. Było, minęło, nie? Została jedna. Jeden z nas wróci dziś do domu, ale tylko jeden będzie naprawdę spokojny.

Nie płakał już. Godził się na wszystko.

- I nie żebym coś sugerował, ale...Da się jakoś zedrzeć te obrzydliwe nalepki z mercedesa?

Oceń:
-1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!