Historia
Zeznanie
To jest jedna z tych historii którą opowiada się przy ognisku, ogląda na seansie kinowym lub telewizyjnym bądź czyta się. Jakie są żelazne punkty takiego opowiadania?
- "Coś" jest nieznane.
-“Coś” nieudolnie się stara się wykroczyć poza wyobrażenia bohaterów oraz obserwatorów, zwykle poprzez działania paranormalne (latające talerze, problemy z przestarzałym sprzętem RTV, AGD, Kroki w pustych domostwach etc.)
-“Coś” okazuje się na pewnym etapie czymś niepozornym albo czymś, co nie powinno mieć prawa bytu. Jak rozumieć coś niepozornego? Dziewczynka, chłopiec, klaun, staruszka… Streszczając. “Ofiara” pragnąca zemsty, za dawne czasy, w których jedno z wyżej wspomnianych przez przypadek i zaniedbania postronnych umarło, zostało nieuczciwie osądzone lub po prostu zamordowane przez osoby z złymi pobudkami. Za to rzeczy niepojmowane i nie obejmowalne żadnymi prawami fizyki stosowanej to zazwyczaj dawne bóstwa, istoty międzywymiarowe bądź takie które uważają się za absolutnych panów istot śmiertelnych.
-Finał takich historii zwykle taki sam. Wszyscy umierają a sama nawiedzona parcela ponownie popada w zapomnienie… Chyba że na rzecz kolejnej części pozostawia się jednego z protagonistów (zwykle tego drugiego najbardziej lubianego) przy życiu, aby rozpylił plotkę o nawiedzonym domu, zamku, pałacu, parku przygód lub każdej innej budowli siedząc samotnie w jakimś zapomnianym przez stancje wyższe barze, sącząc napój alkoholowy. Oczywiście spłyciłem i wyogólniłem wiele szczegółów, ale na rzecz tej historii, podany wzorzec jest wystarczający i doskonale się spełnia. Sądzę też, że można go dopasować do wielu opowieści. Ta nie będzie się wyróżniała niczym od innych. Będzie można ją przeczytać i łatwo o niej zapomnieć.
.
Zasłyszałem to u mojego dawnego, chyba z lekkim sercem mogę powiedzieć, „przyjaciela”. Na rzecz tego, że on prawdopodobnie jeszcze żyje, a w pewnych kręgach jest bardzo znany, ochrzczę go imieniem Wyatt.
Wyatt pracował jako członek służb porządkowych wyższego szczebla. Taki standart. Narkotyki, kartele, nielegalne plantacje… W sumie wszystkiego, lewe bimbrownie, przemytnictwo, prostytucja i niewolnictwo na niewielką skalę. Działał on w prężnie rozwijającym się rejonie silnie rolniczym. Gigantyczne pola bawełny i kukurydzy a pośród nich gigantyczne farmy ze stodołami z czerwonego drewna, silosami które błyszczą w świetle zachodzącego słońca i bielonymi dwupiętrowymi domami z piwnicami do których wejście prowadzi przez klapę na podwórku. Czuł się tam jak ryba w wodzie, choć szczerze mówiąc, brakowało mu swoistego wyzwania i głębi w relacjach z mieszkańcami tego rejonu. Zauważyć należy, że ludność tamtejszych okolic należała do reprezentantów bardzo prostej i dosyć ksenofobicznej filozofii która z łatwością przechodziła na kolejne pokolenia i rzadko zostawała modyfikowana. To nie jest tak, że proste myślenie tej społeczności oznaczało odcinanie się od świata zewnętrznego i popadanie w skrajną pogardę dla przejezdnych. O dziwo nie, od razu zaakceptowali Wyatta jako jednego ze swoich, mimo iż był w ich opinii „Szczurem miejskim”. Cóż, było on osobą specyficzną. Chyba najlepszym sposobem, aby go opisać jest powiedzieć, że siedząc w barze, on byłby tą smutną osobą która cały czas bawi się szklanką z cynicznym uśmiechem, odpowiadając na zaczepki prawym prostym, a otwierałby się tylko przy wybrance swego serca. Ceniono go za proste pytania, odpowiedzi, oszczędność w słowach a przede wszystkim za to, że stawiał czyn ponad słowa, chociaż jego nieistniejące poczucie humoru nie raz przysporzyło nam niezręcznych sytuacji. Jednak każdy lgnął do niego, mimo tej aury tajemnicy i drobnej zadumy którą wokół siebie roztaczał. Może, tego tym duszom, masie bezimiennej, brakowało. Tajemnicy, sekretu, cichego kultu, czegoś, co by nadało ich pozornie prostemu życiu jakichś zakrętów…
Nie wiedzieli, na co by się wtedy pisali.
Sprawa za jaką miał się wziąć to domniemana meta przemytników Mekki, gdzieś daleko od osiedli. Szybka akcja, właściwie tylko zbadanie terenu w pojedynkę po której oddziały szybkiego reagowania pozbyły się problemu jednym atakiem. Kiedy mi opowiadał tę historię, to sam nie mógł uwierzyć, wcześniej czym ta cała okolica śmierdzi.
Było to opuszczone gospodarstwo samowystarczalne pośrodku niczego. Jadąc w jego stronę nie można się by było napatrzeć na zbyt wiele widoków, z prostego powodu. Dookoła była kukurydza, za zabudowaniami nie było lepiej.
Las, ogromny, liściasty i gęsty las. Może jedyną połacią czystego terenu nienaruszonego żadną roślinnością mogło być pastwisko, albo chlew. Tu opowiadający nie był pewien, bo stan całego gospodarstwa miał w poważaniu formy sanitarne. Jego opis bardzo wrył, mi się w pamięć więc pozwolę go sobie tu przytoczyć.
“ Gdybyś prowadził się to ścieżką jednym z naszych wozów to byś myślał że utknąłeś w bagnie, rzucało mną jak szmacianą lalką po siedzeniu. Zatrzymałem się przed ostatnim zakrętem do tego burdelu… Brama, a właściwie dwie płyty sklejki wiszące na zawiasach miały namalowane sprayem “odejdź” a pod spodem ten piękny symbol znajdujący się na większości środków do prania. Kiedy skończyłem oceniać brak doprecyzowania zębów czaszce i piszczelach przekroczyłem przejście. Na wprost mnie była stodoła. Wielka, otwarta na oścież pomalowana niebieską farbą, odrapana i dziurawa w dachu jak tarcza strzelnicza po strzale z obrzyna. Darowałem sobie wchodzenie do niej, raczej nie znalazłbym tam nic ciekawego. Przylegały do niej silosy w podobnym stanie co dach magazynu na zboże i narzędzia. Od lewej, w odległości około dwudziestu metrów były prawdopodobnie, stajnie, obory i może kurniki. Takie budowane na masową skalę. Długie, z betonu i całe wybielone, dachy to była właściwie luźno spawana blacha a pastwiska, jak podwórko i ścieżka to było istne bagno, a po prawej dom. Taki… Zwyczajny, nie było w nim nic wyjątkowego, nawet jego stan odbiegał dalece od standardów reszty budynków. Wypucowane na glanc okna, zamiecione obejście, pomalowane na ciemną czerwień ściany bez żadnych szkód, a nawet jakieś ciasto stojące na oknie. Na chwilę zapomniałem, że jestem na służbie i znajduję się na obszarze na którym są przechowywane wyjątkowo ciężkie narkotyki. Podchodzę, więc do drzwi, wycieram buty na wycieraczce i pukam...”
Biorąc pod uwagę opis osoby jaką jest Wyatt, można poczuć, że jest w tym coś dziwnego. Nigdy nie podejmował nawet próby wytarcia butów. Co do rzeczy na jakich się skupił, opisując mi domostwo, to nie bierze mnie dziw, że właśnie to wybrał. W końcu jego praca wymagała szybkiego chwytania się szczegółów. Stał dłuższą chwilę, oczekując odpowiedzi po drugiej stronie podwoi, do niczego nie doszło. No chyba jedynie Wyatta naszło, gdzie jest, kiedy mi opowiadał, co się działo z nim, przy pierwszym wejściu w domu to przyrównał to do transu, świadomego snu, a nawet wizji.
(Między stronami znajduje się koperta, w środku niej jest płyta. Na niej jest napisane “Zeznanie”)
- Poważnie musimy to robić? -
- Tak.
- Nie możesz tego sobie gdzieś zapisać?
- I tak robisz coś zakazanego, jeżeli to zapiszę, to nie będzie to wiarygodne, ty to przeżyłeś i tylko twoja perspektywa przedstawia czystą i klarowną prawdę… Więc?
- Czytałeś kiedyś “opowieści z Narni”? Takie opasłe tomiszcze, musiałem to czytać... (Zakłócenia)... Jest tam taka szafa w starym domu, która prowadziła do innego świata. Coś jak portal, tylko nie ma całej tej tyrady o rozkładzie ciała na drobne cząstki, po prostu przechodzisz przez próg i puff! Jesteś w lodowej krainie. Tak samo było tam, przechodzę przez próg i inny świat. Powietrze z dusznego i wilgotnego przerodziło się w rześkie i pachnące ciastem… Chyba malinowym, podłoga z poździeranej i pełnej zacieków przemieniła się w równe sosnowe panele. Nawet wszechobecny rozkład zniknął jak po pstryknięciu palcem…
- Nie musisz być szczegółowy…
- A ty nie musisz mi się wtrącać, ok? Wracając, byłem opętany chwilą, dosłownie. Ruch i każde podjęte przeze mnie działania… Były moje, każdy impuls jaki dotarł do kończyn, był przez mój umysł, a ja czułem, że były jednocześnie takie obce… Jedyne co działało, nie podług mojej woli to usta… Je napędzała inna siła… Byłem obserwatorem i uczestnikiem tego... Dziwactwa… Najpierw ganek, kilka par butów, nijak do siebie dopasowanych… Od wojskowych glanów po trampki.
To… To wszystko było zjazdem rodzinnym, tak, to najlepiej odda pierwotną atmosferę tego miejsca. ”Wprosiłem się” na jakiś zjazd dziwaków na zapomnianej farmie. Odwróciłem się nawet, aby mieć pewność czy jestem w tym samym miejscu, albo coś jest przede mną ukrywane przez tę farmę… I wiesz, co zobaczyłem w oknie drzwi?
Ciemność, gęstą jak...No jak co niby? Jak smoła do diabła! Paskudna, lepka i napierająca na szkło ciemność. Nie wiadomo skąd ale byłem doskonale świadom tego, że jak położył na tej szybie dłoń, to zostałbym wchłonięty w te cienie...Ale nawet nie przeszkadzało mi to, bo ja nie chciałem się wycofać. Wręcz przeciwnie, to mnie kupiło na wejściu… Zresztą znasz moje umiejętności… Wydostałbym się pewnie z tej sytuacji gdybym tylko się do tego przyłożył… Chłopie, ta sprawa...Nie była może aż tak odkrywcza, jak się ją jednak rozgryzło, ale samo wejście… To było coś Cart… Z ganku, bez ściągania butów, bo nie zamierzałem być grzeczny no i...Cholera to nadal mogła być meta jakiejś bojówki albo kartelu… I tak zdaję sobie sprawę, że wybrałem najgłupszą możliwą drogę wejścia...Ale czy ty byś nie wybrał? Ciebie przecież ciągnie do takich rzeczy tak samo jak mnie. Dobra, na czym skończyłem?
- Kuchnia.
- Ta...Znaczy, z ganku, korytarz prowadził do przytulnej kuchni. Wszystko tam było jak na Pin -up’ach, tylko bez godnych zapamiętania panien, które mi kiedyś spaliłeś. Ściany z tapetą w czerwone kwiatki, na haczyku granatowy fartuszek w białe kropki, wszystko wytarte, ścierki wyprane, w zlewie żadnych naczyń, a po blatach nie walają się żadne resztki bądź, dowody tego, że była przygotowywana kolacja. I tu było okno które patrzyło w ciemność, ale to już nie był ten nieprzychylny mrok. Ba, to był widok na gwiaździstą i bardzo widną noc.Podwórko nadal było bagnem, ale stodoła była pomalowana pięknym szkarłatem...A może to była malinowa czerwień?
- Co było dalej?
- Nic bym nie znalazł w tej kuchni, oprócz pośrednich wskazówek, poza tym wiedziałem, że w tej Narni, nie byłem sam. Ganek sprawdzony, kuchnia też...Do tego było jeszcze wyższe piętro i piwnica, ale prawdopodobnie na tym piętrze znalazłbym jadalnie i pokój dzienny. Faktem jaki mnie bardziej zadziwiał, to było to, że nadal nie słyszałem żadnych głosów, ani niczego innego co by wskazywało na to, że domownicy żyją. Była jeszcze jedna rzecz jaka narzucała mi się bardzo natrętnie…Zapach...
- ...Rozkładu?
- Chciałbyś, co? Nie, zapach był słodki, ale nie duszący, nie był też odorem. Mieszał się z wonią tego ciasta o którym wspominałem, ale… Cholera sytuacja była tak bardzo odbiegała od wszelkiej logiki, a ja miałem to wszystko gdzieś...
- Omówiliśmy to, obu nas ciągnie do takich rzeczy…Ehhhh… Chcesz sobie zrobić przerwę? Bo zaraz wchodzimy w tę mniej miłą część…
- Nie, miejmy to z głowy… Wchodzę w końcu do tej jadalni, bałem się, że otworzenie szafki i przestawienie czegoś nawet o milimetr może sprawić, że wszyscy rozpadniemy się w pył, czas otworzy się i wchłonie, a my staniemy w jednym miejscu i będziemy niczym w jakimś pierniczonym Lordian… Albo Lordan...Nie pamiętam… Wchodzę do tej jadalni w końcu, nie spodziewaj się kwiatków z opisem samego pomieszczenia, bo to był absolutny standard i kicz jaki byś mógł wpakować w ten dom.
-Słoniki szczęścia z porcelany na każdej półce?
-Są.
-Meble ze starego drewna które aż nasiąkły perfumami jakiejś babci?
-Są.
-Ta miseczka na ciastka której zawartość prawie nigdy się nie zmienia?
Oczywiście, że jest.
-Długi, chwiejny stół na cienkich nogach?
-Też jest...
-Zastawa złożona z białych naczyń które były pomalowane w różowe kwiatki na swoich brzegach?
- Oczywiście, że tak, w sumie, jakbyś wprowadził się do babci i usiadł w tym pokoju, co jeszcze jest piecyk kaflowy, a ściany są odrapane, to byś to poczuł...Tylko tam już grzało centralne, a ściany miały na sobie tyle obrazów, półeczek i pierdół, że nie zdołałem się przyjrzeć ścianie… 4 krzesła, wszystkie pozajmowane. Na stole barszcz, dzbanek z jakimś nieokreślonym ciemnym czymś, nazywanym przez najstarszego członka zgromadzenia kompotem, chociaż pachniało mi to bardziej… Hmmm…
- Nie musisz szukać ambitnego por…
- Spaloną gumą… Tak, śmierdziało to spaloną gumą polaną kwasem z ogórków… No ale mieszało się to z zapachami pieczonego indyka, tłuczonych kartofelków i dobrego cydru jaki ktoś trzymał na stole. Chociaż i były tam śliwki w ćwikle i ogórki w occie… Kolacja u babci, tak byś to nazwał stary… I chyba na szczęście, że właśnie takiej babuni u szczytu tego stołu nie było… Były za to osoby, do których te przeróżne buty mogły pasować...I wiesz...Chyba tak opiszę tych, co zasiadali przy tym stole, wedle butów...
Pierwsze, były te okute glany… No i ich właściciel pasował do definicji… “Do noszenia mundura, niepotrzebna jest matura”. Postawa goryla, czoło istoty pierwotnej, a nawet wystawały mu trochę zęby po bokach…
Drugi, zakała rodziny, gałgan i byle jaki w niemal każdej dziedzinie życia. Starte jak cholera buciska kupione na przecenie w markecie...A wiesz co jest śmieszne? Dziś takie szmaciaki są warte fortune, wystarczy namalować na nich jakiś znaczek i masz buty za parę stów. Sznurówki zawiązane na patęt, a piętry wyrobione regularnym ich przygniataniem.
Są też zdezelowane pracą lakierki, tak lakierki przyjacielu, sądzisz, że rolnik chodzi w kombinezonie, nosi sponsorowaną czapkę z daszkiem, opiera się o widły i nosi wypucowane pastą do butów kaloszki?
Nie, to był ten typ właściciela butów który swoją starą, wręcz żółtą od potu, ślubną koszulę, ledwo spina wokół wielkiego mięśnia piwnego, jego spodnie jeszcze pamiętają chrzciny pierwszego dziecka, a jego pas...Jego pas zna tyłki swych synów tak samo dobrze jak ich matki, ten śmierdzący piwem i nieco zaćmiony własnymi ambicjami posiadacz wytartych niemodnych i umorusanych w nie chcę wiedzieć, czym lakierek siedzi u szczytu stołu… Są też kapcie, wiesz...Takie gumowe…
- Kroksy?
- Jakoś tak… w każdym razie, z nich wystaje jeszcze siano, a gdzieniegdzie są plamy brudu jaki tam się nagromadził.
- Czyli łajno po którym drepta rolnik, u posiadaczki tych laczków wszedł nawet do ich środka. Insynuujesz, że była najbardziej niechlujną osobą z nich wszystkich?
- Jeśli widziałeś ten obły instrument bębny od lakierków, to przy nim ta kobieta przypominała twoją byłą.
- Śmieszne, naprawdę, już ci lepiej mistrzu komedii? Przejdź do sedna i nie wpieniaj mnie już.
- Już, już nie płacz... Dobra, słuchaj, kolacja toczyła się normalnie, z początku zachowywali się tak, jakby coś świętowali. Tematy były luźne, zaczynając od ocen tej łajzy w trampkach po sytuację na froncie o jakiej wypowiadał się ten starszy.
- Żołnierz?
- Ta… W sumie mogłem powiedzieć, tak ten starszy był żołnierzem, miał chyba około dwudziestu pięciu lat…
- Odbija się twój usilny artyzm…
- Ssij mi, warto było to tak opisać, zresztą sam nie jesteś czasami lepszy… Co jakiś czas, babka znikała, ale nie w kuchni, nie...Szła w kierunku małych drzwiczek pod schodami, prawdopodobnie prowadziły do piwnicy. Nie miałem problemu, aby tam przejść...Byłem duchem w tamtym miejscu, biernym obserwatorem, świadkiem, ale nie częścią przedstawienia, chociaż fajnie było spacerować po scenie. Gadali o pierdołach, jednak motywem przewodnim były podjazdy na gościa od trampek. A to, że fleja, a to, że bez ambicji, a to, że słaby refleks, a to, że jeszcze nie zaliczył. Coś w tym chłopaku tkwiło, jakaś iskra, ambicja i pogarda… Ukryta pod płomieniem nienawiści ukrytej za brązowymi tęczówkami. Jednak potrafiłem dostrzec w nich jakiś przebłysk...Coś się w nich kryło, tak samo jak w powietrzu czaiła się draka. Do czegoś musiało dojść, nie na darmo to obserwuję, to musiał być jakiś punkt przełomowy i ja się domyślałem jaki... Pozwolisz, że zapalę?
- Nie krępuj się.
- Wybacz, to nie jest nic takiego odkrywczego, co się zaraz stanie...Nic wielkiego nikt z nas nie poczuje zaskoczenia, gęsiej skórki lub chociaż odrobiny chłodu w gorącym i roztańczonym powietrzu...Zawsze tak jest, kiedy czujesz koniec, desperację lub strach. Mnie ten chłód nie przenikał, nie poczułem skurczu, nic nie zaczęło tańczyć na moich plecach a moje ciało nie zgięło się pod ciężarem napięcia.
- Jesteś starym weteranem tego, uodporniłeś się na to…
- W filmach zwykle tacy jak ja obryzgują wymiocinami całą podłogę, a portek i tak nie mogą doprać… Wiesz, co jest też zwykle w filmach?
- Smutny, biedny i samotny nastolatek?
- Który pragnie zemsty na złym i okrutnym świecie za wszystkie krzywdy jakie otrzymał… Tylko że zwykle tym smutnym frajerom nie wychodzi…
- Czy ja wiem…
- Zwykle, ale nie zawsze. Tutaj na przykład coś mu wypaliło, o ile tego chciał. Na czym skończyłem?
- Smutny, biedny, chociaż cwany…
- ...Frajer. Dzięki stary. Wracając, to był zwrot akcji rodem z hitu o 20:00 na pierwszym kanale, z drobnym dodatkiem,
- Po kolei stary, ekscytujesz się tym zanadto.
- Przez rolę przeznaczenia! Jak myślisz? Czemu miałem zobaczyć tak nudną i tak typową historyjkę jak ich pełno? To musiał być zaczątek czegoś większego, prawdy którą trzeba było odkryć! Przecież wielkie historie nie zawsze muszą zaczynać się od czegoś nowatorskiego! Czasami ten szlif pomaga wprowadzić osobę niebędącą w stanie podjąć się nowych doznań z marszu, w coś czegoś jeszcze nie widziała…
- To jest...Strasznie dziwna wypowiedź...Jak na ciebie, wiesz? Dość rozwinięte...Poza twoim charakterem…
- Nie wiedziałem jak to powiedzieć… Ale wydaję mi się, że po prostu punkt odniesienia, jakby ktoś chciał, żeby to tak się zaczęło.
- Czyli jak?
- No tak… Emmm… Smród się nasilił. Zaczęła mnie od niego nieco boleć głowa, przez chwilę sądziłem, że może jedno z nich zostawiło po prostu gaz na kuchence, a ja mogę się tu udusić… Mimo iż byłem dla nich niewidoczny, czułem zapachy, słyszałem ich głosy, moje bodźce o dziwo były tam ulokowane… Ale ten nie był tak mocno metaliczny i wyrazisty jak przy normalnym gazie. Nie, był o wiele bardziej subtelny. Mimo wszystko ten zapach działał tak, że obrzydzał wszelkie inne wonie. Wszystko zaczęło jechać przynajmniej zbukiem, jakbyś trzymał jaja w tych szafach, a nie talerze lub ubrania. Ale zgromadzeni na to nie zwracali uwagi, ich kłótnia zaczęła się nasilać. Znaczy, kłótnia...Po prostu młodziak zaczął ich ripostować. Wiesz, żołnierz to buc bez wykształcenia, ojciec to pijak który potrafi tylko ich bić i gdyby nie jego “dzieło”, to klepaliby słodką biedę. A ojciec mu zarzucił bezużyteczność i brak jakichkolwiek osiągnięć…Obóz ten obejmował również starszy brat a matka...matka zachowywała się dosyć dziwnie...Ospale...Nieobecnie, obojętnie, mając to wszystko gdzieś, ba...W udało mi się nawet zobaczyć siniaki na jej plecach pod niewielki uchyleniem w sukience...Wtedy myślałem, że była się przeładowała środkami przeciwbólowymi...Tymi od Hipokratex. One mają taki efekt odurzenia, ale to przez śladowe ilości substancji jakie zawiera Mekka, szczególnie po przedawkowaniu. Zwróciłem też wtedy uwagę na to, że już nie tylko plecy były sine. Przeniosło się na kości obojczykowe, tętnicę, i skupiło się na policzkach gdzie powstały...Nawet nie rumieńce, to były wielkie plamy fioletu, jakby ci ktoś mordę natarł atramentem albo sokiem z jagód. Worki pod oczami jakoś dziwnie napuchły, to samo z przegubami na jej dłoniach jak i całymi rękami, jej ciało jakby nadymało się czymś, jednak nie przemieniło się w żadną bestię ani nie odleciało ze swojego krzesła niczym balon. Siedziała, nadymała się, niezauważalnie dla kłócących się mężczyzn. Teraz sprawiała wrażenie osoby w której coś się burzyło a dosłownie chwilę wcześniej była tylko chudą i posiniaczoną kobietką… Zwróciłem uwagę na ten instrument bębny płci męskiej. Już po palcach było widać, że też zaczął puchnąć w środku. Każdy był wielkości puszki po napoju, a lico jak i cała skóra zaczęła się czerwienić, jakby nagrzewać ojciec jeszcze był bogatszy o białe bąble na całej szyi… To samo tyczyło się jego żołnierza, chociaż... Cały mundur się na nim napinał a z nosa, oraz z guzów na szyi zaczęła uwalniać się para. Młody robił się tylko bladszy i coraz bardziej uśmiechnięty, tak samo jak matka, tylko że ona już raczej nie czuła trosk tego świata. Wykipiała...Dosłownie… Jej paznokcie na dłoniach i stopach nie wytrzymały ciśnienia i z cichym pstryknięciem wystrzeliły z jej palców, lądując na podłodze, wręcz bezdźwięcznie, a może dlatego, że w pokoju było zbyt głośno, a i w pomieszczeniu robiło się coraz bardziej gorąco. Ciepło biło z podłogi razem z tym smrodem, a na twarzy młodego nadal był ten dziwny uśmiech. Chociaż lico nadal miał blade, wręcz trupie. Biorąc korektę na te wyraźne kości policzkowe i głęboko osadzone w czaszce oczy i ten kaptur… Jedyne co zauważyłem to wyraźne zaznaczenie żył i tętnic, na tle tej bladej jak papier skóry żyły były wręcz granatowe, nie wspominając o tym, że przebijały się przez skórę która miała chyba tylko jedną warstwę… Szał wzmagał się jak i coraz większe nadęcie wśród mężczyzn którzy od napuchniętych mięśni nie byli w stanie wstać, a może szał ich zamroczył tak mocno, że mogli tylko patrzeć, jak ta łajza ich wyśmiewa… Ojciec krztusił się i próbował wydrapać swoje guzy i pozwolić powietrzu wejść do jego ciała, złapał za nóż, aby chociaż spróbować zrobić sobie tracheotomie, ale te kuchenne śmieci, się nie nadawały do krojenia mięsa, a co dopiero do przebicia skóry… Żołnierz miał więcej oleju w głowie i rzucił się do okna, aby je otworzyć, chłopak odchylił się w krześle i o mało nie zakrztusił się ze śmiechu. Były zaplombowane. Żołnierz wyciągnął z pochwy w bucie, bagnet, aby je podhaczyć. Przez chwilę rozważał zrobienie sobie otworu do oddychnia w szyi. Chyba się bał i zrezygnował z tego. Ja stałem tylko oparty o próg, przecierając czoło z gorąca. Jeśli ta substancja miała na mnie oddziałać, to już dawno by się to stało… Zresztą, mój organizm bez problemu wypierał takie rzeczy.
- Skąd miałeś pewność, że to gaz?
- Ciągła inhalacja Mekką do tego doprowadza, krew wręcz wrze a dodaktowo kiedy w pomieszczeniu jest gorąco, to efekt się podwaja, raz widziałem zwłoki gościa który właśnie się zagazował Mekką, bąble na szyi, to absolutny standard. Nie widziałem jedynie wystrzelonych paznokci, ale też sobie próbował zrobić ten zabieg i wyczołgać się z mieszkania...Tylko chyba mu się krzywo wkręciła faza i starał się majstrować przy zawiasach, nie klamce. Może i tu ktoś próbował mu zrobić taką saunę, ale to inna sprawa...Ale osobiście nie wierzę, że ktoś mu w tym pomógł…
- Co się stało z żołnierzem?
- Padł na czworaka i ruszył ku drzwiom, chciał walczyć do końca o własne życie, więc parł na nie, chociaż domyślał się, chyba że były zamknięte…
- Dlaczego nie próbował dostać się na górę i tam nie forsował okien, chyba nie wszystkie zostały zaplombowane.
- Zakładał, że, chyba ma więcej szans sforsować drzwi niż uciec z górnego piętra, pamiętaj, że mógł się jeszcze połamać, spadając z góry, a brat mógłby go dobić… Dopadł do drzwi i resztką sił wszczepiając się paznokciami w drzwi, puchnąć coraz bardziej i krztusząc się krwią z wysadzonej wargi. Oczy też sprawiały wrażenie jakby miały zaraz wystrzelić z oczodołów jak z działa. Uchylił klamkę, drzwi powoli zaczęły się uchylać. Domyślam się tylko jakiego banana na mordzie miał wojak, i jaki wyraz mógł mieć kiedy brat delikatnie odsunął go nogą od drzwi, nawet się nie starał, po prostu położył mu stopę na twarzy i delikatnie go popchnął, po czym zaryglował drzwi. I nadal miał ten wyraz jak królowa lodu kiedy utuczyła Edwarda…
- Edmunda…
- Mam to gdzieś, te oczka stały się aż złote w swych tęczówkach, a białka aż zzieleniały. Wiedziałem, że coś brał, by tylko nie poczuć efektów przedawkowania Mekki, tylko o ile gorszy, był szajs. który doprowadził go do takiego stanu, to ja nie wiem… Nadal to zresztą badam, ale co do tej sprawy to wiesz, że ja ci na razie nie mogę niczego wyjawić… W każdym razie razem z powoli opadającą dłonią żołnierza to miejsce zaczęło tracić kolory. Panele zaczęły trzeszczeć niemiłosiernie, nawet jeden się pode mną zapadł, wszystko zaczęło śmierdzieć, a postać chłopca i jego brata oraz trupy w kuchni stały się tylko kurzem w tych pomieszczeniach, gdzie może i obrazy były w ramach a wiele rzeczy nie zostało potłuczonych to i tak ściany dawno straciły pion. Coś nie coś skończyło na podłodze, chociaż najgorszym faktem był smród jaki unosił się po całej okolicy. Odruchowo zasłoniłem nos chusteczką, organizm organizmem, ale ten odór był wręcz nie do zniesienia. Jakby ktoś do każdego z tych zbuków jeszcze narzygał, a te zbuki jeszcze ktoś wrzucił do torebki jednorazowej i zamknął w zepsutej lodówce na pół roku. Taki był smród. Teraz jednak już miałem swobodę i mogłem sprawdzić to miejsce, chociaż sprawa rozwiązała się sama za mnie. Wpadłem na górę dla formalności. Znaczy, na jej resztki ktoś spalił sypialnie chłopaków i rodziców. Znaczy, nie “ktoś”, bo to było nazbyt oczywiste, kto sobie piekł kiełbaski na całym drugim piętrze. Została więc piwnica. Oczywiście na wejściu linka i strzelba, no wiesz, tak jakbyś był głupi i nieostrożny, to za karę i otrzymasz karny postrzał w potylicę który zrobi z twojego mózgu piękną odbitkę na przeciwległej ścianie. Potem schody w dół, w mrok. W nieprzeniknioną toń pełną tajemnic.Szczególnie intrygowała mnie jedna, tycząca się szanownego frajera, który wynalazł antidotum na przedawkowanie Mekki. Bez latarki, z zapalniczką w dłoni wkroczyłem do celi, domu i sanktuarium jednego wariata. To był pokój wyłożony notatkami, w pokoju krzesło, krześle truchło, naszprycowane rurkami, przez rurki nic już nie płynie, tylko w kącie pod sufit podwieszone są baniaki, z ust trupa ciekła zielona maź… I chociaż był martwy, to uśmiechał się szyderczo. On wiedział.
- Co wiedział?
- Siedziałem na informacjach, na instrukcjach i opisach, na poradach i notatkach, ale nadal nie miałem powodu… Po prostu zapomnij o tym Carter, gość już nie żył, a wszystkie tajemnice tego miejsca powinny zginąć z tymi notatkami.
- Jesteśmy kumplami, a ja muszę wiedzieć, co tam było, abym mógł ci jakoś pomóc...
- Co tam było? Grobowiec szaleńca, cwaniaka który we własnych krętactwach poszedł o krok za daleko i za to zapłacił. Zaćpał na śmierć i umarł, a ja postanowiłem, spalić dom, laboratorium wytwórcze mekki oraz piwnicę. To samo z pozostałymi budynkami, zebrałem niezbędne dowody i notatki oraz zdałem je górze i nie chcę mieć więcej nic wspólnego z tą sprawą, jasne?”
Nie bez powodu opisałem na samym początku osobowość Wyatta.
Ten sposób opowiedzenia, maniera, otwartość i nazbyt rozwinięte opisy to tylko część tego co się z nim stało. Spotkałem się z nim miesiąc, po tym co jest zapisane na nagraniu. Często oglądał się za siebie, a najmniejszy dźwięk którego źródła nie był w stanie odnaleźć, sprawiał, że każdy mięsień na jego twarzy napinał się...To samo z drobnymi zmianami w jego otoczeniu. Przewrócona szklanka, złamany ołówek, krzesło które samoistnie odjechało od biurka. To wszystko zmieniło go tak bardzo, że do różnych rzeczy podchodził z dużą ostrożnością. Muszę zająć się tą sprawą, to może być coś ciekawego.
Carter.
Lata przed rozpoczęciem tułaczki.
Komentarze