Historia

Porzucony

Michał Pawlik 0 7 miesięcy temu 2 833 odsłon Czas czytania: ~23 minuty

Otworzyłem zaspane oczy przecierając je gwałtownym ruchem ręki. Po pierwszym przetarciu powiek poczułem ból rozchodzący się po całym ramieniu. Uczucie przypominało znane mi dobrze zakwasy, lecz było o wiele bardziej dokuczliwe. Obróciłem głowę w lewą stronę i spostrzegłem że leżę na zimnej podłodze, pośrodku pokoju. Wokół mnie leżało sporo wszelakiego śmiecia, jakieś podarte dokumenty i inne bibeloty nienależące do mnie. Podniosłem się ociężale z wyłożonej drewnianymi panelami podłogi i usiadłem po turecku. Moją głową zaczął targać ból towarzyszący człowiekowi, który zeszłej nocy przesadził z alkoholem. Co mnie totalnie zadziwiło to to że nie czułem kaca. Momentalnie się za nią złapałem, próbując przypomnieć sobie ile wczoraj wypiłem. Próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek co wydarzyło się ostatniego wieczora. Wszelkie próby przywołania wspomnień z przeciągu tego tygodnia spełzły jednak na niczym. Co gorsza wszystkie moje wspomnienia wydawały mi się cholernie nieme jak filmy Charliego Chaplina.

– Auć.. mój łeb. - Wyjąkałem wciąż trapiony drenującym bólem głowy.

Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu, któregoś z współpracujących ze mną kolegów. Nie napotkałem w pokoju żywej duszy. Całe moje mieszkanie, które dzieliłem z kumplami nie było za duże. Ogólnie jak na moje standardy w całym pokoju panował istny burdel. Wstałem na nogi zwijając się przy tym z bólu. Dręczący mnie przeszywający ból głowy wzmógł się w momencie gdy stanąłem na nogi. W moich uszach zaczęło niemiłosiernie piszczeć, a krew płynąca w moich żyłach zawrzała. Po podniesieniu się z podłogi poczułem jak wszystkie kości zaczęły strzykać. Dźwięk ten grał mi na złość, gdyż byłem wysportowanym młodym mężczyzną i nigdy wcześniej nie skarżyłem się na tak potworny ból. Czułem jakby każdy mięsień był trawiony przez ukryty pod skórą żywy ogień. Spojrzałem w stronę swojego własnego łóżka, któremu towarzyszyła rzeźbiona w drewnie komoda. Pokuśtykałem w kierunku komody, błagając w myślach by burza odczuć, pisku i bólu zamieniła się w błogą dla mnie ciszę. Podniosłem leżący na stole zegarek i zdjęcie swojej narzeczonej Kiry. Zdjęcie to przywołało parę zupełnie szarych i niemych wspomnień. Piękne szarookie dziewczę o krótkich sięgających do ramion blond włosach spoglądało na mnie z fotografii. Jej spojrzenie działało na mnie jak narkotyk. Wyniszczający moje ciało ból zniknął, a na jego miejsce przyszła tęsknota za ukochaną. Wziąłem leżącego w szufladzie komody służbowego Stieczkina i nakarmiłem go amunicją kalibru 9 milimetrów. Założyłem na siebie kamizelkę kuloodporną i zarzuciłem leżący na łóżku plecak na plecy. Dwa pozostałe magazynki włożyłem do kieszeni czarnej skórzanej kurtki. Otaczająca mnie cisza totalnie mnie zadziwiła, lecz dawała też poczucie względnego spokoju. Zwykle rano budziły mnie odgłosy krzątających się po pokoju współlokatorów. Tego ranka przywitała mnie jednak głucha cisza. Opadłem na łóżko odczuwszy zapewne spadek adrenaliny i rosnące uczucie senności. Zdawałem sobie sprawę że musiałem zbierać się do pracy, ale chęć snu zwyciężała. Próbowałem walczyć z zamykającymi się oczami, ale zastanawiałem się czy nie dać za wygraną. Moją wewnętrzną walkę ze zmęczeniem przerwał dźwięk otwieranych przez wiatr podstarzałych drzwi. Obróciłem lekko głowę w kierunku uchylających się drzwi. Nikogo tam jednak nie było. Tajemniczy z pozoru, ale znajomy żeński głos poraził mnie niczym piorun z jasnego nieba.

– Uciekaj stąd.

– Halo ktoś tu jest? - Odpowiedziałem przestraszony.

Poczułem jak strużka jakiejś cieczy wypływa powoli z mojego nosa. Przytknąłem rękę w miejsce pod nosem gdzie zaczynał się kilkudniowy zarost. Otworzyłem oczy i spojrzałem na rękę. Na mojej dłoni ukazała się smuga czerwonej krwi. Czując że coś tu nie gra, zerwałem się prędko z łóżka. Szybki zryw z mojego łóżka obalił mnie na podłogę i wznowił symfonię bólu i cierpienia. Poczułem zmęczenie narastające wciąż w mojej głowie. Moje powieki opadały powoli i z przymusem niczym kurtyna po zakończeniu spektaklu. Czułem też jak moje ciało opuszczało całe ciepło, a z płuc bezpowrotnie uchodziło powietrze. Z tej przeokropnej pułapki ponownie wyrwał mnie ten sam przedziwny głos. W głębi serca czułem że nieubłaganie zbliża się mój koniec.

– Wstań... proszę. - Głos załkał.

Pomyślałem że jeślibym nie wstał to zostałbym tam na wieki jako pożywka dla robaków. Napiąłem mięśnie i wkładając w to ostatki sił podźwignąłem się na rękach. Spróbowałem wciągnąć raz jeszcze powietrze, by sprzeciwić się zbliżającej ku mnie śmierci. Pewnie byłaby to piękna czarnowłosa kobieta w równie czarnej sukni i trzymająca również czarną kosę. Czując jak krew spływała mi z nosa, zaśmiałem się cicho.

– Nie dzisiaj. Narzeczona na mnie czeka.

Dokończywszy zdanie powstałem, całkowicie oddalając się z objęć kostuchy. Można by nawet powiedzieć że zębami się życia trzymałem. Tak mało dzieliło mnie wtedy od śmierci. Wyskoczyłem szybko z pokoju jak najszybciej mogłem. Wpadając przez otwarte drzwi wprost do kuchni. Rozejrzałem się po zaniedbanej i zdewastowanej kuchni. Nie było tam fragmentu podłogi, bez podartych papierów i liści, które wleciały tu przez otwarte okno i drzwi łazienki.

– Co tu się dzieje do cholery? - Wysapałem będąc w pełni przerażony.

Uczucie zatracenia się w śnie odpuściło zupełnie. Stanąłem w miejscu próbując uspokoić oddech, który łapczywie łykał powietrza ile tylko się da. Na jednym ze skrawków papieru spostrzegłem napis. Wyglądał jak nagłówek jakiegoś starego brukowca. Podniosłem kawałek rozerwanego papieru i przyjrzałem się mu dokładnie. Na owej kartce widniał napis wydrukowany grubą czcionką, który zawierał w sobie takie oto słowo ,,Awaria.....”. Reszta napisu nie była w najmniejszym stopniu czytelna. Mi też nie zależało na szukaniu podobnego egzemplarza. Miałem w tej chwili ważniejsze rzeczy na głowie. Zwróciłem swój wzrok w stronę drzwi wejściowych. Były otwarte na oścież. Co ja gadam ledwo wisiały na tych swoich zawiasach. Na miejscu wcześniejszego bólu w moim łbie kotłowały się pytania na, które nie potrafiłem w tamtej chwili odpowiedzieć. Nie były to pytania w stylu ,,Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?”. Pierwsze co mnie zastanawiało to fakt iż coś dziwnego działo się w moim mieszkaniu. Nie miałem jednak ochoty pakować się w to samo bajoro jeszcze raz. Postanowiłem sobie w duchu że nie wrócę tam. Nie i koniec. Dodatkowo odstraszał mnie ten głos, który słyszałem w głowie.

– Brrr – Otrząsnąłem się momentalnie pod wpływem doznanych w tamtej chwili wrażeń.

Wyjrzałem przez drzwi mieszkania i po raz kolejny zastygłem w bez ruchu. Mój już i tak zszargany umysł dobijał widok szerzącego się przede mną korytarza. W mojej obolałej głowie dudniło jedno poważne pytanie. Czemu drzwi do mojego jak i wszystkich mieszkań w tym bloku były do czorta otwarte? Jakby tamtego dnia się gdzieś paliło czy co? Ognia przecież tam żadnego nie widziałem. No chyba że byłem ślepy jak kret. Nie no to odpada bez dwóch zdań. Rozejrzałem się powoli na wszystkie strony, ale tym razem też żywej duszy nie widziałem. Odczucie ciekawskiego wzroku na swoich plecach towarzyszyło mi od momentu wpadnięcia do kuchni, jednak po wyjściu na korytarz wezbrało na sile. Obejrzałem się jeszcze raz w kierunku korytarza i otwartych w nim drzwi. Coś mi tam jeszcze w oddali zalśniło, ale miałem już dość wrażeń jak na jeden dzień. Skierowałem się w odwrotną stronę, wprost na klatkę schodową. Podchodząc do klatki schodowej, zacząłem szybkim krokiem schodzić po kamiennych schodach. Przy okazji sprawdzałem korytarze na innych piętrach. Wszystkie wyglądały niemal identycznie jak ten, na którym mieszkałem co przyprawiało mnie o uczucie rosnącego wciąż niepokoju.

– Co się tu do cholery wyprawia? – Wydyszałem z braku tchu, zbiegając coraz szybciej po schodach.

Nikt jednak mi nie odpowiedział na moje pytanie. Nawet ten tajemniczy żeński głos w tamtej chwili milczał. Zszedłem na parter i odbiłem w prawo. Przede mną stał pusty korytarz, który musiałem przejść by wyjść z bloku. Zlustrowałem ciągnące się przede mną pomieszczenie. Jarzące się na suficie lampy, nagle straciły swój blask, a ich szklana obudowa pękła. Moich uszu dobiegł charakterystyczny trzask pękającego szkła, który słyszałem po raz ostatni za czasów technikum. Ruszyłem się z miejsca. Tempo moich kroków zwiększało się z każdą sekundą. Chciałem już opuścić ściany kwater pracowniczych. Opuściwszy budynek zatrzymałem się przed głównym wejściem. Oślepił mnie jasny blask słońca, unoszącego się na błękitnym i bezchmurnym nieboskłonie. Zasłoniłem oczy, które zdążyły nawyknąć do ciemności. Na prawo ode mnie słyszałem bawiące się na placu zabaw dzieci. W oddali słyszałem też dźwięk przejeżdżającego roweru i towarzyszący mu odgłos dzwonka. Otaczająca mnie aura dała mi względne poczucie normalności, które przerwał huk wystrzału. Wiedziałem jaka broń mogła spowodować tyle hałasu.

Sprawcą zamieszania był stary boczniak zwany naganem. Wraz z niosącym się echem wystrzału, prysł też obraz pięknego i uroczego poranka. Odsłoniłem oczy i spostrzegłem że otaczała mnie lekka mgiełka, a ulica zdawała się być zupełnie pusta. Obróciłem głowę w stronę gdzie chwilę temu bawiły się dzieci. Nie było tam jednak żadnych bawiących i śmiejących się dzieci. Tylko huśtawka lekko kołysała się za sprawą odczuwalnego i rześkiego wiaterku. Spostrzegłem jak zielony żywopłot poruszał się w takt wiatru. Tak mi się przy najmniej wydawało. Zaraz po tym usłyszałem szelest liści dochodzący z owego miejsca. Parę sekund później z krzaka wyjrzał pysk czarnego jak smoła psa. Kundel trzymał nos przy ziemi, jakby podążał czyimś tropem. Miałem zagwizdać na kundla lecz wstrzymałem się. Pies uniósł łeb i wyszczerzył pożółkłe i brudne od zaschniętej krwi zębiska. Na pysku zwierzęcia brakowało fragmentu skóry, a oczy jego zdawały się być wyblakłe i pozbawione jakichkolwiek barw. Zapchlone psisko obróciło łeb w moją stronę, próbując wywąchać prawdopodobnie mnie. Przybłęda jednak nie podeszła do mnie, lecz odwarknęła i zanurzyła się w ścianie zielonych liści. Spotkanie z tym psem wzmogło moje obawy co do normalności tego dnia. Z tego też powodu minąłem plac zabaw szybszym krokiem, usiłując nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. W moich ustach ciążył metaliczny posmak, a w nos uderzała wilgoć i zapach spalenizny. Przetarłem ręką twarz w miejscu nosa. Tym razem nie zaobserwowałem żadnych krwawych smug. Szedłem tak w całkowitym milczeniu, obserwując budynek szkoły znajdujący się po drugiej strony asfaltowej ulicy. Obserwowana przeze mnie budowla była w całości pokryta białą i schodzącą w niektórych miejscach farbą. Była też pozbawiona czegokolwiek co dałoby choć odrobinę pozoru normalności. Przed wejściem do placówki oświaty nie stali ani nauczyciele ani uczniowie, a przez okna nie było widać nic specjalnego. Parę okiennic zasłaniały kolorowe żaluzje. Ogarnięty przerażeniem usiadłem na ławce na przystanku, czekając na autobus. Poczułem jak znajoma siła ściska mnie za brzuch. Był to głód rzecz jasna, który uderzył tuż po tym jak zaczęła schodzić ze mnie adrenalina. Położyłem szary plecak na ziemi, rozsuwając zamek błyskawiczny. Z dna torby wyszperałem paczkę fajek i batona proteinowego. Po paru kęsach poczułem się lepiej i choć załagodziłem zwykły głód, to odezwał się potem ten nikotynowy. Ciągnięty pragnieniem zapalenia fajki, wyciągnąłem ostatnią pozostałą przy mnie paczkę. Wyjęta przeze mnie paczka papierosów, wyróżniała się czerwonym otwarciem pudełka i czarnym nadrukiem o treści Marlboro. Jak się później okazało w ostatniej paczce znajdował się też ostatni papieros.

– Kurr...wa. Mogłem przyoszczędzić tych fajek. - Wycedziłem cicho przez zęby.

Sięgnąłem prawą ręką do kieszeni spodni. W lewej dłoni trzymałem nieodpalonego jeszcze papierosa. Pomyślałem o psie którego widziałem na placu zabaw i o wszystkich dziwactwach, które napotkałem po drodze na przystanek. Lustro kałuży stojącej przed ławką ukazało mi moją młodą i podłużną twarz. Kiedyś na mojej twarzy nie można było odnaleźć ani jednego śladu po młodzieńczym trądziku. Dłonią, która trzymała papierosa podrapałem się po swoim kilkudniowym zaroście. Bardzo często zapominałem się ogolić, a Kira tego nie lubiła. W sumie to nie wiedziałem dlaczego, ale mi się wydawało że broda dodaje mi męskości. Miałem nadzieję że jeśli dojadę do pracy to znów się spotkamy, przytulimy i zamienimy parę słów w czasie przerwy. Po pracy może skoczylibyśmy nawet razem do kina, lecz nie byłem pewien czy w repertuarze znalazłoby się dla nas coś ciekawego. Prawa ręka buszująca w kieszeni napotkała w końcu mały metalowy pojemniczek. Rozejrzałem się dookoła siebie. Mgła zaczynała gęstnieć z każdą wolną chwilą. Spróbowałem odpalić zapalniczkę. Nie reagowała ona jednak na próbę jej zapalenia. Spróbowałem jeszcze raz i zapalniczka wydała z siebie drobne pstryknięcie, po którym objawił się płomień otwartego ognia. Przyłożyłem końcówkę peta do nikłego płomienia zapalniczki.

– Nie! - Znowu usłyszałem głos w swojej głowie.

Głos rozszedł się po moich uszach w tym samym momencie gdy papieros miał się podpalić. Płomień nagle znikł, a papierosa coś wyrwało z mojej ręki. Pet wylądował w kałuży. Zaraz po tym Odczułem ciepło i ciężar czyjejś ręki na swoich stalowych barkach. Serce zaczęło bić szybciej, a fala gęsiej skórki i dreszczy rozeszła się po plecach jak fala po rzuceniu kamienia w środek jeziora. Kark momentalnie zesztywniał ze strachu, a krótkie włosy stanęły dęba. Zebrałem w sobie jednak resztki odwagi i zerwałem się niczym wilk podczas polowania.

– Czy wiesz na co się narażasz, robiąc ze mnie jaja? - Powiedziałem to opanowanym tonem, rozglądając się na wszystkie strony.

Niestety wokół przystanku nikogo ani niczego nie poza mną nie było. W tej chwili zacząłem żałować tego że nie miałem własnego auta. Raz na jakiś czas do pracy podwoziła mnie Kira, choć wiele razy jej odmawiałem. Była kobietą, której się nie odmawia i przekonałem się o tym nie raz. Ją było stać na własny samochód i własny dom. Mi natomiast brakowało pieniędzy z racji tego że samo posiadanie Stieczkina mocno nadwyrężało mój portfel. Byłem po technikum elektronicznym co dało mi możliwość pracowania w obiekcie jako technik elektryk. Pensja jednak nie wystarczała, więc musiałem przygarnąć kolejne obowiązki w miejscu pracy. Tak oto z elektryka stałem się ochroniarzem sekcji elektrycznej. Pilnowałem porządku, naprawiałem usterki w rozdzielniach i musiałem zostawać po nocach jako stróż nocny. Przerwałem swoje rozmyślania, rzucając okiem na zegarek, który dostałem na komunię od rodziców. Szklana tarcza zegara była popękana i ledwo udawało się z niego odczytać godzinę. Pomyślałem że może tym razem pójdę na nogach. Z tą myślą wstałem i poszedłem przed siebie. Wokół mnie snuła się gęstniejąca mgła, wraz z przygnębiającą ciszą. Po zaledwie paru krokach usłyszałem zza siebie odgłos hamującego autobusu. Odwróciłem się napięcie, mając nadzieję że szybko dojadę do pracy. Owszem autokar stanął za mną, ale w jego wnętrzu nie widziałem nikogo. Nawet fotel kierowcy był pusty. Sam autobus był też jakiś niemrawy tego dnia. Jego metaliczna obudowa była szara i wyglądała jakby dorwała ją korozja. Szyby okien pojazdu były powybijane. Widok zjawiska natchnął mnie do wykonania zdjęcia. Wyjąłem aparat z zamiarem strzelenia paru fotek tego jakże tajemniczego widoku. Wycelowałem precyzyjnie obiektywem w stronę autobusu i zajrzałem przez przeźroczystą soczewkę wizjera aparatu. Na soczewce nie było widać żadnego autobusu. W jego miejscu wisiała coraz bardziej rozrzedzająca się mgła. Chwilę później aparat przestał działać. Powodem nie mogło być rozładowanie się baterii, ponieważ wymieniałem ją stosunkowo niedawno. Nie wierząc w realne istnienie tegoż autobusu, podszedłem bliżej. Podejrzewałem że to po prostu miraż spowodowany nadmiernym zmęczeniem i wcześniejszym bólem głowy. Odczułem również lekki dyskomfort spowodowany przyjazdem niespodziewanego środka lokomocji. Czując rosnące w sobie napięcie, rozejrzałem się jeszcze raz i podszedłem do otwartych drzwi pojazdu marki ,,Paz”. Raczej nie chciałem wsiadać do tak dziwnego pojazdu. Ciekawość jednak była silniejsza. Postawiłem lewą nogę na schodku, drugą natomiast pozostawiłem na drodze. W momencie złapania metalowej balustrady prowadzącej do wnętrza pojazdu, usłyszałem głos. Ten sam głos, który nawiedzał mnie po raz kolejny pojawił się tego dnia.

– Nie! Nie rób tego... proszę. - Do umysłu przeniknął dziewczęcy szloch.

Próbując nie zawierzać tajemniczemu głosowi parłem dalej. Podciągnąłem się lekko i postawiłem kolejną nogę na schodku. Równie tajemnicza i ogromna siła pociągnęła mnie w tył, powalając przy tym na ziemię. Nie zdążyłem zareagować na upadek w jakikolwiek sposób, o czym świadczyło moje ostatnie i przerwane słowo.

– Kurr...

Moje spięte w przerażeniu plecy spotkały się z asfaltowym podłożem. Czułem jak w głowie mi zawirowało. Na drodze leżałem niemalże przez parę sekund. Podniosłem się, trzymając się prawą ręką za głowę. Nie wiedziałem co to było. W akcie desperacji wyjąłem komórkę z kieszeni i spróbował wybrać numer telefonu do Kiry. Rozległ się dźwięk oznajmiający brak sygnału. Telefon będąc w pełni naładowany padł tak jak aparat.

– Jasny gwint – Powiedziałem cichym i zmartwionym głosem.

Spowiło mnie uczucie obawy, które w przeciwieństwie do mgły zacieśniało się coraz bardziej. Nie wybaczyłbym sobie gdyby coś stało się jej stało. Czułem jak rosło we mnie ciśnienie. Rozejrzałem się w poszukiwaniu choćby jakiegokolwiek roweru. Podchodziłem do każdego zaparkowanego auta i sprawdzał czy jest otwarte i czy w pobliżu nie leżą żadne klucze. Moje poszukiwania przerwał przeciągły ryk, który pochodził zza Szkoły. Sięgnąłem ręką w pobliżu kabury i ująłem lekko pistolet, próbując wymacać zabezpieczenie broni. Chwilę potem broń kliknęła oznajmiając że jest gotowa do wystrzału. Stałem tak przez chwilę nasłuchując w milczeniu.

– Cokolwiek to było zniknęło. - odparłem rozglądając się na różne strony.

Patrolując ulicę w poszukiwaniu środka transportu spostrzegłem biały samochód zwany potocznie Ziłem. Drzwi samochodu były otwarte. Na ten widok uśmiechnąłem się i potruchtałem w jego kierunku.

– Mam to ja dzisiaj farta. - Powiedziałem parsknąwszy śmiechem.

Podchodząc zadowolony do samochodu, kopnąłem jakiegoś kamyczka czubkiem buta. Kopnięty kamyk z impetem przeturlał się do przodu. Po krótkim czasie kamień napotkał niewidzialną dla mnie przeszkodę, po czym uniósł się w powietrzu. Zaistniałemu zjawisku towarzyszył szum wiatru i zbliżających się do tego miejsca liści. To działo się za szybko dla moich zmysłów. Kamień wystrzelił w stronę Ziła, trafiając w stalową karoserię. Echo trzasku rozniosło się na całą okolicę. Nie pomyślałbym że taki oto biedny kamyczek mógłby wykręcić taki numer. Zbędnie się nie namyślając, wsiadłem do auta i zamknąłem drzwi na klucz. Schyliłem się w próbie improwizowanego rozruchu silnika. Tak zwaną metodą ,,na kabelki”. Samochód krztusił, a kontrolki zaczęły migać i gasnąć naprzemiennie. Następstwem próby rozruchu był nagły pisk towarzyszący harataniu metalowej karoserii. Zaniechałem kolejnej próby odpalenia samochodu. Momentalnie zastygłem w wyrazie strachu. Czułem jak ten dźwięk bębnił mi w uszach, a na całym ciele wystąpiły ciarki. Kark zlał mi zimny pot, ale znalazłem w sobie determinacje by odwrócić głowę w stronę źródła dźwięku. Tuż za szybą ukazał mi się szkaradny i paskudny pysk jakiegoś monstrum. Z gęby stworzenia wyrastały bordowe macki, które zdobiły białe i drobne ząbki. Z owych macek ściekała jakaś gęsta i szara wydzielina. Żółtawe i częściowo przekrwione oczy poczwary gapiły się na mnie z niemałym zainteresowaniem. Łeb potwora zbliżał się powoli do tafli szyby. Zauważywszy to, ponowiłem rozruch silnika. Silnik wzbudził się, a kontrolki auta zaświeciły się. Niczym na sygnał do startu opuściłem szybko hamulec ręczny. Stwór błyskawicznie uniósł łapę i pazurami zbił dzielącą nas barierę. Wcisnąłem sprzęgło i kiedy miałem wrzucić bieg, na mojej szyi zakleszczyły się macki. Uczucie ukłucia spowodowane małymi zębiskami nie trwało nazbyt długo. Odczułem jak krew zaczynała uchodzić z moich żył, a serce zaczęło bić i pompować ją szybciej. Światło mojego życia zaczęło gasnąć, a puls zaczął słabnąć. Zamknąwszy oczy przypomniałem sobie że Kira może potrzebować mojej pomocy. Moją jaźń nawiedziło wspomnienie pierwszego spotkania z Kirą. Wrzuciłem bieg i depnąłem w gaz z całych sił.

– Wypieprzaj ode mnie. – Wydyszałem z wyraźnym trudem.

Siła zrywu auta przyczyniła się do tego że kleszcze mutanta szybko opuściły moją szyję pozostawiając po sobie czerwone i cienkie rysy. W momencie gdy ostatecznie uwolniłem się z kleszczy, napastnik zerwał się do pościgu. Na moje szczęście wpadł w to miejsce gdzie występowała dziwna anomalia. Zjawisko powtórzyło rozrywając potwora na kawałki mięsa. Nie czekałem na dalszy rozwój wydarzeń po prostu pojechałem przed siebie. Odczułem spływającą ciepłą juchę po mojej szyi. Obejrzałem się w lusterku wstecznym. Małe ząbki potwora nie wbiły się na tyle głęboko by poważnie mnie zranić. Wzdłuż mojej szyi biegły małe czerwone kropki wraz ranami ciętymi, nabytymi podczas ucieczki. Mogłem sobie krwawić byle by mojej ukochanej Kirze nic się nie stało. Na myśl tego co mnie spotkało bałem się że mogło jej się przydarzyć coś złego. Miałem tylko jedną motywację. Była nią myśl o zabraniu jej z tego przeklętego i opuszczonego przez Boga miasta.

☢☢☢

Jakieś piętnaście minut po tym wszystkim podjechałem pod dom narzeczonej. Zgasiłem samochód i poszedłem chodnikiem w stronę jej mieszkania. Co ja gadam biegłem jakby mnie sam diabeł ścigał. Tak szybko biegłem że prawie zderzyłem się z drzwiami wejściowymi. Pociągnąłem nerwowo za klamkę. Drzwi rozwarły się bez żadnego oporu, a ja wszedłem do niego bez pardonu. Trzęsąc się przy tym cały, zawołałem zaniepokojony.

– Kira... Jesteś tu? Kochanie wszystko w porządku?

Z oddali rozległ się tupot małych szybkich kroczków. Miałem nadzieję że to była ona. Jak widać nadzieja w tym przypadku była zgubna. Niedługo potem zza zakrętu wybiegł średniej wielkości pies. Był to ten sam pies, którego znalazłem i jej podarowałem parę lat temu. Pies miał na imię Tuptuś i nie był psem rasowym. Nazwałem tak go przez specyficzny tupot, jaki wydawał gdy biegł się z kimś przywitać. Tuptuś usiadł przede mną i zaczął dyszeć, przyglądając się mi tymi swoimi słodkimi oczkami. Rozglądałem się z niepokojem po mieszkaniu. Podobnie jak u mnie na podłodze leżały podarte kartki. Poszedłem w stronę stojących na wprost schodów i wspiąłem się po nich. Sprawdziłem pokój mojej narzeczonej. Niestety tam też jej nie było. Zdecydowałem się w końcu sprawdzić co piszę na tych kartkach. Łącząc fragmenty utworzył się przede mną napis, który zmroził mi krew w żyłach. Treść nagłówka gazety brzmiała następująco ,,Zagrożenie promieniotwórcze z powodu Awarii elektrowni jądrowej w Czarnobylu”. Upadłem na kolana pod naporem powracających wspomnień. Podłoga zaskrzypiała pod wpływem nacisku moich ciężkich i twardych jak żelazo kolan. Tuptuś usłyszawszy dźwięk opadania na podłogę, od razu przydreptał do mnie. Usiadł przede mną i przyglądał mi się z troską. Kiedyś słyszałem że psy wyczuwają różne emocje wychodzące z człowieka. Prawdopodobnie wyczuł też mój smutek. Spoglądając na datę wydarzenia pod nagłówkiem, przypomniałem sobie że ona miała w tym dniu nocną zmianę. Z oczu popłynęły mi ciepłe stróżki łez.

– To nie może być prawda. Czy ona...nie żyje? - Zaszlochałem przecierając oczy rękawem czarnej kurtki.

Przypomniałem sobie co się stało tamtego ranka po wybuchu. Wojskowi wszczęli ewakuację cywili. Przyszli i do nas z rozkazem eskorty pracowników. Towarzyszył im mój przyjaciel z obiektu. Pytałem o Kirę i o to co się w tej chwili dzieje. Wywiązała się pomiędzy nami kłótnia, a potem bójka. Mój własny przyjaciel znokautował mnie lewym sierpowym, pozostawiając mnie na pastwę losu. Uświadomiłem sobie że porzucili mnie, spisali na straty. Położyłem rękę na kaburze i ująłem Stieczkina. Chwiejną i jeszcze trzęsąca się ręką wyciągnąłem pistolet z kabury. Zimna lufa pistoletu dotknęła mojej rozżarzonej skroni. Praktycznie milimetry dzieliły mnie od bezbolesnej śmierci, ale mimo szczerej chęci umysłu ciało nie chciało umrzeć. Palec wskazujący mojej prawej dłoni, który spoczywał na spuście ani drgnął. Dziwna siła nie kazała mi wcisnąć spustu, a ja nie miałem dość siły by przezwyciężyć strach. Godząc się z tym przykrym faktem, schowałem pistolet do kabury. Wpatrywałem się w twarz Kiry znajdującej się na zdjęciu i zastanawiałem się nad tym, ażeby wywalić ten skrawek papieru. Nie chciałem jednak tego robić. W tym samym momencie usłyszałem odgłos otwieranych drzwi i następujących po nim kroków. Pies zaciekawiony poleciał od razu na dolne piętro. Dosłownie po upływie sekundy usłyszałem strzał. Odruchowo dobyłem broni i powstałem z kolan. Ten ktoś mógł przyjść właśnie po mnie. Chciał dokończyć to co zaczął mój przyjaciel. Przyszedł dopilnować tego bym był martwy. Znałem radzieckie próby pozbywania się niechcianych świadków. Bezszelestnie schowałem się za ścianą pokoju. Tuż przy progu pokoju. Nasłuchiwałem uważnie odgłosu kroków. Słyszałem też charakterystyczny terkot dozymetru. Szukający mnie kat stanął w progu pokoju i zaczął się rozglądać. Przeświadczony o tym że nikogo tu nie ma wparował do środka. Wykorzystałem pewność napastnika i wycelowałem lufą Stieczkina w nogę. Momentalnie uspokoiłem swój oddech i pociągnąłem za spust. Aps wypluł z siebie serię trzech pocisków dziurawiąc kończynę nieszczęśnika. Postrzelony opadł na kolana, a ja wyprowadziłem mu cios prosto w twarz. Człowiek w kombinezonie zwalił się całkowicie na ziemię. Ciężko dysząc przez respirator, wysapał.

– Kim ty... - zakrztusił się.

Nie odpowiedziałem mu. Zerwałem respirator z jego twarzy. Spojrzałem na wiszący u jego szyi identyfikator. Zamarłem. Na skrawku papieru otoczonym przez plastikową obudowę widniał napis ,,Grigorij Aleksiejewicz”. Leżał przede mną mój były przyjaciel. Ten sam, który skazał mnie na śmierć i samotne wędrowanie po Prypeci. W tym samym czasie Grigorij chciał się podnieść, ale skutecznie przyszpiliłem jego plecy do podłogi uciskając nogą.

– Trafiła kosa na kamień co przyjacielu? - odezwałem się z pewnością w głosie.

– A więc... Żyjesz? - wyjąkał Grigorij.

– Co tu się dzieję? - spytałem tracąc cierpliwość.

– Nie mogę ci powiedzieć to ściśle tajne. Mogę ci tylko powiedzieć że jesteś martwy.- zarechotał.

Przystawiłem wijącemu się zakładnikowi pistolet do potylicy. Grigorij zamilkł natychmiastowo.

– Ty też zaraz będziesz. Jeśli mi nie wyśpiewasz co ty tu robisz.

– Ściśle tajne. Jak nie ja to ktoś inny cię załatwi. - Odburknął Grigorij.

Przesunąłem lufę pistoletu w kierunku brzucha. Tym razem nie zawahałem się i pełny furii pociągnąłem za spust. Pocisk przeszył Grigorija, ale wytłumiony odgłos wystrzału nie wyszedł poza pokój. Grigorij Zaczął bardziej się szamotać, lecz bez wyraźnego skutku. W miejscu gdzie kula trafiła Grigorija, uchodziła ciemnoczerwona ciecz. Kałuża krwi miarowo pokrywała podłogę wokół mojego jeńca.

Sięgnąłem ręką po przymocowany do pasa dozymetr i zabrałem go obezwładnionemu mówiąc.

– Gdzie jest Kira?.. Gadaj - powiedziałem, próbując zachować stoicki spokój.

– Ona nie żyje. Tak jak ty. – Wycharczał Grigorij.

Miałem już serdecznie dość tego ścierwojada. Skierowałem lufę pistoletu w potylicę. Nie mogłem się pogodzić ze śmiercią ukochanej i z tym że najlepszy przyjaciel okazał się być takim ścierwem. Z tego co powiedział zrozumiałem co najmniej tyle że miał za zadanie mnie zlikwidować. Czemu ktokolwiek chciałby mojej śmierci. Może dlatego że byłem technikiem i wiedziałem coś na temat eksperymentów w elektrowni. Mogłem w końcu powiedzieć coś co nie spodobałoby się władzy. Położyłem palec wskazujący na spuście. Pełny wściekłości miałem go wcisnąć do końca bez żadnych wyrzutów sumienia. W końcu przez niego znalazłem się w tym bagnie, z którego już nie było opcji się wydostać. Powstrzymał mnie jednak głos, który towarzyszył mi przez cały dzień. Zdałem sobie sprawę z tego jak uporczywie jej szukałem, a była tuż obok.

– Nie rób tego. Jeśli to zrobisz, staniesz się taki jak on.

To był głos Kiry. Nie wiedziałem czemu go słyszałem, ale cieszyło mnie to że odzyskałem część utraconej pamięci. Kira nawet po śmierci była przy mnie. Uwierzyłem w to że miłość naprawdę przezwycięża śmierć. Pustka istniejąca w moim sercu zniknęła. Założyłem maskę na twarz, po czym wstałem i wyciągnąłem z kieszeni swoją plakietkę. Spojrzałem na nią ten ostatni raz i rzuciłem ją z pogardą w kierunku leżącego Grigorija. Zabrałem mu jego broń i odwróciłem się do niego plecami mówiąc.

– Obyśmy się więcej nie spotkali.

Grigorij prawdopodobnie nie miał siły odpowiedzieć, ale mnie to nawet nie obchodziło. To były słowa pożegnania, gdyż jak następnym razem się spotkamy to przemówi za nas broń. Schodząc po drewnianych schodkach, spostrzegłem zwłoki Tuptusia. Głowa psa była cała w krwawej miazdze. Z oczu i nosa psa nic praktycznie nie zostało. W krwawej masie wyróżniały się pojedyncze zęby. Widok martwego i oszpeconego czworonoga wyglądał makabrycznie. Karabin, który ściskałem w rękach zwany był mianem SWT i on był zabójcą mojego psiego kompana. Wyjąłem z niego magazynek i sprawdziłem ilość kul znajdujących się w środku. Do pełnego magazynka brakowało jednego pocisku. Spojrzałem jeszcze raz na szczątki Tuptusia.

– Choleeera...biedny Tuptuś. Teraz nie został mi już nikt. - Powiedziałem z przykrością w głosie.

– Zapamiętaj...Jeśli straciłeś nadzieję i czujesz że jesteś sam. Nawet jeśli mnie nie widzisz, to wiedz że jestem tuż obok. Bez względu na to co się stanie, zawsze będę w twoim sercu.

Trzymany przeze mnie karabin wraz z magazynkiem opadł na ziemię z łoskotem. W oczach zakręciły mi się łzy, gdy ponownie usłyszałem anielski głos zmarłej ukochanej. Do niemych niegdyś wspomnień powracała z wolna ścieżka dźwiękowa. Poczułem dotyk delikatnej dłoni na swojej twarzy. Potem nacisk czyichś rąk na swoich barkach. Odczuwane ramiona obejmowały mnie czule. Chciałem odwzajemnić uścisk, ale moje ręce nie napotkały niczego. Wtedy też czar znajdującej się w pobliżu Kiry prysł niczym sen złoty. Od tamtego dnia wiedziałem że chociaż ona jedna mnie nie porzuciła. Po wyjściu z amoku, podniosłem karabin i wpiąłem magazynek do komory karabinu. Nie oglądając się za siebie ruszyłem w stronę otwartych drzwi domu. Musiałem pogodzić się z tym że dawny ja umarł wraz z Kirą już bezpowrotnie. Przekroczyłem próg mieszkania, będąc już innym człowiekiem. Stalkerem, który chcąc nie chcąc stracił prawo do normalnego życia, na rzecz przemierzania strefy wykluczonej zwanej później zoną. Stałem się jednym z ludzi poszukujących dziwnych zjawisk i anomalii znajdujących się w strefie. Byłem jednak na ich tle wyjątkiem. Wszyscy Stalkerzy w zonie są i będą intruzami, a ja tu mieszkałem, mieszkam i mieszkać będę. Stalkerzy nie mogli też nikomu zaufać. Nawet sobie nawzajem. Ja natomiast mogłem zaufać głosowi swojej zmarłej ukochanej, który prowadził mnie i wspierał. Mało tego wskoczyłbym nawet w ognie piekielne za jej głosem, co było bardzo prawdopodobne w tym zwariowanym miejscu. Z początku byłem częstym gościem na Skadowsku, lecz wtedy nawet nie byłem zbyt rozmowny. Pytania Intruzów i początkujących łowców artefaktów zaczynały mnie męczyć. Skadowsk starałem się omijać ze względu na rosnący krąg zainteresowanych moją osobą. Niestety nie było to do końca możliwe, ponieważ musiałem gdzieś uzupełniać prowiant. Później nie zbliżałem się już do innych Stalkerów, ale często stałem i obserwowałem ich poczynania. Ich wędrówki w polach anomalnych przeważnie kończyły się niepowodzeniami. Wtedy byłem ostatnią rzeczą, którą widzieli. Byli też i tacy co wychodzili z takich spacerów cali i zdrowi. Ci wiedzieli że ich obserwuję, a oni bali się mojego przenikliwego spojrzenia. Stałem się dla nich zwiastunem rychłej śmierci i nieszczęścia. Z czasem też inni Stalkerzy wędrujący po zonie zaczęli mnie nazywać ,,Czarnym Stalkerem”.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje