Historia

Czas

Użytkownik usunięty 1 6 lat temu 1 241 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Duszący odór zgnilizny i krwi, przedarł się do pogrążonej we śnie świadomości Johna Danielsa. Przytłaczający ciężar napierający na jego ciało, pozbawiał go tchu. Coś, oślizgłego, ohydnie mokrego przyszpiliło go do ziemi z ogromną siłą. Ciepła, lepka ciecz zalewała mu nos i gardło.

Rzucił się gwałtownie, przerażony, niepewny czy to wciąż sen czy już jawa. Coś z pluskiem upadło na ziemię. Nie był w stanie się poruszyć. Nic nie widział, czuł się jak ktoś, kogo zbyt pośpiesznie i pochopnie uznano za zmarłego i pochowano głęboko pod ziemią gdzie po niedługim czasie miał się obudzić, by wypruwać sobie płuca w bezsilnym krzyku. Do oczu napływały mu hektolitry spływającej zewsząd substancji. Poczuł ją w ustach. Silny, metaliczny smak kompletnie rozbudził wszystkie jego zmysły.

Szarpnął się z całej siły, czując narastającą panikę. Kolejne przedmioty z przygniatającego go stosu runęły gdzieś poza jego polem widzenia. Kilka pojedynczych promieni światła przebiło się przez mrok.

Ledwie mogąc oddychać, zebrał się w sobie i z wzrokiem utkwionym w jednym z pomarańczowych promyczków, z całej siły naparł w górę, usiłując zrzucić z siebie ciężar.

Wysoki na dobry metr stos ludzkich ciał z chlupotem opadł na podłogę. Całe pomieszczenie było nimi zasłane. Trupy z podciętymi gardłami, wyprutymi wnętrznościami, ciałami podziurawionymi od kul, porozciągane w dziwacznych pozycjach, jakby ktoś połamał im wszystkie kości.

John złapał potężny haust powietrza czując jak ohydna woń nasyca mu płuca.

Poderwał się na nogi, zdając sobie sprawę, że leżał niemal w środku jednego z ciał, które miało rozpłatane cały korpus. Przykryty był zaś kołdrą z rozkładających się, krwawiących ze wszystkich możliwych miejsc nieboszczyków. Krzyk uwiązł mu w gardle, gdy wreszcie zdał sobie sprawę gdzie jest i co się dzieje. Stąpając po trupach, spróbował podbiec do drzwi. Już w pierwszym kroku zapadł się w nich niemal po klatkę piersiową.

Może to wyobraźnia, ale poczuł jak coś ukrytego głęboko w tym morzu ciał, delikatnie pociąga go za nogawkę. Wrzasnął, próbując za wszelką cenę wydostać się na powierzchnię. Palce ślizgały mu się po zakrwawionych szczątkach, nie dając żadnego oparcia. Ponownie poczuł ruch w tej martwej masie, gdzie nic nie miało prawa drgnąć. Coś połaskotało go po kostce. Wyraźnie poczuł delikatny ruch palców na skórze.

- Pomocy – krzyknął, kompletnie spanikowany, nie zważając już na nic. Naparł na kłębowisko ciał, na tyle ile pozwalała mu na to jego niestabilna pozycja. Kilka osunęło się w dalsze rejony sali. Podciągnął się z całej siły przytrzymując się czyjejś wystającej kości klatki piersiowej i zdołał wydostać się na powierzchnię. W panice skoczył do drzwi, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego upiornego pokoju.

Szarpnął za klamkę. Coś blokowało drzwi z drugiej strony. Mógł odepchnąć je tylko na kilka centymetrów. Napierał przez kilka chwil - bez rezultatu. W końcu opadł z sił i osunął się na trupią posadzkę. Łzy pociekły mu z oczu. Nie miał już siły. Nie miał już siły uciekać, szukać nowych, robić to wszystko. Niech to się do cholery wreszcie skończy.

Pogrzebał w kieszeni swojej zakrwawionej, oblepionej kawałkami wnętrzności marynarce, ale nie znalazł tego czego szukał. Jęknął. A więc to już naprawdę koniec. Zgubił czasomierz. Pewnie gdzieś w tej górze ludzkich ciał. Nigdy go nie zdoła odnaleźć. Nawet nie zamierzał próbować. Woli umrzeć niż grzebać w tej ludzkiej masie.

Niedowierzającym wzrokiem lustrował umazany krwią sufit, z którego dyndała pojedyncza lampka. Jego oczy spoczęły na wylocie wentylacyjnym. Głowa Emily groteskowo wychylała się z ciemnego tunelu i łypała swymi pustymi oczami, szczerząc pozbawione warg usta w drwiącym uśmiechu. Złamany kark, sprawił że jej szyja wygięła się pod groteskowym kątem. Umazane krwią włosy opadały częściowo na jej twarz, ale i tak można było zauważyć jaskrawo – złote światło, promieniujące poprzez jej zaciśnięte zęby. Czy to …?

Szczęka kobiety zaczęła regularnie wibrować, jakby w jej ustach znajdowała się dzwoniąca komórka. Tak, to jest to. Podszedł do zwisającej z szybu głowy, ostrożnie stawiając kroki, czując przerażenie na myśl o ponownym utonięciu w basenie nieboszczyków. Musiał wiedzieć ile jeszcze. Jak wiele zostało mu cholernego czasu.

Sięgnął do jej ust. Jego ręka drżała i w miarę zbliżania się do celu stawała się coraz cięższa i trudniejsza w manewrowaniu. Puste oczy patrzyły na niego bez żadnego wyrazu. Żadnych oskarżycielskich iskier. Biała, beznamiętna otchłań, która nigdy się już niczym nie wypełni. Poczuł jak oczy zaczynają mu się szklić. Naprawdę było aż tak źle? Warto było?

Wydał z siebie cichy, nieartykułowany odgłos żalu. Wytarł pojedynczą łzę spływającą mu po policzku, zamknął oczy i po omacku spróbował wyjąć błyszczący przedmiot z ust czegoś, co jeszcze jakiś czas temu było jego żoną. Kiedy to było? Ile już upłynęło czasu? Rok? Dwa? Dziesięć? Boże, cała wieczność.

Ku jego zaskoczeniu szczęka była luźna i łatwo dała się otworzyć. Dziwne, wyglądała jakby była zaciśnięta w potwornie silnym skurczu. Chwycił małe kwadratowe pudełeczko i wyciągnął je na zewnątrz. Odwrócił się w przeciwną stronę, dopiero wtedy otworzył oczy i spojrzał na zdobyty przedmiot.

Cały był we krwi. Przestał wibrować i nieruchomo leżał w jego dłoni.. Można by pomyśleć że wyciągnął z wnętrza Emily jakąś część jej anatomicznej budowy.. Zaczął wycierać jego wierzchnią część rękawem. Po chwili spod warstwy krwi wyłonił się malutki ekranik. W centrum mrugał napis 57min. W rogu, maleńkie cyferki tworzyły liczbę 181.

57 minut. Jeszcze nigdy nie był tak blisko. Tyle razy chciał przestać, ale strach popychał go dalej. Im bliżej było do końca czasu, tym bardziej koszmarna stawała się rzeczywistość. Nie umiał nawet myśleć o tym co mogło czekać na końcu drogi. Musiał, zresetować licznik. Dostanie swoje kolejne 24 godziny. A co potem? Przecież nie może tak w nieskończoność.

- Później, później – wymamrotał do siebie. Teraz trzeba było się śpieszyć. Podszedł z powrotem do drzwi i ponownie zaczął się z nimi mocować. Uchyliły się nieco szerzej, ale nie był w stanie otworzyć ich na tyle by ucieczka stała się możliwa. Wyjrzał przez cienką szparę by zobaczyć co blokuje drzwi. Głęboka, niesamowita ciemność uniemożliwiał dostrzeżenie czegokolwiek.

Do głowy przyszedł mu inny pomysł Skoro ciało Emily zmieściło się w szybie, może i jemu uda się przecisnąć. Tak, na pewno! Trzeba tylko usunąć stamtąd jej zwłoki i droga wolna. Obrócił się niemal uradowany swym odkryciem i zapominając o ostrożności szybkim krokiem podszedł z powrotem pod wylot szybu.

Zwłok jego żony nigdzie nie było. Popatrzył zaskoczony szukając jej wśród ciał, ale jego wzrok napotkał tylko porozrywane, niemożliwe do identyfikacji korpusy. A przecież ona była w całkiem dobrym stanie. Postarał się by odeszła spokojnie i bez zbędnego bólu. Wtedy nie było jeszcze innych wymagań.

- Szybko – głos w jego głowie był tak silny i głośny, jak gdyby przemawiał do niego ktoś z zewnątrz. Aż się wzdrygnął. Nieważne, tak czy siak miał rację. Trzeba się śpieszyć, cokolwiek by się nie działo.

Podciągnął się w stronę wlotu i spróbował się wcisnąć do środka. Udało mu się, choć było naprawdę ciasno. Ledwo mógł się poruszać. Powoli pełznął w ciemność, nie mając pojęcia dokąd zmierza. Najważniejsze, że opuścił ten koszmarny pokój. Teraz trzeba się śpieszyć. Ile minut mogło mu jeszcze pozostać? Nieco ponad pół godziny?. Musi zdążyć, musi!

Gramolił się w głąb smoliście czarnego tunelu, licząc na jakikolwiek blask światła zwiastujący zbliżające się wyjście. Szyb zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Spokojnie, spokojnie, przecież dopiero co tu wszedłeś. Nie jesteś tu dłużej niż minutę. A jeśli jest? Skąd mógł wiedzieć? Było zbyt mało miejsca by mógł wyciągnąć czasomierz. Zginie tutaj. Uzupełni tę makabryczną kolekcję trupich ciał o swoje własne. Tak się zwieńczy jego dzieło, haha. Artysta jako część pracy - piękna koncepcja. Przestań, nie możesz o tym myśleć. Nie możesz o tym TAK myśleć. To jego wina. Podszedł cię! Oszukał! Pieprzona, zdradziecka szuja!

Coś pacnęło o metal nie więcej niż kilkanaście metrów za nim. Kolejne uderzenie, po nim krótki odgłos szurania. Potem nastąpiła idealna cisza. Daniels trwał skamieniały w swej niewygodnej pozycji, bojąc się wydać z siebie choćby głośniejsze tchnienie. Cokolwiek weszło do szybu także zachowywało ciszę. Wciąż musiało być blisko wejścia. O ile nie podkradło się bezszelestnie w ciemności. Nie mógł być pewny czy, właśnie w tym momencie, nie gapiło się na niego z odległości kilkunastu centymetrów i nie oblizywało łakomi swego pyska, z apetytem węsząc mięso, które było tak rozkosznie świeże.

Nie mógł się odwrócić by sprawdzić czym była istota. Nie mógł i nie chciał. Wziął głęboki oddech i z całej sił odbił się nogami od ścian, desperacko rzucając się do przodu. Szuranie w głębi szybu powróciło. Z każdą chwilą stawało się coraz głośniejsze Poczuł jak ciemność zamyka go w swojej klatce razem z nieznaną istotą, do tej pory skrytej gdzieś pod powierzchnią morza ludzkich ciał.

- Jeszcze nie – wrzasnął przerażeniem – jeszcze mam czas, znajdę ci kogoś!

Pełznąc dalej robił taki hałas że nie był już w stanie usłyszeć czy stworzenie dalej go goni. Nie zatrzymał się jednak. No dalej, gdzieś musi być to cholerne wyjście.

Nagle stracił pod sobą twardy grunt. Krawędź szybu wyślizgnęła mu się spod dłoni. Poczuł jak spada. Z impetem obił się kilka razy od ścian, boleśnie tłukąc niemal każdą część swojego ciała, aż w końcu z pluskiem wpadł do lodowatej wody. Nowa, głęboka boleśnie zimna ciemność, zastąpiła klaustrofobiczny mrok.

Z trudem wydostał się na powierzchnię. Kilkadziesiąt metrów dalej majaczyła jakaś plaża. Dzięki Bogu! A więc była jeszcze nadzieja. Czując przypływ nowych sił rzucił się na wodę i zaczął szybko płynąć w kierunku lądu. Był już w połowie drogi gdy usłyszał za sobą głośny plusk. Mimowolnie, zatrzymał się i obrócił. Pod wylotem rury ściekowej ( z której, wbrew wszelkiej logice, sam musiał przed chwilą wypaść) woda była spieniona i zmącona. Poza tym nie było widać niczego. Cokolwiek wpadło do wody, nie wypłynęło na jej powierzchnię.

Daniels momentalnie przestał się przyglądać powoli zanikającym, rozchodzącym się okrężnie falom i ponownie zaczął płynąć, tym razem, mimo potwornego zmęczenia, znacznie szybciej. Kolejny plusk przerwał ciszę. I kolejny. I jeszcze jeden.

Nie odwrócił się ani razu. Wpatrywał się w zbliżający się powoli brzeg starając się ignorować wszystko co działo się za nim. Woda powoli stawała się cieplejsza, jakby ktoś zaczął ją podgrzewać nad ogniskiem. Już ledwie czuł jej chłód. Wyczuwał jej metaliczny smak gdy zalewał mu usta. Widział jak stopniowo nabiera karmazynowego odcieniu.

Udało mu się dopaść brzegu w momencie gdy stawała się już nieprzyjemnie gorąca. Przeturlał się po piasku, dopiero teraz czując jak potwornie jest zmęczony. Natychmiast jednak Zerwał się na nogi obrzucił otoczenie dzikim wzrokiem. Cały zalew był teraz koloru krwi. Cały zalew SKŁADAŁ się z krwi. Spływała z rury ściekowej pod silnym ciśnieniem, niczym woda z kranu. Po powierzchni spokojnie dryfowały trupy. Te same które jeszcze kilka minut temu, równie spokojnie leżały w ułożone w stosie w maleńkim pokoju, gdzieś na drugim końcu świata.

Odsunął się od brzegu czując jak gorący podmuch wiatru uderza go w twarz. Jezioro zaczęło bulgotać. Czuł gorąco jakie z siebie emitowało. Zdążył w ostatniej chwili, nim ugotowało go w swych odmętach.

Wyciągnął pudełeczko, by sprawdzić ile ma jeszcze czasu. Cud, że znów go nie zgubił. Rzucił okiem na wyświetlacz i zamarł. Według czasomierza została mu godzina i dwadzieścia minut. Patrzył na niego z niedowierzaniem. Co się mogło stać? Przecież nie mógł się zepsuć. Odczekał kilkanaście sekund. Ostatnia cyfra zmieniła się na jedynkę.

Potrząsnął urządzeniem, jakby to miało je naprawić. Nie wiedział czy ma się cieszyć czy bać. Przypatrzył się jeszcze raz wyświetlaczowi. Coś było nie tak. Coś się zmieniło. Co?

. Maleńka poziomą kreseczkę przed jedynką ironicznie mignęła przed oczami. Minus był tak mały, że musiał go wcześniej nie zauważyć. Ale teraz go widział. Rósł na jego oczach, aż zaczął wchodzić na cyfry. Jego obraz wbił mu się w mózg niczym gwóźdź, przebijający kolejne warstwy czaszki pod siłą uderzenia ciężkiego młota.

Odrzucił czasomierz, porażony swym odkryciem – Nie- wystękał tylko – nie. Na szkarłatnym niebie nie świeciło żadne słońce. Otoczenie było spowite mglistą, czerwoną poświatą.

Ciała już nie dryfowały. Potwornie poparzone, zdeformowane kształty wyłaniały się z wrzącej wody.

- Nieee – rzucił się do ucieczki w przeciwnym kierunku. Biegł czując jak ognisty wiatr pali mu skórę. Jak kości i czaszki pękają pod jego stopami. Jak zapach krwi i wnętrzności odcina mu dopływ tlenu. Jęki, dramatyczne wołania o pomoc wypełniły mu uszy. Emily krzyczała by zostawił ją w spokoju. Kobieta w parku błagała by nie ruszał jej dziecka. Staruszek na jakiejś opuszczonej ulicy wrzeszczał z bólu, obficie krwawiąc z rany w brzuchu. Wszyscy krzyczeli. Wszyscy go nienawidzili. Wszyscy chcieli zemsty.

- Dobrze się bawisz – czarny dym powoli podpłynął do człowieka stojącego na skraju skarpy. Jego ciało pokryte było bąblami od oparzeń. Z uśmiechem przyglądał się temu co działo się w dolinie .

- Cześć, Azzie – mężczyzna wyszczerzył zęby – przyszedłeś mi wypominać chwile relaksu?

- Relaks jest dla tych, którzy pracują. Przestań się bawić i zrób coś pożytecznego.

- Nudziarz z ciebie. Po prostu umiem łączyć przyjemne z pożytecznym. Spójrz – teatralnie ogarnął rękę rozgrywającą się poniżej scenę – 182 duszyczki do kolekcji i jeden całkiem niezły kosiarz. 181 ofiar, Azzie. Nawet z naszym londyńskim kolegą nie miałem takiego ubawu.

I tak nie dostaniesz tych dusz – cień wysyczał ze złością – On nie pozwoli ci zabrać niewinnych.

- Ale z ciebie pesymista – mężczyzna wzruszył ramionami – tatulkiem się nie przejmuj. Mam na niego sposoby.

- Obaj jesteście jak dzieci. Rozpieszczone bobasy z miliardową kolekcją zabawek.

- Uważaj co mówisz – oczy mężczyzny błysnęły groźnie. Skóra pociemniała, twarz wykrzywiła się w makabrycznym grymasie. Z pleców zwisały mu dwa ułamane, przypominające rusztowania kości – nie jestem jakimś podrzędnym demonem. To że ci pomagam zależy tylko od mojej dobrej woli.

Pstryknął palcami. Dym zaczął się kurczyć w sobie. Z jego wnętrza dobiegły dziwne nieartykułowane odgłosy bólu. Po kilku sekundach ponownie pstryknął palcami. Istota powoli powróciła do swoich rozmiarów.

- Nie martw się o przyszłość Azraelu. Ja dotrzymuję słowa. Będziesz mieć to czego pragniesz. Ale póki co – powrócił do swojej ludzkiej postaci i znowu błysnął śnieżnobiałym uśmiechem – póki co moje wakacje trwają.

Odwrócił się z powrotem w stronę doliny. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi od swego rozmówcy i nie dbał o to. Jego uwagę pochłonęła maleńka figurka biegnąca przez czerwone pustkowie. Niedaleko za nią, powoli acz nieustępliwie snuły się hordy nieumarłych. Odległość między nimi była już dość duża.

Demon westchnął i jeszcze raz pstryknął palcami. Teraz uciekiniera i potwory dzieliło tylko kilka metrów. Nadchodziły z każdej strony. Nie było już dla niego ucieczki.

Postać na skarpie uśmiechnęła się słysząc krzyki przerażenia i bólu gdy krąg trupów zacieśnił się na skazańcu. Właziły na niego, przyklejały mu się do ciała, łącząc się z nim w groteskową, ohydną bestię. Góra zgniłego mięsa topiła w sobie jego ostatnie tchnienie.

- Ale zanim … Przeżyjmy to jeszcze raz – zapiał demon i pstryknął palcami po raz ostatni.

Duszący odór zgnilizny i krwi przedarł się do pogrążonej we śnie świadomości Johna Danielsa...

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać
Dokonaj zmian: Edytuj

Komentarze

Dobre, i tak patrząc na poczekalnie - dobrze napisane.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje