Historia

Miska soi

hannibal 1 9 miesięcy temu 5 863 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Droga Pani Fujimoto,

Jeśli czyta Pani te słowa oznacza to, że nie ma mnie już na tym świecie. W moim testamencie przykazałem oddanie Pani tego zeszytu niezwłocznie po mojej śmierci. Są takie sprawy, które ciągną się za człowiekiem całe życie. Siedzą w głowie, a nawet kiedy na chwilę zasną, wiesz że zbudzą się, kiedy to ty będziesz chciał spać. Setki, jak nie tysiące razy chciałem to komuś powiedzieć. Pani, lekarzowi, pielęgniarce, czy choćby nieznajomemu, którego spotykałem przez czterdzieści osiem lat chodzenia do tej samej pracy, a który teraz mieszka w pokoju obok. Bałem się jednak. Sam nie wiem czego. W końcu mam teraz osiemdziesiąt dwa lata, a w tym wieku pewne rzeczy i słowa uchodzą na sucho. Nawet gdyby była to największa bzdura opowiadana z takim przejęciem, że sam gotów byłbyś w nią uwierzyć. W najgorszym wypadku powiedzieliby, że staremu pieprzy się w głowie i dostałbym do kolacji jedną tabletkę więcej.

Mój dziadek kupił tą ziemię w 1894 roku, trzy lata przed narodzinami mojego ojca. Ja oddałem ją wam równo sto lat później w 1994. Dziadek wybudował tu mój rodzinny dom, który spłonął dwa razy. Pierwszy raz 15 grudnia 1914. Tego samego dnia na Kiusiu w eksplozji gazu zginęło prawie 700 ludzi. Drugi w 1935, kiedy spadł na niego samolot Cesarskiej Armii Japońskiej. Zginął wtedy mój ojciec i babka. Postawiłem później nowy dom, który zburzyłem w 1985 roku, a na jego miejscu wybudowałem ośrodek, w którym starzy ludzie tacy jak ja będą mogli doczekać w spokoju końca swoich dni.

Zawsze czułem przez skórę, że to miejsce przyciąga nieszczęścia. Tej nocy 1935 roku zapłakany Ojciec obudził mnie i powiedział: “Zapomniałem wystawić przed dom miskę soi”. Potem wyznał całą prawdę oraz jak tej Prawdzie zapobiegać. Starałem się to robić, lecz teraz wiem, że robiłem źle. Kiedy chcesz nadmuchać ogromny balon musisz robić to uważnie, bo kiedy się na chwilę zapomnisz balon wybuchnie. Lepiej byłoby, gdyby zła energia powoli wylewała się z tego miejsca czyniąc mniejsze zło, niż gdyby nagle wybuchła z wielką siłą i zniszczyła nasze życie. Teraz jest już za późno. Powtórzyłem błąd mojego ojca i dziadka. Te katastrofy, które nas dotknęły były skutkiem starczego otępienia, sklerozy i wątpliwości moich przodków. Ja pamiętam i będę pamiętał do śmierci o nasionach soi.

Tu, gdzie teraz stoi nasz Dom Spokojnej Starości był niegdyś wspaniały klasztor. Brama wejściowa była olbrzymia, dwupiętrowa. Poszczególne kondygnacje oddzielone były dachami z uniesionymi ku górze narożnikami. Było tam sześć pawilonów, gdzie mnisi buddyjscy ze szkoły tendai kontemplowali wskazania bodhisattwy. Pawilon Nauki, Pawilon Inicjacji, Pawilon Wschodu, Pawilon Amidy, Pawilon Święceń i Pawilon Centralny. Na placu, przed dzwonnicą stał potężny posąg Buddy. Mnisi tendai byli wojownikami, Sōhei. Walczyli z innymi szkołami o wpływy i w obronie swoich świątyń.

Całe swoje życie poświęciłem na badaniu dlaczego dzieje się to, co ma tu miejsce. Przeczytałem setki książek, rozmawiałem z mnichami w Japonii, Indiach i Tybecie. Musi to mieć związek z krwawą historią tej ziemi.

Pierwsza tragedia, która stała się miała miejsce w 969 roku, kiedy najwyższym kapłanem tendai był Ryōgen, a cesarzem Japonii Reizei. Wybuchł wtedy potężny pożar, który spalił wszystkie pawilony i świątynie. Pośród zgliszczy zwęglonego drewna sterczał jak maszt na okręcie posąg Buddy. Myślę, że to wtedy narodził się potwór. W czerwonym kimonie i z rogiem na czole wyskoczył z pękniętej od żaru głowy Buddy. Bo Budda był w środku pusty. Kamień z którego go wykuto nie był Dobrym Kamieniem. Za panowania cesarzy Kazan i Ichijō przez ponad czterdzieści lat odbudowywano ten klasztor, lecz już w 1045 roku bandy bezpańskich samurajów, zbiegłych chłopów i piratów Wakō napadły i wymordowały ponad tysiąc mnichów i świeckich pracowników. Cesarz ścigał ich i rozgromił w bitwie pod Naniwą, czyli dzisiejszą Osaką. Dopiero po trzystu latach, w 1366 roku udało się po raz drugi odbudować świątynie i klasztor. Później nasi mnisi spalili klasztory szkół Nichiren i Kōfuku-ji. W 1570 roku Nobunaga Oda doszczętnie spalił klasztor i wybił wszystkich jego mieszkańców. Nigdy go już nie odbudowano. Myślę, że i mnisi musieli zapomnieć o nasionach soi. Oni jednak pamiętali o nich przez kilka stuleci, więc kiedy zapomnieli musiała nastąpić prawdziwa erupcja. Niestety po 1570 roku pamiętać nie było już komu…

Przypuszczam, że wszystko musiało wróć 28 lipca 1914, w dniu kiedy wybuchła I Wojna Światowa. Mój dziadek musiał podjąć wtedy decyzję dzięki której mógł żyć mój ojciec i dzięki której ja mogę to pisać. Decyzję, którą ja miałem podjąć pięćdziesiąt lat później i za którą będę smażył się w piekle, w którego istnienie w ostatnich dniach, w których czuję się coraz gorzej wierzę tak mocno jak nigdy.

Siedzieliśmy na kanapie w salonie naszego domu i oglądaliśmy w telewizji wiadomości. Tego dnia w gdzieś w Ameryce Południowej w zamieszkach zginęło chyba z 300 ludzi. Pamiętam jakby to było dzisiaj. Zapomniałem o kawie w stojącej na stole i ta zdążyła już wystygnąć. Wewnątrz kubka zastygła po niej czarna obwódka. Wziąłem go do ręki i napiłem się. Pływały w niej ohydne, nierozpuszczone grudki kawy rozpuszczalnej, które nieprzyjemnie rozmazywały mi się na języku. Napiłem się więcej, żeby wypłukać z nich usta. Poczułem jak ta, właściwie to zimna, zabrudzona woda rozeszła mi się po wnętrznościach. Yuriko, moja żona zasnęła. Też nie wypiła swojej kawy, ale z kubka unosiła się jeszcze para. Jej kawa nie wystygła.

“Zły Człowiek! Zły Człowiek!” - Zawołał ze swojego pokoju mój ukochany synek, Akihiko.

Panika. Odstawiłem kawę. Trochę przelało się przez krawędź na blat. Leżące na stole rachunki musiały się lekko zmoczyć. Pobiegłem do jego pokoju. Gdy byłem w korytarzu drzwi od szafy uchyliły się ze skrzypnięciem. Tak samo jak dawniej. Szybko otworzyłem je na oścież.

Stara szafa. Kiedy byłem dzieckiem w moim pokoju stała taka sama. Co noc, zanim wszystko rozpłynęło mi się przed oczami obserwowałem ją. Nie raz wydawało mi się, że drzwi się uchylają, a zza nich wychodzi długie, suche odnóże. Zagnieździła się w niej ogromna tarantula z wyłupiastymi oczami, prawdziwy potwór, jakiego kiedyś zobaczyłem w książce o australijskiej florze i faunie. Była zbyt wielka i zbyt głodna, aby jeść muchy i robaki. Miała ochotę na dziecko. Myślałem, że kiedyś o niej zapomnę i gdy się obudzę będzie siedziała mi na piersi. Oplecie mnie pajęczą siecią i zaciągnie do szafy, gdzie będzie powoli wysysać ze mnie życie. Któregoś dnia zebrałem się na odwagę. Mama była w pokoju obok. Jeżeli nie sparaliżuje mnie strach i dam radę krzyknąć uratuje mnie. Przekręciłem kluczyk, drzwi szafy otworzyły się lekko, niemal zapraszająco. W środku była wysoka, dużo wyższa ode mnie wtedy góra ubrań. Te na dole poskładane były elegancko, lecz im wyżej tym bardziej niedbale. Ostatnie zostały po prostu zwinięte w kłębek i wrzucone na samą górę. Zamknąłem szafę. Od tej pory nie bałem się pająka. Nie pamiętam dnia, kiedy szafa zniknęła z mojego pokoju, ani co się z nią stało.

Akihiko siedział skulony pod wieszakami z marynarkami i koszulami. Zasłaniał twarz dłońmi i niepewnie zaglądał przez palce. Drzwi do jego pokoju były zamknięte. Zamglona i groteskowa trupia czaszka z piszczelami zdawała się pulsować na szybie. Chwilami przybierała kształt ludzkiej głowy z szeroko otwartymi oczami i ustami wypchanymi pękami słomy, a jedno ze ździebeł wystawało ze szkła materializując się jako jak najbardziej realne. Przez matową szybę widać było upiornie rozbiegane cienie. Skakały po pokoju jak płomienie z ogniska. Kucnąłem przed Akihiko i otarłem łzy z jego twarzy. Zapytałem:

“Kto jest w twoim pokoju?”

“Potwór z trzema oczami.”

Spojrzałem na drzwi. Klamka skakała na wszystkie strony. Keneō nie potrafił ich otworzyć. Pokój Akihiko już był zły. Reszta domu była jeszcze dobra.

“Tatusiu, on mówi, że cię nie lubi” - powiedział Akihiko.

“To nic, nie przejmuj się” - odpowiedziałem.

“Chce zjeść moje serce.”

“Zostań tutaj i bądź cicho.”

Zrobił jak mu kazałem. Podszedłem do drzwi i nacisnąłem klamkę. Keneō był tam dalej. Chciał wyjść, stał na parapecie. Ogromne pazury wyżłobiły w nim głębokie szramy. Odwrócił się do mnie i warknął. Dziki, prymitywny odgłos pochodzący z paszczy ludojada. Miał nabrzmiałe dziąsła i czerwone oczy wściekłego psa. Z ust spływała mu spieniona, krwawa ślina, a z czoła pot. Był ubrany w czerwone kimono z bardzo długimi, bufiastymi rękawami. Jego strój był poszarpany, z dziur wystawały kępy skręconych włosów. Kimono było przewiązane szerokim i zwisającym do ziemi pasem z aksamitnej tkaniny. Przez chwilę wydawało mi się że od pasa w dół jest nagi. Na nogach miał spodnie z ludzkiej skóry. Spodnie czarowników zdarte z ciała trupa. Zeskoczył twardo z parapetu na podłogę. Zdawało się wtedy, że cały dom zatrząsł się w posadach. Wypiął włochatą pierś i wycharczał wystawiając rozdwojony, wężowy język:

“Chodź! Chodź!”

“Wynoś się stąd diable!”

“Oddaj mi go! Chce jeść! Gryźć! Kąsać! Szarpać! Mielić kości!”

“Odejdź diable, szczęście przyjdź!”

Na twarzy potwora pojawił się grymas nienawiści i niepewności, a może nawet przestrachu. To były słowa jakie przekazał mi ojciec. Zaklęcie stworzone przez samą dobrą boginię Amaterasu. Cofnął się o krok. Wydawało się, jakby z gardła spadł mi olbrzymi ciężar. Tryumf. Otworzył ciągnące się niemal od ucha do ucha usta i zaryczał. Przez chwilę myślałem, że jego paszcza wywinie się na drugą stronę i stanie przede mną jeszcze potworniejszy stwór. Demon, którego zewnętrzne ciało wejdzie do środka, a obrzydliwe wnętrzności oblepione śluzem zaawansowanego rozkładu jego ofiar wyjdą na zewnątrz. Czarne podniebienie i olbrzymie zęby, z których cztery kły wychodziły na zewnątrz przepastnej paszczy drgały. Spoczywały w niej jeszcze szczątki wielu zgładzonych w ciągu tysiącleci istot.

“Idź precz!”- krzyknąłem.

Wtedy bestią wstrząsnęły drgawki i zaczęła się kurczyć. Opadły mu rogi i łuski. Przede mną stanął mężczyzna. Miał na sobie przepiękną samurajską zbroję, lecz spomiędzy szpar prześwitywało podarte kimono. Twarz miał potworną, lecz poznałem że była to tylko maska. Miała doczepione długie, skołtunione ludzkie włosy. Wyprostował się i nie patrząc mi w twarz powiedział:

“Jestem diabłem. Jeśli bym chciał pożarłbym całe to miasto.”

Głos miał podobny do chińskich gongów. Pełne kłów usta maski poruszały się kiedy mówił. Gdyby nie to, że chodziło o życie tysięcy ludzi pewnie umarłbym ze strachu. Nie wiem skąd znalazłem w sobie tyle odwagi, że zapytałem:

“Czemu więc tego nie zrobisz?”

“Bo dzisiaj najadłem się ludzkimi duszami.”

Wtedy z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że tego wieczora pierwszy raz od śmierci ojca zapomniałem. Zapomniałem o soi. Demon mówił dalej:

“Przyszedłem po twojego syna, porwać go do piekła, żeby nam służył.”

“Nie oddam ci Akihiko.”

“To zabiję i jego, i ciebie, i twoją żonę, a na Azję spuszczę tsunami, jakiego nie widział świat.”

Uniosłem głowę i poprosiłem o pomoc wszystkich bogów świata.

“Tam już dawno nikogo nie ma”- powiedział Diabeł.

“A czy kiedykolwiek byli?”

“Skoro jestem ja, musieli być i oni”- odparł.- “Zastanów się dobrze. Jeden za setki tysięcy.”

Teraz jego głos zabrzmiał przyjemnie, melodyjnie. Nie wiem co się wtedy stało. Tak jakbym na chwilę stracił panowanie nad własnymi ustami. Odwróciłem twarz do drzwi i krzyknąłem:

“Akihiko! Chodź do taty!”

Kiedy drzwi się otworzyły Keneō w mgnieniu oka wrócił znów do swojej prawdziwej postaci. Jak lew rzucił się na Akihiko i pochłonął go w całości. Jego kontury zaczęły się zamazywać i bestia zniknęła mi na oczach. Gdy wyszedłem z pokoju moja żona dalej spała. Kiedy się obudziła i zobaczyła mnie dalej płaczącego i trzęsącego się z rozpaczy zapytała co się stało. Powiedziałem jej, że Akihiko został porwany przez włamywacza. Policja długo szukała, ale nic nie znalazła. Jak mogłaby znaleźć. Nigdy nie wyznałem Yuriko prawdy. Zmarła w 1989 roku.

Proszę, żeby co noc wystawiała pani na parapet miskę soi, bo tylko ona ma smak przypominający ludzką duszę. Tak powiedział mi mój ojciec, który wiedział to od dziadka, ale nie mam pojęcia skąd on to wiedział. Przypuszczam, że swego czasu też odwiedził wiele buddyjskich świątyń i chramów shintō.

Nasiona będą znikać, a Pani może się łudzić, że wyjadają je ptaki czy myszy. Nigdy jednak nie będzie miała pewności, bo Oni mogą mieć różne postacie.

23 grudnia 2004 roku,

Takeo Yokota

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Bardzo fajne.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje