Historia

Granica bólu

scaryguy 0 6 lat temu 281 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Kierowca zatrzymał karetkę szybko, ale z wyczuciem. Wyłączył syrenę, lecz niebieskie światła wciąż migały nerwowo na tle szarego nieba. Ogromny budynek szpitala przypominał wiktoriański pałac, z mnóstwem wieżyczek i brunatnych ornamentów. Tylne drzwi ambulansu otworzyły się i dwóch mężczyzn w pomarańczowych kurtkach zaczęło wyciągać wózek z leżącym nań człowiekiem. Nagle, chory chwycił jednego z nich za rękaw, próbując się podnieść.

– Dajcie spokój, mogę przecież chodzić!

– Lepiej niech pan... – zaczął protestować lekarz, ale tamten już stał na własnych nogach i uciszał go uniesioną dłonią.

Pacjent był młodym mężczyzną, o potarganych ciemnych włosach i obsypanej siniakami twarzy. Był wyraźnie wkurzonym młodym mężczyzną. Wyłuskał z kieszeni marynarki okulary i, zadzierając głowę, spojrzał na ponurą bryłę szpitala. Następnie ruszył przed siebie i z pewnością upadłby, gdyby sanitariusze nie zareagowali w porę. Chwycili go pod ramiona i wprowadzili do środka.

*

Dziewczyna w recepcji nawet nie podniosła wzroku znad klawiatury, gdy stanęli przy szerokiej ladzie.

– Dowód proszę – jej głos był beznamiętny i monotonny – Dziękuję. Pan Jack Hedgehorn. Proszę iść na koniec korytarza, ktoś pana obejrzy.

Jack poczuł szarpnięcie i sanitariusze pociągnęli go w głąb długiego holu. Na nisko zawieszonym suficie co kilka metrów rozmieszczone były jarzeniówki. Ich żółte światło padało półkolami na surowe szpitalne ściany. Ostatnia świetlówka migała szaleńczo w nierównym tempie.

Jack wciąż odczuwał gorycz. Pobity przez bandę kretynów pod domem ministra! Nie dość, że nie miał materiału z manifestacji – i na samą myśl o tym, co powie naczelny, poczuł w żołądku ścisk – to jeszcze trafił tu, do jakiegoś niewydarzonego szpitala na przedmieściu. Szlag by to wszystko...

Ale, gdy tak prowadzili go przez korytarz, jego złość szybko ustąpiła, robiąc miejsce innemu uczuciu – czemuś w rodzaju niepokoju. Jack zobaczył bowiem pacjentów. Chudych, zmęczonych ludzi w piżamach, którzy stali po obu stronach korytarza i wyraźnie śledzili go wzrokiem. Szybko musiał odchylić głowę pod dziwnym kątem, bo zorientował się, że pogięte okulary zsuwają mu się z nosa. Ale, co to było w oczach tych ludzi? Strach? Współczucie...?

*

Gdy młoda lekarka pochylała się nad nim, Jack kontemplował zapach jej kasztanowych włosów. Coś cudownego, zwłaszcza w porównaniu z chemiczną wonią szpitala. W ogóle, była bardzo atrakcyjną kobietą. Szkoda tylko, że się nie uśmiechała. Odkąd siedział na kozetce w tym małym gabinecie, jeszcze ani razu...

– Auuuuuuu! – poczuł nagły ból w miejscu nacisku – Co pani robi, na litość boską?!

– Proszę być grzecznym chłopcem i się nie ruszać. Muszę pana zbadać.

A jednak: uśmiechnęła się. Kiedy mówiła, jej usta wykrzywił pełen sarkazmu grymas.

– Jak ocenia pani mój stan, pani doktor? – Jack mimo wszystko próbował nawiązać rozmowę.

– Wygląda na to, że poza potłuczeniami nic panu nie jest – odpowiedziała, oglądając starannie jego czaszkę – Na zdjęciach rentgenowskich nie widać żadnych złamań. Ale powinien pan zostać na obserwację, przynajmniej do jutra.

W tym momencie drzwi pokoju otworzyły się i niewysoka pielęgniarka wtoczyła do środka metalowy stolik. Na jego dwóch półkach leżały w równych rzędach skalpele, szczypce, nożyczki i inne chirurgiczne narzędzia.

– Umyte i wyparzone, pani doktor – zameldowała – Co mam z nimi zrobić?

Lekarka wyprostowała się i rzuciła okiem na asortyment, po czym, znowu zgięta w pół, wróciła do pracy.

– Proszę zostawić mi lancet, a resztę zawieźć doktorowi Damspellowi. Za chwilę zaczyna zabieg.

Pielęgniarka przytaknęła i ostrożnie wyszła. Jack spytał od niechcenia:

– Kim jest doktor Damspell?

– Brytyjczykiem. To nasz najlepszy chirurg. Opracował teorię granicy bólu.

Dziennikarz poczuł przypływ nowej nadziei. Może jeszcze nie wszystko stracone? Może jednak miał temat na reportaż!

– Ta teoria, na czym ona polega?

– Proszę spytać o to doktora – znów ten uśmiech – Na pewno go pan spotka.

Jack zastanawiał się przez chwilę.

– A panią? Spotkamy się jeszcze, czy to jednorazowe badanie?

Kobieta patrzyła na niego przez moment brązowymi oczami, po czym nacisnęła na siniak tak mocno, że aż syknął z bólu.

– Jestem tego pewna.

*

To właściwie nie była sala, tylko mały pokój. Z każdej strony drzwi stało jedno łóżko. Razem: dwa. W przeciwległej ścianie tkwiło duże okno, zabezpieczone od zewnątrz żeliwną kratą.

– Będę tutaj sam? – Jack zwrócił się do pielęgniarza, który pomagał mu usiąść.

– Nie – padła odpowiedź – Leży tu jeszcze pan Craftman. Jest teraz na zabiegu u doktora Damspella.

Mężczyzna nakrył go kocem i poprawił poduszkę. Następnie podszedł do drzwi i, zatrzymując dłoń na klamce, dodał:

– Ale proszę się nie martwić. Niedługo wróci.

Jack chciał zadać kolejne pytanie, lecz pielęgniarz spojrzał na niego w taki sposób, że aż krew zamarzła mu w żyłach. I wyszedł.

W pokoju zapanowała cisza. Dziennikarz potrząsnął głową, uniósł ją lekko i, krzywiąc się, jeszcze raz dokładnie ułożył poduszkę. Potem leżał tylko bez ruchu i patrzył, jak za kraciastym oknem zapada zmrok.

*

Pana Craftmana przywieźli jakieś dwie godziny później. Starszy człowiek był nieprzytomny, a jego poorane zmarszczkami oblicze zdradzało głębokie cierpienie. Znani już Jackowi sanitariusze przenosili właśnie chorego z wózka na sąsiednie łóżko. Ale tym razem dostrzegł jeszcze jedną, nową postać. Do połowy schowany w cieniu, w otwartych drzwiach stał wysoki człowiek o bladej skórze i surowej, podłużnej twarzy. Na oko mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Jego czarne włosy były zaczesane – nie, raczej zalizane – na boki, rozchodząc się od biegnącego dokładnie przez środek głowy przedziałka. Dłonie trzymał splecione z tyłu korpusu, odzianego w biały kitel. Tak, to musiał być on. Oto właściwa pora, by zaatakować.

– Doktor Damspell?

Mężczyzna w jednej chwili, niczym zaniepokojony ptak, odwrócił ku niemu głowę i zmrużył stalowoszare oczy. Postąpił o dwa kroki do przodu, ale nie powiedział ani słowa. Patrzył.

– Przepraszam, że przeszkadzam... – Jack poczuł się bardziej niż nieswojo pod czujnym wejrzeniem lekarza – Wiele o panu słyszałem i... Krótko mówiąc, chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o teorii granicy bólu.

Smukła sylwetka chirurga przysunęła się do wezgłowia jego łóżka. Doktor Damspell wyciągnął kościstą dłoń i uniósł nieco wiszącą tam kartę pacjenta.

– Pan Jack Hedgehorn – zaczął czytać na głos – Ogólne potłuczenia, brak urazów wewnętrznych. Obserwacja. Czy jest pan dziennikarzem?

Jacka zatkało. Wywnioskował to ze szpitalnego raportu?

– Z pewnością nim pan jest – zabrzmiał znowu powściągliwy akcent – Zadaje pan za dużo pytań.

Jack zerknął ukradkiem na Craftmana. Cały tułów starca owinięty był grubymi bandażami. Miał wrażenie, że zaczynają przesiąkać krwią...

– Niestety, ja nie lubię prasy. Najdonioślejsze osiągnięcia nauki potraficie przekształcić w tanią sensację. Dlatego was tępię – wciąż paraliżował Jacka wzrokiem – Proszę zapamiętać, panie Hedgehorn, tępię takich jak pan.

Doktor odłożył tabliczkę, machnął ręką na pielęgniarzy i wszyscy trzej opuścili salę. Co za przerażający człowiek! Ten szpital coraz mniej się Jackowi podobał. Ale już on dojdzie do tego, co się tutaj dzieje. On to wytropi! Gdy tylko poczuje się trochę lepiej...

*

Coś go obudziło. Znajdował się w zupełnej ciemności. Jeszcze raz, ten sam odgłos. Jakby chrząknięcie. Chryste, szef zawsze tak robi, kiedy jest wściekły! Jack nie zadzwonił do niego, odkąd znalazł się w...

No tak – był w szpitalu.

Włączył lampkę. Jego sąsiad ponownie zacharczał, trzymając się kurczowo za gardło. On się dusił!

– Na pomoc!!! Pan Craftman, zróbcie coś!!!

Ale starzec wyciągnął ku niemu rękę, jakby rozpaczliwie szukał uchwytu, i wykrztusił:

– Damspell... khyy... khyyyy... on chce mnie...

Do sali wpadli pielęgniarze i zaczęli ładować Craftmana na nosze. Coś krzyczeli, ale Jack nawet ich nie słuchał. Patrzył zafascynowany, jak z odkrytego brzucha starca wylewają się oblepione śluzem jelita, skłębione niczym gniazdo czerwonych robaków.

*

Minęła długa chwila, nim ochłonął. Zwymiotował za łóżko, gdy tylko sanitariusze znikli z rozdygotanym panem Craftmanem za drzwiami. Czuł, ze jego twarz wciąż jest zielona i nie miało to związku ze światłem rzucanym przez tarczę jego zegarka.

Zegarek wskazywał godzinę drugą. Decyzja zapadła. Pójdzie za nimi i dowie się, co kombinuje ten upiorny Damspell.

*

Korytarz skąpany był w mroku. Tylko jedna feralna świetlówka migała bez ustanku. Może w ogóle nie da się jej wyłączyć?

Jack był obolały i cierpiał stawiając każdy krok, ale zdarzenia ostatnich kilkunastu minut w nadzwyczajny sposób dodały mu sił. Po omacku przesuwając dłoń wzdłuż ściany, dotarł do windy, widocznej dzięki kilku czerwonym diodom nad drzwiami. Wdusił przycisk i słuchał przez chwilę jednostajnego, elektrycznego szumu. Wreszcie drzwi rozsunęły się. Z wnętrza kabiny wylała się fala ostrego, żółtego światła. Na panelu zaznaczono kilka pięter. Jedno z nich – numer –1 – opisane było jako J.A. Damspell. Czy on tu, do cholery, mieszka?! Jack wybrał –1 i zjechał do piwnicy.

*

Kiedy drzwi windy rozsunęły się ponownie, ujrzał pogrążone w czerni pomieszczenie; niewysokie, ale rozległe. Pod ceglanymi ścianami majaczyły ciemne sylwetki aparatów medycznych i bryły ostemplowanych skrzyń.

Magazyn.

W odległym krańcu pomieszczenia wyróżniały się dwuskrzydłowe drzwi z małymi, matowymi okienkami. To właśnie one wpuszczały do tej krypty nikłą poświatę. SALA OPERACYJNA, żarzył się na zielono napis.

Jack zrobił jeden krok i zatrzymał się, przerażony. Z wnętrza sali wydobył się nieludzki wrzask – krzyk bólu i straszliwej agonii. Czuł, jak po skroniach spływają mu krople zimnego potu.

Czekał.

Gdy wreszcie zdecydował się postąpić dalej naprzód, wrzask rozbrzmiał po raz kolejny. Jeszcze bardziej przepełniony cierpieniem i rozpaczą. Z łomoczącym sercem podbiegł do drzwi, rozejrzał się szybko i skierował ku leżącej najbliżej skrzyni. Stękając i napinając mięśnie, przysunął ją do wejścia, po czym, jedną ręką chwyciwszy metalowa klamkę, podciągnął się i stanął na pakunku. Teraz jego twarz znajdowała się niemal na wysokości okienka. Wystarczyło jeszcze tylko stanąć na palcach i...

Trrrach! Drewniane wieko zapadło się pod ciężarem Jacka, zaś on sam upadł bokiem na twardą, betonową posadzkę. Przez chwilę łapał oddech, a potem poczuł, jak piekący ból rozchodzi się w poprzek jego przedramienia. Złamał rękę.

Że też musiał trafić na cholerną, pustą skrzynię!

Szerokie drzwi otworzyły się i w świetlistym prostokącie Jack zobaczył stojącego nad nim doktora Damspella. Był ubrany w zielony chirurgiczny kombinezon i jasny czepek; usta i nos miał zasłonięte materiałową maską, zaś jego dłonie, odziane w gumowe rękawiczki, ociekały krwią.

– Postąpił pan bardzo nierozważnie, przychodząc tutaj, panie Hedgehorn – przemówił cichym, opanowanym głosem – W ogóle nie powinien był pan wstawać z łóżka. Ale, skoro już pan mnie odwiedził, postaram się zrobić coś z pańską nieszczęsną ręką. Może nawet zdołam ją uratować?

Jack nie mógł zobaczyć jego ust, ale wiedział, że się uśmiecha. To było widać w jego oczach.

– Niestety, muszę teraz wracać do mojego pacjenta, jednak zaraz poproszę pielęgniarzy, żeby przygotowali pana do operacji.

Nagle leżący na podłodze Jack zdał sobie sprawę, że w pomieszczeniu znajduje się ktoś jeszcze. Ktoś stał za nim w ciemności, a teraz chyba się pochylał, tak, pochylał się, jakby chciał dotknąć jego twarzy i trzymał w dłoni coś jasnego...

Widok nadgarstka sanitariusza i ostry smak chloroformu były ostatnim, co zapamiętał.

*

Déjà vu? Niestety, nie. Jack leżał na posłaniu w znanym mu już małym gabinecie. Obok młoda lekarka stała przy biurku, zapisując coś w notatniku. Ale tym razem, jego nogi i prawy nadgarstek przypięte były do łóżka skórzanymi pasami, zaś lewą rękę usztywniał dziurkowany plastikowy rękaw. Mówiąc wprost – nie był w stanie się ruszyć, oprócz lekkiego przekręcenia głowy.

– Och, już pan nie śpi? – zabrzmiał słodki głos – Więc, spotykamy się znowu.

Kobieta spoglądała na niego ze swym drapieżnym uśmiechem. Za jej szczupłą sylwetką, po drugiej stronie pokoju, znajdowało się drugie łóżko. Białe prześcieradło okrywało nieregularny, podłużny kształt. Pani doktor odwróciła się na chwilę, podążając za wzrokiem dziennikarza.

– To pan Craftman. Właśnie sporządzam raport – pochyliła się ponownie nad dzienniczkiem – Biedak nie przeżył operacji. Doktor Damspell twierdzi, że to pana wina.

Nagle Jack wszystko sobie przypomniał. I zadrżał. Damspell zechce i jego wykończyć, to pewne, ten drań to jakiś psychopata!

Co zrobić?

– Pani doktor? – poczekał, aż na niego spojrzy – Proszę mi pomóc... Nie mam nic wspólnego ze śmiercią pana Craftmana. Zakradłem się do piwnicy, usłyszałem krzyki... Wtedy złamałem rękę. Ale pani nie ma pojęcia, co się tutaj wyprawia! Doktor Damspell zamęczył tego starszego człowieka na śmierć... Craftman wrzeszczał, jakby operowano go bez znieczulenia!

Przełknął ślinę i patrzył na kobietę z nadzieją.

– Oczywiście, że operowano bez znieczulenia – odpowiedziała spokojnie – Na tym opiera sięteoria granicy bólu. „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jak mawia doktor. Widzi pan, on założył, że poddanie uszkodzonej lub chorej partii tkanek pacjenta bodźcom, które wywołują krańcowy ból, stymuluje organizm do natychmiastowego wyeliminowania owego bólu, razem z przyczyną choroby. Oczywiście, występuje moment krytyczny, z którego pacjent nie zawsze wychodzi cało. W przypadku pana Craftmana, zgon nastąpił, ponieważ operację przerwało wtargnięcie niezapowiedzianego gościa.

– Boże... Słyszeliście kiedyś o przysiędze Hipokratesa? – Jack wyszeptał przerażony.

– Przeprowadzanie tego typu zabiegów wymaga niesłychanej koncentracji – kontynuowała – Dlatego chirurgowi nie wolno w żaden sposób przeszkadzać. Ale tym razem zadbamy o to, by nieprzewidzianych zdarzeń nie było. To znaczy, lada moment, gdy doktor zajmie się panem.

Jack chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz do gabinetu weszli sanitariusze i zaczęli wywozić go na korytarz. Chwilę później nad jego głową przesuwały się wygaszone pręty jarzeniówek, a koła metalowego łóżka skrzypiały żałośnie. Leżał bez ruchu. Zbyt bardzo się bał, aby cokolwiek zrobić. Lekarka szła obok. Nagle poczuł, jak jej delikatna dłoń wsuwa mu pod rękaw piżamy coś gładkiego i zimnego. Szybko zrozumiał – w tajemnicy podała mu skalpel.

*

Doktora Damspella nie było na sali operacyjnej. Nie było nikogo. Pielęgniarze przywieźli Jacka i zostawili go pod przymocowaną do sklepienia ogromną lampą – a następnie, wyszli. Lekarka, która towarzyszyła im na korytarzu, odprowadziła ich tylko do windy, po czym także gdzieś znikła. Leżał teraz sam, przywiązany do łóżka, z walącym jak młot kowalski sercem.

Sala urządzona była profesjonalnie. Ściany pokryte glazurowanymi płytkami. Na jednej z nich wisiał pokaźnych rozmiarów ekran, aktualnie wyłączony. Tuż obok stołu, na którym Jack leżał, ustawiono na piętrowych stolikach rozmaite aparatury. Jedna z nich wyglądała jak kuchenka mikrofalowa. Z innej wychodził długi wąż, przypominający rozciągniętą harmonijkę albo słoniową trąbę. Jeszcze bliżej rozłożone były narzędzia, na które Jack wolał w ogóle nie patrzeć...

Usłyszał jakiś ruch. Zza ustawionego w rogu parawanu wyszedł doktor, w czepku i zielonym fartuchu. Obcasy jego butów stukały miarowo w twardą podłogę.

Nie spieszył się.

Gdy stanął przy stole, wlepił w Jacka swoje świdrujące spojrzenie.

– Dobry wieczór, panie Hedgehorn.

Jack nie odpowiedział. Damspell okrążył stół i zniknął na moment z jego pola widzenia. Po chwili był z powrotem. Z tyłu coś zatrzeszczało, stuknęło i nagle, z niespodziewaną mocą, rozbrzmiały pierwsze dźwięki „V Symfonii” Beethovena. Doktor zmarszczył brwi i zniknął ponownie. Muzyka przycichła. Następnie wrócił.

– Uwielbiam muzykę poważną. Lubię słuchać jej podczas operacji, choć nie zawsze mogę wnosić tu gramofon – zaczął delikatnie odczepiać klamry, przytrzymujące plastikowy rękaw Jacka – Zapewne słyszał już pan o mojej teorii granicy bólu. Przyszła pora, aby poznał ją pan w praktyce.

Doktor Damspell ściągnął usztywniacz, szarpnąwszy mocno. Jack zawył z bólu. W tle rozpoczęła się solowa partia skrzypiec. Teraz chirurg wziął do ręki kredkę. Nakreślił na przedramieniu dziennikarza prostą linię, po czym podniósł skalpel. Przytknął ostrze do początku linii, naciskając lekko. Po chwili zreflektował się i, sięgając w bok, wyszperał wśród narzędzi gumowy gryzak, który włożył Jackowi do ust.

– Przepraszam, zapomniałbym.

Skalpel wbił się w ciało pacjenta i, precyzyjnie przecinając skórę, zostawił cienki krwawy ślad. Jack zacisnął zęby na gryzaku i zmarszczył powieki. Jego nozdrza nerwowo łapały powietrze.

W dłoni Damspella pojawiło się coś, co wyglądało jak płaski kawałek metalu, zagięty z obydwu stron. Lekarz rozszerzył palcami nacięcie na ręce Jacka i włożył przedmiot do tak powstałej krwawej jamy. Narzędzie utrzymywało krawędzie rany w odpowiedniej odległości. Jeszcze trochę pogrzebał miniaturową łyżeczką i na dnie czerwonej dziury ukazała się jaśniejsza powierzchnia kości. Spojrzał na twarz pacjenta. Oblicze Jacka zdradzało cierpienie.

– Pana ręka została złożona i należycie usztywniona, ale jestem pewien, że chciałby pan mieć ją sprawną jak najszybciej. Dlatego – wyprostował się i podszedł do stolika – Postaram się umocować kość najlepiej, jak potrafię.

Ku przerażeniu Jacka, doktor podniósł stalowy gwóźdź, długości ludzkiego palca, rozszczepiony przy główce na trzy dodatkowe pręty. W drugiej ręce dzierżył lekarski młotek. Muzyka w tle nasiliła się. Zadudnił patetyczny motyw sekcji dętej i igła utknęła w jednym z rowków winylowej płyty, wywołując trzeszczenie i szum.

– Do diaska! – zaklął Damspell, po czym odłożył narzędzia i podszedł do gramofonu.

W głowie Jacka myśli przemykały błyskawicznie. Wyginając pod dziwacznym kątem palce zdrowej dłoni, wyłuskał spod rękawa mały nożyk. Chwycił go mocno, układając między kciukiem, boczną krawędzią dłoni i palcem serdecznym. Dzięki Bogu, że bywał czasem w barze sushi! Przyłożył ostrze skalpela do skórzanego paska na nadgarstku i zaczął poruszać nim w tył i w przód.

Symfonia rozbrzmiała ponownie. Doktor ustawił ramię gramofonu i wracał do stołu. Jack prędko przestał piłować i przykrył nożyk dłonią.

– Już dobrze, panie Hedgehorn. Możemy kontynuować zabieg.

Gdy lekarz przystawił do jego kości gwóźdź i uniósł młotek, mężczyzna odwrócił głowę.

Łup! Drobne fragmenty kości odprysły na bok, stróżka świeżej krwi spłynęła po łóżku na podłogę.

Łup! Łup! Jack nieomal stracił przytomność. W pomieszczeniu unosił się zapach świeżo odłupanej kostnej tkanki, taki sam, jaki czuć podczas borowania u dentysty.

–Doskonale – doktor przetarł ślady krwi na chirurgicznej masce – Teraz wprowadzimy druty. Mam nadzieję, że czuje się pan dobrze?

Jack rzucił mu tylko pełne nienawiści spojrzenie. Gdyby tak znowu odszedł, chociaż na chwilę...

Damspell wziął do rąk trzy proste, długie druty. Każdy z nich, z krawiecką precyzją, przełożył przez otwory w pręcikach gwoździa. Następnie, wpychał je powoli w żywe ciało pomiędzy kością łokciową i promieniową.

Jack najpierw poczuł ukłucie. Rozeszło się w jego ręce, jak kwas mlekowy po dużym wysiłku. Ale zaraz potem uderzył go rozrywający ból, taki, który odbiera zmysły i wyciska łzy; tym gorszy, że nie można go powstrzymać.

I równie nagle, jak się pojawił – zniknął. Minęło kilka sekund zanim dziennikarz zrozumiał, co się stało. Doktor, klnąc pod nosem, znów poszedł poprawić magnetofon. Jackowi szumiało w głowie, zdawało mu się, że lewa strona jego ciała jest zupełnie bezwładna. Ułożył między palcami nożyk i piłował, piłował z całych sił; musiał zdążyć, zanim Damspell wróci.

Udało się. Skórzany pasek puścił. W ręce Jacka powróciło normalne krążenie. Trzymał teraz skalpel kurczowo w dłoni i, gdy tylko doktor podszedł wystarczająco blisko, ugodził go z całej siły w brzuch. Damspell opadł na kolana. Jego twarz znalazła się na wysokości stołu. Jack pchnął raz jeszcze, w jedno oko, potem drugie. Wreszcie upuścił lancet na twarda podłogę, a tuż obok zwalił się martwy chirurg.

Jack Hedgehorn opadł na łóżko. Wypluł gryzak i oddychał ciężko, nie otwierając oczu. Wygrał. Tego był pewien. Będzie żył.

Wciąż nie unosząc powiek, słuchał, jak drzwi sali otwierają się i ktoś wchodzi do środka. Chyba więcej niż jedna osoba. Następnie dobiegł go odgłos szurania, jakby ktoś ciągnął coś ciężkiego. Odezwał się głęboki, basowy głos:

– Pora przejść na emeryturę, doktorze Damspell. A pani, doktor Elizabeth, zgodnie z pani życzeniem, przejmuje naszego kłopotliwego pacjenta.

Dziennikarz otworzył oczy. Drzwi właśnie zamykały się za otyłym mężczyzną w czarnym garniturze. Na podłodze aż do wyjścia ciągnął się rozmazany krwawy ślad. Przy stole operacyjnym stała ta sama atrakcyjna lekarka o kasztanowych włosach.

– Witaj, Jack – przyglądała się dokładnie jego poranionej ręce – Widzę, że doktor usztywnił ci kości przedramienia. Niestety, nigdy nie był dobry w układankach. Zrobił to trochę krzywo.

Wzięła ze stolika młotek i grube, żelazne dłuto.

– Nie przejmuj się. Postaram się to naprawić.

*

Przeraźliwy krzyk Jacka jeszcze długo unosił się nad gmachem szpitala, gdy miasto witało kolejny, ponury dzień.

Autorem tekstu jest BARTOSZ MARCINKIEWICZ

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje