Prochy

Dodane przez: mrocznywilk, 14.10.2018, 22:08
Panopticum
Reklama:

Przed wyjściem z mieszkania szybko rzuciłem okiem na swoje odbicie w lustrze. Koszula była trochę pomięta, a na prawej nogawce spodni widniała mała plama, której wcześniej nie zauważyłem. Pomyślałem, żeby wrócić do pokoju i poszukać czegoś innego, ale po spojrzeniu na zegarek dałem sobie spokój. Wiedziałem, że i tak będę na miejscu grubo po rozpoczęciu imprezy, więc kto by wtedy przykładał uwagę do takich szczegółów? Powinienem bardziej obawiać się o to, czy po dotarciu do kumpla będę miał jeszcze czego się napić. Dobrze znając uczestników domówki, wiedziałem, że mogę spodziewać się wszystkiego.

Wyszedłem z bloku i ruszyłem wzdłuż głównej ulicy. Droga była dość prosta, Dominik mieszkał tylko około półtora kilometra dalej. Nałożyłem na uszy słuchawki i puściłem Snoop Dogga, żeby wczuć się w klimat imprezy. Zielsko było gwarantowane, tak samo hera i koka. Jednak najbardziej interesowało mnie to, o czym wspominał ostatnio Kacper. Doszły go słuchy o nowych prochach, dających lepszą fazę niż halucynki czy LSD. A kiedy on słyszał o czymś takim, musiał to w końcu dorwać. Tak było zawsze, odkąd zaczęliśmy razem eksperymentować z różnymi środkami w liceum. Gdy inni bawili się przy użyciu standardowych używek, my odchodziliśmy na bok i testowaliśmy to, co mogło dać nam więcej zabawy.

Z wesołego, prowadzonego w rytm muzyki kroku wybił mnie ujrzany kątem oka błysk kogutów wozów strażackich. Obróciłem się w ich stronę i ujrzałem wściekłe płomienie wychodzące z kilku okien na drugim piętrze szpitala. Zdjąłem słuchawki i w zadumie zacząłem obserwować działania strażaków walczących z dzikim żywiołem, który sprawiał wrażenie, jakby chciał pochłonąć cały budynek. Zastanawiało mnie, co tak właściwie mogło się stać. Szpitale są zazwyczaj przepełnione, więc nawet gdyby doszło do pożaru, to ktoś powinien od razu zareagować i zgasić go w zalążku. Może to wina starej instalacji elektrycznej? W każdym razie miałem nadzieję, że zdążyli wszystkich ewakuować. Zaspokoiwszy odrobinę ciekawość, ruszyłem dalej.

Po kilku minutach byłem pod klatką Dominika. Wklepałem na domofonie już dawno zapamiętany kod i wbiegłem na czwarte piętro. Otworzyła mi Gosia, dziewczyna organizatora imprezy. Od razu było widać, że już zaczynała odpływać. Uścisnęła mnie, podała do ręki butelkę wódki, kazała nadrobić zaległości, po czym zniknęła w tym zdeprawowanym tłumie. Odstawiłem flaszkę na stojącą przy wejściu komodę i zacząłem szukać Kacpra. Nie chciałem otumaniać się alkoholem, liczyłem na to, że kolega dorwał te nowe prochy i będziemy mogli je przetestować gdzieś na uboczu. Większość ludzi była skupiona w dużym salonie, na środku którego stał zawsze oblegany stół bilardowy. Nie pamiętam dnia, kiedy jego sukno nie byłoby ubrudzone białym proszkiem. Kawałek dalej stała grupa bujająca się przy muzyce puszczonej ze specjalnie przygotowanego systemu audio.

Zanim udało mi się dojrzeć przyjaciela, przed moją twarzą jak zwykle wyrósł niby znikąd Kamil, wychudzony chłopak z sięgającymi ramion, związanymi dredami. Gość był lekko stuknięty, ale wszyscy starali się go traktować miło. Miał najlepsze dojścia do standardowych towarów w dużych ilościach i przystępnej cenie, czym zaskarbiał sobie wdzięczność całej ekipy. Świadomie czy nie, wykorzystywał to do dzielenia się swoimi teoriami spiskowymi i innymi wariactwami, inaczej nikt raczej nie poświęciłby mu nawet chwili.

– Kogo ja tu widzę?! – zawołał z szerokim uśmiechem. W jego oczach dostrzegłem rosnące podniecenie, co zwiastowało nowe wieści ze świata wariatów. – Mój ulubiony kompan do rozmów! – powiedział, ściskając moją dłoń.

– Tak, we własnej osobie – opowiedziałem, ukrywając irytację tym, że akurat teraz musiał mi przeszkadzać. Ba, jakby to w jakiejkolwiek innej chwili nie było irytujące. Mogłem jednak wziąć parę łyków z tamtej butelki, jego pieprzenie byłoby trochę bardziej znośne.

– Ha, nie uwierzysz, co znalazłem! – krzyknął podekscytowany. Wyciągnął komórkę z kieszeni i zaczął przeglądać galerię. Po chwili podsunął mi ekran pod samą twarz. Zobaczyłem zdjęcie mężczyzny przywiązanego do łóżka szpitalnego skórzanymi pasami. Całe jego ciało pokrywały głębokie rany, lecz najgorzej wyglądała twarz. Usta były całkiem rozerwane i odsłaniały zakrwawione, ostre zęby, a oczy pokrywała szara błona. Wszystkie mięśnie naprężały się, jakby mężczyzna chciał rozerwać wiążące go pasy i rozszarpać stojących obok niego lekarzy. Nie robiło to na mnie większego wrażenia, pokazywał mi już o wiele gorsze rzeczy, ściągnięte pewnie z jakiegoś gównianego forum spiskowców.

– I skąd to zdjęcie?

– To jest właśnie najlepsze! Dostałem je od lekarza z naszego miasta, z Wileńskiej. Podobno jakiś nowy wirus. Czaisz?! Coś takiego tuż pod nosem!

W tej chwili poczułem się lekko zaniepokojony. To właśnie na Wileńskiej był pożar. „A co jeśli tym razem w końcu trafił na coś prawdziwego?”, przemknęło mi przez myśl, ale po chwili się otrząsnąłem. Musiał dowiedzieć się o pożarze wcześniej i wymyślić do tego swoją własną historię.

– Hmm… To interesujące – mruknąłem, udając zaciekawionego – ale porozmawiamy o tym później, okej? Widziałeś może Kacpra? Mam do niego bardzo pilną sprawę.

– Tak, dopiero co poszedł do kuchni. To leć, załatw co musisz i wracaj. Będę przy barku.

– Jasne – odpowiedziałem i podniosłem kciuk w górę, chociaż nie miałem zamiaru się do niego nawet zbliżać. Wiedziałem, że i tak zacznie zawracać dupę komuś innemu zanim znowu mnie zobaczy.

Zwróciłem się w stronę kuchni, gdzie zauważyłem przyjaciela szykującego dwie szklanki niebieskiego napoju z kostkami lodu i kawałkami cytryny. Podszedłem bliżej i przywitałem się z nim. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Wiedziałem, a to skurwysyn, dorwał to!

– Gin z tonikiem? – zapytałem, wąchając niebieski płyn w jednej ze szklanek.

– Najlepsze połączenie do tego chorego szajsu – stwierdził i wyciągnął na chwilę z kieszeni koszuli saszetkę z dwiema granatowymi tabletkami. – Ma się to wyczucie czasu. Bierz szkło i odejdziemy gdzieś na bok, żeby nikt inny nie widział. Nawet dwie było ciężko załatwić, więc lepiej sobie oszczędzić pierdolenia.

Wyszliśmy na balkon, gdzie chwilowo nikogo nie było. Zgaszone światło ułatwiało sprawę, ze środka nie było nic widać. Kacper podał mi jedną tabletkę i stuknęliśmy się szkłem. Łyknęliśmy.

Wróciliśmy do pokoju, gdzie zaczęliśmy gadać z innymi znajomymi. Czas mijał, piliśmy kolejne drinki, a jedyne, co czułem, to stopniowo rosnące upojenie. Co raz spoglądałem na Kacpra, który tylko wzruszał ramionami. Nie miałem mu za złe tego, że nic się nie działo, to przecież nie jego wina, ktoś po prostu wcisnął mu jakiś bubel.

Zacząłem tańczyć z jedną ze znajomych, gdy nagle poczułem działanie tabletki. Jednak nie było to nic dobrego. Miałem wrażenie, jakby coś ożyło w moich jelitach i zaczęło się wić we wszystkie strony. Bez słowa pomknąłem w stronę toalety, modląc się w myślach, by była wolna. Wpadłem do środka i jeszcze szybciej zamknąłem drzwi. Widocznie ktoś postanowił sobie zażartować z Kacpra i zamiast ekstra fazy szykowało się bardzo mocne przeczyszczenie. W tym momencie nie myślałem nawet o tym, co zrobi kolega, jeśli dopadnie go to samo. Czułem, jakby coś rozrywało mnie od środka. Siedząc w toalecie, nawet nie zorientowałem się, kiedy odpłynąłem i usnąłem.

Obudziło mnie natarczywe walenie w drzwi. Przez pierwsze sekundy nie byłem w stanie pojąć, gdzie jestem. Gdy w końcu się ogarnąłem, zawołałem w stronę wejścia:

– Chwila, zaraz wychodzę!

Stanąwszy już przed umywalką, spojrzałem w lustro. Byłem blady jak trup. I tak samo również się czułem. Przemywając twarz, rzuciłem okiem na zegarek. „Co?! Musiały minąć już ze dwie godziny!”, pomyślałem. Nic dziwnego, że osoba za drzwiami tak zaciekle w nie tłukła. Miałem coraz większą ochotę zrobić krzywdę gościowi, który wcisnął Kacprowi te prochy.

Otworzyłem drzwi toalety, jednak po chwili zatrzasnąłem je w popłochu. Odsunąłem się od nich, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłem. Po paru sekundach mogłem stwierdzić, że wzrok mnie nie oszukiwał. Do odgłosów uderzeń dołączyło wściekłe warczenie. Tuż za drzwiami stał Dominik, a raczej to, czym się stał. Teraz wyglądem przypominał mężczyznę ze zdjęcia, które pokazał mi Kamil. Skóra odstawała płatami od reszty ciała, a on niczego sobie z tego nie robił. Jego przepełnione gniewem oczy pokrywała szara błona.

Próbowałem złapać oddech i jednocześnie zrozumieć, co się tutaj wydarzyło.

– Kurwa mać – jęknąłem – kurwa jebana mać!

Wszystko wskazywało na to, że tym razem wariat się nie mylił. Zacząłem się nerwowo śmiać, widząc idiotyzm tej całej sytuacji. Przed apokalipsą uratowały mnie jakieś trefne proszki i spanie w kiblu! A ja myślałem, że gorzej już być nie może. Naćpani i pijani znajomi pewnie nawet niczego się nie spodziewali.

Raptem usłyszałem dźwięk przekręcającego się zamka. Dopadłem go w ostatniej chwili, widząc szarpaną klamkę. Miałem wrażenie, jakby serce miało mi zaraz wyrwać się z klatki piersiowej. Nie musiałem nawet przykładać ucha do drzwi, żeby usłyszeć wrzaski kilkunastu zarażonych. Nie miałem czasu na ułożenie jakiegokolwiek planu. Czułem, że drzwi zaraz ulegną i nie będę miał już żadnej szansy na przeżycie. Musiałem uciec!

Zaparłem się o podłogę i z impetem otworzyłem drzwi, odpychając od nich zarażonych. Parę metrów dalej zobaczyłem martwego Kacpra, którego ciało rozdzierał pazurami jeden z nich. Byli wszędzie wokół. Pogryzieni, obdarci ze skóry, zostawiający wszędzie krwawe ślady. Czułem jak miękną nogi mi, ale musiałem się spiąć i chociaż spróbować. Było ich zbyt wielu przy wejściu, by biec w tamtą stronę. Jedynie droga do balkonu dawała jakąkolwiek szansę. Rzuciłem się w tamtą stronę, ledwo umykając przed pazurami bestii. Chwyciłem stojącą na stoliku butelkę i zacząłem okładać wszystkich stojących na mojej drodze. Prawie już byłem u celu, gdy pojawił się jeszcze jeden zarażony, zastawiający mi drogę. Nie mając innego wyjścia, uderzyłem go z całej siły barkiem i wypchnąłem za balustradę. Nie spojrzałem nawet na wrzeszczącego, spadającego potwora. Cała grupa była tuż za mną. Przeszedłem przez metalową barierkę i złapałem ją u samej podstawy, chcąc zeskoczyć na balkon piętro niżej. Nie zdążyłem nawet się rozbujać, puściłem od razu, gdy poczułem dotyk zarażonych.

Spadałem, rozpaczliwie próbując złapać kolejną balustradę, ale moje dłonie przemknęły tuż obok niej. Zamknąłem łzawiące oczy i po chwili poczułem silne uderzenie o trawnik przed blokiem. Nie byłem w stanie nawet się ruszyć, czując ból paraliżujący wszystkie kończyny. Niedaleko ode mnie leżało martwe, przemienione ciało jednego z kolegów. Dopiero wtedy zacząłem łkać, myśląc o tym, co spotkało moich przyjaciół.

Liczyłem na powolną śmierć, nieruszony przez zarażonych, ale parę minut później usłyszałem dźwięki kroków i wrzasków. Całkowicie zrezygnowany, zamknąłem oczy, nie chcąc widzieć tego, co mnie czeka. Jednakże zamiast ciosu poczułem, jak zostałem położony na czymś sztywnym i podniesiony. Podniosłem powieki i ujrzałem przed sobą jednego zarażonego ubranego w strój ratownika medycznego.

– Zostawcie mnie, skurwysyny! – zacząłem wrzeszczeć przepełniony bólem i przerażeniem. – Dajcie mi sczeznąć! Gdzie mnie niesiecie?!

Pozostał mi tylko krzyk, ale i w końcu nawet na niego zabrakło mi sił. Przed oczami zacząłem widzieć migające, czarne plamy. Zostałem wniesiony do karetki, która zaraz ruszyła na sygnale. Mijały kolejne minuty, a oblicze zarażonych stawało się coraz bardziej ludzkie. W końcu zamiast wrzasków udało mi się zrozumieć, jak jeden z nich mówi do telefonu:

– …po zastosowaniu nieznanych środków chemicznych. Jeden zmarł na miejscu, drugi wpadł w szał, wypchnął jednego mężczyznę przez balustradę i sam spadł z czwartego piętra…

Dopiero gdy ogarnęła mnie całkowita ciemność, zrozumiałem, co tak naprawdę się wydarzyło.

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Panopticum
Źródło: Cząstka mojej wyobraźnI
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!