Historia

Porcja Beskidów

maciekzolnowski 0 1 rok temu 289 odsłon Czas czytania: ~3 minuty

Moje Beskidy, niczym dziecięce puzzle, rozsypują się tu i tam i tak trudno jest je odnaleźć, złączyć w jedną całość. Odkryłem dziś w Górkach coś naprawdę interesującego. Przeszedłem trasę, której nie znałem, ha, ja nie znałem! Naprawdę trudno jest mi w to uwierzyć. Do tej pory sądziłem, że przemierzyłem każdy metr wsi, w której mieszkam. I nagle okazało się, że się myliłem. Przypomniałem sobie przy okazji fakt, iż tę dzisiejszą drogę raz już pokonałem, zaraz po tym, jak parę lat temu wprowadziłem się do Górek Wielkich. Zaliczyłem ją wtedy z kolegą, z którym nadal się kumpluję. Czyżbym odkrył jakiś Wspomnień Szlak? Może?

Najpierw szedłem trawersem myśliwskim, który do niedawna wydawał mi się ślepą ścieżką i wiódł do polanki, o której wiedziałem tyle tylko, że jest, że istnieje. Hm, bardzo ciekawa historia z tą polanką, muszę wyznać. Przez dłuższy czas nie potrafiłem powtórnie za Chiny na nią trafić, a dziś się udało. To niesłychane! Trawers doprowadził ostatecznie do zupełnie egzotycznej części miejscowości. Jakież to dziwne znaleźć się tak nagle i niespodziewanie w zupełnie innym świecie!

Z początku wałęsałem się po lesie, dopiero potem pojawiły się pierwsze stare domostwa o sypiącym się, zszarzałym tynku, o których można by było powiedzieć, że są biedne, że prezentują się mizernie. Szedłem i zastanawiałem się, kto mieszka w starych, opuszczonych – na pierwszy rzut oka – chałupach. Kim są tubylcy? Zbieraczami runa? Przybyszami z przeszłości, z pradziejów? Bezwstydnymi dzikusami? Dlaczego na Boga w oknach ich domostw żarzą się krwistoczerwone lampiony? I czy nie powinienem się już może czegoś obawiać? Dlaczego u licha w powietrzu unosi się zapach juchy zaszlachtowanych – dałbym głowę, że czarnych – kogutów?

W jednej z chałup duchy siedziały przy stole i grały w karty, w drugim – podejrzałem przez okno – kanibale rozwalili się przed starodawnym teleodbiornikiem. Wcinali płaty soczystego mięsa, dudląc bimber prosto z gwinta. Ech, ten miejscowy folklor, folk-horror!

Ile jest Beskidów w Beskidach? Dziesięć procent, trzy, a może tylko dwa? Beskidy to klimat, który ginie w cywilizacji mozaikowej, gdzie nowe miesza się ze starym, piękne z brzydkim, biedne z bogatym, tradycyjne z nowoczesnym, niepowtarzalne z tym, co szablonowe, ludowe z napływowym, swojskie z obcym. A ta szczególna atmosfera? Czymże ona jest? Wydaje się, że klimat tutejszy tworzą starzy ludzie, stare drzewa i stare domy.

Tak więc z początku brnąłem w swoisty ekstrakt góralsko-ludowy, w polskość, słowiańskość, w południce, chochliki i chochoły. Potem gdy skończył się las, minąć mogłem wrota miejscowości, stare zabudowania minąć mogłem i przejść przez góreckie gospodarskie opłotki. I tak wdepnąłem w śmierdzącą kupę nowoczesności i nijakość, a wycieczka dobiegła końca. Dorwali mnie kanibale? Gonili, ścigali, aż wreszcie capnęli i bęc? Nic podobnego! Ech, te wredne bestie! Ech, ci paskudni krewcy ludożercy! To dzięki nim właśnie mam teraz o czym pisać.

Co dziś zapamiętałem? Hm, dwie, może trzy drewniane chatki ze stromymi dachami krytymi strzechą, tych parę limb na zakręcie ścieżyny, którą szedłem, tę kapliczkę na rozstaju wijącej się uroczo dróżki, ten pofałdowany teren, te zdziczałe sady, parę tych tarasów widokowych, na których kiedyś znajdował się jakiś być może ogród albo jakieś poletko. Zapamiętałem zabudowę kaskadową, ślepe wjazdy na tarasiki widokowe, upstrzone drzewami i chaszczami, które potęgują wrażenie głębi, intymności, swojskości. Wryły się w pamięć stare drzewka owocowe z kropelkami wody na poskręcanych jak garbate staruszki gałązkach. Weszła do głowy, wpłynęła, wślizgnęła się mgła – mgła jako widomy znak tego, że las i łąka oddychają i żyją. Weszły drabinki, oparte o ściany szop niczym łęki przyporowe o mury średniowiecznych katedr. Wlazł wysoki na metr albo dwa kamienny pas w miejscu podmurówki – element bardzo starego murowanego domu góreckiego. Do tego wparowała mi jeszcze do łba samotna limba rosnąca na krańcu wąwozu – krańcu świata. Utrwalić się dały różne oblicza ciszy, co w uszy grzmoci i trzaska po twarzy, pac, pac, wiele ciszy inkarnacji i wcieleń, bo zimą w lesie jest wyjątkowo cichutko tak, spokojnie tak. Wreszcie na sam koniec zarejestrowało się beznadziejną szarówkę, błoto i mokry topiący się śnieg, mgłę i grudniową abnegację kolorów, brak konturów i mnóstwo zapomnianych zakamarków, które urzekają właśnie tym, że zostały zapomniane i nikt o nich już nie myśli, nie zajmuje się nimi, nie dba o nie. Ech, moje Beskidy rozsypują się jak te puzzle i trudno jest je złożyć w jakąś koherentną prajednię.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje