Historia

Wijowo: początek koszmaru

maciekzolnowski 0 2 lata temu 565 odsłon Czas czytania: ~7 minut

1.

Stało się: zostałem sam na pustkowiu. Za godzinę, może dwie będę już smacznie spał, ale jeszcze nie teraz. Ze starego patefonu płynie nastrojowa muzyczka, tylko to trzeszczenie, to monotonne trzeszczenie usypia i hipnotyzuje, stapiając się z dźwiękami otoczenia. Myślę, a na myślenie mam teraz dużo czasu… myślę o zimie i przeklętej czarnej otchłani tam za oknem. Wkoło mnie styczniowy mrok, stację meteorologiczną zasypało, śnieg wiruje w powietrzu opętańczo, a w kominku świszczy wiatr. Zawsze mi się wydawało, że wyjąca zamieć to wymysł poetów, taki oklepany motyw literacki nie mający nic wspólnego z rzeczywistością. Okazało się, jak bardzo się myliłem! No i jeszcze to potworne przeczucie, że coś złego czai się w mroku, że oprócz czerwonej zarazy, która nadciąga ze Wschodu, istnieje też inna, o wiele groźniejsza, bo nienazwana… taaak, nienazwana…

Trzy dni temu otrzymałem depeszę od Władysława. Znajdowałem się akurat blisko linii frontu, ale nie mogłem zawieść starego druha. Zresztą dostałem pozwolenie i specjalną przepustkę na wyjazd. W końcu byłem nie tylko żołnierzem, ale również naukowcem, przede wszystkim naukowcem, a to musiało być coś okropnie, okropnie ważnego. Władek nie wzywałby mnie ot tak sobie, bez powodu. Szukał zastępcy na tych kilka dni. W spiżarce zostawił prowiant, a na stole w kuchni list. „Jeśli nie wrócę w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin, będzie to oznaczało, że już po mnie. Nie starajcie się mnie odnaleźć, błagam! Nie ryzykujcie niepotrzebnie” – głosiły pośpiesznie skreślone słowa. Dalej następował opis ostatnich wydarzeń, na końcu zaś znajdował się instruktarz, jak często dokonywać mam odczytów, bo przecież misja musi trwać, gdzie co się znajduje i do kogo mam się udać, a raczej w którą stronę należałoby wyruszyć w razie kłopotów. Odczyty miały być przeprowadzane raz na dobę, a tylko w szczególnych sytuacjach raz na dwa, trzy dni.

Władek opuścił to odludne miejsce jakieś czterdzieści godzin temu i udał się w kierunku epicentrum. Wcześniej, dokładnie nie wiem kiedy, zarejestrował wstrząs nieznanego pochodzenia, który go niezwykle zaintrygował (prócz klimatologii, interesował się też sejsmiką refleksyjną). W oddali dostrzegł połamane drzewa oraz dym i uznał, że znalazł się na tropie czegoś w rodzaju katastrofy tunguskiej. Co wygenerowało tak mocną falę? – tego nie wiedział.

Zastanawiałem się, co zrobię, jak nie pojawi się cały i zdrowy w przeciągu kolejnych dwóch dni. Zostawię przyjaciela na pastwę nieznanego? Skażę na pewną w tych warunkach śmierć (nie miałem jasności co do tego, czy otrzyma albo już otrzymał jakieś wsparcie)? A jeśli po niego pójdę, to sam czy raczej z kimś? Wreszcie: ile trwałoby zorganizowaniem akcji ratunkowej w kraju ogarniętym zawieruchą wojenną? Dumając nad różnymi ewentualnościami, dałem się w końcu uwieść urokowi snu zimowego, który już wkrótce miał stać się koszmarem.

W nocy obudził mnie dziwny i niepokojący hałas, coś jakby chrobotanie. Natychmiast zerwałem się na równe nogi, a ciarki zaczęły chodzić mi po plecach. Strach strachem, ale do tego zrobiło się potwornie, ale to potwornie zimno. Mimo tego postanowiłem wyjrzeć na zewnątrz i stawić czoła ewentualnemu niebezpieczeństwu, spodziewając się kuny, wilka, a w najgorszym razie niedźwiedzia. Zarzuciłem gruby kożuch i chwyciłem spluwę, którą już wcześniej trzymałem na podorędziu. Najpierw wyjrzałem powoli przez malutkie okno, ale w głuchej dali niczego ciekawego prócz mroku i tańczącego śniegu nie zdołałem zauważyć. Potem uchyliłem nieznacznie drzwi i wyślizgnąłem się po cichu na dwór, postąpiłem parę kroków, a potem jeszcze parę, i tak dalej.

Majestatyczne szczyty i bezkresne lasy były praktycznie niewidoczne. Wyczuwało się je podskórnie. Natomiast baza, której przyglądnąłem się już wcześniej, składała się z niewielkiego budyneczku, który po gruntownym remoncie mógłby spokojnie służyć jako górski hotelik, oraz paru niezależnych, oddalonych od siebie baraków. Zgadywałem, że są to kolejno: drewutnia, narzędziownia oraz nieczynna od dawna owczarnia. Nie zamierzałem robić pełnego obchodu ani zaglądać we wszystkie kąty. Coś mi mówiło, że najbezpieczniej jest jednak przy kominku i życiodajnym ogniu. I że najlepsze, co mogę teraz zrobić, to czym prędzej wrócić i porządnie, ale to porządnie napalić.

Niestety kiedy zamierzałem się wycofać, coś przykuło moją uwagę i cholernie mi się to coś nie spodobało. Naprzód zauważyłem dziwne ślady na śniegu. Zawsze sądziłem, że wszelkie pełzające stworzenia śpią smacznie w zimie, a tu masz! A to ci niespodzianka! I tak dzierżąc w jednej dłoni lampkę naftową, a w drugiej gnata, skradałem się powoli, powolutku w kierunku drewutni, dokąd prowadziły tajemnicze zygzaki.

Nagle, tuż na progu zauważyłem krew. Świeżą! Skąd się ona tutaj wzięła? I co stało się ze zwierzęciem, bo zakładałem, że to musiało być zwierzę, które zostało zranione? Trzeba było to sprawdzić. Na paluszkach uchyliłem więc drzwiczki i wślizgnąłem się do ponurego wnętrza wypełnionego bukowymi, a także świerkowymi klockami i trzaseczkami aż po same brzegi. Przez chwilę przyzwyczajałem wzrok do ciemności, krocząc jednocześnie niemal po omacku. W pewnej chwili serce podeszło mi do gardła i zapragnąłem krzyczeć, wrzeszczeć, płakać. Oto pod ścianą leżał kot, ale nie martwy, lecz taki, co krwawił i dyszał i miauczał żałośnie, obok zaś znajdowała się, hm… coś jakby glizda, cała biaława i przeźroczysta, nieco tylko podobna do naszej dżdżownicy kształtem, choć większa, o wiele, wiele większa, no i bardziej plugawa… o tak, plugawa! Ohyda, no po prostu ohyda! Chciałem ją ustrzelić. Lecz nim zdążyłem cokolwiek pomyśleć, już jej nie było.

Ruszyłem w pogoń. Wywijała tym swoim obleśnym ogonem na śniegu jak wąż. Po sekundzie znikła gdzieś za rogiem najbliższego budynku. Zdaje się, że weszła, to jest wbiła się w zaspę, ale nie wiem, nie mam pewności, na jaką głębokość. Zatrzymałem się i wycelowałem. Trach!!! Rozległo się przeraźliwe trachnięcie. Bach! Odpowiedziały ponuro wzgórza. Oblałem „skażone” miejsce naftą i podpaliłem, tak na wszelki wypadek. Potem wróciłem do szopy. Do szopy, hej, pasterze, do szopy, bo tam cud, ech!

Chwilkę trwało nim zbliżyłem się do rannego czworonoga, ostrożnie owinąłem go w kożuch i bez zbędnych ceregieli zabrałem do domu, gdzie opatrzyłem mu rankę. Był młody i silny i miał piękne ludzkie oczy, ludzkie, powiadam! Kot! Nie wiem, jak to możliwe? No nieważne. Potem upewniłem się, że drzemie, a sam rozłożyłem się wygodnie na kanapie.

I znów popłynęły nostalgiczne dźwięki starego walca, a ja oddałem się zadumie. Na wszelki jednak wypadek postanowiłem nie spać do samego rana. Tymczasem rozmyślałem o odbytych wspólnie z Władkiem ekspedycjach. Znałem te góry, znałem i kochałem, i to bardzo! On kochał zdaje się bardziej.

Kiedyś latem – to pamiętam – za najwyższym szczytem pasma odkryliśmy niewielki kościółek, zaś w jego wnętrzu dziwną studnię, która okazała się być zaledwie fragmentem góry lodowej: wejściem do jaskini, do całego kompleksu jaskiń. Zaczęliśmy wspólnie eksplorować podziemia, a to, co odkryliśmy – malowidła naskalne, kości zwierząt dosłownie nie z tej ziemi, ślady pradawnego kultu astralnego – wprawiło nas w niemałe osłupienie. No bo niby jak ma się światopogląd naukowca oraz wiara w darwinizm do tego, co znajdowało się w przeklętych trzewiach pod kościołem? Kompasy szalały, zegary podawały zły czas, rzeczywistość zaklęta w malunkach nie zgadzała się z ówczesnym stanem wiedzy na temat pochodzenia rodzaju ludzkiego i nic, absolutnie nic się kupy nie trzymało.

A teraz? Teraz byłem całkiem sam, nie licząc Mruczka, bo tak go nazwałem. Wspominałem i planowałem jutrzejszą wyprawę śladami Władka, gdyż nie mogłem i nawet nie chciałem dłużej na niego czekać. Czułem w związku z jego przedłużającą się nieobecnością niepokój i coś mi mówiło, że jest bardzo źle. Czuwałem tymczasem cierpliwie aż do siódmej, mając nadzieję, że nic złego przez resztę nocy się nie wydarzy. O tej porze roku właśnie wtedy zaczynało robić się jasno.

Później zajrzałem jeszcze do kici. Ku memu wielkiemu zdziwieniu wylizał się, ozdrowiał całkowicie. Cuda się jednak zdarzają! Nie mogłem go jednak zostawić, zamierzałem zabrać ze sobą. Hm, tak jakoś dziwnie na mnie patrzył. Boże, ależ miał piękne ślipia! A jakie rozumne! Jak człowiek! Albo inna istota myśląca. No właśnie: istota. Nie chciałem dopuszczać myśli o tak zwanej innej istocie. Nim się wygramoliliśmy z bazy, zdołałem jeszcze nadać sygnał alarmowy, podać dane na temat położenia groty, gdyż intuicja nakazywała mi skierować się ku niej właśnie, oraz poprosić o zmiennika, jako że służba nie drużba i misja musi trwać, prawda?

Teraz brnę w głuchą otchłań zimy, otchłań piekielną, po cichu licząc na to, że ktoś się za mnie pomodli i że będzie dobrze. Tak bym chciał, by było dobrze, tak bym chciał…

Rozmyślam o starym poczciwinie, który prócz listu pozostawił też dziennik. Z zapisków wynika jasno, co było powodem tak pilnego wezwania mnie do bazy. A więc owego feralnego dnia, w którym się to wszystko zaczęło, Władek odczytywał jak zwykle temperaturę: minimalną oraz maksymalną. I sczytywał pozostałe dane: wilgotność, ciśnienie i tak dalej. O siedemnastej poszedł narąbać drewna. Po osiemnastej przyszykował sobie kolację i uraczył się kapką gorzałki. Nareszcie znalazł czas na czytanie, pisanie oraz słuchanie starych płyt. Około dwudziestej w oddali zauważył błysk. Potworny! Coś takiego trudno było przegapić. Rozległ się grzmot, a ziemia zatrzęsła w posadach. Myśl o tym nie dawała mu później spokoju. Noc miał z głowy.

Rutynowo o siódmej rano udał się w celu spisania danych. Zauważył wtenczas na horyzoncie połamane drzewa oraz dym. Po śniadaniu wezwał posiłki i nadał depeszę, w której prosił o zastępstwo na kilka dni. O szesnastej ponownie przywitał się z przyrządami pomiarowymi, a o siedemnastej napisał list poszerzony o instrukcje dla zmiennika i począł przygotowywać się do wyprawy.


2.

Siódma rano: start. Cel marszu: Jaskinia Siódmego Słońca. Ale dziwna nazwa, tak swoją drogą! Śniegu… no nie będę przeklinał. Od groma! Będzie ciężko, ale dam radę!

Piętnasta: rozbicie obozu, przyrządzenie jadła, toaletka, książka i tak dalej.

Dwunasta dnia kolejnego: osiągnięcie celu. Widok złowrogi. Wszystko się wali albo już zawaliło. To, co zostało z kościółka może się lada chwila rozsypać, obrócić w perzynę. A jednak wejście do jaskini osiągalne. Po drodze szczątki czegoś, co wygląda na rozbity pojazd. Jest moc! Ciekawe, do kogo należy, a raczej należał? A wkoło pełno metalu albo jakiegoś innego materiału, najpewniej pozaziemskiej proweniencji.

Godzina? No cóż, tym razem nieznana. Sporo czasu upłynęło od ostatniego zapisu. W głębi jaskini znajduje się gniazdo obcego organizmu. Ale widok!!! Chyba nie tego się spodziewałem. To pewnie matka. Wszędzie pełno jaj i czegoś lepkiego, czegoś, co przypomina zsiadłe mleko albo galaretę. Obym wrócił stąd żywy. Mam złe przeczucia. Chyba już czas odłożyć na bok mój wynalazek – dyktafon patefonowy. Nigdy nie byłem zbytnio wierzący, ale teraz, w obliczu nieznanego, warto by może zmówić jakąś modlitwę. Boże, czemuś mnie opuścił?!

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje