Historia

Agnozja

jellycat 2 2 miesiące temu 1 536 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Na początku myślałem, że Alicja ode mnie uciekła. W końcu co 23-latka miała robić na dłuższą metę ze starszym o 14 lat facetem, prawda? Dbałem o siebie, uprawiałem sport i nie wyglądałem na kogoś, kto zbliża się do czterdziestki, ale myślę, że to i tak nie wiek nas poróżnił. Znaliśmy się ponad 3 lata, parą byliśmy od niecałego roku. A Alicja bardzo pragnęła mieć dziecko. Ja czułem, że nigdy nie będę nadawał się na ojca.

Poznaliśmy się na uczelni. Ona była pierwszoroczną studentką, ja doktorem prowadzącym zajęcia laboratoryjne z fizyki doświadczalnej. Zawsze miałem dobry kontakt z młodymi kobietami – jak już wspomniałem, nikt nie dawał mi więcej niż 30 lat, w dodatku byłem typem nauczyciela, który dość luźno podchodził do relacji z podopiecznymi. Większość mężczyzn określiłaby pewnie urodę Alicji jako przeciętną (nie wiem, pewnie jakieś mocne 6,5 na 10). Była nieco pulchną brunetką średniego wzrostu o niebieskich oczach. Urzekły mnie jej krótkie loczki i pełne policzki – przypominała mi przez to jednego z aniołków czy tam cherubinów ze starego obrazu wiszącego u mojej babki. Wiecie, to takiego typu pierdoły, do których człowiek ma dziwny sentyment, bo kojarzą mu się z beztroskim dzieciństwem. W każdym razie oprócz tego lukrowanego akcentu polubiłem w Alicji jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze: w przeciwieństwie do swoich chichoczących o błyszczykach i pierścioneczkach psiapsiółek była bardzo dojrzała. Poważnie podchodziła do nauki, a przy tym dorywczo pracowała i znajdowała jeszcze czas na jakieś hobby. Sama opłacała czynsz za akademik, nie żebrząc u rodziców o „przelew na przeżycie”. Ubierała się kobieco i z klasą. Po drugie była po prostu niesamowita w łóżku. Jeśli chodziło o seks, była bardzo otwarta. Bardzo często zdarzało nam się wspólnie oglądać porno, a później wcielać w życie obejrzane sceny. To, co ze mną wyprawiała, było nieziemskie. Nie wiem na pewno, skąd miała takie umiejętności. Raczej nie podejrzewam, że zabawiała się za pieniądze w panienkę dla sugar daddy, ale nie wykluczam, że mogła mieć przede mną starszych od siebie kochanków. Ja miałem za sobą parę przygód i dwa dłuższe związki, ale jakoś utrzymanie relacji na stałe nigdy mi się nie udało. Znajdowałem spełnienie w swojej pracy, badaniach, publikacjach, dydaktyce, sporcie.

Jak widać z Alicją też mi średnio wyszło. Początki były banalne. Na każdym semestrze miałem zajęcia z jej grupą, więc widywałem ją dość często. Wtedy jeszcze nieszczególnie mnie interesowała. Potem trafiło mi się przyjęcie ją pod swoje skrzydła, kiedy rozpoczęła badania potrzebne jej do napisania pracy inżynierskiej. Jako jej promotor spędzałem z nią sporo czasu. Pisaliśmy do siebie maile, potem smsy i wiadomości na messengerze . Wpierw były to typowo służbowe wymiany spostrzeżeń, potem przeszliśmy do niewinnych zaczepek w stylu „co słychać, doktorku?” albo „weź się lepiej za naukę młoda, bo mądre dziewczyny są sexy”. W pewnej chwili poczułem, że darzy mnie czymś więcej, niż tylko szacunkiem należnym opiekunowi pracy badawczej. Ja również lubiłem sobie wyobrażać, co skrywa laboratoryjny fartuszek krągłej brunetki. Kiedyś, z powodu później pory, zaproponowałem, że odwiozę ją do akademika – znajdował się tylko dwie ulice za blokiem, w którym mieszkałem. Kiedy zatrzymałem się na czerwonym, poczułem na rozporku ciepło kobiecej dłoni. Młoda uśmiechała się łobuzersko. Do akademika w końcu nie dotarliśmy, za to eksperymentu przeprowadzonego w moim mieszkaniu tamtej nocy długo nie mogłem zapomnieć. Potem wszystko potoczyło się szybko. Aż za szybko, bo w ciągu niecałego roku z mojej wyzwolonej pani inżynier zaczęła się ni z tego, ni z owego, rozwijać napalona na ciążę nudna baba. Im więcej suszyła mi głowę o zapłodnienie jej podczas najbliższego cyklu, tym bardziej miałem jej dosyć. Szybko wybiłem jej z głowy próby wprowadzenia się do mnie i poznania mojej matki (ojca nie miałem, podobno zostawił matkę, kiedy ta była w ciąży i ślad po nim zaginął). Któregoś dnia po prostu przestała dzwonić – nie przejąłem się tym zbytnio. Pomyślałem, że może strzeliła focha i pojechała poskarżyć się swojej siostrze. Później jednak zacząłem się niepokoić – jej telefon non stop był wyłączony. W końcu spytałem jej znajomych (jako „odpowiedzialny promotor przyszłej pracy magisterskiej” oczywiście), dlaczego nie przychodzi na zajęcia. Jedna z jej koleżanek powiedziała, że Alicja wyprowadziła się z dnia na dzień z akademika, nie informując o tym współlokatorki. Dziewczyna po prostu wróciła z zajęć i nie zastała ani Alicji, ani jej rzeczy. Żadnej wiadomości ani listu. Na Facebooku ciągle była nieaktywna. Jedyne, co znalazła laska mieszkająca w pokoju z moją dziewczyną, to kilka niepoukładanych stron sprawozdania, które tamta pisała na najbliższe zajęcia. Ale to raczej nie miało żadnego sensu.

Ale prawdziwy cyrk zaczął się potem. Rodzice Alicji zgłosili zaginięcie córki. Niby utrzymywaliśmy z brunetką nasz związek w tajemnicy, jednak wiecie jak to bywa w świeżych, intensywnych relacjach. Ktoś tam widział jak złapałem ją „niechcący” za pośladek , gdy wychodziliśmy niby z pustej windy i takie tam. Oczywiście nie było żadnych dowodów, ale jakoś czułem, że przesłuchujący policjanci i tak podejrzewają, że jestem przeżywającym kryzys wieku przedśredniego zwyrolem, przetrzymującym niewinną studentkę w ciasnej piwnicy między słoikami korniszonów i ćwikły a pompką do roweru i zepsutym radiem, związaną kablem od żelazka. Oczywiście gówno na mnie mieli, ale i tak zachwycony nie byłem. I mimo tego, że chciałem przecież zerwać z Alicją, teraz bardzo się o nią martwiłem. W końcu mówiąc, że” mam jej dość” wcale nie chciałem, by przydarzyła się jej jakaś krzywda. Wkrótce okazało się jednak, że to nie koniec moich problemów.

Po prawie miesiącu śledztwo w sprawie Ali nie ruszyło z miejsca nawet o krok. Przesłuchiwano mnie i jeszcze parę osób co kilka dni, zadając te same pytania na tysiące sposobów. Nic nie przynosiło przełomu. Brak rzeczy wskazywał na to, ze dziewczyna nie została porwana ani zamordowana, ale dlaczego zerwała kontakt z rodziną, z dnia na dzień, bez słowa wyjaśnienia? Dlaczego nikt nic nie wiedział? Ludzie snuli wizję, że uciekła, bo kogoś się bała. Nie podejrzewam, żeby to moja awersja do dzieci była przyczyną jej dramatycznej decyzji.

Po jakimś czasie zacząłem łapać się na tym, że zaczynam tęsknić. Nie za wyuzdanym seksem. To znaczy też, ale nie tylko. Po prostu zdałem sobie sprawę, że bardzo lubiłem piątkowe wieczory, kiedy siedzieliśmy razem i śmialiśmy się jak idioci, oglądając zagryzane popcornem CSI czy inny kryminalny badziew. Brakowało mi zapachu jabłkowego szamponu, którym myła włosy. Czułem się po prostu cholernie samotny bez Alicji. Do tego stopnia, że nawet wizja wstawiania kołyski do ciasnej sypialni i latania o 2 w nocy na stację benzynową po pistacjowe lody i śledzie po kaszubsku nie wydawała mi się już taka straszna.

Źle spałem i coraz więcej czasu spędzałem na uczelni, choć nie mogłem się na niczym skupić. Większość dnia spędzałem gapiąc się w monitor z otwartym pustym dokumentem worda. Któregoś dnia, lejąc w siebie czwarty kubek kawy, zorientowałem się, że minął dokładnie rok, odkąd Alicja spędziła u mnie pierwszą noc. Wrócił do mnie zapach jej ciała, echo jej jęków. I słowa, które powiedziała, kiedy po wszystkim leżeliśmy zmęczeni, przytulając się, jakbyśmy byli razem od dawna, a nie od kilku godzin.

„Radek, a wiesz co jest najfajniejsze? Że ja cię przy tym wszystkim cholernie lubię. Jesteś zabawny i inteligentny. Po prostu uwielbiam twoje towarzystwo”.

Też ją lubiłem. Nie było żadnej strzały amora, motyli w brzuchu ani kołatania serca od pierwszego wejrzenia. Nie była też dziewczyną, która dla własnych korzyści wdała się w romans ze starszym gościem. Po prostu byliśmy parą ludzi, którzy lubili ze sobą przebywać, pracować i sypiać, zakochując się w sobie powoli. Chyba pierwszy raz w życiu zachciało mi się ryczeć. Nie płakałem ani na pogrzebie babci, ani kiedy koledzy w podstawówce nazywali mnie „sierotą, którego stary tak nienawidził, że aż spierdolił z domu”. A teraz miałem ochotę ryczeć jak jeleń na rykowisku. Ponieważ zostałem sam w laboratorium, moje emocje miały już wszystko w dupie. Schowałem twarz w dłonie i po prostu sobie ulżyłem. Wychodząc z budynku ledwo trzymałem się na nogach. Bałem się prowadzić z obawą, że w takim stanie rozjadę jakiegoś bezdomnego psa albo rowerzystę. Postawiłem więc przejść się piechotą z nadzieją, że przy okazji taki spacer dobrze mi zrobi. Szedłem tępo przed siebie, a na ulicach robiło się coraz ciemniej. Nie miałem pojęcia, że do mojego mieszkania będzie szło się tak długo.

Co jakiś czas mijały mnie pędzące do klubów studentki w kusych miniówach i szpilkach tak wysokich, że mogłyby nimi zabić, wbijając obcas w szyję. Zmęczony marszem, postanowiłem z rezygnacją sprawdzić rozkład jazdy autobusów. Podszedłem do szklanej budki przystanku i nagle zamarłem. Zamrugałem i przetarłem powieki, ale nie mogłem się mylić. Na przystanku stała Alicja. Była dość blisko, więc nie było możliwości, bym się pomylił. Nie myśląc zbyt wiele podszedłem do niej na odległość ramienia.

- Ala! – dziewczyna nawet nie spojrzała w moim kierunku. Nie miała słuchawek na uszach. Ogłuchła?

- Ala! – złapałem ją nerwowo za ramiona – Co ty do cholery robisz?! Gdzie byłaś?! Dlaczego nie dajesz nikomu znaku życia?!

Dziewczyna patrzyła na mnie zdziwionym, przestraszonym wzrokiem. Dopiero teraz zauważyłem, że miała na sobie podarte jeansy, stare trampki i bluzę w moro. W dodatku tej makijaż na „pandę” i kolczyk w dolnej wardze…. Alicja nigdy się tak nie ubierała. Wątpię, by w ogóle miała w szafie takie ciuchy.

- Pokurwiło cię idioto?! – wyrwała się z moich objęć, tłukąc mnie na oślep pięściami – Nie jestem żadna Ala, stary zboku! Spierdalaj!

Alicja nigdy do tej pory nie przeklinała. Straciła pamięć? Omotała ją jakaś sekta? Szybko wyciągnąłem telefon, trzymając wierzgającą dziewczynę za rękę.

Chciałem dzwonić na policję. Już wykręcałem numer. Alicja gryzła mnie i kopała, jednak nie odpuszczałem.

- A dzwoń, dzwoń na psy kretynie! Niech cię wsadzą w kaftan, kurwa!

Wykręciłem numer i podnosząc komórkę do ucha, spojrzałem na dziewczynę. Telefon wypadł mi z ręki. Kogo ja do cholery trzymałem? Dziewczyna w moro, która bez skutku próbowała kopnąć mnie w krocze, wcale nie przypominała Alicji. Miała długi, krzywy nos, brązowe oczy i szarą – pewnie od palenia – cerę. Nawet nie była brunetką, w dodatku mogła mieć nie więcej niż 17 lat.

- Kim jesteś?! – krzyknąłem, puszczając rękę obcej laski – Gdzie jest ta dziewczyna, która była tu przed chwilą?!

W tym momencie podjechał autobus. Uradowana laska minęła mnie i jednym susem wpadła w drzwi pojazdu.

- Na razie zjebie! – krzyknęła, nim drzwi się za nią zamknęły. Na odjezdne pokazała mi w szybie środkowy padalec. Pochyliłem się po leżący na ziemi telefon.

Co się dzieje? Jestem aż tak stęskniony, że mylę nastoletnie hipsterki z byłą dziewczyną? Usiadłem zdezorientowany na ławce. Wziąłem głęboki oddech i próbowałem myśleć racjonalnie. Żyję w stresie. Jestem nerwowy. Jestem samotny. Jestem zmęczony. Nie śpię, nie jem, ciągle myślę o Alicji. To wszystko dlatego. Żeby tylko ta gówniara nie poszła z tym na policję, bo jeszcze będę miał kłopoty.

Wsiadłem w kolejny autobus, usadawiając się na jego tyłach. Przysnąłem na chwilę i wystraszony obudziłem się dwa przystanki przed tym, na którym chciałem wysiąść. Ledwie rozbudzony rozejrzałem się po autobusie. Poczułem, jak serce staje mi w przełyku. Naprzeciwko mnie siedziała Alicja, czytając cieniutką książkę.

- Kurwa mać, jeśli to kolejne przywidzenie…. – szeptałem do siebie. Czułem, jak drżą mi kolana.

A jeśli nie? Jeśli tym razem to naprawdę Alicja? Nie miałem pojęcia, co robić. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to wziąć telefon i wykręcić numer. Spojrzałem na siedzącą współpasażerkę, nasłuchując. Telefon Alicji nadal był wyłączony. Zresztą, co ja sobie myślałem? Jeśli Ala uciekła, na pewno zmieniła numer. Dziewczyna chyba poczuła na sobie mój wzrok, podniosła głowę znad lektury i uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. Mimowolnie zerknąłem na okładkę. „W szponach dzikiej namiętności”. Harlequin? Przeniosłem wzrok z powrotem na właścicielkę tomu. Twarz Alicji zniknęła. Na jej miejscu pojawiły się małe oczka w ramkach zmarszczek i resztkach niebieskiego cienia do powiek, podwójny podbródek i duże usta, ukraszone fioletową pomadką. Właścicielka tego zestawu na pewno dawno już zdmuchnęła 50 świeczek na urodzinowym torcie. Swoją drogą – sądząc po wysokich, równie fioletowych jak pomadka kozakach za kolano, nie do końca umiała się z tym faktem pogodzić. Speszony odwróciłem wzrok. Chyba pomyślała, że próbuję ją podrywać. Ale nie to było moim największym zmartwieniem. Wysiadłem z autobusu z mieszanką strachu, złości i zagubienia. Jak wariat pognałem do domu, modląc się do boga w którego nie wierzyłem, żeby na klatce nie spotkać sąsiadki z buźką mojej byłej. Dotarłem do mojego mieszkania, rzuciłem skórzaną kurtkę na wieszak i walnąłem się na łóżko. Muszę się nażreć i wyspać. Tak, właśnie to mi jest potrzebne. Najwyżej wezmę jutro dzień wolny, młodziki jakoś sobie beze mnie poradzą. Zamówiłem pizzę i otworzyłem piwo. Czekając na kolację na grubym cieście wziąłem długi prysznic. Potem zasiadłem do uczty, żłopiąc kolejne puszki browaru. Kiedy ten się skończył, sięgnąłem do barku po tanie whisky, które Ala przyniosła kiedyś z okazji Walentynek. Beznamiętnie przerzucałem kanały w telewizji, licząc na jakąś głupawą komedię. Zatrzymałem się na moment. Wieczorne wiadomości prowadziła upięta w wysoki kok Alicja. Niebieska broszka u jej garsonki kłuła moje oczy, kiedy gadała coś o wynikach wstępnych sondaży wyborów.

- Ooooooo nie, taki chuj! – powiedziałem do siebie, wyłączając program i rzucając pilotem na oślep.

Zamknąłem oczy i wyłączyłem światło. Spać, spać, spać. To się nie dzieje. Rano wszystko będzie normalne. Mój mózg zda sobie sprawę, jaki był popierdolony poprzedniego dnia, pomyśli „o stary, ale mi odjebało, ale spoko, sorry, już ogarniam” i znowu będę normalnym, zgorzkniałym umysłem ścisłym. Będę sobie leczył kaca w domowych zaciszach, gówniary będę miały pryszczate buźki, stare baby stare twarze, a prezenterka w telewizji znowu dostanie lisiej mordy.

Błogosławiony sen przyszedł szybciej, niż myślałem. Rano, mimo wczorajszej libacji, czułem się całkiem nieźle. Trochę bolał mnie łeb, ale na wymioty póki co się nie zbierało. Przeciągnąłem się leniwie, poszedłem do kuchni i nastawiłem ekspres do kawy. Telewizora nie włączyłem – nie dlatego, że się bałem, ale po prostu nie mogłem znaleźć pilota. Nalałem sobie do kubka XXL czarnej ambrozji i upiłem wielki łyk, parząc sobie usta jak debil. W mieszkaniu było ciemno, więc postanowiłem wpuścić trochę światła. Rozsunąłem rolety i wyjrzałem za okno, oceniając stan pogodowy.

Kubek z kawą nieomal wypadł mi z ręki.

W dole. Na piechotę, na rowerach, w autobusie, w samochodach. Spacerowały, śpieszyły się, siedziały za kierownicą, goniły PKS, wyprowadzały na spacer psa. Młode, stare, niskie, wysokie, chude i grube…. Alicje. Same Alicje.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Fantastyczne !
Odpowiedz
oryginalne, mało błędów, a do tego ciekawe! Zarąbiste jednym słowem
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje