Historia

Lokal 107

Xeromancer 0 5 dni temu 1 166 odsłon Czas czytania: ~11 minut

To był 734 wieczór, nie wyróżniający się niczym szczególnym na tle innych.  Tego wieczoru siedziałem z Bogdanem, robotnikiem budowlanym, spod olsztyńskiej wsi i rozmawialiśmy. W zasadzie to ja mówiłem, gdyż Bogdan mało mówił… Jak teraz o tym myślę, to nic nie mówił. Także wiodłem opowieść, monolog  o pechowym lokalu 107. Nie tylko, ale finalnie wszystko miało sprowadzić się do niego.  Bogdan nie przerywał,  słuchał…

W tym czasie mieszkałem w długim bloku z wielkiej płyty, który, tak jak wiele innych w na warszawskim Służewcu, wypluł z siebie poprzedni ustrój. A lokal 107 był pechowy i mieścił się nade mną. Mówiąc pechowy, nie mam na myśli pecha, którym obdarzał mieszkających w nim lokatorów. Pech ten tyczył się wszystkich innych mieszkańców  pionu drugiej klatki. W zasadzie nie mam pewności, czy pech nie rozchodził  się również na mieszkańców pionów pobocznych. Tego nie wiem. Może kiedyś się dowiem.

Pech zaczął się jakoś w połowie pierwszej dekady nowego tysiąclecia. Wtedy to zmarła pani Jadwiga. Starsza kobieta… W zasadzie, to bardzo stara kobieta, która zamieszkiwała rzeczony lokal  i nikomu nie wadziła. Co drugi dzień przyjeżdżała po nią karetka i zabierała na dializy. Czasem zdarzyło się iż zjeżdżałem windą w jej towarzystwie i sanitariusza, który jej asystował w drodze po typowych dla polskiego budownictwa pierwszych pięciu schodkach. Czułem dyskomfort patrząc na tę wiekową damę, która bez większego naciągania mogłaby być rodzicielką mojej matki. Ale to nie widok wywoływał dyskomfort, tylko strach iż jeśli nieopatrznie bym się potknął i upadł w jej stronę. Wtedy najprawdopodobniej bym ją połamał. Na szczęście w windzie prawdopodobieństwo potknięcia się było znikome, a gdy tylko winda osiągała cel swojej drogi ja zawsze wychodziłem jako pierwszy i oddalałem się ku swoim sprawom.  Dość regularnie, przynajmniej raz w tygodniu  sąsiadkę Jadwigę odwiedzał jej syn. Pojawiał się z tygodniowymi zakupami  w jednym z tych dni, gdy karetka nie przyjeżdżała po seniorkę. Posiedział u niej jakiś czas, ale nie dłuższy niż godzinę i udawał się w stronę własnego życia.  Ale w dniu gdy pani Jadwiga była w toalecie i gdy dostała udaru wskutek czego upadła na ziemię po drodze uderzając głową o sedes i tracąc przytomność nie przyjechał ani syn, ani asekurujący ją na schodach sanitariusz.  Ten drugi zjawił się dnia następnego. Dusił przycisk dzwonka długo. W końcu, z powodu braku reakcji zawiadomił centrale, która zawiadomiła syna, który przyjechał i otworzył drzwi,  i wtedy już można było stwierdzić zgon. Czy to była dobra śmierć? Chyba nie gorsza niż ta, którą jej wróżono. A to, że kostucha postanowiła zaatakować w toalecie, a nie w łóżku? Chyba dla pani Jadwigi z tego powodu było wszystko jedno. Podobno nie cierpiała. Syn z pewnością mocno przeżył śmierć matki, ale nie dał tego po sobie poznać. Dla sanitariusza i służby zdrowia to oznaczało tylko jednego beneficjenta mniej, aż do czasu kolejnego. Dla pozostałych mieszkańców bloku z wielkiej płyty na warszawskim Służewcu to oznaczało widmo pecha, które właśnie nadciągało.

Jakiś czas po ferelnym upadku pani Jadwigi, do lokalu 107 wprowadził się jej wnuk. Do tej pory nie wiedziałem nawet, że ma wnuka, nigdy jej nie odwiedzał, a teraz stał się naszym sąsiadem. Wola nieba. Nie wiem kim był, wyglądał na studenta. Za to wiem, że słuchał Hip Hopu. Wiedzieli to wszyscy mieszkańcy naszej klatki, gdyż słuchał tej muzyki bardzo głośno. I to wtedy dowiedzieliśmy się o pewnej cesze zamieszkałego przez nas bloku z wielkiej płyty. W skutek centralnego usytuowania lokalu 107, oraz mojego, to właśnie z tych lokali wszelki hałas za sprawą cienkich ścian oraz idących po całym bloku rur rozchodził się najdonośniej. Nie dało się tego zauważyć wcześniej, gdyż ja osobiście jestem człowiekiem spokojnym. Nie dla tego, że sen z powiek spędza mi komfort ciszy sąsiadów, tylko po prostu nie lubię hałasu. Natomiast pani Jadwiga, tak jak wspomniałem, nie wadziła nikomu. Więc nowy lokator był jak kubeł zimnej wody dla pozostałych mieszkańców. Nikt nie wiedział za bardzo jak się zachować, gdyż do tej pory nie miał styczności z takim zjawiskiem. Pewnego razu po 22 ktoś anonimowo wezwał policję. Pomogło, ale tylko w godzinach ciszy nocnej. Od tej pory  nasz młody sąsiad katował pozostałych mieszkańców gangsta rytmami z kraju nad Wisłą góra do godziny 21:50. 

Po czterech, lub pięciu miesiącach nagle nastała cisza. Jakiś czas później dowiedziałem się, że zamiłowany w HipHopie student wyjechał do pracy do Anglii i Bóg z nim, niech Brytyjczycy też zaznają odrobinę polskiej kultury .  Czas emigracji przypadł na okres kiedy nie tylko zacząłem rozpoznawać tekst niektórych utworów, ale nawet  zdarzało mi się nucić je podczas golenia. I nagle próżnia. Na początku cisza dudniła głośniej niż rymowane piosenki, ale niewiele czasu potrzebowali mieszkańcy, by docenić to, co kiedyś stracili. Lokal 107 stał pusty.  Pewnego dnia syn pani Jadwigi przyjechał do niego wraz ze swoją siostrą… Kolejna niespodzianka, kolejna tajemnica pani Jadwigi, która wypłynęła do wiadomości wspólnoty mieszkaniowej. Chociaż prawdę mówiąc nie powinna nas interesować. Córka marnotrawna na imię miała Krystyna. Wydawała się być sympatyczną, dojrzałą kobietą.  Do tej pory mieszkała w zachodnio pomorskim, jednak w wyniku jakichś perturbacji, o których nie chciała wspominać, postanowiła przenieść się do Warszawy. Ale dopiero za jakiś czas. Przyjechała najpierw obejrzeć mieszkanie i jak się okazało, zaplanować remont. Remont ten zaczął się miesiąc później i dał się wszystkim mocno we znaki. Mi może trochę mniej, gdyż w chwili gdy na wiercenie wiertarkami, tłuczenie młotkami i miarowe buczenie szlifierki przypadało epicentrum, to akurat przebywałem w pracy. Ale za to w soboty zdarzało mi się zastanawiać, co właściwie nie pasowało mi w tym HipHopie. Pierwsze nieśmiałe stukanie dezodorantem o rury rozległo się właśnie pierwszej soboty, około  godziny 15ej. Pomogło. Potem rozlegało się już regularnie o 18ej w dni powszednie i o 15ej w soboty. Nie wiem ile powinien trwać remont 2 pokojowego mieszkania, ale wydaje mi się, że niespełna miesiąc, to długo. Tyle właśnie trwał. Miesiąc później przyjechała pani Krystyna. Przyjechała w towarzystwie małej suczki ratlerka, oraz ciężarówki afiszującej się logiem firmy przeprowadzkowej. Na jeden dzień obie windy zostały zaanektowane przez tragarzy wnoszących walizki i meble. I w końcu zamieszanie minęło, mieliśmy nową sąsiadkę i jej psa w świeżo odremontowanym lokalu. Nastał czas błogiego spokoju. Czas, który trwał 3 dni. Najwyraźniej właśnie tyle potrzebowała suczka o imieniu Pupcia, na oswojenie się z nowym miejscem. Trzeciego dnia po bloku rozległo się przeraźliwe ujadanie psa, który braki gabarytowe postanowił nadrabiać wokalnymi. To było niesamowite jak irytujące dźwięki mogło wydać z siebie tak małe stworzenie.  Od tego dnia miało nam towarzyszyć codziennie za każdym razem kiedy pani Krystyna wychodziła do pracy, wracała, podejmowała gości, albo po prostu wyprowadzała Pupcię na spacer. Trwało to okolo pół roku. Ratlerek, to nie pies myśliwski, nie musi się wybiegać aby żyć. W związku z tym pani Krystyna wyprowadzała swego pupila na skwerek pod blokiem, gdzie zasiadała na ławce, a swemu podopiecznemu pozwala pohasać w niedalekiej okolicy. To właśnie na tym skwerku Pupcia musiała zjeść kiełbasę nadziewaną małymi haczykami na ryby. Przez jakiś czas rzygała i srała krwią, w końcu zdechła.  Do dziś nie wiem czy to Pupcia była celem ataku, czy też jakiś chory zwyrol podrzucił tę kiełbasę aby czerpać satysfakcję z cierpienia przypadkowego psa, ale… Dzięki ci panie za takich ludzi. Od tej pory słychać było tylko płacz pani Krystyny. Ale góra przez tydzień, nie dłużej. Jakiś czas później nie było słychać pani Krystyny w ogóle. Odziedziczyła po kimś dom w okolicach Redy i mając ze stolicą złe wspomnienia postanowiła wyprowadzić się na pomorze. Łowczyni spadków nigdy już w Warszawie nie widziano.

Na chwilę przerwałem, gdyż Bogdan wstał i podszedł do swojej półki po tytoń do papierosa. Gdy tylko skręcił sobie fajkę usiadł na poprzednim miejscu, odpalił, a następnie wlepił we mnie niemy wzrok. Kontynuowałem…

Syn pani Jadwigi więcej krewnych nie miał, którym mógłby oddać mieszkanie pod opiekę, zatem postanowił je wynająć. Nie wiem czy dużo za wynajem sobie życzył, ale okolica zielona, Biedronka pod domem, metro nieopodal i już po jakimś czasie do lokalu 107 wprowadziło się młode narzeczeństwo. Wydawali się być porządnymi ludźmi.  Nawet na drzwiach do klatki schodowej wywiesili karteczkę głoszącą iż przepraszają za niedogodności związane z ich przeprowadzką. Ale pozory mogą mylić. Parapetówka i wszystko jasne, tradycja zachowana być musi i nikt większego żalu o to nie miał. Ale później zaczęły pojawiać się regularne imprezy, nawet do rana trwające. Stukanie dezodorantem w rury nie pomagało, bo nie słyszeli, wizyty sąsiedzkie ignorowali, a jak przyjeżdżała policja, to pomagało, ale tylko do następnego razu. Z czasem imprezy straciły na swojej intensywności, za to pojawiły się kłótnie. Zazwyczaj poranne, zaczynające się w okolicach godziny 7 rano. To idealnie komponowało się z moja pobudką do pracy. Sąsiedzi się kłócą, ergo pora wstawać. Czasami nawet lubiłem posiedzieć i posłuchać. Ileż to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć z rozmowy dwojga ludzi, zwłaszcza gdy jest burzliwa i pozbawiona znamion zdrowego rozsądku. Czasem sam brałem dezodorant i stukałem w rurę. Ale nie dla tego aby ich uciszyć, tylko żeby zakomunikować „Dziękuję państwu, już wstałem, możecie kończyć”.  Myślałem nawet nad nauczeniem się morsa, mógłbym im to wtedy morsem wystukiwać.  Pewnego razu zastałem do pracy, bo zabrakło mi porannej kłótni. Z uśmiechem pomyślałem, że może zwróciłbym uwagę na ich nieodpowiedzialne zachowanie, ale nie zdążyłem. Czar miłości i obopólnego zauroczenia najwyraźniej prysł. Najpierw wyprowadził się mężczyzna, a po jakimś czasie kobieta. Do ślubu prawdopodobnie nie doszło, ale pewności nie mam.

Syn pani Jadwigi miał dość. Postanowił wystawić mieszkanie na sprzedaż. Niespełna rok stało puste. A po roku zakupiło je młode małżeństwo z na oko 2 letnim synkiem. Było szczęśliwe młode, pełne energii i wiary w przyszłość. Ale ewidentnie nie było bogate. Sam to wywnioskowałem.  Gdyż zamiast nająć ekipę, od razu sami zabrali się za remont mieszkania. Chyba raczej przebudowę, bo remont przecież nie tak dawno był już mieszkaniu zafundowany.  Remontem tym zajmował się najwidoczniej sam mężczyzna, który do wiertarki zasiadał zawsze popołudniem, po powrocie z pracy. Moje przypuszczenia potwierdził inny sąsiad. Listonosz, który z ciężkim westchnieniem zrelacjonował mi plany nowych lokatorów na wystrój wnętrza ich gniazdka. Oj, to nie potrwa miesiąc, pomyślałem. Ale wiele wycierpieliśmy, przetrwamy i to. Minął miesiąc, a nam codziennie towarzyszyły dźwięki remontu, rozchodzące się po rurach. Sąsiedzi zgodnie komunikowali stukaniem w rury nowoprzybyłym, iż o 19ej w dzień powszedni, oraz o 15ej w soboty należy kończyć pracę. Czasem pomagało, czasem nie. Ale za to nowością były prace w niedziele. Tu nie było schematu postępowania, w związku z czym stukanie w rury przybrało chaotyczny wymiar. Ale w miarę upływu czasu nowoprzybyli coraz mniejszą przywiązywali do tego wagę. Wszyscy byliśmy już tym zmęczeni. Dźwięki remontu okraszone były okresami furii dziecka, które jak to 2 latek często chciało zaznaczyć swoja obecność. Na szczęście zbliżał się mój urlop. Bynajmniej nie planowałem nigdzie wyjeżdżać. Za to planowałem wolny czas poświęcić na lekturę, nadrobienie strat w nowinkach filmowych, oraz odkurzyć swoja konsolę do gier. I to pierwszego dnia rzeczonego urlopu, gdy wyszedłem z rana po pieczywo do biedronki, spotkałem sąsiada od wiertarki. Grzecznie się przywitał i oznajmił, że teraz pójdzie szybciej, gdyż postanowił wziąć urlop, aby przyśpieszyć z pracami remontowymi.

- Ale, teraz? – zapytałem.

- Tak, dziś zaczynam. Idę tylko po nowe wiertła i kilka innych rzeczy.

Pokiwałem głową, odwróciłem się i odszedłem. Przeszła mi ochota na śniadanie. Po powrocie do mieszkania zdjąłem buty, usiadłem w fotelu i mocno się zasmuciłem. Mój wymarzony urlop miał zamienić się w borujący koszmar. Było jeszcze przed południem, ale stwierdziłem, że to dobry moment na otwarcie starej whisky, którą otrzymałem kilka lat temu w prezencie od brata. Usiadłem w fotelu i nalałem pierwszą szklaneczkę, dla spokoju ducha.  Drugą, za spokój ducha brata, który od jakiegoś czasu już nie żył. Trzecią za mistrzostwo Legii w obecnym sezonie, a czwarta chyba za rychłą śmierć obecnego aparatu rządzącego. I zasnąłem. Śniłem sen bez snu, bez dźwięków i wizualizacji. Śniłem pustkę, spokojną i kojącą. Lecz najpierw pojawiło się rozdarcie, a następnie błysk, który poprzedził odgłos wiertarki, głośniejszy niż jakikolwiek do tej pory. Zerwałem się z fotela gdy borujący odgłos ustał. Chyba tylko dzięki temu usłyszałem brzęk tłuczonego szkła. Whisky mocno już rozhulała się w moich żyłach, więc nie zrozumiałem w pierwszej chwili co się stało. Nagle poczułem woń, aromat orzechów i alkoholu, który swoje przeleżał w dębowej beczce. Plama rozlanej whisky już osiągnęła i zmroziła moje stopy. Obok leżała butelka z rozbitym denkiem i przewrócony stolik. Musiałem potrącić wstając z fotela. I właśnie wtedy wiertarka przemówiła znowu wbijając bolesny klin pod czaszkę. Wytrzymałem to wpatrując się w butelkę, w której nie zostało już nic z drogocennego alkoholu i nagle do mnie dotarło. To przez tego skurwysyna zbiłem pamiątkę po bracie, którą rytualnie miałem spożyć za jego pamięć. Teraz na to patrzę inaczej, ale wtedy miałem 40 procentowego doradcę w żyłach i może dlatego... Spojrzałem w sufit z nienawiścią. Złapałem za szyjkę resztki butelki i ruszyłem do drzwi.  To wina tego kutafona, musi zobaczyć co zostało z mojej butelki, musi zobaczyć i odkupić dokładnie taką samą. Gdy człapałem się boso na piętro wyżej i zadzwoniłem do drzwi, otworzyła mi jego małżonką i popatrzyła zdziwiona. Do jej nogi przydreptał nieporadnie maluch i złapał się nogawki spodni.  Moja determinacja i pewność siebie straciła większość swojej intensywności, ale skoro już tu byłem, to musiałem coś…

- Czy mogę prosić na słówko męża? – Wymruczałem i sam usłyszałem pijacki bełkot w swoim głosie.

Kiwnęła głową, wzięła na ręce malucha i zniknęła w pokoju po prawej stronie. Po chwili wyłonił się z niego małżonek. Uśmiechnął się.

-  Co się stało sąsiedzie, wygląd pan delikatnie mówiąc kiepsko, a śmierdzi jak gorzelnia.

Moja pewność siebie sięgnęła poziomu depresyjnego. Najchętniej odwróciłbym się i uciekł.

- Kolega pożyczył mi nową wiertarkę, udarowa, 600 W, ma jebana kopnięcie.

Podniosłem głowę i zobaczyłem błysk satysfakcji w jego oczach. Determinacja nagle eksplodowała wewnątrz mnie i pchana 40% alkoholem w żyłach wystrzeliła moją rękę z resztkami butelki prosto w szyję sąsiada. Fala ciepłej krwi spłynęła na moją dłoń, którą przekręciłem. Błysk w oczach sąsiada został zastąpiony wyrazem zaskoczenia, a następnie przerażenia. Nastąpiło to tuż przed tym nim upadł na ziemię.  Odwróciłem się i zszedłem do swojego mieszkania. Za moimi plecami rozległ się krzyk. Na długi czas, to był ostatni hałas z pechowego lokalu 107.

Z korytarza po drugiej, ktoś dwukrotnie uderzył w drzwi pałką. Na chwile umilkłem, po czym kontynuowałem.

Wiem, że inni są mi wdzięczni, ale nikt tego nie powie, to by było źle odebrane, ale są wdzięczni na pewno.

Bogdan prawie niezauważalnie skinął głową, po czym odwrócił się i zaległ na Koju. W sumie nie wiem za co on siedział. Nie mówił. Bogdan mało mówi. Właściwie w ogóle. Tak oto upłynął wieczór 734 dnia. Pozostało tylko 8385…

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje