Kapryśny tom

Dodane przez: białadama, 19.02.2013, 03:40
Reklama:

Mówią, że jeśli staniesz przed lustrem ze świecą w ręku i obrócisz się trzynaście razy wokół własnej osi, powtarzając z każdym obrotem imię „Krwawa Mary”, rzeczona angielska królowa pojawi się i zedrze ci twarz. Niestety nie ma żadnej gwarancji, że tak właśnie się stanie, za to z całą pewnością można założyć, że zawodnik kręcący się jak głupek w łazience i mruczący coś pod nosem, kopcąc na sufit gromnicą, wyjdzie na ciężkiego idiotę, wariata albo masona.

Jest też zwyczaj, który każe głaskać grzbiet starych i szacownych książek przed ich zamknięciem. Chodzi o to, by książka nie doznała przykrości z powodu nagłego odstawienia w kąt, nie poczuła się tym urażona i – w konsekwencji – nie zagryzła nietaktownego czytelnika na śmierć. Ktoś mógłby powiedzieć: „No tak, ale książki nie mają zębów”. Teraz nie, ale był czas, gdy zamykano je na kłódki, zwłaszcza te święte – lub przeklęte. Odpowiednio solidny zamek mógłby całkiem porządnie pogruchotać delikatne kosteczki śródręcza nietaktownego mola książkowego.

Wszystko to wiedział Bartek, kiedy piasek pod jego powiekami zaczynał już tworzyć wydmy, a głębokie i z serca płynące ziewnięcia niosły się po pokoju. Spojrzał jeszcze na ostatnie słowo na pergaminowej stronicy – Iomaion – i zamknął księgę. Ciało zadziałało jednak we własnym interesie szybciej od mózgu i palec wskazujący Bartka wśliznął się między karty, tak by nie dopuścić do faktycznego zamknięcia kodeksu.

Chłopak zamrugał, przetarł drugą dłonią twarz, po czym poskrobał księgę po grzbiecie. Okładki były bardzo przyjemne w dotyku, podobno oprawione w welin: najdelikatniejszą skórę cielaka, czasem nawet jeszcze nienarodzonego. Dość powiedzieć, że smyranie książki było całkiem miłym doznaniem i Bartek miał nadzieję, że tomiszczu jest tak samo miło, jak jemu.

Dopełniwszy tej pieszczoty, zamknął kodeks – żelazny zamek szczęknął delikatnie, składając razem okładki księgi niczym ramiona matki układające do snu niesforne bliźnięta – i odsunął go na krawędź biurka. Ziewnął jeszcze raz i zbliżył twarz do świecy. Nigdy dotąd nie oddawał się lekturze przy otwartym płomieniu – to staroświeckie, niewygodne, oczy się psują i łatwo o pożar – ale Adam powiedział mu, że to specjalna księga i należy jej się odpowiednie traktowanie. Bartek zgodził się z przyjacielem, że średniowieczny kodeks, sporządzony na pergaminie minuskułą przejściową i oprawiony w prawdziwą skórę cielaka, z tak cudownie wykonanymi rycinami, w rzeczy samej wart jest kilku wieczorów spędzonych przy chwiejnym świetle świecy.

Chłopak dmuchnął i zapadła ciemność.

Leżąc, rozmyślał nad ekscytującym przedmiotem, spoczywającym na biurku. Pal licho pergamin i oprawę – Bartek skręcał się z ciekawości na myśl o historiach zaklętych w starannie wykaligrafowanych literach. Radził sobie z łaciną, a rano sprawdzi w słowniku grecko-polskim to nieszczęsne Iomaion, jednak czytanie szło mu wolno, język nie nadążał za wzrokiem, a tym bardziej za umysłem podekscytowanym niezwykłą treścią księgi.

Sześć kolumn z pradawnego miasta, na których starożytni słudzy dawnych bogów zapisali prawdziwą historię świata sprzed potopu i sprzed narodzin Księżyca. Sześć rozdziałów opisujących nieznane człowiekowi eony, z których każdy rozpoczynał się poematem, którego pierwsza litera była zarazem symbolicznym znakiem zapomnianych wieków, wyklętych cudów i szalonych tajemnic dawno wymarłych istot.

Heksagrammaton – Księga Sześciu Znaków. Najzajebistszy kawałek średniowiecznego zabobonu, na jaki Bartek miał szczęście trafić.

Chłopak wypłynął na spokojne wody rzeki półsnu, marząc o innych fantastycznych historiach, jakie przyjdzie mu jutro odczytać. Kodeks był nieprzebranym źródłem materiału dla cierpiącego na brak weny twórczej rysownika komiksów. Wszystkie te fantastyczne pomysły, stwory i zaklęcia, o których napisał jakiś szalony mnich w zimnej, klasztornej celi na dnie otchłani mrocznych wieków, mogły być dla Bartka przepustką do sławy, bogactwa i niezliczonych rzesz fanów z całego świata. Ta myśl sprawiła, że nieprzytomny uśmiech zagościł na twarzy zasypiającego chłopaka.

Przez grubiejącą z każdą chwilą kotarę snu usłyszał ciche metaliczne brzęknięcie i odgłos delikatnego szurania. Uznając, że zasypiający mózg płata mu figle, Bartek odetchnął głęboko i zapuścił się nieco dalej w głąb gościnnej krainy Morfeusza. Ciche szuranie zamieniło się w miarowe stuknięcia, całkiem przyjemne – jak tykanie efemerycznego zegara albo odgłos kroków ćmy, tańczącej na swych filigranowych nóżkach po parzącej powierzchni żarówki.

Gdy otworzył jedno oko, rzeczywiście zobaczył nad sobą jakiś przedmiot na długich, cienkich, pajęczych nóżkach. Przedmiot miał jedno ogromne oko, świdrujące chłopaka z środka przedniej okładki.

– Ale odjazd – mruknął Bartek, zadowolony z tego, jak niezwykłe obrazy jest w stanie sobie wyobrazić w półśnie. – Ale czemu na mnie stoisz? Przecież cię pogłaskałem.

Żelazne szczęki zamka zamknęły się na jego twarzy, miażdżąc mu nos, rozrywając policzki i kalecząc wargi, a potem okładki księgi rozwarły się i zatrzasnęły ponownie, z furią atakując oczy. Bartkowi przemknęło przez głowę, że może ten zamek przy okładkach rzeczywiście nie służył tylko do ochrony pergaminu przed brudnymi palcami niepowołanych ludzi, ale w tym przypadku stanowił też – a może przede wszystkim – kaganiec dla kapryśnego tomu, któremu nie wystarczało głaskanie po grzbiecie.

„Powinienem był zamknąć na kluczyk”, pomyślał i umarł.

Bruno

Źródło: podziemieopowiadan.pl
Oceń:
8
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!