W upalną letnią noc

Dodane przez: nieprawicz, 25.09.2018, 19:38
Reklama:

Adrian w zamyśleniu spoglądał na bezchmurne nocne niebo na którym żarzyły się gwiazdy. Z jakiegoś powodu nie mógł nadziwić się ogromowi i przepychowi tejże sceny. Widział mały i duży wóz, konstelację Oriona a także Casiopeję. Znał niektóre z tych gwiazdozbiorów na pamięć

a mimo to zawsze łapał się na tym iż zmieniał ich nazwy na bardziej przyziemne. Stąd też porównywał mały wóz do patelni, Casiopeję do stożka, a trójcy gwiazd ustawionych w niemalże równym szeregu wraz z dwoma innymi ustawionymi biegunowo w stosunku do pierwszych, przypisywał miano deltoidu lub sztyletu.

Student filologii angielskiej zapewne podziwiałby gwiazdy jeszcze dłużej gdyby coś na widnokręgu nie przykuło jego uwagi. Tuż nad horyzontem nie dalej niż na lini drzew zobaczył

jasny punkt emitujący światło. Zbliżał się powoli przesuwając się w prawo.

~"Pewnie samolot"~ pomyślał młodzian przyzwyczajony do widoku metalicznych maszyn o opływowym kształcie. Pamiętał jak nie raz i nie dwa kiedy był małym brzdącem nazywał te światła statkami kosmicznymi. Toteż student filologii zdziwił się kiedy uświadomił sobie że świetlisty obiekt leci już nie zauważalnie na prawo ale na wprost i rośnie w oczach.

Oniemiały z niezdrowego zachwytu Adrian przytknął do oczu lornetkę którą dostał swego czasu od

Ojca. Pierwsze co zobaczył po raptownym wyostrzeniu obrazu przez soczewki była masywna, igliczna konstrukcja opleciona zewsząd spazmatycznie tlącym się ogniem. Adrian upuścił lornetkę a niezidentyfikowany obiekt przeleciał nad jego głową na wysokości nie większej niż 100 metrów.

Świadek, po tym co zobaczył, nie mógł pozbyć się nerwowego odrętwienia. W końcu zebrawszy się na przytomność umysłu wszedł do chaty w której postanowił spędzić swoje "wakacje" i nim zdołał wyjść z niej, z latarką, posłyszał huk. Niestropiony i zaprawiony w wyprawach leśnych wszedł w

gęstą knieję sztucznie zasadzonego lasu. Rzędy liściastych drzew zgodnie ze swoją naturą i umiejscowieniem tworzyły nad młodym odkrywcą rozgałęzione łuki, i sklepienia jakoby ten wszedł

do katedry. Adrian posuwał się z upartością głębiej w gąsz wierzb, jodeł a gdzieniegdzie także i sosn jako że zasadzony tu przed laty las był mieszany.

W końcu po półgodzinnym marszu Student dostrzegł pierwsze połamane wierzchołki drzew. Nie upłynęło dużo czasu jak począł natrafiać na coraz rozmaitsze dowody zderzenia latającego obiektu z ziemią aż wreszcie wyszedł na obszar gdzie wszelkie drzewa położyły się na wznak ustępując korowodowi rozoranej przez siłę uderzenia ziemi a w centrum tego wszystkiego jawił

się igliczny, niezbadany dotąd obiekt.

Adrian przełknął ślinę, słyszał jak jego serce łomocze zaś nogi ma jak z waty. Przyświecając sobie latarką popatrzył na masywny kadłub i nie mogąc oprzeć się pokusie, dotknął metaliczej powłoki Gwiezdnego wehikułu. Powierzchnia była nagrzana, ciepła lecz nie gorąca. Tu i ówdzie

widniały koliste, żarzące się na zielono inskrypcje. Nie trzeba jednak było czekać długo na rozwój dalszych wydarzeń. Z obiektu, którego przestrzeń mogła by pomieścić aż cztery terenowe samochody, wychynęło coś na kształt rampy pokładowej po której to mógł zejść przybysz. Właściciel rozbitego wraku. To tutaj w tym momencie nastąpiła instynktowna reakcja ze strony Adrianna, który jak tylko zobaczył rozłożoną rampę i formujące się wraz z nią owalne wejście,

rzucił się do panicznej ucieczki w kierunku z którego przyszedł. Biegł niemalże bezwiednie jakoby coś mu wcześniej nakazało podjąć taką a nie inną reakcję. Czul żar w płucach i niemalże się krztusił śliną nim dobiegł do chatki w której się zakwaterował.

Długo nie mógł poskładać myśli. Zdawało mu się, że na ułamek sekundy nim rzucił się do ucieczki, widział z wnętrza rozchylającej się śluzy sylwetkę "Przybysza". Nie mogąc się uspokoić podszedł do okna i wypatrywał czy w ścianie lasu coś nie zbliża się w jego kierunku.

Wypatrywał "tego czegoś" z pół godziny nim jego nerwy osłabły. Nie wiedział co się z nim samym dzieje. Adrian czuł mdłości i wymiotował do muszli klozetowej. Dostał na dodatek drgawek po których nastąpiło odrętwienie. Tak to na wpół sparaliżowany mężczyzna wdrapał się na łóżko i

począł pytać siebie:

- Kurwa. Co mam zrobić?

Po jego głowie chodziły myśli jakoby jego obowiązkiem było zadzwonienie na policję ale ci najpewniej uznali by go za wariata albo pijaka. Do znajomych zaś nie miał po co dzwonić bo

ich najzwyczajniej w świecie nie miał. Był na dodatek jedynakiem i introwertykiem toteż jego

skołowaciały ze strachu umysł nie mógł podjąć ani jednej decyzji o próbie skontaktowania się z kimkolwiek. Wszędzie gdzie by się nie udał czekało go wariatkowo, a przynajmniej to podpowiadał mu wrodzony instynkt. Stan ten trwałby z pewnością jeszcze dłużej gdyby nie fakt iż, od zmęczenia, Adriana nawiedził sen. Sen był błogi lecz stopniowo stawał się dalece nieprzyjemny i nieprzewidywalny. Studentowi filologii zdawało się że leci w przestworzach.

Śniący widział a także zdawało mu się że nieraz czuł jak płonie wchodząc w atmosferę jego ojczystej planety, by potem roztrzaskać się pośród knieji ktora ni z tego ni z owego poczęła zmieniać swój kształt aż nie stała się wzburzoną wodą pędzącą spiralnie w głąb, na kształt oka cyklonu. Śniący czuł strach przed ogromem tego co mu się śniło aż nie posłyszał znanego mu dźwięku komórki, która wybudziła go z jego koszmaru.

Oprzytomniały uświadomił sobie że się obudził i że wszystko co dotychczas mu się przydarzyło

z wczoraj zapewne też było snem. Adrian już miał odetchnąć z ulgą gdyby nie fakt iż znalazł na swoich dłoniach, a także w odbiciu łazienkowego lustra, ślady zacięć i zadrapań jakie mogły powstać nie inaczej jak podczas biegu przez gęsto zarośnięty las.

~"To wydarzyło się naprawdę"~ zabrzmiała w głowie Adriana niepokojąca myśl.

~"Nie...to przecież niemożliwe."~ spierał się z myślącym zdrowy rozsądek ~"A może jednak..."

Na tą ideę, świadek feralnej nocy powziął następującą myśl: "Jeżeli wydarzenia wczorajszej nocy są prawdziwe to i teraz zapewne znajdzie na to dowód. Wystarczy iść w gąszcz przed siebie."

Nie ulegało wątpliwości iż niedoszły filolog ma trudności z rozeznaniem się, czy też rozróżnieniem w faktach i fikcji. Wszelkie jednak jego wątpliwości rozwiały się gdy zobaczył

wydeptaną w zaroślach drogę, połamane gałązki krzewów aż w końcu zwichnięte wierzchołki sosn i brzóz. Idąc głębiej w las znów zapuścił się w otchłań zieleni aż w końcu wychynął w miejsce

gdzie rozbił się gwiezdny wehikuł. Lecz podniebnej maszyny już tam nie było. Ostały się tylko zgliszcza drzew i rozorana ziemia.

Adrian miał już zawracać do domu gdy zza chaszczy wyszedł dość wysoki starszy człowiek o niebieskich oczach i siwych włosach.

-Dzień dobry -powiedział staruszek niosąc w lewej ręce koszyk wyładowany grzybami

-Dzień dobry -odparł machinalnie student po czym dodał -Jak długo jest pan w tym lesie?

-A...panocku...od samiutkiego rana. A dlaczego to pana interesuje?

-Bo widzi pan tutaj coś...

-...się rozbiło? -dokończył starzec zaś oczy Adriana rozszerzyły się z wrażenia- Kiedy chodzi się po lesie wiele dziwów może człowiek zauważyć...zapewne jest pan jeszcze...

-Studentem -przerwał mu młodzian kończąc tym samym sentencję.

-Ach tak -odparł starzec nieco zacietrzewiony zupełnie jakby pierwszy raz spotykał się z tym terminem- Cóż, cokolwiek tu się rozbiło już tego nie ma. Za to grzyby rosną jak na drożdżach.

To powiedziawszy starzec wskazał na swój koszyk. Adrian natomiast zareagował nietypowo i wbrew sobie.

-Zakwaterowałem się niedaleko, może odpocznie Pan u mnie i opowie co nieco...

-To miłe młody człowieku ale ja nie mam absolutnie nic do powiedzenia choć gościną nie wzgardzę.

Po prostu chodzę tu od rana...planuję marynować borowiki w occie. Gdyby moja żona jeszcze żyła pewnie by mi w tym pomagała a tak samemu to ciężko...

Tutaj starzec począł wymieniać najważniejsze wydarzenia ze swojego życia. Wspominał o swoim ślubie, dzieciach a także wnukach. Adrian zaś nie chciał słuchać jakiejkolwiek z tych bajek

bardziej interesowało go same pogorzelisko i to czy grzybiarz widział cokolwiek wyjątkowego.

Po głowie chodziły mu rozbiegane myśli. Chciał wiedzieć "kto?" lub "co?" było wewnątrz gwiezdnego wehikułu. Mimowolnie odczuwał lęk przed nieznanym. Ten sam lęk który kazał mu uciekać w panice miast stawić czoła nieodgadnionemu. W końcu zwrócił się do Grzybiarza:

-Przy okazji chciałbym wiedzieć czy widział pan coś niezwykłego...

-Niezwykłe rzeczy widziałem i to nie tylko w tym lesie. -odparł Grzybiarz- Niemal dekadę temu

w upalną letnią noc sam byłem świadkiem rozbicia się latającego spodka.

Adrian skwitował to w myślach z lekkim niedowierzaniem. Przecież obiekt który zauważył tamtej letniej nocy miał kształt nie dysku a iglicy. Co do tego miał absolutną pewność. Stąd też wywnioskował że starzec gada wierutne bzdury. Nagle grzybiarz wybuchnął śmiechem.

-He he...widzę panocku żeś pochmurny. Nie zadręczaj się czy coś tu się wydarzyło czy nie.

O niektórych sprawach lepiej nie wiedzieć.

-Być może. -odparł Adrian- Ale teraz wolałbym zaryzykować, odkrywając to co nieznane nim pozostać z mglistym pytaniem po deskę grobową.

-Znam to uczucie -westchnął starzec- dobrze, opowiem ci co dokładnie stało się wczorajszej nocy choć widział to mój młodszy brat.

Student znieruchomiał, ukradkiem oka dostrzegł że podczas tej całej rozmowy zdążyli zajść już pod jego chatę. Grzybiarz i Adrian usiedli na ławeczce obok kwatery zaś niedoszły filolog wszedł do wnętrza budynku by jak to powiedział: "przynieść coś do picia i zrobić jajecznicę"

Chwilę później obaj ucztowali zachłannie pochłaniając ze swoich talerzy strawę. Koniec uczty zakończyli otworzeniem dwóch butelek piwa aż wreszcie gdy słońce było już w swym zenicie

starzec począł opowiadać.

-Dobrze. Zatem teraz opowiem ci co widział mój brat. Było to wczorajszej letniej nocy. Zobaczył jak coś żarzy się na horyzoncie. Z początku wydawało mu się że to jakiś samolot ale później zerknął przez lornetkę...

-Zabawne -stwierdził Adrian- dokładnie tak samo zrobiłem ja.

-No widzisz... -odparł Starzec, stropiony, zupełnie jakoby przyłapano go na kłamstwie lecz kontynuował -no więc zauważył że coś żarzy się na horyzoncie i nie dalej jakbyś zdołał zmówić zdrowaśkę runęło za ścianę lasu. Brat mnie obudził i opowiedział to mnie zaś ja rano skoro świt poszedłem do lasu by nie tylko nazbierać grzyby ale i przekonać się że żadnego latającego spodka nie ma i wszystko to duby smalone.

-Zatem skąd ta głęboko rozorana ziemia i położone drzewa? -zripostował Adrian

-Nie wiem. -przyznał starzec a jasnoniebiskie oczy mu zabłyszczały- ale to na pewno coś co da się logicznie wytłumaczyć

-Ale ja też widziałem ten statek. Niech mi pan uwierzy.

Starzec przecząco pokręcił głową:

-Widziałeś to co chciałeś zobaczyć.

-Nieprawda -odparł Adrian i uderzył pięścią w stół.

Nagle coś nieoczekiwanego stało się z grzybiarzem. Jego sylwetka zawibrowała jakoby miała nagle się rozsypać. Coś szczęknęło coś zgrzytnęło i sylwetka starca momentalnie rozpadla się a ze zgliszczy rozsypującej się powłoki staruszka wyłoniła się nowa dalece bardziej odrażająca postać. Studenta spowił całun niwysłowionej grozy.

Postać była wysoka, szczupła, posiadała krwiste czerwone ślepia, parę czułek, zieloną skórę i niemalże owadzie, lecz podobne nieco do ludzkich, zęby. Przed Adrianem wyrósł nie kto inny jak właściciel statku który rozbił się tutaj w upalną letnią noc.

[The End]

Źródło: mój mózg
Oceń:
0
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!