Historia

Prawdziwy braciszek

Bez_granic 0 1 miesiąc temu 243 odsłon Czas czytania: ~2 minuty

- Kasia! Kasia!


Zrywam się z łóżka słysząc głos mojego dwuletniego braciszka. Mały ostatnio ma koszmary i budzi się z płaczem. Rodzice często pracują na nocną zmianę więc to właśnie mnie woła na ratunek. Wybiegam szybko na korytarz, żeby nie pomyślał, że jest sam. Nie zapalam świateł bo nie chce go nie rozbudzać bardziej, czekam aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Malec drepcze trzymając swoją ulubioną pluszową świnkę i kocyk. Wyciągam ręce, żeby go złapać i przytulić. Przez ułamek sekundy kiedy go obejmuje czuje, że coś jest nie tak. To dosłownie sekunda. Może to był ten zapach mokrej szmaty pozostawionej w kącie a może jego nienaturalnie twarda skóra. Moją szyję rozrywa ból. Pulsuje, aż do łydek a mój brat nadal zaciska swoje niewiarygodnie silne szczęki.

- Puść! Co robisz?! Przestań! - Próbuje go odciągnąć od siebie, ale on zaciska zęby coraz mocniej. Do oczu nabiegają mi łzy. Myślę co teraz robić. Dzwonić do rodziców. Na pogotowie. Na policje. Tak? I co powiem? „Mam tu dwuletniego dzieciaka, który właśnie mi zacisnął szczęki na szyi i śmierdzi mokrą szmatą.” Nie. Wywiozą mnie w tym białym sweterku bez rękawów i zamkną w pokoju wyłożonym pianką. Może mamy w domu jakieś środki rozkurczowe? Nie wiem. Nagle malec puszcza moją szyje i się odsuwa.


- ZWARIOWAŁEŚ? - Po szyi spływa mi ciepły strumień krwi. Ból wywołuje szybszą prace serca i narastającą wściekłość. Gdyby nie był moim małym, słodkim braciszkiem rzuciłabym nim o ścianę.

Wpatruje się w niego z furią. I wtedy z pokoju wychodzi mój braciszek głośno płacząc. Chłopiec obok mnie rozpływa się, znika na moich oczach. Nie zważając na wciąż krwawiącą szyje porywam go w ramiona. Jest spocony, gorący i mokry od łez. Jest prawdziwy. Siedzę na dywanie kołysząc go i płaczemy razem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Teraz już wszystko dobrze. Czasem nieświadomie dotykam zgrubienia na mojej szyi, gdy myślę o tamtej nocy. Wciąż dobrze pamiętam czosnek, który rozkładałam na parapecie. Naprawdę nie wiem skąd mi to wtedy przyszło do głowy. I przerażone oczy mojej matki, która wyrwała się z pracy na chwilę bo miała złe przeczucia. Pamiętam moją przesiąkniętą krwią koszulkę i ten specyficzny, metaliczny zapach. Pamiętam grube nici przewlekane przez moją skórę, kiedy zakładali mi szwy. I pamiętam paskudną, zieloną figurkę potwora. Wypadła z kurtki braciszka, gdy zbieraliśmy się biegiem do szpitala. Było w niej coś takiego nienaturalnego, coś odpychającego. Wyrzuciłam ją przez okno gdy jechaliśmy autostradą. Matka, wzorowy kierowca pierwszy raz w życiu złamała jakiś przepis drogowy. I to bynajmniej nie jeden. Wracając do figurki – nie wiem czym ona była. Mały musiał ją znaleźć i zgarnąć do kieszeni na spacerze. Cała sytuacja została tematem tabu. Moi rodzice utrzymują, że do domu wtargnęło dzikie zwierzę i mnie ugryzło. Nie chcą słyszeć o żadnej figurce. Jednak faktem jest, że odkąd owa figurka zniknęła z naszego domu Malucha nie dręczą koszmary. Dręczą za to mnie. 

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje